Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 714 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS




JAK TO SHAQ PRAWIE ZABIŁ KOBE'GO, CZYLI O DRUŻYNIE, KTÓREJ NIE BYŁO

poniedziałek, 31 października 2011 21:06

 

Maciej Kwiatkowski

 

 

Jeżeli nie czytaliście jeszcze "When the Game was Ours", autorstwa Jackie MacMullan - znakomicie napisaną opowieść o szorstkiej przyjaźni Magica Johnsona i Larry'ego Birda, to znaczy, że musicie to nadrobić jak najszybciej, albo macie jeden z powodów, aby nauczyć się angielskiego.



Oto kolejny z powodów - 15 listopada ukazuje się najbardziej oczekiwana koszykarska biografia w tym roku i może ostatnich lat: związana z Bostonem MacMullan spisała w trakcie sezonu 2010/11 historię Shaquille'a O'Neala. A Shaq - jak to Shaq - miał oczywiście na to dużo czasu.

 

Portal Deadspin.com opublikował fragmenty książki i oczywiście wśród tych pięciu części znalazły się dwie o czymś co trudno nazwać szorstką przyjaźnią. Chodzi oczywiście o romanse między Shaqiem i Kobe'm Bryantem, które zniszczyły zapowiadającą się dynastię Los Angeles Lakers.

 

Oto fragment (dodałem kwadratowe nawiasy):

 

 

 

"Tak więc jest lato 2003 i jestem na skraju załamania nerwowego, bo nie mam jeszcze nowego kontraktu, a Kobe jest na skraju załamania nerwowego, bo może pójść siedzieć [chodzi o sprawę domniemanego gwałtu na 19-latce w hotelu w Kolorado]. Obydwaj zaczynamy więc wyżywać się na sobie.



Tuż przed startem sezonu 2003/04 zostaliśmy zaproszeni przez sztab trenerski, gdzie powiedziano nam "Koniec z publicznymi sparingami na słowa, albo zostaniecie ukarani'... Phil [Jackson] miał tego serdecznie dość, Karl Malone miał tego dość, Gary Payton też... Więc co się stało? Dosłownie tuż po tym Kobe poszedł do Jima Gray'a [znany amerykański dziennikarz sportowy, którego kojarzycie choćby z prowadzenia tego "show" "Decision" LeBrona Jamesa] i zrobił wywiad, w którym dał mi w kość.

 

Powiedział, że jestem gruby i nie jestem w formie fizycznej. Powiedział, że pieściłem się z kontuzją palca u stopy, choć uraz nie był tak groźny. Powiedział, że 'lobbowałem o przedłużenie kontraktu, kiedy dwóch potencjalnych członków Hall Of Fame zgodziło się z nami grać praktycznie za darmo'. Siedzę więc, oglądam ten wywiad i myślę, że eksploduję zaraz. Kilka godzin wcześniej obiecaliśmy naszemu trenerowi, że przestaniemy... Zawieszenie broni zostało złamane. Pomyślałem, że dam znać reszcie chłopaków, że po prostu go zabiję. 

 

Kobe stanął przede mną twarzą w twarz i mówi "Zawsze mówiłeś, że jesteś moim starszym bratem i zrobisz dla mnie wszystko, ale gdy wyszła ta sprawa Kolorado ani razu do mnie nie zadzwoniłeś.' Zadzwoniłem do niego... Więc stoimy przed sobą i dowiaduję się, że było mu naprawdę przykro, że za nim nie stanęliśmy. To było coś nowego. Byłem przekonany, że swoją drogą ma nas głęboko w dupie. 'Cóż, myślałem, że chociaż wesprzesz mnie publicznie... chociaż to,' powiedział Kobe. 'Powinieneś być moim kumplem'.

 

Brian Shaw wtrącił się i mówi do niego, 'Kobe, dlaczego tak pomyślałeś? Shaq organizował przyjęcia od lat i nie pojawiłeś się na żadnym. Zapraszaliśmy cię na obiady w trakcie wyjazdów i nie przychodziłeś. Shaq zaprosił Cię na swój ślub i nie było Cię tam. Potem ty się ożeniłeś i nie zaprosiłeś żadnego z nas. A teraz jesteś w środku problemu, masz kłopoty z tą delikatną sytuacją i chcesz, żebyśmy wszyscy cię w sparli. Nawet cię nie znamy.' ... 

 

Wszyscy zamilkli i powiedziałem wtedy Kobe'mu, "Jeżeli kiedykolwiek jeszcze powiesz, to co powiedziałeś Jimowi Gray'owi, zabiję cię". 

 

Kobe wzruszył ramionami i odpowiedział "Whatever." 

 

Tamtego dnia ja i Kobe w zasadzie zakończyliśmy naszą znajomość." 

 

 

 

Jeśli wejdziecie w powyższy link to przeczytacie jeszcze dwa krótsze akapity o debiutanckim sezonie Bryanta i o jego hen-do-przodu przepowiedniach, które faktycznie po latach się sprawdziły, co przyznaje mu Shaq. 

 

Sezon 2003/2004 śledziłem trochę z doskoku, ale z podekscytowaniem czekałem na team, który moim zdaniem wtedy miał być nawet lepszy niż Chicago Bulls 1995/96. Payton, Bryant, Malone, Shaq - pomyślcie o tym. Payton nie był jeszcze taki stary, ponad dwa lata później zdobył mistrzostwo jako pierwszy zmiennik na obwodzie Miami Heat, a Malone w zasadzie nigdy się nie zestarzał i miał stać się jedną z najlepszych trzeci opcji w historii NBA. 

 

Niestety między kontuzją kolana Malone'a, a konfliktem pomiędzy Kobe'm i Shaqiem wszystko się rozsypało. Lakers pomimo tego dotarli do Finałów NBA, ale tam Detroit Pistons pokazali im co znaczy TEAM w koszykówce. 

 

A Shaq i Kobe? Big Poppa faktycznie nie bywał w formie fizycznej, zwłaszcza na początku sezonu. Bryant natomiast, choć miał ten luzacki błysk w oku od samego startu kariery, to - czego wielu kibiców Bryanta nie chce pamiętać po metamorfozie jaką przeszedł - był jednym z przedstawicieli streetballowych chojraków, noszących głowę w chmurach, którym Bill Laimbeer najchętniej fundowałby wysokie łokcie co pięć sekund ich życia. Myślę, że właśnie to jak woził się młody Kobe sprawiło, że ma tylu haterów po dzis dzień.

 

Bryant wyszedł jednak z tego znakomicie, Shaq zresztą też, ale zamiast teamu, który spokojnie mógł zostać najlepszym w historii NBA, dominując poprzednią dekadę, mamy takie oto historie do dzisiaj i mieć będziemy, nieważne ile razy jeszcze uścisną sobie publicznie ręce w świetle fleszy.

