Bloog Wirtualna Polska
Jest 923 927 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS



GRANT HILL: NIEZNISZCZALNY

sobota, 06 marca 2010 21:19

Image and video hosting by TinyPic

źródło: streetball.com


Przemek Kujawiński

To jest rutyna, która zaczyna się w momencie, kiedy wstaję. Wracam do domu z porannego treningu. Jem. Znów kładę się spać. Kiedy budzę się z drzemki pierwszą rzeczą, którą robię jest obrócenie głowy o 75 stopni. Zapalam wszystkie światła w pokoju. Nie wiem dlaczego to robię. Zapalam wszystkie światła i odsłaniam zasłony. Robiłem to od kiedy pamiętam. (...) Najczęściej łapię pierwszy autobus na halę. Jeśli gramy u siebie o siódmej wychodzę z domu około 4.15, żeby być tam 4.45. (...) 60 minut przed meczem zakładam spodenki. Jem batona, oglądam taśmy [z meczami rywali], patrzę jak grają i przygotowuję się do gry.

Grant Hill, 2010

Nie umiem sobie wyobrazić jak to będzie mieć 37 lat. Chciałbym jednak w tym wieku móc powiedzieć: Kurczę jestem jak Grant Hill w 2010.

Jeśli należycie do nieco młodszego pokolenia i interesować koszykówką zaczynaliście się dopiero w mijającej (a może już miniętej, któż to wie?) dekadzie to Granta Hilla kojarzycie pewnie jako tego starszego pana z jeszcze starszymi kostkami. Ewentualnie solidnego średniaka z Phoenix Suns. Dla mojego pokolenia, które swoje pierwsze kroki na tej ziemii stawiało jeszcze w latach osiemdziesiątych Grant Hill był tym kim dzisiaj są LeBron James, czy Dwyane Wade.
Był gwiazdą w każdym tego słowa znaczeniu. I sportowo i marketingowo. Rozpalał wyobraźnię dzieciaków, takich jak ja, widzących w nim następcę zbierającego się na emeryturę Michaela Jordana. Grant Hill, Penny Hardaway, Shawn Kemp, chwilę później młodzi Allen Iverson i Kevin Garnett. To były te czasy.

Pisząc o wszelkie maści sportowcach odruchowo chce się rozpocząć od jakiegoś banalnego stwierdzenia. Na przykład "dzięki swojemu zaangażowaniu i pasji do gry udało mu się wyrwać z biedy i zmienić swój los". W przypadku Granta chwyt ten niestety nie zadziała. Jaka bieda? Jakie przeciwności? Gdy Hill uczęszczał do liceum na jego podjeździe stały Porshe i Mercedes a dom odwiedzały gwiazdy sportu i telewizji. Starając sie być 'takim jak wszyscy' Grant prosił rodziców by Ci odbierali go ze szkoły starym Volkswagenem. Nie zmieniało to faktu, że każdy zdawał sobie sprawę, że jego ojciec jest gwiazdą NFL. Hill nie musiał się martwić o swoją przyszłość. Był grzecznym chłopcem z dobrego domu, co w późniejszych czasach stało się podstawą do mówienia o nim jako 'mięczaku'.

Od dziecka było wiadomo, że Grant odziedziczył talent sportowy po ojcu. Ten jednak zabraniał mu grać w futbol aż do czasów liceum. Hill był tym faktem bardzo zasmucony. Kiedy wreszcie minął ojcowski deadline był już jednak dawno zakochany w koszykówce. Z wzajemnością.

Po świetnych występach w szkole średniej i wyborze do McDonald's All-American Team w 1990 roku praktycznie wszystkie uczelnie stały przed Grantem otworem. Papa Hill nalegał na North Caroline'a, mama sugerowała Gerogetown. Młody Grant postanowił wybrać drogę środka i dołączył do ekipy Mike'a Krzyzewskiego w Duke, która właśnie uległa Larry'emu Johnsonowi i jego UNLV w finale turnieju NCAA.

