Bartek Tomczak
Jeszcze ciepła Przerwa na Żądanie. Lakers są już na wakacjach, Thunder w finale konferencji, a Celtics brakuje tylko jednej wygranej by przejść dalej.
Program dostępny w lepszej jakości, po przestawieniu na 720p.
Maciej Kwiatkowski
Czy powinniśmy być zaskoczeni? Choć trochę? Troszeczkę? Nie. Ma rzymskie 16 na ochraniaczu na zębach, a to było dopiero 6.
Jest poniedziałek - rozpoczęliśmy nasz tydzień pracy.
Jeżeli nie oglądałeś meczu nie daj się proszę tylko przekonać, że LeBron James robił wczoraj coś spektakularnego. 7 na 10 graczy pomyślałoby tak o swoim występie w meczu, w którym zdobyli 40 punktów i moglibyśmy przyznać im rację, zachwycać się, pisać laurki, zmieniać avatary, uploadować kwejka. James jest fizycznym fenomenem od 15 lat na jakimkolwiek poziomie, by nie grał. To, że niektórzy - w tym m.in. ja - widzieli w nim kandydata na najlepszego gracza w historii wiązało się z tą właśnie bazą atletyczną, podejściem do gry i podań, które kochają trenerzy, a także przede wszystkim z tym, że w NBA rozwinie jeszcze swoje umiejętności typowo koszykarskie (przede wszystkim pracę stóp w ataku, przodem/tyłem do kosza) oraz sprosta presji oczekiwań - huhu - które przewyższył kompletnie w 2007 roku doprowadzając do Finałów zespół, w którym starterami byli Larry Hughes, Drew Gooden i Sasza Pavlovic.
Powiedzmy, że potrzebowaliśmy 94 punktów, żeby wygrać mecz nr 4 z Indianą Pacers. Mamy dwie gwiazdy, które mogą rzucić po 40 i potrzebujemy jeszcze kilku od kasty graczy, z których żaden nie może zagwarantować nam, że faktycznie to zrobi. Moglibyśmy pomyśleć, że nasze gwiazdy będą starać się robić to na zmianę. I FAKTYCZNIE moglibyśmy pomyśleć, że tak właśnie robią, gdy zdobywają 38 punktów z rzędu w pewnym momencie meczu, nie? Że przede wszystkim myślą o tym jak zdobyć punkty. Miałem wrażenie, że dla jednego z nich to była cały czas druga, a nie pierwsza myśl, najpierw extra-pass.
Wiecie co jest niesamowitego w meczu na 40 punktów, 18 zbiórek i 9 asyst? Wcale nie to, że nikt nie zrobił tego od 1961 roku (no może trochę, ok), ale to, że tak właśnie chyba musiał wyglądać mecz na 40 punktów, 18 zbiórek i 9 asyst. Nie było w nim nic niesamowitego.
Powiedzmy, że James wychodzi na parkiet, żeby zdobyć 40 punktów. Problem z LeBronem jest taki, że nigdy nie myśli w ten sposób.
Nie, to nie jest wcale do końca okej w tym momencie jego kariery. To jest ok, jeśli spojrzeć, że potrafi jeszcze zebrać blisko 20 piłek i mieć 10 asyst. Nie jest ok, jeśli popatrzeć ile problemów mają obecnie Miami Heat i jak wielka jest różnica między nimi, a San Antonio Spurs pod względem asyst i stylu gry, czy między nimi a Thunder, gdy spojrzeć na dyspozycję graczy od miejsc nr 3 do 10 w rotacji. W końcu - James ma zdobyć mistrzostwo. Nieważne jak, ma wygrać.
Shane Battier nadal nie trafia za trzy (Derek Fisher gra lepiej w tych playoffach niż Shane Battier), James Jones jest 0/7 w tej serii (ta próba wsadu z drugiej połowy to był najlepszy moment tych playoffów...), Mike Miller jest połamany i gdyby nie to, że Udonis Haslem trafił kilka rzutów w czwartej kwarcie, to mielibyśmy crunchtime, nawet pomimo takich występów James i Dwyane'a Wade'a (30 punktów, 9 zbiórek, 6 asyst)
Teraz James i Wade muszą powtórzyć dwa razy coś co fizycznie jest w zasadzieniemożliwe. Wydaje się, że jeśli Pacers nie wywiozą zwycięstwa w meczu nr 5, to mecz nr 7 jest nam pisany w tej serii.
Obejrzałem raz jeszcze fragmenty trzeciej kwarty i nie ma tam jakiś wielkich usprawnień ofensywnych. Wyglądało na to, że Erik Spoelstra próbuje jeszcze przed przerwą wyciągnąć Roy'a Hibberta spod kosza, ale ciężko to zrobić gdy Hibbert gra przeciwko takim snajperom jak Joel Anthony czy Ronny Turiaf. Po pierwszych minutach, gdy Heat wyglądali jakby mieli zaraz zrezygnować, James wrócił do pracy, Wade wrócił do bycia jednym z najlepiej grających bez piłki i najmniej dających się przewidzieć z piłką rzucających obrońców w historii. I jest - drugie. Zwycięstwo nr 2. Dwa razy dzięki dwóm ludziom.
To nie jest recepta na wygranie dwóch serii, tej i kolejnej, jeżeli Chris Bosh nie będzie mógł wrócić. Po prostu nie wytrzymają tego fizycznie. Cała nadzieja Miami pokładana jest w tym, że mając przewagę parkietu do końca playoffów na Wschodzie mogą liczyć na to, że w końcu rzuty za trzy zaczną wpadać tak jak wpadały w Miami w meczach z New York Knicks.
