Kosma Zatorski
Masz w życiu takie momenty, gdy emocje są silniejsze od ciebie. Przez twoje ciało przechodzą ciarki, usta wyginają się w stronę uszu bądź też przedziwnie sztywnieją, oczy stają się coraz bardziej szkliste. To w takich momentach czujesz, że żyjesz i czerpiesz z tego ogromną satysfakcję. Smak chwili. O wiele przyjemniejszy niż „ciepła wódka z plastikowego kubka” dla Sokoła. Masz większą wrażliwość... masz mniejszą odporność na czystą wódkę. Czujesz to, gdy zachwycasz się szarym nadmorskim krajobrazem w „Ghostwriterze”. Czujesz to, gdy słyszysz głos Thoma Yorke'a na żywo. Czujesz to, gdy oglądasz koszykówkę...
Pamiętam siebie w białym snapbacku Chicago Bulls, kupionym w sklepie z galanterią. Liczyliśmy z kumplami szwy pod zielonym daszkiem. Miałeś osiem – był oryginał. W grę wchodziła jeszcze liczba dwa. Koleżanka, której mama jeździła po te czapki do Łodzi, wciskała na je jako „pół – oryginalne”. W tej „pół-oryginalnej” czapce dostajesz od życia prezent w postaci Michaela Jordana w swoim prime. Dostajesz na żywo dwa mecze, które na zawsze zmienią twoje myślenie o koszykówce. Flu game. Game six. Później nie możesz zasnąć. W szkole choć półprzytomny, to jednak z wypiekami na ustach opowiadasz o tym rówieśnikom w koszulkach Marka Citki, których niewiele obchodzi koszykówka. Starają się udawać, że rozumieją twoje emocje. Pod domem na szutrowym boisku wyobrażasz sobie Byrona Russela, którego niszczysz jednym kozłem. Fajnie, że masz to nagrane na magnetowidzie. Oglądasz do znudzenia. Gdy później ze smutkiem przyklejasz plakat Michaela w baseballowym trykocie White Sox już wiesz, że koszykówka nigdy nie będzie dla ciebie taka sama.
Gdy po dziesięciu latach wracasz do zarywania nocy ciężko jest ci przeżywać podobne chwile. Jak cholernie się cieszysz, gdy jednak czasem się zdarzają. Cała seria „The Association: Boston Celtics”, popis Marcina Gortata w trzydogrywkowym horrorze, dwadzieścia kilka punktów Kobego rzuconych w TD Garden, game-winner Jamesa, 35 punktów Anthony'ego Morrowa w Staples Center. No właśnie. - He came out of nowhere – takie historie trafiają do ciebie bardziej niż wyczyny miliarderów z obu wybrzeży. W końcu widziałeś Mike’a w jego szczytowej formie.
Dwa lata temu, gdy Jeremy Lin zniszczył w sparingu Johna Walla, napisałem że będzie moim ulubionym rookie. Myliłem się. Pamiętam jego jedenaście punktów w garbage time przeciwko Lakers. I to wszystko. Tak chciałem, żeby mu wyszło. Musiałem czekać cierpliwie dwa lata. Później dostałem historię, która znowu sprawiła, że podczas meczów Knicks dostaje emocje silniejsze ode mnie. Smak chwili. Czuję go. Jest fajnie.
Nie mogę sobie wybaczyć, że nie wstałem na mecz z Raptors. Rano obejrzałem ostatnie kilkanaście sekund. Kilkadziesiąt razy. Jeremy hipnotyzujący świrniętą publiczność w Toronto. Dziesięć sekund stoi nieruchomo prosząc partnerów by przesunęli się pod kosz. Zrobi to sam. - Tied at 87. Fans on their feet. Five, four, Lin for the win... Got it! Biedny Jose...
Kilka dni wcześniej, po meczu przeciwko Lakers, wysyłam o piątej rano smsy: Lin is for real! Rano na twitterze czytam wpisy kumpli arogantów i niedowiarków. Wściekam się, gdy wypisują szczeniackie teksty o pracy dla Jeremy'ego w Chinatown, nie Madison Sqaure Garden. Po kilku dniach zwracają mi honor, jakbym co najmniej był kanapą Landry'ego Fieldsa. Staje się na tyle pewny jego talentu, że jest skłonny odesłać Carmelo Anthony'ego za kilku role players. Śmieję się, gdy Spike Lee czyta piętnaście nowych ksywek stworzonych dla swojego nowego pupila, choć rozumiem może ze trzy. Przecieram oczy ze zdumienia, gdy okazuje się, że ma szybszy shot relase niż Ray Allen, szybszy spin move niż Derrick Rose i jest szybszy w pierwszych krokach niż John Wall - dzięki Sports Sience.
Proszę Poki, żeby namalowala mi obraz. Tak, chcę mieć obraz tajwańskiego koszykarza. Muszę jej jeszcze tylko wytłumaczyć, że nie ma kogoś takiego jak Galderon. Po tygodniu dostaje go do rąk. Rozwijam szary papier i wącham schnące płótno. Ściskam ją jak dziecko! Po chwili wściekam się, gdy nie chce za niego żadnych pieniędzy. Oglądamy „Spadkobierców”. Cieszę się, choć wiem, że w tym momencie Jeremy Lin gra przeciwko w Mavericks w Madison Square Garden. W trakcie seansu dwa razy wychodzę do łazienki, żeby sprawdzić wynik. Dla mnie może w każdym meczu robić siedem strat. Później oglądam powtórkę. Z moich ust nie schodzi wielki uśmiech. Mam ochotę udusić Jasona Terry'ego, gdy dzień później czytam, że nie wierzy w jego talent. Screw you JET.
Hej Lil J! Nie obchodzi mnie, co będzie za rok. Jak będziesz grał. Dla mnie zrobiłeś już wystarczająco dużo. Przypomniałeś mi, dlaczego jako dzieciak pokochałem tę grę. Dzięki Jeremy. Twój największy sezonowy fan, Kosma.
* Autorką obrazu jest Agata Pokorna. Zdjęcie wykonał fotograf Sebastian Rzepiel. Oboje deklarują, że lubią Lina.
Tiaa klasę poznaje się po meczach z najlepszymi ;-) Ładny mecz z miami, co Lin? heh :D
autor kORNEL
zajebisty tekst!
autor anushka
oglądając mecze Lina trudno go nie polubić? a że jest hype wokół niego? normalne! takie historie są solą sportu i to jest piękne!
autor dave
A to co wszyscy maja sie cieszyc ze jest Jeremy Lin? Dobra pojawil sie, lekka odmiana, mozna poogladac knicks.. wszystko fajnie, ale ile moznao jednym i tym samym? cale 2tygodnie, co dzien o tym jaki to Lin jest wspanialy..
autor WielkiZnawca
Czulem ten sam smak i te same emocje. Po meczu z Dallas tez ciezko byli mi zasnac. Swietny tekst! Ci, ktorzy nie potrafia sie cieszyc z przypadku Jeremy'ego powinni dac sobie spokoj z uwagami nienawisci i zawisci, bo to dopiero jest meczace. Jak wy w ogole mozecie sie cieszyc NBA?
autor NYKamil
Haters gonna hate...
JLin!
autor Kaku
wlasnie tego typu "histo(e)rie" utrudniają mi polubiego Lina
autor Kierownik
Kurcze aleście mi wszyscy w tym Internecie obrzydzili tego Lina. Chłopak gra fantastycznie ale ile można czytać te wszystkie histeryczne wpisy traktujące go jak jakiegoś nadczłowieka. Gracz jakich w NBA wielu. Bez podniety.
autor Essien
No spoko te jelenie, pewnie jeden z nich to Ty;)
Kurde ale obraz to troche dziwne.. rozumiem koszulke (sam mam Wade'a Lets Go Heat) ale nie obraz.. no to zboczeniem mi zalatuje jak jakims ołtarzykiem... i tej linmanii juz mam dosyc troche.Wybaczcie ale jestem hejterem:)
Ai tekst spokoogolnie, el też bym sie nim tak nie zachwycal jak panowie nizej, ot opowiastka o idolach pana redaktora..
pozdrawiam
autor TumekTumek
Szacun - very nice.
@TumekTumek ty zapewne jako dorosły snobujesz się łosiem/jeleniem na rykowisku. W zależności od Twojego budżetu i smaku proponuję Ci - http://zmieniamysciany.pl/product-pol-3191-Obraz-Los-na-rykowisku.html
za marne 69 pln
lub
http://openspace8.wordpress.com/2010/07/05/%E2%80%9Euroki-wladzy-%E2%80%93-bialo-czerwona-rapsodia%E2%80%9D/jelenie-na-rykowisku/
autor fr_v5
OMG... Rozumiem w wieku 13 lat miec plakat jakiegos swojego idola.. ale kurde, chlopcy dorastaja.. A Ty zamawiasz sobie OBRAZ? no padlem...
Widze mamy kolejnego fanboja, choc z tego co piszesz byleś pierwszy.. Ehh.. niech choc jednego dnia nie pojawi sie tu wpis o Linie.. proszeeee!!!
autor TumekTumek
Świetny tekst, przeczytanie go było prawdziwą przyjemnością. I nie mam na myśli stylu tylko emocji i pasji jaką czułem gdy go czytałem. Mam sentyment do NYK od czasów Ewinga, Hustona, Oakleya i spółki. Też mocno przeżywam pojawienie się JL, nawet zdarzały mi się okrzyki przy niektórych akcjach Lina. Fajnie jest czuć takie emocje. A akcja z obrazem robi wrażenie - geekowski pomysł :)
Pozdrawiam!
autor
(
OpenID):
yustus
Naprawdę piękny wpis! Zajebiście się czytało!
autor breakpoint_bloog
Licznik odwiedzin: 17 043 467 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||




Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: