Bloog Wirtualna Polska
Jest 938 325 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS


GRANT HILL: NIEZNISZCZALNY

sobota, 06 marca 2010 21:19
Skocz do komentarzy

Image and video hosting by TinyPic

źródło: streetball.com


Przemek Kujawiński

To jest rutyna, która zaczyna się w momencie, kiedy wstaję. Wracam do domu z porannego treningu. Jem. Znów kładę się spać. Kiedy budzę się z drzemki pierwszą rzeczą, którą robię jest obrócenie głowy o 75 stopni. Zapalam wszystkie światła w pokoju. Nie wiem dlaczego to robię. Zapalam wszystkie światła i odsłaniam zasłony. Robiłem to od kiedy pamiętam. (...) Najczęściej łapię pierwszy autobus na halę. Jeśli gramy u siebie o siódmej wychodzę z domu około 4.15, żeby być tam 4.45. (...) 60 minut przed meczem zakładam spodenki. Jem batona, oglądam taśmy [z meczami rywali], patrzę jak grają i przygotowuję się do gry.

Grant Hill, 2010

Nie umiem sobie wyobrazić jak to będzie mieć 37 lat. Chciałbym jednak w tym wieku móc powiedzieć: Kurczę jestem jak Grant Hill w 2010.

Jeśli należycie do nieco młodszego pokolenia i interesować koszykówką zaczynaliście się dopiero w mijającej (a może już miniętej, któż to wie?) dekadzie to Granta Hilla kojarzycie pewnie jako tego starszego pana z jeszcze starszymi kostkami. Ewentualnie solidnego średniaka z Phoenix Suns. Dla mojego pokolenia, które swoje pierwsze kroki na tej ziemii stawiało jeszcze w latach osiemdziesiątych Grant Hill był tym kim dzisiaj są LeBron James, czy Dwyane Wade.
Był gwiazdą w każdym tego słowa znaczeniu. I sportowo i marketingowo. Rozpalał wyobraźnię dzieciaków, takich jak ja, widzących w nim następcę zbierającego się na emeryturę Michaela Jordana. Grant Hill, Penny Hardaway, Shawn Kemp, chwilę później młodzi Allen Iverson i Kevin Garnett. To były te czasy.

Pisząc o wszelkie maści sportowcach odruchowo chce się rozpocząć od jakiegoś banalnego stwierdzenia. Na przykład "dzięki swojemu zaangażowaniu i pasji do gry udało mu się wyrwać z biedy i zmienić swój los". W przypadku Granta chwyt ten niestety nie zadziała. Jaka bieda? Jakie przeciwności? Gdy Hill uczęszczał do liceum na jego podjeździe stały Porshe i Mercedes a dom odwiedzały gwiazdy sportu i telewizji. Starając sie być 'takim jak wszyscy' Grant prosił rodziców by Ci odbierali go ze szkoły starym Volkswagenem. Nie zmieniało to faktu, że każdy zdawał sobie sprawę, że jego ojciec jest gwiazdą NFL. Hill nie musiał się martwić o swoją przyszłość. Był grzecznym chłopcem z dobrego domu, co w późniejszych czasach stało się podstawą do mówienia o nim jako 'mięczaku'.

Od dziecka było wiadomo, że Grant odziedziczył talent sportowy po ojcu. Ten jednak zabraniał mu grać w futbol aż do czasów liceum. Hill był tym faktem bardzo zasmucony. Kiedy wreszcie minął ojcowski deadline był już jednak dawno zakochany w koszykówce. Z wzajemnością.

Po świetnych występach w szkole średniej i wyborze do McDonald's All-American Team w 1990 roku praktycznie wszystkie uczelnie stały przed Grantem otworem. Papa Hill nalegał na North Caroline'a, mama sugerowała Gerogetown. Młody Grant postanowił wybrać drogę środka i dołączył do ekipy Mike'a Krzyzewskiego w Duke, która właśnie uległa Larry'emu Johnsonowi i jego UNLV w finale turnieju NCAA.