 

Zresztą, gdy dziś na to patrzę, jak mogłem wierzyć w to, że tych dwóch w ogóle jest w stanie się dogadać? Zdobyli razem trzy mistrzostwa? Wygraliby i minimum kolejne trzy, gdyby potrafili żyć ze sobą. Sprawdźcie choćby ich najsłynniejszą akcję. Shaq biegnie w euforii w kierunku ławki i mija wyciągniętą w jego kierunku dłoń Bryanta.

 

 


Podziel się

ALL-NBA DRAFT. RUNDA 3. PICK 6: KEVIN MCHALE

niedziela, 30 października 2011 14:35

 

 

Piotr Kolanowski

 

 

Patrząc na część komentarzy, mógłbym napisać na wstępie że „publiczność się domagała”, ale tak naprawdę od momentu wyboru Shaqa  czaiłem się bardzo ostro właśnie na Kevina McHale’a. Nie myślałem jednak, że się uda i miałem już na wszelki wypadek przygotowanych kilku innych kandydatów w kolejnych rundach (choćby Bobby Jones).

 

Dlaczego McHale, a nie jakiś super small forward czy shooting guard? Bo tych wciąż jest pod dostatek i coś ciekawego na pewno się wybierze, chociażby przy okazji następnego picku. Pisałem właściwie to samo przy  rozpoczęciu budowy mojego zespołu od Big O, co niektórzy uznali za kontrowersyjne, ale myślę, że po wzięciu Shaqa, można powiedzieć, że tamto ryzyko w pełni się opłaciło.

 

Przechodząc do sedna, czyli w sumie do czego potrzebny mi McHale? A praktycznie do wszystkiego, bo  ten gracz niemalże nie miał słabych stron, był po prostu kompletny po obu stronach boiska. Przede wszystkim szukałem jakiegoś dobrego defensora na tej pozycji, bo obrona O’Neala na pick&rollach jest… hmm, niemniej legendarna niż jego absolutna dominacja w ataku. Czy McHale był najlepszym defensywnym PF, którego mogłem wybrać? Nie wiem, ale na pewno jednym z najlepszych.  Cztery razy był w pierwszej piątce najlepszych defensorów, a trzy razy w drugiej. Jego długie ręce nie raz karciły rywali w latach 80-tych i na tym polu był kluczową postacią w Bostonie. Dodatkowo McHale daje mi ogromne możliwości gry w ataku, bo to właśnie po tej stronie parkietu czynił jednak największe spustoszenie. Umiał zrobić właściwie wszystko, dzięki ogromnemu sprytowi, a przede wszystkim perfekcyjnej pracy nóg. Mało kto w historii może się pod tym względem z nim równać. Polecam obejrzeć mecze Bostonu z tamtego okresu albo chociaż obszerne fragmenty na youtube.

 

Na pierwszy rzut oka wyjątkowo niezgrabny gość, lecz to tylko pozory, bo jego manewry były wręcz genialne w swojej prostocie.   A jak trzeba było to i rzut z półdystansu czy nawet za 3 punkty nie był mu również obcy.  Dla mnie po prostu to idealne połączenie z Shaqiem, rządzącym na środku. Do tego Kevin był rewelacyjnym jak na gracza podkoszowego wykonawcą osobistych – w swoim najlepszym sezonie 89/90 jego odsetek wyniósł ponad 89%! O skuteczności rzutów z gry nie ma nawet co gadać. Tu był po prostu wybitny. Zresztą to jedyny koszykarz w dziejach, który potrafił zakończyć sezon ze skutecznością min.  60% z gry i 80% z wolnych.

 

Poza tym McHale wydaje się również idealnym kandydatem do gry u mnie z kilku innych względów. Nie musi być drugą, ani nawet trzecią opcją w ofensywie. Często był przecież „w cieniu” innych  – dwa razy wygrywał nagrodę dla najlepszego rezerwowego sezonu NBA. Bardzo pogodna i niekonfliktowa osobowość, taki dobry duch drużyny. Na koniec dodam, że to mój drugi ulubiony gracz tamtych Celtics, zaraz po Birdzie, ale to chyba akurat najmniej istotne.


Podziel się

PHIL JACKSON O TYM CZEGO POTRZEBUJĄ CHICAGO BULLS

sobota, 29 października 2011 0:08

Maciej Kwiatkowski

 

Zakończenie lokautu nie jest niestety tak blisko jak mogliśmy poczuć to od piątku rano, ale jesteśmy coraz bliżej. Jeszcze w piątkowe popołudnie minęliśmy się z Michałem Owczarkiem pod dworcem centralnym, na którym odbierałem siostrę i moją chrześnicę - ciężko było nam nie cieszyć się, że sprawy idą w dobrym kierunku i wymienić potem kilka optymistycznych maili.  

 

Rozmowy w piątek, kilkadziesiąt minut temu, zostały przerwane, gdy zawodnicy nie zgodzili się zejść niżej niż 52.5 BRI. Te dwa i pół punktu procentowego różnicy to raptem 100 mln dolarów na rok - zawodnicy schodząc z 57 do 52 oddali już właścicielom 200 mln (co ciekawe, zawodnicy stracą 400 mln dol. po odwołaniu listopada...). Dlatego nie można zapominać o tym, że BRI to jednak nie wszystko - kwestie systemowe to dla graczy przede wszystkim walka o to, aby jak największy procent z nich mógł być pewny gwarantowanych zarobków. Gdy to piszę, a jest 23:05, Adrian Wojnarowski przypomina, że są jeszcze właśnie te sprawy systemowe (przede wszystkim "luxury-tax"), w których obydwie strony nie mają wspólnego zdania. 

 

Tymczasem Phil Jackson zjechał do Chicago, gdzie pojawił się w tym tygodniu w "Waddle and Silvy Show" na antenie radiowej ESPN 1000. Zen Master oczywiście został więc zapytany o Bulls i ich poprzedni sezon. 

 

"Wciąż potrzebują strzelców z dystansu, aby pomóc umiejętnościom penetracji jakie posiadają. Carlos Boozer musi też dać im grę post-up, która sprawiła, że Bulls go chcieli. Muszę mieć tych kilka uzupełnień dla gry Rose'a..." 

 

Bulls wygrali 62 mecze w poprzednim sezonie regularnym, ale w Finałach Konferencji Wschodniej Miami Heat i LeBron James osobiście wytknęli Bulls jak jednostronną ofensywę posiadają. Luol Deng miał fantastyczny sezon po obu stronach boiska (miałem go w moim All-NBA 2nd Defensive Team), pokazując, że z powodzeniem może być trzecią opcją w zespole mistrzowskim. Taj Gibson wykorzystał kontuzje Carlosa Boozera i Joakima Noaha, zaliczając moim zdaniem genialny sezon jak na oczekiwania względem niego. Kyle Korver trafił kilka ważnych rzutów, a Ronnie Brewer był liderem defensywnego ratingu przed Kevinem Garnettem i ...Gibsonem. 