Praca jaką wykonali bez piłki - Wade ścinający wzdłuż linii końcowej i będący w ruchu (drugi z kluczy do zwycięstwa), Mario Chalmers nie stojący całe akcje w miejscu, czy praca z piłką - James dbający o tempo i ball-movement (i zbiórki w obronie, i zbiórki w ataku, i bloki, i punkty, i przechwyty, i Davida Westa...) jak jakaś hybryda rozgrywającego i centra - to ogromnie ciężka praca i nie może zostać po prostu powtórzona w kolejnym meczu bez jakiegoś otworzenia się na dystansie czy crunchtime. Może jednak to co się wydarzyło i te 50 punktów z pomalowanego skłoni Pacers do tego, by zostać bliżej kosza w meczu nr 5 i dochodzić z pomocą z rogów, zostawiając tam wolnych strzelców.
Pacers przegrali mecz nr 1 z Orlando, gdy byli zdecydowanym faworytem. Przegrali też wczoraj, gdy w zasadzie też byli faworytem. Wychodzi jeszcze doświadczenie, choć nie można zarzucić, że się spalają czy są przestraszeni - taki Darren Collison ma lwie serce, a Danny Granger chce rozmawiać z naszymi matkami czy z każdym na każdy temat.
West i Roy Hibbert będą musieli mieć lepszy mecz we wtorek w Miami niż wczoraj drugą połowę. Zwłaszcza Hibbert, którego kłopoty z faulami praktycznie kosztowały wczoraj Pacers porażkę. Frank Vogel - co przyznał po meczu - nie powinien był też tak długo trzymać go na ławce w czwartej kwarcie, bo gdy na parkiecie są Psycho T, Louis Amundson czy na obwodzie Barbosa - jest to jak zielone światło do tego, by wjeżdzać pod kosz. Granger nie może też kryć Wade'a, a Amundson Jamesa.
Myślę, że czekają nas tutaj jeszcze trzy mecze i jeśli ktoś może zrobić z tego dwa mecze, to są to bardziej Pacers niż Heat. To nie jest bowiem czas na układanie mów końcowych i przyjdzie moment w tej serii, czy w tych playoffach, w którym James będzie musiał dostarczyć Miami zwycięstwo w ostatnich pięciu minutach i nie chować się za plecy grającego z kontuzjami Wade'a.
Czasem myślę, że postanowił zrobić to jak Russell Westbrook - pokazać, że może wygrać wszystko, nie zmieniając swojego podejścia i stylu gry. Myślę, że to nie wystarczy aby zdobyć mistrzostwo, ale to co zrobił wczoraj, grając wedle swoich reguł, było ekstremalne.
Bartek Tomczak
Szybkie podsumowanie niedzielnych spotkań w Przerwie na Żądanie.
Program dostępny w lepszej jakości, po przestawieniu na 720p.
Maciej Kwiatkowski
Nie ma tu czego szukać Panowie. Tylko moda i rzuty, które oddajemy pijani na konsoli. Russell Westbrook ma 23 lata i wiemy o nim to że lubi rzucać, że nie podaje i że lubi rzucać. Gdyby nie obecność w NBA teamu nazywającego się Heat, to mówionoby na niego "Heat check", bo czasem nie robi na parkiecie nic innego. Jeżeli Thunder przegrają - krytykujemy go za 5 asyst i 4 straty. Gdy wygrają - chwalimy Duranta albo Jamesa Harden. Kiedy Durant i Harden mają piłkę - czujemy się jak na tylnym siedzeniu Rolls Royce'a. Gdy ma ją Westbrook - jesteśmy na górskim zakręcie, lecąc 250 km na godzinę.
W tym sezonie pokazał nam, że nie zamierza wcale się zmieniać, czy naginać - wiecie, jak Kobe. Nie uważam, że to jest dobre, ale w czasach gdy łajany jest gość za to, że unika takich momentów, nie uważam też żeby to było złe. Może trochę boli głowa, ale się dostosuję.
Westbrook NIE JEST pod kontrolą. Pozornie... bo a) ma łącznie trzy (!) straty w serii z Lakers b) co dodatkowo nas irytuje w tym ekstremalnym heroball, to że Scott Brooks jest zły na niego tylko wtedy, gdy zgubi się w obronie. Kevin Durant, wbrew powszechnej opnii na temat selekcji rzutowej swojego compadre, nie biega też jak Andrew Bynum potrząsając głową i klaszcząc w ręce.
Wczoraj Westbrook rzucił 23 ze swoich 37 punktów w drugiej połowie, w tym dziewięć z rzędu w czwartej kwarcie. Przywrócił Thunder do meczu, w którym nie mieli prawa być. Na koniec pierwszej połowy poślizgnął się i nadwyrężył biodro obok pierwszego rzędu trybun w Staples Center. Nie złamał się - nie opuścił jeszcze ani jednego meczu w karierze z powodu kontuzji... W trzeciej kwarcie Westbrook rzucił 13 punktów, choć Oklahoma cały czas wyglądała jakby grała swój mecz na Ruckers Park.
To nie jest najpiękniejsza koszykówka na świecie - Oklahoma City Thunder. Być może nawet nie ma dla siebie żadnego porównania w historii NBA. Gdyby w 1954 roku pokazać to Bobowi Cousy'emu to dostałby ataku serca. Takie zespoły zwykle nie były uznawane za pretendenta do mistrzostwa na kolejnych kilka lat. Miami Heat chociaż próbują grać razem. Oklahoma jest jak lewy prosty, prawy prosty, lewy, prawy i czasem podbródkowy (lubimy podbródkowe), a Westbrook używa przede wszystkim przyspieszenia, aby zmieniać miejsca, rzadziej finezji. Z pozoru nie jest nawet silny - jest chudy, żylasty. W pewnym sensie jest trochę jak Marcin Gortat, bo widać, że uczył się koszykówki późno. Tak było - rozgrywającym został dopiero w NBA. Nie jest miękki w ruchach jak James Harden, nie płynie nad parkietem jak Durant - czasem jest do bólu schematyczny, niewygodny, trudny.