Hill dołączył do świetnej drużyny, której gwiazdami byli Christian Laettner i Bobby Hurley. Już w pierwszym sezonie mógł cieszyć się z mistrzostwa, gdy Blue Devils w final four wzięli rewanż na UNLV, by w finale pokonać Kansas. W kolejnym sezonie Duke było jeszcze mocniejsze przystępując do turnieju z najwyższym rozstawieniem. Po trzech kolejnych wysokich zwycięstwach wydawało się, że nic nie przeszkodzi im w obronie tytułu. W finale regionalnym ich przeciwnikiem miało być Kentucky z Jamalem Mashburnem w składzie. Mecz musiała rozstrzygnąć dogrywka, w której Wildcats na 2 sekundy przed końcem spotkania wyszli na jednopunktowe prowadzenie. Co gorsza Blue Devils musieli wyprowadzić piłkę spod własnego kosza. Do wznowienia gry coach K wytypował Granta, który posłał podanie przez całe boisku do Christiana Laettnera. Do tej pory nieomylny Laettner nie pomylił się i tym razem kończąc buzzer-beaterem  spotkanie, które do dziś przez wielu jest uznawane za najlepsze w historii uniwersyteckiej koszykówki.
 

 

Blue Devils, niesieni tym zwycięstwem, pewnie obronili mistrzostwo. Hill był gwiazdą finału z naszpikowanymi gwiazdami Michigan (Chris Webber, Juwan Howard, Jalen Rose) notując na swoim koncie 18 punktów, 10 zbiórek, 5 asyst, 3 przechwyty i 2 bloki.

W Duke nadszedł jednak czas zmian. Hurley i Lattner kończyli studia i od kolejnego sezonu Grant miał przejąć rolę lidera drużyny. Jego trzeci rok gry zakończył się wielkim rozczarowniem, gdy Blue Devils zakończyli swój udział w turnieju już na drugiej rundzie. W ostatnim roku gry udało im się ponownie osiągnąć finał, gdzie musieli jednak uznać wyższość Arkansas. W tym czasie Hill był już rozpoznawany w całym kraju a jego przyjściu do ligii towarzyszyła atmosfera wielkiego oczekiwania. Michael Jordan grał w baseball a ludzie po prostu potrzebowali nowego idola. Grant Hill był idealny na to miejsce.

Przed draftem w 1994 roku pierwsza trójka była raczej pewna. Ostatecznie z jedynką Bucks wybrali Glenna Robinsona, tuż za nim Mavericks zdecydowali się na Jasona Kidda. Grant został wybrany z numerem 3 przez Detroit Pistons.

Śmiałem się kiedyś z Joe Dumarsa. Człowieku, kiedy ja będę miał 34 lata to będzie już po mnie. Byłem jeszcze dzieciakiem, a 34 lata wydają się być końcem drogi, kiedy masz 21-22 lata. Może gdybym był zdrowy przez te wszystkie lata, może gdybym zagrał w tych wszystkich spotkaniach to teraz psychicznie i fizycznie byłoby po mnie. Ale bardzo tęskniłem. Wciąż to kocham, cieszę się tym i doceniam nawet bardziej niż kiedyś.
Grant Hill, 2010

Od swojego pierwszego meczu w lidze Grant Hill był gwiazdą. Gdy po raz pierwszy miał pojawić się w Palace w meczu przed-sezonowym z Nets zapowiadano nadejście nowej ery w Motown. Hill zadowolił publiczność swoje pierwsze punkty zdobywając po alley oopie po podaniu Joe Dumarsa. W pierwszym meczu sezonu przeciw Lakers rzucił 25 punktów, dołożył do tego 10 zbiórek, 5 asyst i 3 bloki. Przez swoje pierwsze 6 spotkań w NBA nie schodził poniżej granicy 20 punktów. To było wejście smoka. To było coś czego chcieli wszyscy.

Gdyby David Stern miał sobie wymyślić swojego idealnego zawodnika do promowania ligi to byłby to właśnie Grant Hill. Inteligentny, ułożony, grający czysto, z dobrego domu, ze świetną etyką pracy, bez kłopotów z prawem... Człowiek, którego można było nie lubić jedynie dlatego, że ciężko było znaleźć w nim jakieś wady. Hill został z miejsca pokochany przez fanów. W swoim pierwszym sezonie nie tylko zagrał w meczu All-Star, nie tylko został wybrany do pierwszej piątki, lecz zebrał najwięcej głosów spośród wszystkich zawodników. I nie była to robota chińczyków. Taka sytuacja zdarzyła się w amerykańskim zawodowym sporcie po raz pierwszy. I do tej pory chyba, poprawcie mnie jeśli się mylę, jedyny.