Hill dołączył do świetnej drużyny, której gwiazdami byli Christian Laettner i Bobby Hurley. Już w pierwszym sezonie mógł cieszyć się z mistrzostwa, gdy Blue Devils w final four wzięli rewanż na UNLV, by w finale pokonać Kansas. W kolejnym sezonie Duke było jeszcze mocniejsze przystępując do turnieju z najwyższym rozstawieniem. Po trzech kolejnych wysokich zwycięstwach wydawało się, że nic nie przeszkodzi im w obronie tytułu. W finale regionalnym ich przeciwnikiem miało być Kentucky z Jamalem Mashburnem w składzie. Mecz musiała rozstrzygnąć dogrywka, w której Wildcats na 2 sekundy przed końcem spotkania wyszli na jednopunktowe prowadzenie. Co gorsza Blue Devils musieli wyprowadzić piłkę spod własnego kosza. Do wznowienia gry coach K wytypował Granta, który posłał podanie przez całe boisku do Christiana Laettnera. Do tej pory nieomylny Laettner nie pomylił się i tym razem kończąc buzzer-beaterem  spotkanie, które do dziś przez wielu jest uznawane za najlepsze w historii uniwersyteckiej koszykówki.
 

 

Blue Devils, niesieni tym zwycięstwem, pewnie obronili mistrzostwo. Hill był gwiazdą finału z naszpikowanymi gwiazdami Michigan (Chris Webber, Juwan Howard, Jalen Rose) notując na swoim koncie 18 punktów, 10 zbiórek, 5 asyst, 3 przechwyty i 2 bloki.

W Duke nadszedł jednak czas zmian. Hurley i Lattner kończyli studia i od kolejnego sezonu Grant miał przejąć rolę lidera drużyny. Jego trzeci rok gry zakończył się wielkim rozczarowniem, gdy Blue Devils zakończyli swój udział w turnieju już na drugiej rundzie. W ostatnim roku gry udało im się ponownie osiągnąć finał, gdzie musieli jednak uznać wyższość Arkansas. W tym czasie Hill był już rozpoznawany w całym kraju a jego przyjściu do ligii towarzyszyła atmosfera wielkiego oczekiwania. Michael Jordan grał w baseball a ludzie po prostu potrzebowali nowego idola. Grant Hill był idealny na to miejsce.

Przed draftem w 1994 roku pierwsza trójka była raczej pewna. Ostatecznie z jedynką Bucks wybrali Glenna Robinsona, tuż za nim Mavericks zdecydowali się na Jasona Kidda. Grant został wybrany z numerem 3 przez Detroit Pistons.

Śmiałem się kiedyś z Joe Dumarsa. Człowieku, kiedy ja będę miał 34 lata to będzie już po mnie. Byłem jeszcze dzieciakiem, a 34 lata wydają się być końcem drogi, kiedy masz 21-22 lata. Może gdybym był zdrowy przez te wszystkie lata, może gdybym zagrał w tych wszystkich spotkaniach to teraz psychicznie i fizycznie byłoby po mnie. Ale bardzo tęskniłem. Wciąż to kocham, cieszę się tym i doceniam nawet bardziej niż kiedyś.
Grant Hill, 2010

Od swojego pierwszego meczu w lidze Grant Hill był gwiazdą. Gdy po raz pierwszy miał pojawić się w Palace w meczu przed-sezonowym z Nets zapowiadano nadejście nowej ery w Motown. Hill zadowolił publiczność swoje pierwsze punkty zdobywając po alley oopie po podaniu Joe Dumarsa. W pierwszym meczu sezonu przeciw Lakers rzucił 25 punktów, dołożył do tego 10 zbiórek, 5 asyst i 3 bloki. Przez swoje pierwsze 6 spotkań w NBA nie schodził poniżej granicy 20 punktów. To było wejście smoka. To było coś czego chcieli wszyscy.