Prawdopodobnie budzi się w środku nocy, schodzi do piwnicy, zatrzaskuje drzwi, staje metr od ściany i krzyczy przez sześć sekund. Kiedy wychodzi z domu - łamie klamkę. Kiedy wchodzi do szatni - skręca kostkę. Kiedy jest w restauracji - używa dwóch noży. Kiedy naprawdę skręca kostkę - wstaje. Kiedy widzi Steve'a Blake'a - atakuje. Kiedy widzi Kobe'go Bryanta - atakuje.
Westbrook póki co traktuje ten sezon jako pisane oświadczenie - może często gram jakbym stracił zmysły, ale jestem piątym strzelcem ligi i zawsze powrócę... Jak Oklahoma City Thunder. Jeżeli San Antonio Spurs są maszyną śmierci, to Thunder są jak sztorm na plaży - fale raz po raz zabierają ląd ze sobą. Zobaczmy trzy ostatnie mecze z Lakers, w których nie byli nawet lepsi... Gregg Popovich mówi - chodzi o to by zdobyć więcej punktów. Serio?
Kevin Durant na koniec meczu nadszedł jak epoka lodowcowa, ale mógł zrobić to tylko dlatego, że Westbrook po przerwie grał mano-a-mano z Bryantem. A żeby pokazać swoją zupełnie inną stronę wybrał sobie pomeczowe konferencje.
Też nie mam bladego pojęcia jak to wszystko się skończy dla Oklahomy. To ryzykowna gra, patrząc jak zbudowany jest ten team. Przejawiają długie momenty gry bez dyscypliny, ale zawsze są w meczu. Kontrataki, rzuty wolne, jeden na jednego. Stateczni fani lubiący extra-pass nie zrozumieją i przy kolejnej okazji będą chcieli wywieźć Westbrooka jak najdalej z Oklahomy, tylko żeby Durant grał w parze z klasycznym playmakerem. Dla mnie nie wyglądają jak team, który może zdobyć mistrzostwo już w tym sezonie, ale why not?
Maciej Kwiatkowski
Przez trzy kwarty Los Angeles Lakers grali swoją najlepszą koszykówkę w tych playoffach, dominując w polu trzech sekund, zbierając dwie z trzech piłek na deskach i zamieniając Oklahoma City Thunder w Oklahoma Missing Thunder. Kobe Bryant miał 31 punktów po trzech kwartach - a potem nie trafił siedmiu z ośmiu rzutów w czwartej.
Thunder nie zmienili nic w swojej strategii - po prostu rzucali - w pick/rollach, jeden na jednego. To jest proste. Czasem boli głowa. Piłka w zasadzie nie zmieniała strony. Russell Westbrook rzucając przez ręce dociągnął Oklahomę z 78:91 do crunchtime zdobywając 37 punktów w meczu, a potem Kevin Durant na 13 sek. przed końcem podziękował Scottowi Brooksowi za wszystkie dobre rady I timeouty, które prowadziły do strat - po prostu rzucił za trzy sprzed Rona Artesta.
Thunder wygrali 103:100, a Durant jest prawdopodobnie MVP tych playoffów - to już jego drugi gamewinner w tej serii i trzeci w ośmiu meczach.
"I knew he was going to play off me just a little bit. I didn't want to chance that with the big fellas so I sensed some airspace and I was able to knock it down."
Drugi w tej serii przegrany crunchtime przez Lakers - w trzech meczach, w których narzucili swoje tempo i mogli poczuć, że przejmują kontrolę nad serią. Kluczowa strata Pau Gasola w identycznej akcji, którą opisywałem wczoraj - tym razem Kobe jednak zagrał z nim pick/pop, odegrał piłkę na prawe skrzydło, ale Gasol na 34 sek. przed końcem meczu zamiast rzucać, próbował ją przerzucić w poprzek parkietu do Artesta. Piłka parzy.
"That was a look that I had, and unfortunately I made a mistake."
Przechwyt Duranta i gamewinner. Mecz nr 5 w poniedziałek w Oklahomie. Westbrook ma tylko cztery straty w tej serii.
Michał Górny
Za niespełna trzy tygodnie minie pięć lat od momentu, kiedy oczy wszystkich geeków w NBA były zwrócone w kierunku Draftu a dokładniej rzecz ujmując w kierunku „szeptanej” rywalizacji pomiędzy Gregiem Odenem i Kevinem Durantem. Ten pierwszy wchodził do ligi z metką „chodzącej kontuzji”, która była przyszyta tuż obok „najlepszy center na poziomie HS od czasów Lew Alcindora”. Ten drugi pomimo wszystkich zasług zdobytych w NCAA, na pre-draft campie w Orlando, jako jedyny nie był w stanie podnieść sztangi ważącej 84 kg. Podkreśliło to jego dosyć mizerne warunki fizyczne (jak na ten etap gry/kariery). Po pięciu latach wszyscy wiemy jak potoczyła się historia tej swojego rodzaju rywalizacji powstałej w umysłach ekspertów, kibiców i wszystkich zainteresowanych wyższością Odena (#1) nad Durantem (#2) (i na odwrót). Wszyscy wiemy, kto jest gdzie w roku 2012. Jednak czy na pewno ?
O ile Kevin Durant jest na „świeczniku” to Greg Oden tak naprawdę jeszcze nigdy nie udzielił wywiadu, w którym mówi o czymś więcej niż swoich kontuzjach i planach powrotu do gry. Aż do teraz, a tak naprawdę do 9 maja. To właśnie tego dnia na Grantland.com (swoją drogą polecam) pojawił się wpis „Oden on Oden”. Autorem tego wywiadu-rozmowy jest Mark Titus – niegdyś gracz Ohio State University (2006 – 2010), szerszej publiczności znany, jako autor bloga Club Trillion. Ksywka Mr.Rainmaker mogła Wam się też „obić o oczy” via Youtube.