Grant zaczął się nagle pojawiać wszędzie. Amerykanie otwierając lodówkę mogli się spodziewać, że zastaną tam Hilla. Do dziś zostały nam z tych czasów na przykład takie reklamy:

 

Hill zakończył swój pierwszy sezon notując średnio 20 punktów, 6,5 zbiórki, 5 asyst i prawie 2 przechwyty w meczu. Nagrodą dla najlepszego debiutanta podzielić się musiał jednak z Jasonem Kiddem. W drugim sezonie jeszcze wyśrubował swoje statystyki: 20 puntów, 10 zbiórek i 7 asyst musiało robić wrażenie. (do dziś nikt tego nie powtórzył) Na boisku robił wszystko. Dzięki niemu i rozwojowi Allana Houstona Pistons poprawili się o 18 zwycięstw w porównaniu do wcześniejszego sezonu i awansowali do playoffs. Pierwsza runda była jednak dla ówczesnych Pistons szczytem tego, co mogli osiągnąć. Nie tylko Tracy McGrady wciąż nie zaznał drugiej rundy...

Kolejne sezony z Pistons wyglądały dla Granta podobnie. Indywidualnie wciąż był świetny jednak drużyna wciąż należała do przeciętniaków. W czasie swoich lat w Detroit Hill zdążył też zaliczyć Igrzyska Olimpijski w 1996 (ah mój ulubiony Dream Team). W 2000 roku zdecydował, że jego czas w Detroit dobiegł końca. Hill wchodził w swój prime, notując w swoim ostatnim roku z ekipą z Motown prawie 26 punktów w meczu. Nigdy nie było mu dane go osiągnąć.

W jednym z ostatnich spotkń sezonu regularnego Hill skręcił kostkę. W pierwszej rundzie na Pistons czekali już Miami Heat. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, Grant postanowił pokazać fanom w Detroit, że nie jest 'miękki'. Zabawa skończyła się po 21 minutach drugiego spotkania...

W tym miejscu zaczyna się druga część jego kariery. Wielomilionowy kontrakt z Orlando i wielkie oczekiwania na Florydzie wobec duetu Hill - McGrady. W pierwszym sezonie Grant pokazał się na parkiecie... 4 razy. W drugim... 14, w trzecim... 29, w czwartym... ani razu. Żeby być w stanie opisać, co w tym czasie działo się z jego kostką musiałbym oglądać Dr House'a przez najbliższe pare miesięcy bez przerwy. Hill przeszedł 5 operacji i jedno zakażenie, które prawie przeniosło go na drugą stronę...

Mało kto wierzył, że Hill jest w stanie po tych czterech latach wrócić jeszcze do koszykówki na wysokim poziomie. Tymczasem 32-letni już wtedy Grant wrócił w 2004 roku do składu Magic. I to jak wrócił. Średnio 20 punktów i 5 zbiórek przy skuteczności ponad 50% z gry. Magicy z młodym Dwightem Howardem, Steve'm Francisem i Cutino Mobley'em w składzie nie byli jednak w stanie awansować do postseason. Hill był jednak zadowolony. Wreszcie był zdrowy i mógł grać. Nie zapomnieli o nim również fani i ponownie został wybrany do pierwszej piątki meczu gwiazd. Szczęście trwało jednak tylko chwilę i kolejny sezon znów można było spisać na straty.

W ostatnim roku swojego kontraktu z Magic Grant wreszcie był zdrowy. Wraz z Dwightem Howardem poprowadził Orlando do awansu do playoffs tam jednak los znów zetknął go z Pistons, którzy pewnie wygrali serię 4-0. Po tej porażce wygasł jego olbrzymi kontrakt z klubem z Florydy. Oczywiście miejscowi kibice liczyli na to, że Grant odwdzięczy się klubowi za lata troski i podpisze nowy kontrakt. Po rozpatrzeniu wszystkich ofert Grant zdecydowal się jednak na podpisanie umowy z Phoenix Suns. Nie chodziło z pewnością o pieniądze, ponieważ te nie były największe. Oficjalna wersja mówiła o tym, że Hill chciał przejść do drużyny, w kórej wciąż będzie mógł odgrywać istotną rolę. Kto wie jednak, czy na decyzji nie zaważyła opinia "uzdrowicieli" jaką cieszy się opieka medyczna w klubie z Arizony.