Gdyby David Stern miał sobie wymyślić swojego idealnego zawodnika do promowania ligi to byłby to właśnie Grant Hill. Inteligentny, ułożony, grający czysto, z dobrego domu, ze świetną etyką pracy, bez kłopotów z prawem... Człowiek, którego można było nie lubić jedynie dlatego, że ciężko było znaleźć w nim jakieś wady. Hill został z miejsca pokochany przez fanów. W swoim pierwszym sezonie nie tylko zagrał w meczu All-Star, nie tylko został wybrany do pierwszej piątki, lecz zebrał najwięcej głosów spośród wszystkich zawodników. I nie była to robota chińczyków. Taka sytuacja zdarzyła się w amerykańskim zawodowym sporcie po raz pierwszy. I do tej pory chyba, poprawcie mnie jeśli się mylę, jedyny.

Grant zaczął się nagle pojawiać wszędzie. Amerykanie otwierając lodówkę mogli się spodziewać, że zastaną tam Hilla. Do dziś zostały nam z tych czasów na przykład takie reklamy:

 

Hill zakończył swój pierwszy sezon notując średnio 20 punktów, 6,5 zbiórki, 5 asyst i prawie 2 przechwyty w meczu. Nagrodą dla najlepszego debiutanta podzielić się musiał jednak z Jasonem Kiddem. W drugim sezonie jeszcze wyśrubował swoje statystyki: 20 puntów, 10 zbiórek i 7 asyst musiało robić wrażenie. (do dziś nikt tego nie powtórzył) Na boisku robił wszystko. Dzięki niemu i rozwojowi Allana Houstona Pistons poprawili się o 18 zwycięstw w porównaniu do wcześniejszego sezonu i awansowali do playoffs. Pierwsza runda była jednak dla ówczesnych Pistons szczytem tego, co mogli osiągnąć. Nie tylko Tracy McGrady wciąż nie zaznał drugiej rundy...

Kolejne sezony z Pistons wyglądały dla Granta podobnie. Indywidualnie wciąż był świetny jednak drużyna wciąż należała do przeciętniaków. W czasie swoich lat w Detroit Hill zdążył też zaliczyć Igrzyska Olimpijski w 1996 (ah mój ulubiony Dream Team). W 2000 roku zdecydował, że jego czas w Detroit dobiegł końca. Hill wchodził w swój prime, notując w swoim ostatnim roku z ekipą z Motown prawie 26 punktów w meczu. Nigdy nie było mu dane go osiągnąć.

W jednym z ostatnich spotkń sezonu regularnego Hill skręcił kostkę. W pierwszej rundzie na Pistons czekali już Miami Heat. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, Grant postanowił pokazać fanom w Detroit, że nie jest 'miękki'. Zabawa skończyła się po 21 minutach drugiego spotkania...

W tym miejscu zaczyna się druga część jego kariery. Wielomilionowy kontrakt z Orlando i wielkie oczekiwania na Florydzie wobec duetu Hill - McGrady. W pierwszym sezonie Grant pokazał się na parkiecie... 4 razy. W drugim... 14, w trzecim... 29, w czwartym... ani razu. Żeby być w stanie opisać, co w tym czasie działo się z jego kostką musiałbym oglądać Dr House'a przez najbliższe pare miesięcy bez przerwy. Hill przeszedł 5 operacji i jedno zakażenie, które prawie przeniosło go na drugą stronę...

Mało kto wierzył, że Hill jest w stanie po tych czterech latach wrócić jeszcze do koszykówki na wysokim poziomie. Tymczasem 32-letni już wtedy Grant wrócił w 2004 roku do składu Magic. I to jak wrócił. Średnio 20 punktów i 5 zbiórek przy skuteczności ponad 50% z gry. Magicy z młodym Dwightem Howardem, Steve'm Francisem i Cutino Mobley'em w składzie nie byli jednak w stanie awansować do postseason. Hill był jednak zadowolony. Wreszcie był zdrowy i mógł grać. Nie zapomnieli o nim również fani i ponownie został wybrany do pierwszej piątki meczu gwiazd. Szczęście trwało jednak tylko chwilę i kolejny sezon znów można było spisać na straty.