Titus jest jednym z najlepszych kumpli Odena (panowie poznali się jeszcze w czasach szkoły średniej) toteż wywiad ten nie jest jednym z wielu. Zwłaszcza, jeśli mówimy o nieśmiałym introwertyku, jakim jest Greg Oden. Numer jeden Draftu z 2007 roku opowiada w nim o różnych osobistych sprawach, kontuzjach i związku ze swoim bratem Anthony’m.
Pojawia się również „alkohol”. Cała akcja miała ponoć miejsce w pierwszym sezonem gry (mówię gry, czyli 2008/2009), kiedy to „jedynka” z „ósmego” miała okazję wystąpić w 61 spotkaniach notując po 8.9 pkt. i 7 zb. na mecz. Na początku tegoż sezonu do "mieszkania" Odena sprowadza się kuzyn. Pozornie wyglądało wszystko, jak należy – młody zawodnik ma wsparcie od kuzyna, który należy jest weteranem Sił Powietrznych. Dyscyplina oraz oko na młodzieńca gwarantowane.
„O chłopakach z Air Force można powiedzieć jedno – dużo piją. Mój kuzyn szybko „przyzwyczaił się” do stylu życia zawodników NBA. Zaczął urządzać imprezy u mnie w domu. Niestety poszedłem tą drogą. Kiedy wygrywałem – piliśmy by świętować. Kiedy przegrywałem – piliśmy by zapomnieć. Ten drugi rok w Portland prawie zrobił ze mnie alkoholika”, wyznaje Oden.
Jak można przeczytać dalej Oden dopiero w przerwie między sezonowej wziął się za siebie. Wygonił z domu kuzyna, w jego miejsce w domu pojawił się osobisty kucharz mający za zadanie przygotowywanie zdrowych i pożywnych posiłków. Zmiana w podejściu zaczęła być zauważalna w kampanii 2009/2010. Niestety aż do tego feralnego początku pierwszej kwarty przeciwko Rockets.
Praca Titusa spotkała się z echem ze strony władz Portland Trail Blazers. Działacze PTB wespół z agentem Odena, Mike’iem Conley’em Seniorem, wyrazili niezadowolenie ze słów dotyczących braku wsparcia ze strony klubu z Oregonu. Oden w wywiadzie mówi o tym, iż PTB nie dali mu wystarczającego wsparcia podczas jego kontuzji, zarówno pod względem medycznym jak psychologicznym.
Co ja tam będę opowiadał – to jest must-read i tyle. Czytając to trudno nie znaleźć się w grupie tych, którzy trzymają kciuki nad powrotem Odena, nawet w tym 2013. Będąc przy zdrowiu jego chęć grania dla Heat może nie wyglądać, jak „Karnowski zagra w Bunzaga”….
Free Throw:
Greg Oden i Derrick Rose zadebiutowali w lidze NBA 28 października 2008. Obaj opuszczą najbliższy sezon.
Przemek Kujawiński
Jak napisał ktoś na twitterze: Jak zniwelować 24 punkty straty?
Stary, dobry run 24-0 powinien wystarczyć.
Mam odrobinę satysfakcji, choć pewnie bukmacherzy nie wyceniliby wysoko tego proroctwa, bo jeszcze w pierwszej kwarcie tego meczu pisałem, że Spurs będą potrzebowali 5 minut w trzeciej kwarcie, żeby dogonić Clippers. Po 15 minutach tego spotkania było 40 do 16 dla LA. Kolejne 14 minut Spurs wygrali 41 do 17.
Historia tego meczu jest w zasadzie mało skomplikowana. Clippers prowadzili już 24 punktami i nawet wtedy właściwie nikt nie wierzył w głębi serca, że mogą to wygrać. Ani kibice w Staples Center, ani my, ani Spurs, ani sami Clippers. Jeszcze zanim skończyła się pierwsza połowa Spurs zdążyli "zjechać" do 10 punktów. W przerwie Gregg Popovich, całkiem rozluźniony, spędzał czas na ławce rezerwowych z Timem Duncanem i Tonym Parkerem. Rozmawiali, żartowali, nie wyglądali jakby właśnie przegrywali wyjazdowy mecz w półfinałach konferencji. Wiedzieli.
Przed meczem, większość komentatorów zastanawiała się, co musieliby zrobić Clippers, aby mieć jakiekolwiek szanse na wyrwanie czegoś w tej serii. Teraz już wiemy. Aby wygrać, muszą grać fenomenalnie. Fenomenalnie, tak jak grali w pierwszej kwarcie tego meczu, gdy trafiali ponad 60% swoich rzutów, dochodzili z rękoma do strzelców, zneutralizowali pick'n'rolle rywali, a Blake Griffin był najlepszym silnym skrzydłowym w tej lidze. Nie da się jednak grać na takim poziomie przez 48 minut.
Spurs zwyczajnie przeczekali ten moment. Wiedzieli bowiem (wszyscy w hali wiedzieli!), że są lepszą drużyną i w pewnym momencie, to po prostu wyjdzie. Z pewnością znacie to uczucie z waszych boisk gdy gracie akurat z kimś dużo słabszym. Mogą to być młodsi koledzy, którzy zostawiają serce na asfalcie i zęby w obręczach i którzy przez spory fragment meczu do 11 ogrywają was, bo chcą bardziej. Kiedy jednak wygrywają 8 do 2, stwierdzacie, że chyba czas zacząć grać i punktujecie w każdej akcji. Tak właśnie dziś czują się Spurs. Mają powody.