Kibice z Florydy wciąż nie moga wybaczyć mu tej 'zdrady i do dziś buczą, gdy ten pojawia się w Orlando. Tymczasem Hill w barwach Suns przeżywa drugą młodość. W zeszłym roku po raz pierwszy w karierze zagrał we wszystkich meczach sezonu regularnego. Gra nadal sprawia mu wielką przyjemność i gdy dunkuje nad 15 lat młodszymi rywalami nie wygląda na to, żeby miała mu się to szybko znudzić.

Grant Hill jest być może najsmutniejszym przykładem kariery zmarnowanej przez kontuzje. Jednocześnie jest tez jednak najlepszym przykładem ile potrafi zdziałać siła woli i pasja. Hill nie zdobywał nagród MVP i nie grał o najwyższe cele ale i tak jest koszykarzem spełnionym. Wszystko, co go spotkało nadało jego spojrzeniu inna perspektywę i teraz każdy kolejny mecz jest dla niego najważniejszy.

Dziś w wieku 37 lat Grant Hill wciąż jest w stanie zadzwiać. Z tego właśnie powodu powstał ten artykuł. Po tym jak zobaczyłem Granta w kilku ostatnich spotkaniach, gdy biegał do kontry równie szybko jak Russel Westbrook, czy pakował piłkę z dynamiką LeBrona Jamesa pomyślałem, że trzeba coś o tym napisać i przypomnieć wielu osobom (zwłaszcza tym nieco młodszym), że zanim pojawili się James, Wade, czy Anthony był w lidze ktoś taki jak Grant Hill.

Grant Hill przeszedł daleką droge od ulubieńca mediów i publiczności do skromnego gracza drugiego planu. Wydaję mi się jednak, że to tylko świat dokoła niego się zmienił on zaś pozostał wciąż tym samym chłopcem, który całe dzieciństwo spędził oglądając NBA i marząc o tym, że sam kiedyś będzie mógł tam grać.

Gdyby świat był sprawiedliwy Hill przed końcem kariery zdobyłby jeszcze mistrzostwo NBA. Niestety najprawdopodobniej tak się nie stanie. Dla mnie jako kibica ważniejsze od wszelkich tytułów i nagród jest jednak to, że wciąż są tacy zawodnicy, dla których liczy się jedynie gra w koszykówkę i którzy wychodząc na parkiet, niezależnie od wszystkiego dają z siebie wszystko. 

Podziel się:

Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy
  • dodano: 20 grudnia 2010 12:09

    też kibicuje słońcom od czasów Barkleya, różnie to z nimi bywało ale zawsze szybka efektowna koszykówka. Teraz przychodzi Vince, może i jego podreperują :D

    autor Kas

  • dodano: 12 grudnia 2010 12:43

    Super artykuł jestem kibicem Suns od 93 r fianły z bulls, hill bardzo poukładamy zawodnik szkoda kontuzji bo pewnie osiagnałby wiele wiecej ale cieszmy sie ze w arizonie go naprawili i gra jak za młodych lat... Pozdro dla kibicow co pamietaja stare dobre czasy szaranowicz-łabedz

    autor Phoenix

  • dodano: 30 czerwca 2010 15:25

    Ten artykuł wywołał lezke w moim oku.
    Swietna robota panie autorze!

    A co do hill'a : -hill4ever ;)

    autor Htr 1985

  • dodano: 28 kwietnia 2010 0:51

    Swietna robota Przemek, naprawde Zajeb.. artykul, sam swego czasu uwielbialem Granta no i Pennego Hardawaya, to byly piekne czasy w NBA ! ! !Pozdro i oby wiecej takich artykulow! ! ! !

    autor Tedi28

  • dodano: 09 marca 2010 11:19

    Artykuł klasa sama w sobie jak Hill...

    autor KG5

  • dodano: 08 marca 2010 12:36

    Abdur - Rahim. O tym gosciu takze mozna by napisac jeszcze bardziej tragiczna historie niz o Hillu.

    autor fanik

  • dodano: 08 marca 2010 10:11

    Dołączam się do zwolenników artykułu o Hillu, a najchętniej przeczytałbym podobny o Kempie, w drugiej kolejności o Marburym. Pomysł duetów też bardzo mi się spodobał. Keep up the good work :)

    autor damian_kuba

  • dodano: 07 marca 2010 23:39

    nawet nie myslalem.ze mój wpis tyle namieszac. lata90 to są najlepsze lata koszykowi jakie przecietny kibic moze sobie wyobrazic!!!!!ciesze sie,ze bylo mi danych je zapamiętać!!!!!!!!