 

Jednym, ważnym i brakującym punktem w tym wszystkim był Boozer, który opuścił pierwszy miesiąc sezonu, a następnie Tom Thibodeau - jeśli mogę mieć w ogóle jeden zarzut do Thibodeau - nie zadbał należycie o to, by wprowadzić go do ofensywy. Co jest szczególnie istotne, gdy playmakerem jest scoring-PG. Oczywiście, większość krytykuje samego Boozera za to, że zaliczył dopiero szesnasty PER (18.9) z silnych skrzydłowych i trafiał tylko 40% rzutów z 2-3 metrów (49% w sezonie 2009/10) i 37% na 5-6 (44% w 2009/10). Jasne - widziałem wiele momentów w drugiej połowie sezonu, w których Bulls potrafili grać bezbłędnie dopóki piłka nie trafiała do Boozera. Owszem, Boozer bywał mocno nieskuteczny w sytuacjach spot-up, ale już w post-up trafiał bardzo dobre 46% rzutów (Tim Duncan 44, Al Jefferson 43). Problem w tym, że dostawał tam piłkę moim zdaniem zbyt rzadko (28% jego ofensywnych posiadań), aby móc w ogóle być traktowanym jako druga opcja. Podejrzewam jednak, że w drugim sezonie zarówno Thibodeau w wykorzystaniu Boozera, jak i sam Boozer - będą po prostu rok starsi i lepsi. 

 

Drugą kwestią, na którą uwagę zwrócił Jackson jest oczywiście pozycja rzucającego obrońcy, na której Thibodeau grał trzema zawodnikami (Brewer, Korver, Keith Bogans). Każdy z nich zaliczył co najmniej solidny sezon, nawet Bogans, ale Bulls potrzebują tu nadwyżki, najlepiej kogoś typu O.J.'a Mayo, czyli dodatkowego ball-handlera. Owszem, Jason Richardson i jego umiejętności strzeleckie też byłyby dobrą opcją, ale wątpię, aby udało się złowić Richardsona w mid-level, który najprawdopodobniej wart będzie ok. 17-18 mln dol. za 3 lata. Mayo jest natomiast zastrzeżonym wolnym agentem, ale Memphis muszą latem wydać pieniądze na Marca Gasola i praktycznie oddali już Mayo w lutym do Indiana Pacers. Jest jeszcze pomysł typu Jamal Crawford, ale JCrossover to jeszcze gorszy obrońca niż Boozer i już w poprzednim sezonie zaczął przekwitać - zresztą są tacy, którzy traktują jego sezon 2009/10 jako aberrację. Arron Afflalo (zastrzeżony) byłby też dobrym pomysłem, najlepszym z tej czwórki jeśli chodzi o obronę, ale Denver Nuggets zostawią go w składzie, po tym jak stracili dwie inne opcje na SG, J.R'a Smitha i Wilsona Chandlera. 

 

Jest jednak jeszcze trzecia ważna sprawa moim zdaniem - determinacja. Może tylko moi ulubieni Charlotte Bobcats w drugiej części sezonu 2009/10 (gdy wyzdrowiał Tyson Chandler), pracowali równie ciężko co Chicago Bulls 2010/11. W ostatnich latach nie pamiętam drugiej drużyny, która tak mocno starała się w obronie half-court. Jeżeli w drugim sezonie Bulls będą równie agresywnie podchodzić do defensywy na piłce, podwojeń i wychodzenia wysoko do zasłon, pozostaje tylko uwierzyć, że Thibodeau to coś więcej niż genialny, defensywny koordynator, który oddał piłkę Derrickowi Rose'owi w ataku.  

 

Bulls być może nie potrzebują wcale drugiej gwiazdy, która uzupełni Rose'a, ale kilku usprawnień: dodatkowy kreator z piłką, lepszy spacing, lepszy Boozer, ta sama aktywność w obronie. Napisałem "być może", bo zwyczajnie nie jestem tego pewien i nie chcę przekreślać z tego powodu szans zespołu, w którym najlepszy gracz dopiero co wszedł w swój "prime", a już został MVP. Te cztery kwestie, które wymieniłem są do zrobienia nawet przy użyciu samego mid-level (Mayo) i choć podejrzewam, że Miami Heat będą tylko silniejsi, to Bulls mogą jeszcze zdążyć przed Heat wiosną 2012 roku, o ile niedociągnięcia, które zauważył Jackson, zamienią w usprawnienia.

 

 


Podziel się

KOSZYKÓWKA JEST WSZĘDZIE

piątek, 28 października 2011 18:32

 

Przemek Kujawiński

 

Koszykówka jest wszędzie. Nie mogę nie lubić reklam, które bazują na tym prostym założeniu. Koszykówka jest wszędzie i łączy.

 

2 minuty scenek rodzajowych z udziałem trzech twarzy marki Jordan przypomniało mi przynajmniej kilkanaście sytuacji, w których koszykówka odnajdywała mnie w najmniej oczekiwanych miejscach i pozwalała porozumieć się z ludźmi pomimo różnic charakterów, kultury, czy braku innego wspólnego języka.



W ciągu ostatnich tygodni pracowałem przy budowie zespołu pracowników dla jednej nieźle znanej firmy. 2 tygodnie na telefonie i mailu, biegając od jednej rozmowy kwalifikacyjnej do drugiej. Jedną z ostatecznie przyjętych do pracy osób był Daniel. Na rozmowach skupiony do bólu. Jeden z tych, którzy uśmiech zostawiają w domu. Przygotowany, profesjonalny i zimny jak lód. Taka postawa najwyraźniej mu się opłaciła, bo nasz klient był nim zachwycony. Kiedy przyszedł do mnie z dokumentami potrzebnymi do spisana kontraktu wyglądał jak cień. Podkrążone oczy, zdekoncentrowany, co chwilę przerywający, by poszukać słowa. Już wcześniej w jego CV wyczytałem, że gra w koszykówkę, więc podrzuciłem temat. W 3 sekundy zmienił się nie do poznania. Jak się okazało, spisać kontrakt przyszedł po godzinie snu, bo poza pracą kończy właśnie stronę Internetową o koszykówce. Chwilę później doszliśmy do tego, że zna dobrze Kadoura Zianiego, a zdarzyło mu się też poznać Emila "Slasha" Olszewskiego. W ten weekend umówiliśmy się na granie. Z pewnością też podrzucę wam jego stronę, gdy tylko będzie skończona.