Od końca stycznia mają bilans 45-7. 4 z tych porażek, Pop oddał w geście solidarności ze słabszymi. NBA cares. Wygrali 17 ostatnich spotkań. Nie przegrali od 40 dni. Właściwie śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że w ciągu ostatnich miesięcy byli najlepszą sportową drużyną na świecie. Dlatego mogą nie przejmować się faktem, że przegrywają w trakcie meczu różnicą 24-u punktów.
Gregg Popovich mógł wściekać się w pierwszej kwarcie na swoich zawodników, gdy ci wzięli sobie dodatkowe wolne, ale w przerwie (przegrywając 11-33) rozluźniony kpił sobie z reporterki (Jak to się stało, że przegrywacie? Oni świetnie grają. Co musicie poprawić, żeby wygrać? Jakieś 14 różnych rzeczy. Na przykład? Lepiej grać. Częściej trafiać do kosza) właśnie dlatego, że chyba po prostu wiedział, że ten zespół niebawem wróci do gry.
Mam wrażenie, że Spurs da się pokonać jedynie, jeśli jakiś zespół/zawodnik, rozegra mecz życia. Całe 48 minut życia. Pokonać ich 4 razy? Na dzień dzisiejszy wygląda to na scenariusz kolejnego filmu z Tomem Cruisem. Na szczęście, to wciąż jest sport.
Blake Griffin zagrał wielkie zawody - po obu stronach parkietu. Szczerze chciałbym zobaczyć go pod okiem, któregoś z naprawdę dobrych trenerów od defensywy, który bardzo szybko nauczyłby go lepiej czytać ofensywę rywali i ustawiać się w obronie zespołowej. W pierwszej połowie Blake dosłownie gwałcił Matta Bonnera i Tiago Splittera pod koszem i Popovich musiał zacząć wysyłać podwojenia. To była prosta koszykówka - podanie w post, kilka manewrów, trochę bumping game i punkty spod kosza.
Tak jak jednak kolano Griffina najwyraźniej ma się dużo lepiej, tak biodro (pachwina, kolano, kostka, ciało) Chris Paula jest serie-changerem. Dokładnie zmienia wynik z 2-4 na 0-4. Nie można Paulowi odmówić tego, że próbuje. Oddał dzisiaj 17 rzutów, miał dobry moment w crunch time, sporo asyst, ale po prostu nie jest sobą. Właściwie całą tę serię w jego wykonaniu można zamknąć w jednej akcji, gdy Kawhi Leonard ustał przed nim i rozciągnął swoje monstrualne ramiona na całą długość, by zablokować jeden z rzutów z odchylenia.
Większość rzutów CP3 w tej serii jest za krótka. Większość kroków za wolna. Walczy, nie poddaje się, ale po prostu nie jest w stanie nic zrobić. Nie pomaga fakt, że Spurs zamęczają go różnymi obrońcami, od Parkera i Leonarda, przez Greena na Borisie Diawie kończąc. Jako zdeklarowanemu fanowi talentu Chrisa przykro mi na to patrzeć, ale z drugiej strony nie mogę nie uśmiechać się widząc tak absurdalnie dobry zespół jak San Antonio Spurs.
A skoro wspomniałem już o Kawhi Leonardzie (fantastyczny mecz!). Wymiana z Indianą była kolejnym błyskiem geniuszu R.C. Budforda (choć Larry Bird wcale nie wyszedł na tym źle). Leonard jest gotowym produktem (Tim Duncan po meczu: "Myślę, że jest bardziej dojrzały niż ja, jeśli to możliwe") - jest jednym z tych graczy, którzy przychodzą do NBA już jako role-playerzy, zatem nie muszą przechodzić tego okresu, gdy okazuje się, że nie będą gwiazdą swojego zespołu. Jest też jednym z powodów, dla których NBA powinna przestać podawać wzrost zawodników, dając nam w zamian ich zasięg, bo jego ręce i dłonie są z innej planety. Dziś krył w kilku akcjach Blake'a Griffina i choć ten jest kilka centymetrów wyższy jestem praktycznie przekonany, że gdyby stanęli obok siebie i wyciągnęli ręce w górę, to Leonard sięgałby wyżej. Wciąż pamiętacie, że jest debiutantem?
Swoją drogą obok Leonarda Spurs pozyskali w tej samej wymianie Erazema Lorbeka i mam nadzieję, że doczekam się Słoweńca w ich barwach. Myślę, że nigdzie w NBA nie pasowałby lepiej.
Jutro czwarty i najprawdopodobniej ostatni mecz w tej serii. Bez zdrowego Chrisa Paula, Clippers nie mają czego szukać. Zresztą nawet ze zdrowym Paulem wcale nie musiałoby to wyglądać inaczej. Spurs są po prostu przerażająco dobrzy w tym momencie. Są jak maszyna, choć to porównanie nie jest na miejscu, biorąc pod uwagę, że oglądanie ich wcale nie jest nudne. To, co podoba mi się najbardziej w tym zespole, to fakt, że właściwie nie ma w nim gwiazdy. Oczywiście są Tim Duncan, Tony Parker i Manu Ginobili, ale oglądając San Antonio i nie zwracając uwagi na twarze i numery, trudno ocenić, kto jest tu samcem alfa, dominatorem, supergwiazdą. W dowolnym momencie może być nim właściwie każdy jeden gracz z 10-osobowej rotacji, z której korzysta obecnie Popovich. Nie ma znaczenia, czy jesteś "25-letnim prawiczkiem" jak Gary Neal, młodziutkim debiutantem jak Kawhi Leonard, czy gwiazdą rocka w Argentynie jak Manu Ginobili. W tym zespole możesz mieć swoje 5 minut.