W ostatnim roku swojego kontraktu z Magic Grant wreszcie był zdrowy. Wraz z Dwightem Howardem poprowadził Orlando do awansu do playoffs tam jednak los znów zetknął go z Pistons, którzy pewnie wygrali serię 4-0. Po tej porażce wygasł jego olbrzymi kontrakt z klubem z Florydy. Oczywiście miejscowi kibice liczyli na to, że Grant odwdzięczy się klubowi za lata troski i podpisze nowy kontrakt. Po rozpatrzeniu wszystkich ofert Grant zdecydowal się jednak na podpisanie umowy z Phoenix Suns. Nie chodziło z pewnością o pieniądze, ponieważ te nie były największe. Oficjalna wersja mówiła o tym, że Hill chciał przejść do drużyny, w kórej wciąż będzie mógł odgrywać istotną rolę. Kto wie jednak, czy na decyzji nie zaważyła opinia "uzdrowicieli" jaką cieszy się opieka medyczna w klubie z Arizony.

Kibice z Florydy wciąż nie moga wybaczyć mu tej 'zdrady i do dziś buczą, gdy ten pojawia się w Orlando. Tymczasem Hill w barwach Suns przeżywa drugą młodość. W zeszłym roku po raz pierwszy w karierze zagrał we wszystkich meczach sezonu regularnego. Gra nadal sprawia mu wielką przyjemność i gdy dunkuje nad 15 lat młodszymi rywalami nie wygląda na to, żeby miała mu się to szybko znudzić.

Grant Hill jest być może najsmutniejszym przykładem kariery zmarnowanej przez kontuzje. Jednocześnie jest tez jednak najlepszym przykładem ile potrafi zdziałać siła woli i pasja. Hill nie zdobywał nagród MVP i nie grał o najwyższe cele ale i tak jest koszykarzem spełnionym. Wszystko, co go spotkało nadało jego spojrzeniu inna perspektywę i teraz każdy kolejny mecz jest dla niego najważniejszy.

Dziś w wieku 37 lat Grant Hill wciąż jest w stanie zadzwiać. Z tego właśnie powodu powstał ten artykuł. Po tym jak zobaczyłem Granta w kilku ostatnich spotkaniach, gdy biegał do kontry równie szybko jak Russel Westbrook, czy pakował piłkę z dynamiką LeBrona Jamesa pomyślałem, że trzeba coś o tym napisać i przypomnieć wielu osobom (zwłaszcza tym nieco młodszym), że zanim pojawili się James, Wade, czy Anthony był w lidze ktoś taki jak Grant Hill.

Grant Hill przeszedł daleką droge od ulubieńca mediów i publiczności do skromnego gracza drugiego planu. Wydaję mi się jednak, że to tylko świat dokoła niego się zmienił on zaś pozostał wciąż tym samym chłopcem, który całe dzieciństwo spędził oglądając NBA i marząc o tym, że sam kiedyś będzie mógł tam grać.

Gdyby świat był sprawiedliwy Hill przed końcem kariery zdobyłby jeszcze mistrzostwo NBA. Niestety najprawdopodobniej tak się nie stanie. Dla mnie jako kibica ważniejsze od wszelkich tytułów i nagród jest jednak to, że wciąż są tacy zawodnicy, dla których liczy się jedynie gra w koszykówkę i którzy wychodząc na parkiet, niezależnie od wszystkiego dają z siebie wszystko. 