Innym razem brałem udział w wykopaliskach w malutkiej wiosce na południu Cypru. Pobudki o 5 rano, żeby zdążyć zrobić cokolwiek zanim słońce stanie się nieznośne. Wieczory - jak przystało na archeologów - bez wylewania za kołnierz. Spaliśmy w łóżkach polowych w szkole, za którą ku mojej radości znajdowało się boisko do koszykówki. Dobijałem tam wieczorami kolana na zawieszonym o kilkanaście centymetrów niżej koszu, co pozwalało mi się znów czuć władcą przestworzy. Któregoś dnia zobaczyłem na boisku wysokiego miejscowego chłopaka. Jego słownik po angielsku ograniczał się do "fuck", mój po grecku do "malaka" - za to nasze pojedynki przy szybko zachodzącym cypryjskim słońcu przeszłyby do historii... Gdyby tylko ktoś miał okazję je zobaczyć.



W ten sam sposób - tym razem na plaży w Barcelonie - poznałem Juraja ze Słowacji, który kilka wieczorów później pijąc wódkę ze słoika opowiadał mi o tym jak dobry już niebawem będzie "Jenningson". Wiele tygodni później zorientowałem się, że chodziło mu o Brandona Jenningsa. Juraj nie miał może dobrej pamięci do nazwisk, ale za to sypał trójki jak oszalały. Swoją drogą, kiedy wyjechał po pół roku - niejako w jego miejsce - znalazłem sobie innego sparringpartnera ze Słowacji, który dawał mi się wystrzelać z półdychy, by potem wykończyć mnie zawsze w post-up. Peter z Jurajem nigdy się nie poznali mimo, że jak miało się okazać w różnym czasie mieszkali w tym samym mieszkaniu. Swoją drogą w tym, w którym ja mieszkam obecnie.



Czasem nie było okazji do wspólnego grania. W zamian kończyło się na godzinnych rozmowach jak wtedy, gdy pracując jeszcze na nocnej zmianie w hostelu jeden z klientów zajrzał mi przez ramię, a widząc, że  oglądam NBA stwierdził, że się podłączy. Był wielkim fanem Portland, więc skończyło się na historiach z Rose Garden i 30-minutowej tyradzie o tym dlaczego Nate McMillan nie zacznie wreszcie grać szybciej. W ten sposób nasłuchałem się też historii na temat Austina Daye - z którym syn jednego z moich klientów grał w szkole średniej, Shareffa Abdula-Rahima (matka pracująca w jego fundacji), Dwighta Howards (kumpel z liceum), czy wreszcie Donniego Nelsona, z którym córka uroczej starszej pani, która razem ze mną obejrzała połowę któregoś ze spotkań Mavs z Thunder miała podobno chodzić do szkoły.



Wszystkim im zapalała się nad głową lampka, gdy schodzili na temat koszykówki i okazywało się, że mają we mnie nie tylko wdzięcznego, ale i chętnego słuchacza. Czasem popadaliśmy też w absurd, gdy przypadkowo poznany na boisku Amerykanin potrafił skroić epicką opowieść z faktu, że był na tej samej imprezie, co bracia Lopez (Stary! Jak oni wystawali ponad wszystkich! I tacy sami!).



Nie mam w sobie krzty obiektywizmu w tym temacie, ale mam poczucie, że koszykówka jest jednak sportem elitarnym. Pomijając już to, że patrzę na ten sport jak na ultraszybkie szachy, mam po prostu wrażenie, że ludzi kochających koszykówkę coś łączy. Może fakt, że kochają ją mocniej niż inni kibice "swoje" sporty? To oczywiście straszna generalizacja, ale nigdy nie widywałem takiego porozumienia wśród fanów innych dyscyplin. A może po prostu siedzi to we mnie zbyt głęboko i dlatego widzę to w tych kategoriach?



Rzecz w tym, że historię z koszykówką w tle zdarzają mi się niezwykle często i właściwie powinienem być wdzięczny, że ktoś kiedyś wymyślił sobie, że przerzucanie skórzanej kuli przez obręcz może być zabawne, a inni to podchwycili. Bo mam być za co wdzięczny. Moja najpiękniejsze wspomnienia z młodości to w końcu pierwsze próby doskoczenia do tablicy, wyjazdy do Zielonej Góry, by przymierzać zdecydowanie za duże i za drogie Air Penny, czy koszulki mojego podwórkowego zespołu, na których moja kochana mama z trudem wyszyła nam wszystkim numery.



Więc jestem za to wdzięczny. I za wszystkich ludzi, którzy poznałem tylko dlatego, bo komuś wymsknęły się dwa słowa o koszu. Nie wspominając nawet o ludziach, których mam możliwość poznawania teraz - słynnych partiach HORSE na podwórku u Rafała, autobusie do Bełchatowa i kryjących się gdzieś za oparami ciepłej cytrynówki z termosu rozmowach o koszykówce z Sebastianem, czy ostatnio pogawędkach na moim dachu z Michałem i rozgrywkach w 21 o 6 nad ranem z Maćkiem i jego narzeczoną (nie przyznamy się kto wygrywał).



Koszykówka jest wszędzie i choć pewnie zrobiło się zbyt ckliwie mam nadzieję, że wiecie, co chcę przez to powiedzieć.


 


Podziel się

ŻYJ I GRAJ KOLOROWO

piątek, 28 października 2011 17:01

Rafał Niewiadomski

 

Właściwie nie wiem od czego zacząć. Sporo towaru wyszło ostatnio na rynek, niestety przez lokaut, kolejne modele butów nie mają swoich premier na parkietach NBA (Preseason, to był zawsze ciekawy okres pod tym względem!) tylko gdzieśtam. Wczoraj np., odbyła się premiera LeBronów IX, które reklamuje taki spot:

 

 

Spot średnio przypadł mi do gustu ale muszę przyznać, że gdy przyglądałem się tym butom (wykorzystanie carbonu, podeszwa) to po głowie chodziły mi właśnie kosmiczne klimaty. Wiem, że buty wizualnie być może nie miażdżą ale patrząc na wykończenia (wewnętrzna część buta!) i użyte materiały, zanosi się na jeden z najlepszych butów do grania ever. LeBrony IX to jest model, który wyznacza w tej chwili standardy. I mam nadzieję, że niedługo przynajmniej je przymierzę. Póki co polecam kanał Nike na youtube, gdzie znajdziecie więcej informacji o bucie, projektantach itd.

 

Powstało już też sporo wersji kolorystycznych tego modelu, o czym pisałem wcześniej, były to wersje głównie uniwersyteckie. Teraz pora na inne, jak choćby te "Miami night".