Być może wrażenie to pochodzi z faktu, że Spurs właściwie nie grywają typowych izolacji. Oczywiście zdarza się, że Parker, czy Ginobili zagrają 1 na 1, ale generalnie nie widuje się często sytuacji a la Melo, Pierce, Kobe, Lebron etc., gdy któryś z zawodników odsyła wszystkich do narożnika i decyduje się grać samemu. Nie ma takich sytuacji, bo Spurs ich nie potrzebują. Ich arsenał w ofensywie jest zbyt rozbudowany, by musieli wspierać się niskoprocentowymi rzutami. Wszystko, co dobre zaczyna się oczywiście od pick'n'rolli, ale jest to właściwie tylko rozrusznik dla ofensywy Spurs, bo kozłujący szybko włączają do akcji, któregoś z kolegów na skrzydłach, co otwiera nieskończoną możliwość zagrań - od trójek, przez odegrania w post, aż do penetracji.
W gruncie rzeczy to jest prosta koszykówka i kiedy grają jak Spurs wygląda to w ten sposób, że pytamy siebie: Dlaczego inne zespoły nie grają w ten sposób?

Maciej Kwiatkowski
Jeśli nie poznajesz - to Kobe Bryant, kiedyś dzieciak dziś nr 24, lat 33. Ten sam gość, którego zwykłeś kochać lub nienawidzić.
Bryant jest zupełnie innym typem zawodnika niż wszyscy w NBA. Znam kilka osób, które westchną i zgodzą się na wiadomo-jakie-pytanie odpowiadając "LeBron James" albo "Kevin Durant", ale wiem, że te same osoby kłamią - wiedzą swoje, nieważne czy jakiś blog rzuca im w twarz "skuteczność z gry" "skuteczność w crunch-time" czy nie daj boże coś co na monitorze wygląda identycznie jak "TS%".
Prawdopodobnie dlatego, że w NBA nie ma jeszcze super-bohatera, przez którego oczy lepiej patrzyłoby się na koszykówkę. Na wzloty, ale też i na upadki. Szczęście i cierpienie, radość i złość. Kobe nadal będzie po prostu strumieniem przytomnych i nieprzytomnych decyzji z piłką, które prowadzą do uzyskania możliwie najlepszej pozycji do rzutu. W tym sensie nie zmienił się nic, a nic od pierwszych sezonów, gdy razem z ojcem łapaliśmy się za głowę błagając go by podał Harperowi, a ten przerzucił na stronę Shaqa, gdzie w prawym rogu czaił się Glen Rice. Z czasem zmieniła się tylko technika, efektywność i atletyzm.
Dziesiątki tysięcy minut w NBA obniżyły punkt w jakim oddaje rzuty - widzimy to, gdy blokowany jest w tej serii siedem razy przez nadchodzącą dynastię Oklahomy. Wciąż nie ma jednak w NBA nikogo kto tak naturalnie przechodzi z czwartej kwarty w crunch-time. Widzimy tylko jak Durant zaczyna zbliżać się do tego punktu, ale też na swój, jeszcze inny sposób.
Bryant przegrał dla Lakers mecz nr 2, ale wczoraj przy trzech punktach straty na 1,46 min. przed końcem, w szóstej sekundzie akcji zatrzymał się metr na prawo od prawego łokcia z Jamesem Hardenem na plecach. Od 30 lat w zasadzie oglądamy jak najlepszy shooting-guard ligi zatrzymuje się w tym świętym miejscu. Bryant obrócił się przodem do Steve'a Blake'a wkozłowującego piłkę na połowę po drugiej stronie parkietu i podniósł palec w górę. W tym momencie faktycznie ktoś groził mu śmiercią. Blake podał więc obok do Gasola, a ten przekazał piłkę tam gdzie jej miejsce.
Harden, który w tym roku w pojedynkach z Bryantem praktycznie nauczył się bronić, za chwilę stanie na mocno rozstawionych nogach. Na lewej stronie Blake i Metta World Peace patrzą się na Bryanta, zamieniając się miejscami na skrzydle i rogu, co za kilka sekund okaże się błędem. Andrew Bynum nauczony końcówką meczu nr 2 przebiegnie dokładnie pod dolną część tablicy.
Gasol po wrzuceniu Bryantowi piłki, robi dwa kroki w jego kierunku, stawia zasłonę i teraz Lakers mają (niemal) idealne ustawienie do rozegrania swojej firmowej akcji z sezonu regularnego: pick/roll Bryant/Gasol, podanie Kobe'go do robiącego jeden krok w kierunku kosza Pau, zaraz obrońca Bynuma dochodzi, Pau rzuca lob, a Bynum za chwilę wisi na obręczy.
Po drugiej stronie parkietu na skrzydle ustawiony jest jednak World Peace, który ostatni raz rzucał tak źle za trzy w czasach, gdy Indiana Pacers myśleli jeszcze, że Jonathan Bender będzie Kevinem Durantem. Durant, ten rzeczywisty, tylko czeka, aby zejść do pola trzech sekund. Jest gotów zupełnie zostawić World Peace'a. Russell Westbrook tymczasem nie zamierza zostawiać Blake'a, więc wyraźnie Thunder chcą doprowadzić do sytuacji, w której Ron Artest będzie mierzył sie ze swoim 29,6% za trzy w tym sezonie.
Może gdyby Peace i Blake nie zamienili się wcześniej pozycjami - lepszy spacing Lakers w tej akcji doprowadziłby do wspólnego zakończenia tego posiadania przez Big 3: Kobe->Pau->Bynum.
Zobaczcie więc co znajdujemy. Tzw Hero-Ball. 7 sekund do końca akcji. Gasol już myśli o zbiórce ofensywnej, Bynum stoi i ...w zasadzie stoi, a Bryant patrzy w miejsce znajdujące się pomiędzy brodą a tym co na głowie ma Harden.