    autor tomo

  • dodano: 07 marca 2010 20:56

    Jest moim ulubionym graczem od momentu mojego pierwszego zetknięcia z NBA (tvp2), fajnie że tyle osób pamięta tamte czasy.Nie wiem czy one były takie wyjątkowe, czy to zwykła tęsknota za tym co było i nie wróci???? Chociaż.. czy to ważne

    autor ivec1

    blog: fajnymecz.bloog.pl

  • dodano: 07 marca 2010 19:12

    Mimo iż opuścił Orlando to jakos nie potrafie mieć do niego żalu....
    Proszę podobny artykuł o Pennym:) bo o ile Hilla zna prawie kazdy o tyle nie jeden mlody kibic nie ma pojecia kim był(a raczej kim BY był gdyby nie kontuzje) Anfernee Hardaway.

    autor Ko1

  • dodano: 07 marca 2010 18:33

    Hill z McGrady'im mieli stworzyc duet na miarę MJ i Pipa, niestety nie wyszło.

    autor BB

  • dodano: 07 marca 2010 17:59

    @kmn najstarszy to jest lindsay hunter (swoja droga z grantem sie dobrze znaja) gra teraz w bulls

    autor coralles

  • dodano: 07 marca 2010 17:29

    BTW... odnośnie artykułu... Czytając komentarze przypomniałem sobie mój wyjazd do stanów i pobyt w Orlando. Znalazłem więc fotki z meczów Orlando na których byłem i odświeżyłem sobie pamięć. W składzie Magic byli wtedy młodziutki Howard (rookie season), Hedo Turkoglu, Steve Francis, Jameer Nelson oraz nie kto inny jak Grant Hill:) Po drugiej stronie boiska zaś wspomniany w artykule Christian Laettner, Eddie Jones, Hasleem, Butler, Dwayne Wade i Shaquille:) Na innym meczu zaś widziałem Orlando vs Raptors jeszcze wtedy z Vincem Carterem. I wiecie co? Przez cały mecz VC nie zrobił jednego dunku:) What are the odd's??? Więc miałem to szczęście widzieć na boisku kilku nieprzeciętnych graczy,nawet zanim stali się nieprzeciętni jak Howard, Nelson, Turkoglu. Kilka supergwiazd jak Wade Shaq, Carter czy Hill. Nadal jednak mam 3 niespełnione koszykarskie marzenia. Zobaczyć Kobiego w Staples w play off, być na meczu w Madison Square Garden i zaliczyć mecz gwiazd. Ktoś się pisze na wspólny wyjazd?? :) Pozdrawia rocznik 81:)

    autor Krismaciejewski

  • dodano: 07 marca 2010 16:50

    Dawid@

    "To są nasze czasy.Dla mnie w głębi serca one nigdy nie minęły,żyję nimi codziennie"

    Fantastycznie to ująłeś - nic dodać,nic ująć.Szacunek dla Ciebie.

    autor Ironman

  • dodano: 07 marca 2010 15:35

    Rocznik 83 również uronił łezkę. Lata 90te, ufff.... wychowałem się na Kempie, Hillu, Pennym, Reggiem, Starksie,Rayu Allenie,Iversonie, Van Excelu ,M.J.'u i innych. Wspaniale się czyta takie artykuły. To są nasze czasy.Dla mnie w głębi serca one nigdy nie minęły,żyję nimi codziennie. Do dziś począwszy od 1995roku mam prawie wszystkie "Magic'i" i "Probaskety"i z 5 kilo plakatów,nie wspominając o ponad 60ciu VHSach z meczami z samych lat '90tych,które wciąż lubie pooglądać z kumplami i powspominać jak to MJ ścierał sie ze Starksem itp. Jako dzieciaki na boju wszyscy naśladowaliśmy tych panów,urodzonych w latach 60tych i 70tych. Rzucając trójkę czuło się choć przez chwilę,że jest się jak Reggie,a wchodząc pod kosz naśladowało się Pennego czy Granta,nie wspominając o półdyszce MJa z odchylenia. Dziś z zawodników błyszczących w latach 90tych została tylko garstka i dla mnie bezcenne jest ogladanie w akcji Hilla, Shaqa, Stackhousea, J-Willa,Garnetta,Allena i innych "ocalalych" idoli mej młodości. na własne oczy udało mi się zobaczyć jedynie Iversona w Katowicach i wciiąż pozostaje powoli gasnące marzenie by być naocznym świadkiem meczu z udziałem jakiegoś idola z dzieciństwa. Dziękuje Ci Przemku za ten artykuł,który mnie zmotywował do meczyku w naszej małej amatorskiej lidze, oby więcej tak wspaniałych artykułów z serii "I LOVE THIS GAME i Hej Hej Tu NBA" pozdrawiam