 

W ogóle tych wersji kolorystycznych LeBrony zawsze miały najwiecej i nic nie zapowiada, by przy tym modelu było inaczej. Nie wiem jak to wpływa na sprzedaż LeBronów i innych modeli w ogóle ale jak znam zycie nic nie dzieje się przez przypadek. Co do kolorów, to w ogóle zapowiada się bardzo kolorowo. 30 lat temu bannowano buty, za użycie zbyt wielu kolorów, bądź koloru odbiegającego od tego, jaki ma cały zespół. Tak moi mili, kiedyś, jeszcze w latahc 90-tych liga nakładała na graczy obowiązek występowania w tych samym kolorze butów. Jezeli gracze decydowali się na czarne buty i czarne skarpetki, mogli tak zrobić ale musieli zrobić to wszyscy w drużynie. Za odstępstwa były nawet jakieś kary.

 

Dziś nikogo już nie dziwi inny kolor butów. Pamiętam jakim szokiem były w 1994 roku czerwone Pippeny na All Star Game. Teraz czerwone czy niebieskie buty szału nie robią. Za to spory zamęt robią modele w coraz odważniejszych kolorach. Spójrzcie na najnowsze KD IV

 

 

Albo Hyperdunki 2011 Supreme w wersji camo...

 

 

Tu wersja dla Blake'a Griffina

 

Jeżeli macie już dość kolorów to Nike proponuje nam także powrót do przeszłości ale już nie tak dalekiej jak ostatnio. Nike stworzył kolejną po 1/2 Cent hybrydę butów Penny'ego Hardawaya, tym razem dużo bardziej udaną. Z trzech modeli (Nike Flight One, Nike Go LWP oraz Nike Air Foamposite I) stworzono całkiem ładny but. Jest nawet wersja, która świeci w ciemności...

 

Odgrzewanych kotletów ciąg dalszy, nike przyszykował nową wersję wspomnianych czerwonych Pippenów (Nike Maestro Flight), która prezentuje się tak:

 

 

Natomiast Jordan Brand przyszykowało odnowione ósemki (więcej fotek AJ 8.0):

 

 

Generalnie jestem byłem na nie w stosunku do tych modeli ale coraz więcej opinii jest takich, że w porównaniu z wygodą jaką zapewniają nam dziś najnowsze modele Kobego, LeBrona czy Derricka Rose'a, nawet Air Jordany z końca lat 90-tych nie mogą z nimi konkurować pod tym względem. Jeszcze kilka lat temu spotykało się graczy nawet w Ai Jordanach II, które w zasadzie nadają się już tylko na spacery. Dlatego nie dziwi mnie zachowanie JB i Nike'a. Powiem więcej, cieszy mnie to, że AJ VIII dostaną drugie życie, bo juz kilkanaście lat temu nie brak było opinii, że są niewygodne przy zakładaniu i ściąganiu i wielu z nich rezygnowało. Teraz widać, że te pasy nie powinny sprawiac większych problemów użytkopwnikom.

 

I jeszcza kilka zdań nt. Zoom Kobe VII. Okazuje się, że będą w 2 wersjach. Jedne będą kosztować ok 140$ i będą to wersje standardowe. Te drugie wersje, z wkładką ochraniającą kostkę, będą droższe i będa kosztowały ok. 180$. Podobno ta droższa wersja ma mieć 2 rodzaje wkładek, tak jak to było np. przy Air Jordanach 2011. Jedna wkładka (ta wyższa, ochraniająca kostkę) z hasłem "Play strong", druga - niższa, z hasłem "Play fast". Trafiłem także na info o tym, że wersja standardowa również będzie miałą wyciągalną wkładkę ale na potwierdzenie tych informajci przyjdzie nam pewnie poczekać jeszcze kilka dni. Premiera butów wypada... 23 grudnia, hmmm... i polecam ten link, gdzie widać bardzo szczegółowe fotki siódemek, naprawd robią wrażenie.

 


Podziel się

SEZON, KTÓREGO NIE BYŁO. ROZDZIAŁ II

czwartek, 27 października 2011 21:34

Przemek Kujawiński, Maciej Kwiatkowski

 

Rozdział I

 

"Każdy ma swoje Macondo".

 

- Joseeee!

 

- Joseee!

 

Nie miał siły, żeby obrócić głowę za siebie. A może nie miał ochoty. Nie miał siły i ochoty. Ochoty i siły. Ochoty. Ochoty. Ochoty.

 

- Ochota. O-choooota... - zaczął literować to słowo przeciągając środkowe 'o' w nieskończoność.

 

- O-choooooooooota! Jooooooooseeee!

 

Jooose! O tu też - zaśmiał się do siebie.

 

Naprawdę nie chciało mu się obracać głowy.

 

- Jose chodź. Clippers grają. Niedorajdy! Widzisz tego z płaską głową? Poszedł za mną w drafcie. Ziomuś nie dorastał mi do pięt. Stary, nie uwierzysz, Ziomek nie miał szans. Bam i go mam. Bam. Bam. Tak jak rudy kiedyś temu no, temu... mózgu... Haha mózgu brachu... A rudy poszedł przed tobą i też sobie za dużo nie pograł co nie Jose? Haha mógł iść do tej no, tej Europy. By mówili o nim jak o mnie. Pamiętasz jak mówili Jose? Bestia. Beeeestia. I u ciebie też tak mówili: "Es tan bestia". Tak mówili!

 

(Głos z telewizora): Eric Gordon and Blake Griffin carry their team once again...

 

- Haha carry. Caaaaaarrry! Wiesz Jose jak u nas niektórzy mówią? Cuuurry! Cuuurrry. Tępaki. Cuuurry. Haha Steph poszedł za Tobą brachu. Za Tobą. Też to rude takie. Fasolarz też rudy. Pamiętasz fasolarza Jose. Haha miał tak jak ty na imię nawet. Jose Beanea. Juan Jose Beanea. Padł jak długi pamiętasz? Jeden cios. Bam bam i zioma nie ma. Haha posłuchaj: Bam bam. Prawie tak jak wtedy. Musieli go znieść haha. I potem Charlie mi przytwitował nawet, że mam krew tygrysa. Grrrrrrrr jak tygrys Jose! Masz tweetera Jose? Przytwituję ci coś. Słyszysz? Twiiit, twiiit, twiiit. I masz AIDS hahaha.

 

- Serio brachu. Miałem dość. Chciałem sobie tylko zapalić. Nie wiem, o co im poszło. Chciałem ich poczęstować, ale nie chcieli. A wcześniej pamiętasz jak pisali? Pisali Michał Anioł o mnie. Michał Anioł haha. Jak żółw ninja Jose. Bach bach i 35 punktów. Bach bach i 45 punktów i 3-0 było. Jak za Kevina stary! Szkoda Kevina. Obu szkoda i tego naszego Kevina też szkoda Jose! Jak żółw był czasem, ale szkoda. Haha łapiesz Jose? Jak żółw. A to ja byłem Michał Anioł. I 3-0. Bach, bach, bach. Denver, Dallas i Milwaukee. Bach, bach, bach haha. Co nie Jose?