Klasyczni Lakers. Widzieliśmy to tysiąc razy. W międzyczasie tylko Kwame Brown zmienił się w Bynuma, a Chris Mihm w Gasola. W tym momencie możnaby rozpocząć dziesiątki różnych dygresji, także napisać książkę.
Bryant stoi przed obrońcą, który w meczu nr 2 zablokował jego rzut w crunch-time. W meczu nr 3 zrobił to kolejne dwa razy - raz z faulem, pierwszy raz czysto - choć Bryant zdobył z tego 4 punkty z rzutów wolnych - kluczowych wolnych, ale zostawmy to. Mecz był w Staples Center, a pod kopułą wisi najwięcej banerów w tej części kontynentu.
Bryant nie przerywa kozła, podnosi prawe ramię do górę, robi zwód głową, niby zaraz ma pójść w górę rzucić za trzy, ale tylko zamraża tym Hardena, mijając go w prawo. Nie jest już tak szybki jak kiedyś, ale po wyłapaniu dwucyfrowej liczby fauli w tym meczu, obniża lewe ramię, szukając kontaktu na będącym tuż obok najlepszym rezerwowym ligi, wybija się ze zreperowanego przed sezonem kolana i kończy lay-up wysoko o deskę nad Kendrickem Perkinsem. Nie tak szybko, nie tak wysoko, ale w samo serce obrony Oklahomy.
Potem jeszcze wróci na minutę przed końcem, by spudłować dwa razy, ale Blake zaliczy swóją ósmą!!! zbiórkę, tym razem w ataku. Klasyczny Bobby - zupełne przeciwieństwo Jamesa w takich sytuacjach. Na koniec trafi sześć rzutów wolnych i uratuje sezon Lakers.
Widzimy w tej serii jak Mike Brown i Scott Brooks walczą o teren, wprowadzając usprawnienia z meczu na mecz, w których sercu niespodziewanie jest Perkins i jego czasem ruchome zasłony na czasem-faulującym przy przechodzeniu przez nie Arteście. Najpierw Durant i Russell Westbrook rzucali wychodząc zza nich w meczu nr 1. W meczu nr 2 wysocy Lakers podeszli jednak wyżej. W meczu nr 3 robili to samo w pierwszej kwarcie, ale Brooks, w którego umiejętności wątpiliśmy rok temu niespodziewanie to skontrował. Aby nabawić 7-footerów Lakers bolących bioder i rozhuśtać w ich pozycji obronnej, Perkins sam grający na bolącym biodrze stawiał je raz z jednej, a to za sekundę z drugiej strony na tym samym graczu i znów Durant z Westbrookiem znajdowali się w pomalowanym.
W ataku pozycyjnym Thunder nie są lepsi niż Lakers. To przechodząc do kontrataku ich szybkość, młode nogi i łatwość zdobywania punktów po każdej stracie czy trójce Lakers dają im wrażenie tego, że są na skraju blowoutu. Lakers odrabiają straty, gdy ich wysocy wiszą metr od kosza na ofensywnej desce i wtedy gdy wpadnie kilka rzutów z dystansu.
Bryant jest jednak game-changerem teraz w tej serii. Lakers mogą mieć 2-2 jutro, ale ta seria nadal będzie potrzebować Bobby'ego - tak, hero-ball, nie tylko w ostatnich sekundach, ale w izolacjach w trzecich kwartach czy wyjściach po zasłonie po piłkę na początku meczu. Wszystko co próbują robić Lakers dobrze w tej serii i co robili dobrze w meczu nr 2 i 3 wystarcza póki co na crunchtime z Oklahomą i Bryant decyduje co z nim zrobić.
Via Yahoo! Sports:
"I don’t give a [expletive] what you say. If I go out there and miss game winners, and people say, 'Kobe choked, or Kobe is seven for whatever in pressure situations.' Well, [expletive] you."
“Because I don’t play for your [expletive] approval. I play for my own love and enjoyment of the game. And to win. That’s what I play for."
Nazywam go "Bobby". Wiem, że brzmi to jakbym starał się poklepać go po głowie i powiedzieć "Głuptasku", ale nazywam go tak z czystej sympatii. Gra nieprzytomnie, mówi od rzeczy. Bryant, jak widzicie wyżej, ma zupełnie gdzieś co myślimy. Od czasu "nazwijcie mnie głupim, ale wciąż wierzę że wygramy" przy 0-3 z Dallas rok temu do teraz gra jeden na pięciu i tylko czasem zalicza 8 asyst jak w meczu nr 7 z Denver. Na starość stał się jeszcze bardziej krnąbrny, bardziej uporczywy, jeszcze bardziej Kobe niż wcześniej był. Czasem jakby tracił kontakt z rzeczywistością, jakby wyrywał się niemal dosłownie z prawego stawu kolanowego.
Czasem może już bardziej Bobby niż Czarna Mamba, ale wciąż Kobe. W tym sezonie patrząc jak gra - od czasu tego jednego tygodnia w styczniu, który zawstydziłby "Linsanity" - myślę sobie, że może nie warto szukać prawdy w liczbach albo określać jego gry pod kątem złych czy dobrych decyzji. Mam gdzieś. Czuję się jeszcze bardziej staro, gdy to robię. Może wystarczy tylko obserwować ten strumień różnych decyzji i to jak Bryant wciąż nie daje jeszcze za wygraną z tym co logicznie wydaje się być niemożliwe.
Bartek Tomczak
Najnowsza Przerwa na Żądanie i podsumowanie dwóch dzisiejszych spotkań.
Od następnego programu (poniedziałek) wróci już lepsza jakość.