    autor dawid-majkel@wp.pl

  • dodano: 07 marca 2010 15:25

    Hill zdecydowanie tak jak Malone zasłużyli na mistrzowskiego ringa.. ale coz. Z checia widzialbym go w przyszlym sezonie np w Denver walczacego o finaly NBA

    autor krasin

  • dodano: 07 marca 2010 14:56

    doskonały artykuł !

    autor kosior

  • dodano: 07 marca 2010 14:09

    (Przemek) Wielkie dzięki panowie. Rozpieściliście mnie tymi komentarzami:) Do artykułu o Pennym zbieram się już kupę czasu ale to jest wyzwanie. Hill to człowiek prawie bez skazy poza "wątpliwym" potraktowaniem Orlando. Kibicuje Magic od kilkunastu lat więc też mnie zabolało to, że odszedł do Suns. Pamiętam do dzisiaj jak się cieszyłem jak podpisywał kontrakt z Magic. Penny to po pierwsze mój idol od dzieciaka. Grałem w koszulce z numerem 1, malowałem niebieskim sprayem napisy Penny po garażach i miałem cały zeszyt wyklejony wycinkami z prasy. Do dzisiaj mam kilkadziesiąt jego kart... dlatego ciężko mi do niego podejść obiektywnie a nie oszukujmy się koleś święty nie był. Ale spróbuję łyknąć temat niebawem:) No chyba, że Rafał mnie uprzedzi bo o ile pamiętam zapowiadał koszulkę tygodnia z Pennym w roli głównej. Artykuł o potyczkach Reggiego z Knicks to świetny pomysł. Jak znajdę czas to też spróbuję to łyknąć. Duety z lat 90 jeszcze bardziej mi się podobają. Wielkie dzięki mam teraz mnóstwo nowych pomysłów na notki:)

    A na marginesie właśnie minęliśmy 3 miliony odwiedzin od 1 maja. Jestem pod wrażeniem i wielki respekt dla Maćka i Piotrka, którzy zrobili rzecz w Polsce nie zdarzającą się często. Bez reklamy, bez pieniędzy, stworzyli coś fantastycznego. Jak widać można:) I wielkie dzięki dla was. Bez was nie byłoby to możliwe. Pamiętajcie koszykówka - zawsze po pierwsze:) Ballers for life:)

    @ Grzesiek licentia poetica. Dziękuję też, że po przeczytaniu artykułu na kilka stron to był Twoja jedyna refleksja. Na przyszłość jak zobaczysz moje nazwisko w nagłówku to po prostu nie czytaj;)

    autor zawszepopierwsze

    blog: zawszepopierwsze.bloog.pl

  • dodano: 07 marca 2010 13:34

    Dokładnie tak. Takich przyszlych gwiazd, którym kontuzje pokrzyzowaly kariere bylo niestety wiecej jak chociazby Penny. Jak dla mnie to bylo alter ego Hilla w tamtych czasach. Brat blizniak. Niestety Pennemu nie udało sie wykorzytsac drugiej szansy tak jak zrobil to Hill.

    autor Mambo

  • dodano: 07 marca 2010 13:29

    Aj pamiętam go z Pistonsów pan który potrafił wszystko, wszechstronny niczym Pippen wg mnie przyszły Hall Of Famer. Można by gdybać co by było gdyby nie kontuzję, ale mimo wszystko wielki szacunek do jakiego poziomu udało mu się dojść do nich i cieszę się, że dalej gra szczególnie, że pokolenie lat 90'tych coraz bardziej się wykrusza.. Czekam na jakiś artykuł o Pennym któremu kontuzję też zastopowały karierę i to w większym stopniu niż Grantowi

    autor Pepis

 123  »

Komentuj z OpenID

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję˝ regulamin i wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych dla celów związanych z zamieszczeniem komentarza w serwisie.

Licznik odwiedzin:  17 045 285 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   





[ Copy this | Start New | Full Size ]





















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u