 

- A potem gwizdali tylko. Haha prawie jak na Ciebie Jose po każdej trójce. Pamiętasz Jose? Joooose! Krzyczeli klang klang klang klang jak rzucałeś Jose, pamiętasz? Klang, klang, klang. To samo słyszałem jak wychodziłem wtedy z hali. Chciałem sobie tylko zapalić.

 

- Szkoda Kevina. Cipki za nim sikały w Minny. Co nie? Człowieku pamiętasz? Joooose! Kevin i cipki. Cipki i Kevin, a teraz sam jest cipką. Surfer w śniegu po pas, co nie człowieku? Haha nie, no dobry chłopak był.

 

- Jak mogliśmy przegrać 45 spotkań z rzędu ziomuś? Haha 45 spotkań z rzędu. 3-0 i tu nagle bach. To ja też w końcu bach. Musiałem Jose. Wiesz przecież. Padł jak długi haha. Biali nie potrafią padać haha.

 

- Mogłem być jak Len Jose co? Najpierw czapeczka i kilka piątek, a potem bach bach i mnie nie ma. Byłby szacunek brachu. Po co mi ta liga Jose? Pojadę do Ciebie, co nie brachu? I będziemy rządzić w tej no, w Europie. Po co mi ta liga haha. David, David. David Srawid. Po co mi ta liga Jose?

 

Ricky nigdy nie odpowiedział. Już tydzień wcześniej wsiadł w samolot do Europy i właśnie popijał Sangrię w jednej z uroczych knajpek na Barcelonecie, podczas gdy siedzący tuż obok Juan Carlos pytał: I co? Warto było?


Podziel się

ALL-NBA DRAFT. RUNDA 3. PICK 5. JASON KIDD

czwartek, 27 października 2011 20:11

Rafał Niewiadomski


 

Z jednej strony jest wciąż wielu świetnych graczy, że aż nie wiadomo kogo brać, z drugiej strony wybierając jednego gracza, skazuję się na spore prawdopodobieństwo, że nie doczekam by ostały się kolejne klocki do mojej układanki. Ale do tego, każdy kto nie wybrał MJ'a zdążył się już przyzwyczaić. Szybko można popaść w paranoję zastanawiając się, kogo wziąć by kolejny pick z mojej listy się ostał.
 
Zatem odcinam moje przemyślenia oraz typy i biorę to, co zapewni mi największy komfort grania, czyli wybieram Jasona Kidda. Przy czym zaznaczam i przypominam, że ta zabawa nie polega na wybraniu 5 najlepszych dostępnych graczy. To byłoby łatwe. Tu chodzi o to by skomponować zespół, który będzie w stanie zrealizować pewną wizję każdego (?) z nas, która w końcowym rozrachunku może poprowadzić do wygranej.

Co daje mi Kidd? Po pierwsze nastawiony jest na granie zespołowe i podania, kreuje mi partnerów, świetnie zbiera jak na PG, potrafi bronić zarówno PG jak i SG. Nie bez znaczenia jest również to, że potrafi usunąć się w cień i pomagać swojemu zespołowi również bez piłki, co pokazywał wielokrotnie w swojej karierze choćby w Dallas. JKidd praktycznie nie ma minusów.

Jest to trochę odpowiedź na skład i założenia Maćka. JKidd powinien utrzymać się w pojedynku z Magiciem do tego może bronić Bryantów i Mj'ów gdy tego będzie potrzeba. Niewielu jest takich obrońców do wzięcia. Reszta jest albo zbyt słaba w obronie (Nash) albo zbyt jednowymiarowa dwuwymiarowa (Rondo), bądź za bardzo potrzebuje piłki (Rose, CP3), dlatego stawiam na Kidda. Dlaczego nie stawiam na Couseyów i innych Maravichów? Dlatego, że ja tych grajków nie widziałem, nie wiem co są w stanie mi dać. Wiem za to co jest w stanie dać mi Kidd i wiem, że bardzo mi to odpowiada.

Myślę, że mentalnie jest na podobnej półce co Bird i Malone, dlatego powinien dobrze pasować do tego zespołu.

Zatem mam lidera, mam drugą opcję i drugi mózg zespołu. Początkowo chciałem sięgnąć po centra ale biorac pod uwagę fakt, że ci co zaraz będa wybierać mają już swoich centrów... zabiorę im Kidda.

Tak swoją drogą nigdy nie przepadałem za Kiddem, ale jego kariera, doprowadzanie Nets do finałów, zdobycie mistrzostwa z Dallas, czy bilans z kadrą USA pokazują, że warto go mieć w swoim zespole.

 

PG Jason Kidd

SG ...

SF Larry Bird

PF Karl Malone

C ....



RUNDA 3

nr 1 - Sławek Mróz - Kevin Garnett
 
nr 2 - Michał Górny - John Stockton
 
nr 3 - Bartek Tomczak - David Robinson
 
nr 4 - Maciek Kwiatkowski -   Dennis Rodman
 
nr 5 - Rafał Niewiadomski –  Jason Kidd
 
nr 6 - Piotr Kolanowski – 
 
nr 7 - Marek Dziuba - 
 
nr 8 - Przemek Kujawiński -
 
nr 9 - Sebastian Hetman -

 

DO TEJ PORY

Sławek Mróz: Michael Jordan, Jerry West, Kevin Garnett

Michał Górny: Wilt Chamberlain, Moses Malone, John Stockton

Bartek Tomczak: Kobe Bryant, Charles Barkley, David Robinson

Maciek Kwiatkowski: Magic Johnson, Scottie Pippen, Dennis Rodman

Rafał Niewiadomski: Larry Bird, Karl Malone, Jason Kidd

Piotr Kolanowski:
Oscar Robertson, Shaquille O’Neal

Marek Dziuba: Bill Russell, LeBron James 

Przemek Kujawiński:
Kareem Abdul-Jabbar, Tim Duncan

Sebastian Hetman:
Hakeem Olajuwon, Isiah Thomas

 


 


Podziel się

ALL-NBA DRAFT. RUNDA 3. PICK 4: DENNIS RODMAN

czwartek, 27 października 2011 1:32

 

Maciej Kwiatkowski

 

Nie zamierzam przedstawiać osiągnięć Dennisa Rodmana liczbą występów w Meczach Gwiazd czy ilością nominacji do All-Defensive Teams odebranych mu za to kim był. Nie zamierzam nawet dobierać zdjęć pokazujących to, że był najlepszym zbierającym w historii tej gry. Rodman był jednym z największym geniuszy w historii koszykówki. Rodman czytał grę, czytał atak przeciwników, czytał ruchy zawodnika którego krył, czytał mu w myślach nie raz, albo po prostu chciał nadepnąć na odcisk. Czytał też ustawienie całych drużyn przed zbiórką, czytał parabolę lotu piłki, czytał kąt jej odbicia od obręczy i ... był już tam, zanim my zdążylibyśmy to wszystko odczytać. Dennis Rodman był wszędzie. What you see is what you get ->>>

 

Enfant terrible koszykówki lat 90-tych moim zdaniem byłby jeszcze lepszym i ważniejszym graczem w dzisiejszych czasach, ze swoimi znakomitymi umiejętnościami w bronieniu szybkich graczy obwodu. Musiałby popracować nad pilnowaniem swoich dłoni, ale same stopy niosły go w tamtych czasach tam gdzie chciał i o której chciał. Rodman jeszcze w czasach Detroit Pistons bronił dwójki/trójki, a potem był częścią najlepszej obrony w lidze. W moim teamie ma bronić, zbierać i biegać. Nie wymagam od niego nic więcej. No poza kilkoma rodmanizmami, trickami czy wybuchami złości. Możemy się nawet kłócić przed szatnią i obrzucać wyzwiskami na Twitterze. W naszej lidze nie ma możliwości wymian. Nie można też opuścić zespołu.  

 

 

Mając Magica Johnsona w składzie potrzebuje tych zbiórek w obronie, żeby moja wczesna ofensywa mogła zadziałać. Potrzebuję też biegającej czwórki, aby zabiegiwała rywali i męczyła ich i dręczyła. Nie przekonywał mnie wybór Dirka Nowitzkiego do tego teamu, bo potrzebuję przede wszystkim mieć najlepszych atletów. Rodman był planowany na trzecią rundę od momentu, gdy wybrałem Magica.

 

Nie mogę zdradzić co planuję dalej, ale mam pomysł na team i udaje mi się póki co go realizować. Podpowiem tylko jedno: będziemy mogli switchować na KAŻDYM pick/n/rollu. O, i zapomniałbym, ale pewnie już stałem się irytujący w ostatnich zdaniach, więc tylko zaznaczę - Rodman dodaje swagger! Ask Michael Jordan.

 

PG Magic Johnson

SG ...

SF Scottie Pippen

PF Dennis Rodman

C ....



RUNDA 3

nr 1 - Sławek Mróz - Kevin Garnett
 
nr 2 - Michał Górny - John Stockton
 
nr 3 - Bartek Tomczak - David Robinson
 
nr 4 - Maciek Kwiatkowski -   Dennis Rodman
 
nr 5 - Rafał Niewiadomski – 
 
nr 6 - Piotr Kolanowski – 
 
nr 7 - Marek Dziuba - 
 
nr 8 - Przemek Kujawiński -
 
nr 9 - Sebastian Hetman -

 

DO TEJ PORY

Sławek Mróz: Michael Jordan, Jerry West, Kevin Garnett

Michał Górny: Wilt Chamberlain, Moses Malone, John Stockton

Bartek Tomczak: Kobe Bryant, Charles Barkley, David Robinson

Maciek Kwiatkowski: Magic Johnson, Scottie Pippen, Dennis Rodman

Rafał Niewiadomski: Larry Bird, Karl Malone

Piotr Kolanowski:
Oscar Robertson, Shaquille O’Neal

Marek Dziuba: Bill Russell, LeBron James 

Przemek Kujawiński:
Kareem Abdul-Jabbar, Tim Duncan

Sebastian Hetman:
Hakeem Olajuwon, Isiah Thomas

 


 


Podziel się

DERRICK ROSE NIE CHCE SALARY-CAP I...CHCE ZARABIAĆ WIĘCEJ

środa, 26 października 2011 22:19

Maciej Kwiatkowski

 

"Don't let the highs get too high. Don't let the lows get too low." - to jedno z moich ulubionych powiedzeń. Do zastosowania praktycznie w każdej sytuacji, gdy czujesz, że emocje przejmują kontrolę nad Tobą. Przyjąłem je sobie na czas lokautu, choć miałem gorszy okres dzisiaj rano. ("Rano" - w miejscu, w którym przecina się równoleżnik i południk tam gdzie śpię, to "wczesne popołudnie").  

 

Otóż dokładnie rok temu o tej porze, krzątałem się po mieszkaniu, nie mogąc wysiedzieć w miejscu. Przesuwałem laptop na stole w miejsca pozaznaczane widzialnymi dla moich oczu punktami, które idealnie wymierzyć miały odległość między krawędzią laptopa, a krawędzią stołu, w którą za kilka godzin zmieszczę popielniczkę i lewe przedramię, ekscytując się pierwszym dniem sezonu NBA. Oprócz przygotowywania sobie miejsca, chodziłem i przypominałem mojej narzeczonej, że dziś jest wielki dzień. A ona: i co? znikniesz na kilka miesięcy? Dziś "ciche dni" w naszym mieszkaniu to przede wszystkim te, gdy wbijam do Excela lub ręcznie przeliczam statystyki do TBL Rankingu czy TBL Crunch-time.



Ale dziś mnie dopadło. Nie ukrywam, ale to nie miejsce by rozwodzić się nad głębokością emocjonalnych przeżyć. Don't let the lows get too low.



Tymczasem Derrick Rose, który sprawia wrażenie jakby zjadł zęby na wcielaniu w swoje życie powyższego powiedzenia, w tym tygodniu gościł na Hawajach w bazie wojskowej (Marylin Monroe była regularnym gościem w bazach wojskowych na Hawajach, co nie ma kompletnego związku...), wypowiedział się w temacie, który wczoraj zakreśliłem postem o Marku Cubanie.



Spróbujcie kiedyś wytłumaczyć komuś niezwiązanemu zupełnie z koszykówką dlaczego jeden gość za 62 minuty gry w sezonie 2010/11 otrzymał 11.5 mln dolarów, a bezdyskusjny MVP sezonu otrzymał "tylko" 5.5 mln dolarów.



Zaczęlibyście więc pewnie od tego czym jest 'rookie scale', myśląc o niej prawdopodobnie w formie 'są młodzi, poprzewracałoby im się w głowach od większych fortun'. Hej - to 5.5 mln dolarów. Kupa forsy. Z drugiej strony - gdy NBA przepłaca na zawodnikach trochę lub dużo gorszych od Marcina Gortata, oferując im po 7-10 mln dolarów rocznie, kluby oszczędzają relatywnie podobne sumy na zatrudnianiu co po niektórych młodych zawodników, którzy produkują na wyższym poziomie niż ich zarobki wg 'rookie scale'. Przykładów jest tu mnóstwo. Warto pamiętać o tym, gdy zaczniecie rugać i na zmianą współczuć właścicielom (i znów rugać) za ich lekką ręką wydawane pieniądze na Drew Goodenów tej ligi.



Co powiedział Rose na Hawajach? Ma coraz więcej do powiedzenia. Dopiero go poznajemy.



"Chciałbym, żeby było tak jak kiedyś, gdy nie było salary cap. Kiedyś dawano graczom przychodzącym z koledżu kilkudziesięciomilionowe kontrakty, więc dlaczego przestano to robić? Liga się rozwija. Nie ma takiej potrzeby, żeby przestać to robić."



Nie zdążyłbym pomyśleć, a Rose śmignąłby w tym czasie obok mnie z piłką, ale jeśli nie ma piłki i w grę wchodzi tylko myślenie ... popatrz Derrick. Wiem, że zasługujesz na więcej, ale jesteś jednym z nielicznych, wybranych, nawet jeżeli ostatni sezon był dopiero pierwszym, w którym zacząłeś sobie z tego zdawać sprawę. Jest takie słowo 'potencjał', które towarzyszyło Tobie przez całą Twoją karierę, aż do ostatniego sezonu, gdy pokazałeś, że możesz stać się najlepszym graczem w tej lidze, już zaraz. "Potencjał" to mix obserwacji, cyfr i fantazji. Ta ostatnia potrafi zabijać kluby i niszczyć organizacje na kilka lat za złe określenie czyjejś ścieżki rozwoju. Jesteś w zasadzie dobrym przykładem tego, że "potencjał" potrzebuje czasu. Nawet ty go potrzebowałeś. Wyobraź sobie ile zarobiłby Greg Oden, albo Mike Beasley, ile dostałby ehmm Darko Milicic albo Marvin Williams, gdy przychodzili do NBA. Oden? 10-15 mln dolarów rocznie za samo 'Greg' pod kontraktem. Beasley? 12 mln rocznie za "Let's roll something". 10 mln dolarów za 'Fuck your moms and dogs' pod umową Darko czy tyle samo za 'Sorry that I'm not Chris Paul' pod kontraktem Williamsa. Twój pomysł idzie w sprzeczności z naszym aktualnym problemem. Tego się nie zrobi... tym razem.

 

Tym razem?!

 

Nawet jeśli pomysł ligi bez salary-cap, ale też bez w pełni gwarantowanych kontraktów nie jest wcale aż tak z kosmosu (np. gwarancje tyczą się poziomu 50-60%, na pozostałe pieniądze gracz musi zapracować, spełniając określone warunki kontraktu)... OK, może trochę jest, ale to przy innej okazji - kiedy NBA dojdzie do wniosku, że zbudowanie ligi równych szans z 30 zespołami jest tylko piękną teorią i czas kilku klubom podziękować, ten pomysł może jeszcze do nas kiedyś wrócić.


 


Podziel się

CZYM JEST "GAME CHANGER" CUBANA?

wtorek, 25 października 2011 21:24

Maciej Kwiatkowski

 

 

Niesamowicie szanuję Marka Cubana za to, że w trakcie play-offów, czy serii z Los Angeles Lakers, gdy naprawdę MÓGŁ, nie skorzystał z okazji i nie udzielał wypowiedzi mediom. A mógł sobie wtedy pożartować z Phila Jacksona, z Lakers, po wielu latach przegrywania z nimi, choć co ciekawe - nie w play-offach - tam Dirk Nowitzki jest 1:0 z Kobe'm Bryantem.



Cuban uznał potem ciszę za dobry omen, więc nie odzywał się do końca playoffów, co było wcale nie mniej imponującą historią niż ta, która przytrafiła się wiosną jego drużynie. Dallas Mavericks niespodziewanie zdobyli mistrzostwo, ale stało za tym kilka lat budowy teamu wokół Nowitzkiego, znakomity sztab trenerski, ale też możliwość płacenia ponad 10 mln dolarów przez sześć lat za przeciętnego centra (i wymienienie jego niegwarantowanego kontraktu na centra, bez którego nie byłoby mistrzostwa), a w między czasie podpisanie niemal identycznej umowy z kolejnym, który stał się tylko zmiennikiem.



Billy Hunter przyszedł do Billa Simmonsa porozmawiać o przebiegu negocjacji. Jedną z kwestii, którą poruszył była zgłoszona w trakcie negocjacji propozycja Cubana, tzw "Game Changer".



Simmons: Właściciele zachowują się jakby chcieli czegoś więcej niż tylko nową umowę. Chcą zmienić model ekonomiczny ligi. Jak dużą odpowiedzialność czujesz, pomagając im budować ten model?



Hunter: Zabawne, ale Mark Cuban wyszedł z pomysłem, który nazwał "The Game Changer". Rozmawialiśmy o systemie, w którym nie byłoby 'salary cap'. Wzięliśmy ten pomysł pod dyskusję i odpowiedzieliśmy czymś podobnym. Widziałem po reakcjach, że spodobało się to Cubanowi i może dwóm, trzem innym właścicielom. Byli naprawdę podekscytowani.



Czy nie jest to dokładnie coś przeciwnego niż to czego chcą Herb Kohl, Robert Sarver czy Dan Gilbert? 'Salary cap' nie ma m.in w baseballu i tam jak można przypuszczać mniejsze kluby nie mają szans zatrzymać swoich zawodników, gdy ci chcą przenieść się do New York Yankees czy Boston Red Sox. Można sobie wyobrazić New York Knicks oferujących Chrisowi Paulowi 30 mln dolarów za sezon w 2012 roku albo New Jersey Nets bookujących Dwighta Howarda za 50 mln dolarów rocznie...



Oczywiście - dla graczy pomysł byłby idealny, choć warto pamiętać, że to co zdradził Hunter jest tylko częścią większego systemu i ocenianie go tak lekko jak zrobiłem to akapit wyżej, nie jest z pewnością do końca zasadne. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś dowiemy się co planował Cuban, a czemu przyklasnęli najpewniej James Dolan, Jerry Buss i Mickey Arison.

 

Cuban zajmuje 459. miejsce na liście najbogatszych ludzi świata wg Forbesa, jego majątek ocenia się na 2.5 miliardy dolarów. Z szacunku dla tego ...szacunku, warto byłoby dowiedzieć się co dokładnie zakładał jego plan. Nie jest to ostateczny powód, ale to Mark Cuban - gość, który wie jak prowadzić biznes, faktycznie czuje NBA i wie kiedy siedzieć cicho, co jest sztuką, z którą wielu nieskutecznie walczy przez całe swoje życie.

 


 


Podziel się

Licznik odwiedzin:  18 779 714  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      






[ Copy this | Start New | Full Size ]






















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 18779714

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u

Wyniki ankiety

Czy Golden State Warriors awansują do playoffów?

Tak : 0%
Nie: 0%

Łączna liczba głosów: 0