Podziel się:

komentarze (60) | zaloguj się, aby dodać komentarz

TOP 10 ZAGRAŃ: 5 MARCA

sobota, 06 marca 2010 9:49

DAY-TO-DAY: GDZIE TO COŚ WIĘCEJ NIŻ TYLKO GRA

sobota, 06 marca 2010 8:14

źródło: AP

Maciej Kwiatkowski

 

Rodney Stuckey, rozgrywający Detroit Pistons zasłabł minionej nocy na ławce rezerwowych, został wywieziony na noszach z parkietu do karetki, która zawiozła go do szpitala. Tam odzyskał przytomność. Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Sytuacja miała miejsce w trzeciej kwarcie. Stuckey zszedł z parkietu na przerwę w grze i po kilku chwilach siedzenia na krześle stracił przytomność.

Mecz został wstrzymany na 12 minut. Stuckey został przetransportowany na noszach do ambulansu, którym trafił do jednego ze szpitali w Cleveland. Tam doszedł do siebie, ale przez najbliższe kilka dni będzie poddawany testom, by ustalić przyczyny nagłego pogorszenia się stanu jego zdrowia.

@WirtualnaPolska



Nie widziałem tego meczu na żywo, ale ESPN pokazywało później tą sytuację kilkukrotnie. Duży szacunek z mojej strony dla Cleveland Cavaliers. Fakt, że stanowią zgraną grupę, która czasem może bawi się zbyt dobrze nie ma żadnego znaczenia w obliczu tego co zrobili po tym, gdy Rodney Stuckey był wywożony z hali. Cavs stanęli w okręgu, chwycili się za ramiona, spuścili głowy, modląc się za zdrowie Stuckey'a. W tak zatrważającej chwili był to jeden z najlepszych momentów tego sezonu. Po zakończeniu meczu razem z graczami Pistons zrobili to samo na środku boiska. Naprawdę szczególny obrazek i pozostaje życzyć Stuckey'owi oby ta sytuacja nie była oznaką jakiegoś poważniejszego problemu.


LA LAKERS 83, CHARLOTTE 98

Nie było to z pewnością jedno z najładniejszych spotkań, ale Bobcats nie potrafią wygrywać inaczej, choć trzeba im oddać 51% skuteczności, odkąd są na samym dole tej klasyfikacji przez cały sezon. Lakers? To było do przewidzenia. Mecz b-2-b po dogrywce w Miami, wieloletni już problem w match-upie z Charlotte (Quickcats wygrali 7 z 9 ostatnich spotkań) i po prostu więcej energii graczy Larry'ego Browna.

Lakers nie mogli trafić za trzy drugą noc z rzędu i to jest problem, na który już jakiś czas temu starałem się rzucić trochę światła. Potem przyszły lepsze mecze, ale w trakcie dwóch ostatnich spotkań Lakers spudłowali 32 z 41 trójek. Wczoraj 15 z 18, do tego trio podkoszowe trafiło tylko 11 z 29 rzutów (zaledwie 38pkt spod tablicy LAL). Do tego aż 20 strat, 13 w pierwszej połowie, w większości po prostych mentalnych błędach, czy takich sytuacjach jak kłopoty z utrzymaniem piłki w rękach.

Ron Artest 1/9, Derek Fisher 1/5 czy zmagający się z kontuzją kciuka Shannon Brown 2/9. Kobe rzucił 26 punktów, 9/21, ale nie było czuć w żadnym momencie tego meczu, że przejmuje kontrolę w kilkuminutowych sekwencjach.

Bobcats prowadzili już 17-toma punktami na starcie czwartej kwarty.

Pau Gasol wydaje się być w najgorszej formie od czasu, gdy gra w koszulce "Jeziorowców", Tym razem trafił 5 z 14 rzutów, ale przez 21 minut drugiej połowy grał bez punktu. W pewnym momencie czwartej kwarty miał sekwencję, w której dwa razy spudłował pod kosza w jednej z akcji, a w następnej popełnił faul ofensywny. Phil Jackson wziął time-out. Gasol schodził na niego mocno niezadowolony z siebie, usiadł na krzesełku, założył ręce za głowę, oparł się mocno i spojrzał pod kopułę hali lekko się uśmiechając w bezradności. Chyba każdy kto grał miał kiedyś taki moment. Nie wygląda to na powazny kłopot Lakers, ale zrodziła się z tego jak na razie psychiczna bariera Gasola, który w 3 z 4 ostatnich spotkań był fizycznie dominowany pod deskami, mając kłopoty z kończeniem akcji i bardziej przypominał tego gracza z finałów w 2008 roku, niż z ubiegłego sezonu.

"We have no real confidence in what we're doing right now."

Plus dla Lakers, że chcieli pomóc mu się odblokować już od startu. Gasol miał udaną pierwszą kwartę, gdy Lakers grali do niego piłki, wykorzystując mismecze w obronie. Andrew Bynum dominował deski na starcie (4 zb. w ataku w 1q), ale z biegiem czasu bardzo fizyczna gra Bobcats pod tablicami zaczęła męczyć i tak już podmęczonych podkoszowych Lakers.

Bobcats otrzymali kolejny świetny mecz z ławki od Tyrusa Thomasa (14 pkt, 9 zb, 2 blk), który grał z niesamowitą energią w drugiej połowie. Thomas był przynajmniej dwa razy szybszy od podkoszowych Lakers, gdy trzeba było zrobić ruch po piłkę albo zebrać ją z tablicy. Nawet atakując kosz robił to niczym pitbull albo po prostu przeskakiwał rywali. Tyrus Thomas znalazł ewidentnie swoją krainę szczęścia i spokoju w otaczającym go wcześniej złym i parszywym świecie, w którym bliżej mu było do głupiutkiego szczeniaczka niż wartościowego i - co najważniejsze - regularnego gracza.

Poza dobrymi meczami Stephena Jacksona (21 pkt) i Geralda Wallace'a (17 pkt, 10 zb), Quickcats mieli też zaskakującą produkcję z ławki od D.J.'a Augustina (12 pkt, 5 as, 2 prz), którego tak dobrze grającego nie widziałem jeszcze w tym sezonie. Augustin rozdzielał piłki, trafiał rzuty po dryblingu. Grał niczym weteran.

Nice stat: Bobcats wygrali 4 z 6 meczów w tym sezonie przeciwko Lakers i Cavaliers. Mają z nimi bilans +29 w małych punktach. 

Lakers natomiast grają w niedzielę swoje ostatnie spotkanie trzymeczowej trasy wyjazdowej - w Orlando o 20.30.


Theo Ratliff w jednej z akcji zablokował i Gasola i Bynuma. Czy nie tego tak bardzo potrzebowali w San Antonio? Co mecz Ratliff pokazuje ile potrafi. Przeciwko Bostonowi w środę były to np pół-haki, czy rzuty z 4-5 metrów, do tego twarda obrona jak minionej nocy. Jako starter grający po 18-20 minut w San Antonio, czemu to nie wypaliło? Nie rozumiem tego zupełnie.

Tyson Chandler wrócił do gry i zaznaczył swoją obecność, trafiając też dwa rzuty, o które bym go w ogóle nie podejrzewał. Ah ci Quickcats - najlepszy ohydny zespół ostatnich sezonów.


NEW ORLEANS 91, SAN ANTONIO 102

New Orleans Hornets ewidentnie leżą San Antonio Spurs. Patrząc po match-upach, zwłaszcza na to co mają - a raczej czego brak pod koszem - Hornets, jak i Thunder to dwie drużyny bez graczy powyżej 210 cm, z którymi Spurs nie muszą się martwić o możliwość zostania zdominowanymi pod deskami.

"Ostrogi" prowadziły w tym meczu od początku do końca. Zaczęło się od 31-21 w 1q i trafieniu 4 z 5 trójek, a skończyło się na 12/20 z dystansu. Keith Bogans trafił 4 razy, George Hill trzy.

Imponująco grał na starcie meczu Tony Parker (20 pkt, 6 as) i to jego nieznośne wejścia pod tablicę narzuciły rytm. Spurs trafili 53% z gry, grając bez oszczędzanego na dzisiejsze spotkanie z Memphis Antonio McDyessa. Hornets z kolei mieli aż 72 z 91 punktów od trójki graczy (Collison 32, West 22, Thornton 18). Zabrakło zupełnie produkcji strzelców z dystansu Peja Stojakovic i Morris Peterson byli trzymani pod kluczem i oddali tylko TRZY rzuty za 3, pudłując łącznie aż 14 z 16 prób z gry. Byli odcinani od pozycji, nawet gdy podnosili mało efektywne rzuty za dwa z dalekiego półdystansu. Zdaje się, że Mo-Pete trafił jeden taki i był to jego jedyny celny rzut w tym spotkaniu.

Aż siedmiu graczy Spurs miało 10 lub więcej punktów, a kluczowego momentu doszukałem się - bo Hornets byli tylko -5 po 3q - nie uwierzycie w czym, jeśli sami nie widzieliście. Matt Bonner miał trzy akcje z rzędu gdzieś na starcie czwartej kwarty, po których zza linii za trzy (prawa 45'ka), decydował się szukać rozwiązania ...po dryblingu. I trzy razy Spurs mieli z tego korzyści punktowe, wychodząc na prowadzenie 86:75 po dwóch rzutach wolnych Parkera.

W sobotę San Antonio gra z Memphis, a w poniedziałek gości w Cleveland. Przed Popovichem i jego drużyną jeszcze sporo poważnych testów, które pokażą czy Spurs stać jednak na coś więcej niż pierwszą rundę play-offs. Jeszcze dwa razy zmierzą się z Cleveland, Orlando i z Lakers. Póki co wygrali trzy mecze z rzędu i grają najlepszą koszykówkę w tym sezonie.


* POWAŻNY PROBLEM NUGGETS.

Kenyon Martin, podstawowy silny skrzydłowy Denver Nuggets ma częściowo zerwane ścięgno rzepkowe. Nuggets, jedni z faworytów do mistrzostwa NBA rozważają sytuację, w której Martin będzie zmuszony poddać się operacji. Taki zabieg mógłby go wyłączyć z gry minimum do końca sezonu regularnego.

Martin nie zagrał minionej nocy przeciwko Indiana Pacers i w ciągu 48 godzin klub ma podjąć decyzję w jego sprawie. Jeśli Nuggets nie zdecydują się na operację, Martina czeka kilka tygodni odpoczynku i szereg specjalistycznych zastrzyków.

Najlepszy zbierający "Bryłek" już od dwóch miesięcy boryka się z bólami lewego kolana, ale dopiero teraz zdiagnozowano u niego naderwanie ścięgna.

@WirtualnaPolska

To może być fatalna informacja dla Denver Nuggets. Kenyon Martin może nie jest MVP tego teamu, ale to ikona ich atletycznego i nieustępliwego stylu gry. Jego wartość dla Nuggets można myślę, że nawet porównać do tego ile znaczy dla Celtics zdrowy Kevin Garnett. Jeśli lewe kolano faktycznie będzie operowane, to półtora miesiąca przerwy będzie tutaj naprawdę bardzo optymistyczną wersją. Choć nie wiadomo jeszcze jak rozległe jest to naderwanie ścięgna. Nuggets dowiedzieli się o tym dopiero w środę. Póki co poczekajmy na decyzję Denver co z tym zrobić. W dodatku problemy z kolanami ma Chris Andersen, który przyznał nawet w czwartek, że ma takie dni, gdy ledwo co może chodzić.


* BEAUBOIS I DALLAS WYGRYWAJĄ 10-TY RAZ Z RZĘDU

Dallas Mavericks wygrali po raz dziesiąty z rzędu, mając drugi pod rząd fantastyczny mecz od Rodrigue'a Beauboisa. W trakcie transmisji Spurs/Hornets, Jeff Van Gundy przyznał nawet, że nie zdziwi się jeśli Beaubois będzie wykorzystywany częściej w dalszej części sezonu, skoro jest tak produktywny i swoją szaloną aletycznością dodaje Mavericks kolejną broń na obwodzie. Widziałem Beauboisa w akcji tylko kilka razy, bo tych szans nie miał zbyt wiele, ale tutaj występuje casus Danilo Gallinariego z zeszłego sezonu. Zawsze gdy go widzę, gra efektywnie, albo po dryblingu, albo żerując na podaniach Jasona Kidda i kończąc alley-oopy jak minionej nocy..

Beaubois w 24 minuty gry rzucił 22 punkty w zwycięstwie nad Sacramento i był to decydujący wkład w tą wygraną, biorąc pod uwagę fakt, że Dirk Nowitzki (31 pkt.) narzeka na uraz biodra, a Jason Terry miał wczoraj wieczorem operowaną kość oczodołu, po tym jak Corey Brewer zrobił mu w środę kuku. Pierwszy raport o tym ile czasu opuści był szokujący - 7-10 tygodni, ale po tym zeszło to do 10-14 dni. Zresztą sam Terry przyznał, że wróci w przeciągu tygodnia. Nie wie tylko jeszcze w jakiej masce. Nie musi się jednak póki co aż tak spieszyć, bo wydaje się, że Mavericks zaliczyli steal, przechwytując sobie drugiego Terry'ego na długą przyszłość.




Podziel się:

komentarze (41) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Licznik odwiedzin:  15 104 429

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    





[ Copy this | Start New | Full Size ]





















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Piotr Makulec

Jego przygoda z NBA rozpoczęła się na początku lat 90-tych, kiedy to po raz pierwszy zobaczył mecz Detroit Pistons z Chicago Bulls, sławnych "Bad Boys" rywalizujących z Michaelem Jordanem. Od tego momentu stał się wielkim fanem "Jego Powietrzności" i Pistons, z którymi jest na dobre i na złe od 1994 roku. Od kwietnia 2007 roku pisze w Probasket.pl, a od 11. lipca 2008 roku także w ZawszePoPierwsze, który założył z Maciejem Kwiatkowskim. Kontrowersyjny i konserwatywny, interesujący się bardziej NBA od kuchni niż opisywaniem meczów (czego nie lubi). Jego marzeniem jest spotkanie się kiedyś z jego koszykarskimi idolami Michaelem Jordanem i Grantem Hillem. twitter


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Rafał Niewiadomski

Liczą się dla niego 3 rzeczy: Jeziorowcy, stroje NBA i rodzina. To właśnie pomiędzy te 3 rzeczy próbuje rozdzielić wolny czas po pracy. W żyłach płynie mu prawdopodobnie żółto - fioletowa substancja zamiast krwi, a zegar biologiczny, w dniu meczu Lakersów, przestawiony jest na czas kalifornijski. O Jeziorowcach i koszulkach NBA mógłby gadać godzinami. Swoją miłość do drużyny z Miasta Aniołów przelewa na lakers.com.pl, o koszulkach czasami pisze na jerseye.bloog.pl. Ulubione zajęcie: przeczesywanie ebaya w poszukiwaniu perełek (jakkolwiek to brzmi). Pierwszy jersey wypłakał w 1995 roku mając 11 lat, obecnie nie wie ile posiada koszulek. Na ZP1 od października 2008. Głównie pisze o koszulkach i butach, czasami przemyci coś o Jeziorowcach. Nie uznaje podróbek. Koszulki koszykarskie, ciuchy czy buty: NIE dla podróbek! twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u