Michał Kajzerek
Dr Brian Cole odegrał w minionym sezonie bardzo ważną rolę dla Chicago Bulls. Pozwolił odzyskać RIP-owi nieco swaggera, przygotował Luola Denga na trudy związane z grą mimo zerwanego więzadła w nadgarstku i cały czas pilnował, aby Derrick Rose w żadnym momencie nie przekraczał bardzo cienkiej granicy, jaka dzieliła go od poważnej kontuzji. Mając już niezbędną wiedzę wiemy, że ciało Derricka Rose’a było kompletnie nieprzygotowane na fazę rozgrywek posezonowych, ale obowiązki zrzucone na karb rozgrywającego zabraniały mu myśleć o odpoczynku. Prawda, którą wszyscy bagatelizowali. Jednak perspektywa powrotu MVP 2010/2011 była tak obezwładniająca, że ktoś musiał poruszyć niebo i ziemię, aby zepsuć pozytywne nastroje w Chicago.
Tymczasem niezmierzone zasoby Internetu są prawdziwym omnibusem XXI wieku. Bardzo łatwo ocenić i zobrazować sobie, przez co będzie przechodził Derrick Rose w kolejnych miesiącach na podstawie samych notatek lapidarnych do granic lekarzy, niezwykle zwięzłych w swoich relacjach. Medal ma jednak zawsze dwie strony i przyznam szczerze oglądanie na YouTube operacji zerwanego przedniego więzadła krzyżowego z samej ciekawości nie jest dobrym pomysłem na słoneczne popołudnie. Zimne piwo, dobra książka o psie z detektywem mogłaby odpowiadać standardom współczesnego intelektualisty. Natomiast zerwane więzadła, sparaliżowane ciała i nieraz brutalne operacje są małym odskokiem od panującej normy, niekoniecznie zdrowym dla ducha.
- Może opuścić cały sezon, albo wróci w styczniu/lutym – mówił Cole odnośnie powrotu Derricka Rose’a na parkiet. Gar Forman zdradził w jednym z wywiadów, że nastawienie psychiczne MVP jest odpowiednie do tego, co czeka go w nadchodzących miesiącach. Unikał mimo wszystko odpowiedzi na pytania dotyczące przyszłego sezonu i ewentualnych transferów. Kręgosłup zespołu prawdopodobnie pozostanie niezmieniony. Tak, Carlos Boozer nadal będzie biegał po Chicago ze swoim gejowskim zarostem, uprawiając jednocześnie uliczny pseudo-rap o tym, co w życiu ważne. Lu Deng, Taj Gibson i Joakim Noah są nietykalni, kropka. Jeżeli Forman naruszyłby statsu quo tych graczy, to prawdopodobne zostałby zjedzony żywcem przez samego Toma Thibodeau.
Coach Byków dostał od zespołu kolejny kredyt zaufania, bowiem niedawno jego kontrakt został przedłużony na rozgrywki 2012/2013, bez niespodzianki. To wspaniały trener, znający grę od jej samego środka, ciągle jednak niekompletny, zwłaszcza w zagrywkach po time-outach, czy niewykorzystywaniu potencjału ofensywnego bench-playerów, np. Kyle’a Korvera, który tracił, tzw. momentum, gdy spędzał na parkiecie nieregularne minuty. Już wcześniej pisałem o małych ułomnościach Thibodeau i upartości nie zawsze działającej na korzyść zespołu.
W rzeczywistości bez Derricka Rose’a - mam wrażenie, że Bulls spojrzą także w stronę Kirka Hinricha, któremu kończy się umowa z Jastrzębiami. Kontrakt na jeden sezon dla exByka z pewnością spotkałaby się z aprobatą ze strony zarówno fanów, jak i zespołu. Bądźmy realistami, czy C.J. Watson może rozegrać 82 mecze na jedynce – biorąc pod uwagę najczarniejszy scenariusz – i być w tym czasie rozgrywającym, jakiego potrzebuje Carlos Boozer, czy Richard Hamilton? Czasami owszem wychodzi poza ramy przeciętności, lecz to nikogo w Chicago nie uspokoi. Role obu panów bez Rose’a w ataku diametralnie rosną, tym bardziej, że ich back-up to Ronnie Brewer i Taj Gibson – czołowi defensorzy NBA. Wielu z Was zdążyło pokochać TAJ MAHAL za jego defensive effort. Zawodnik niemający swojego odpowiednika w żadnej innej drużynie.
Bulls prawdopodobnie nie wygrają wschodu trzeci raz z rzędu i patrząc na wszystko przez różowe okulary - będą obijać się koło miejsc 3-5. MVP w najlepszym wypadku wróci w styczniu. Dopiero wtedy poznamy odpowiedź na pytanie już teraz nurtujące bogu ducha winne dusze fanów – kim będzie Derrick Rose po kontuzji? Tony Allenem, czy Michaelem Reddem? Zespół z pewnością podejmie wszelkie środki ostrożności i będzie wprowadzał go do gry powoli, małymi krokami. Rozbieżność w przewidywaniach poszczególnych źródeł informacji zmusza nas do obrania aż 4-miesięcznego marginesu, więc rehabilitacja potrwa od 8 do 12 miesięcy.
Pozostaje jeszcze nierozwiązana kwestia nadgarstka Luola Denga. Zawodnika żadna siła nie powstrzyma przed grą na Igrzyskach w Londynie, gdzie z dumą reprezentował będzie kadrę gospodarzy. Bulls wyślą najprawdopodobniej osobę, która spełni rolę anioła stróża Denga. Istnieje prawdopodobieństwo, że przed rozpoczęciem obozu przygotowawczego do rozgrywek 2012/2013 Lu przejdzie operację, aby zminimalizować ryzyko pogłębienia się urazu. Jeszcze jedna rysa na monolicie chicagowskich Byków.
Licznik odwiedzin: 17 059 655 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||




Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: