Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 588 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS




REGGIE MILLER NAJSILNIEJSZYM KANDYDATEM DO HALL OF FAME

wtorek, 30 listopada 2010 22:19

Przemek Kujawiński

 

Lista nominowanych do Hall of Fame została dziś zamknięta. Znajduje się na niej  21 nazwisk. Najpoważniejszym kandydatem wśród zawodników wydaje się Reggie Miller, choć potencjalnie gdy będzie przyjmowany nie będzie już liderem wszech czasów w ilości trafionych trójek.

 

Lista nominowanych nie wygląda szczególnie olśniewająco i w przeciwieństwie do dwóch poprzednich lat, gdy przyjmowani byli Michael Jordan, John Stockton, David Robinson, Scottie Pippen i Karl Malone nie ma nich naprawdę "wielkich" nazwisk. Są za to na niej nazwiska ciekawe. Między innymi Dennis Rodman. Oto pełna lista nominowanych:

 

Reggie Miller, Mark Jackson, Bernard King, Chris Mullin, Don Nelson, Dennis Rodman, Maurice Lucas, Jamaal Wilkes, Rudy Tomjanovich, Cotton Fitzsimmons, Tex Winter, Spencer Haywood, Maurice Cheeks, Ralph Sampson, Dick Bavetta, Rick Pitino, Joe B. Hall, Jim Valvano, George Raveling, Marty Blake.

 

Spośród graczy międzynarodowych nominowani zostali Arvydas Sabonis i Sarunas Marciulonis.

 

Większość nazwisk koszykarzy z tej listy jest powszechnie znana, ale sami przyznacie, że nie ma na niej nikogo z pierwszej ligi gwiazd NBA. Tym bardziej więc wzrastają szansę Reggiego Millera, który może pochwalić się imponującą karierą. Osobiście uważam, że na swoje miejsce zasługuje też Dennis Rodman, choć w jego przypadku większym problemem niż brak znaczących osiągnięć ofensywnych są kontrowersje z nim związane. Chciałbym zobaczyć Rodmana na uroczystości przystąpienia do Hall of Fame. Może pojawiłby się w sukience, a o wprowadzenie poprosiłby Davida Robinsona?

 

Innym moim kandydatem jest Bernard King, były król strzelców w barwach Knicks, do którego mam szczególny sentyment, bo widnieje na najstarszej karcie jaką posiada - gdzieś z sezonu 87/88 gdy grał dla Washington Bullets.

 

Niestety po raz kolejny w nominacjach pominięty został Artis Gilmore. Jedna z największych gwiazd ligi ABA i znacząca postać w NBA końca lat '70 wciąż czeka na swoją kolej. Czytałem jakiś czas temu wywiad z nim i jest wyraźnie zawiedziony, że wciąż nie został doceniony. Przebija z niego zgorzknienie i wręcz atakuje zawodników takich jak Bill Walton, którzy mieli dużo mniej imponujące kariery, ale w jego opinii byli bardziej medialni. W podobnym tonie wypowiada się o Juliusie Ervingu, z który razem zaczynali karierę w ABA, a następnie w tym samym roku dołączyli do NBA. Nie oznacza to jednak, że nie ma prawa czuć się pokrzywdzony. Spójrzcie na jego osiągnięcia.

 

Gilmore może się pochwalić najwyższą skutecznością z gry w historii ligi. Jest też 5 zbierającym, 20 strzelcem i 4 blokującym w historii NBA/ABA. W ciągu swoich 5 lat w ABA był zaliczał średnio 22 punkty, 17 zbiórek i 3,4 bloku. Wystarczyło mu to do nagród dla najlepszego debiutanta i MVP sezonu regularnego (w tym samym sezonie). Udało mu się również zdobyć jedno mistrzostwo ABA z Kentuzky Colonels. Po dołączeniu do Chicago Bulls w NBA jego wyniki nieznacznie spadły, ale wciąż był poważną siłą zaliczając średnio w karierze 17 punktów, 10 zbiórek i 2 bloki i sześciokrotnie grając w meczu gwiazd.



Podziel się

DNIÓWKA: DRIBBLE-DRIVE ZABIJA SUNS, BATUM I BLAIR DO WYMIANY? HEAT X 101251250

wtorek, 30 listopada 2010 19:17

 

 

 

 







Maciej Kwiatkowski

 

* Alvin Gentry zamienił Hedo Turkoglu na Hakima Warricka w pierwszej piątce, ale to niewiele zmieniło w grze Suns, poza tym, że Turek rzucił wszystkie swoje 13 punktów z ławki w samej drugiej kwarcie - może to krok w dobrą stronę.

Niedzielny mecz z Denver na czwórce kończył jednak i tak Josh Childress. Suns przegrali w niedzielę 133:138 w Mile High City i zajmują ostatnie miejsce w straconych punktach w meczu, skuteczności rywala, straconych punktach z pomalowanego i przy tym mają najmniej zbiórek w lidze. Trener Gentry i Jared Dudley, przyszły ekspert ESPN'u zgadzają się jednak co do jednego - problemem nie tyle jest brak dominujących graczy w strefie podkoszowej, ale defense jeden na jednego na obwodzie i ten przy pick & rollach. Tak jakby była to nowość.


Wszystko co najgorsze dla obrony Suns zaczyna dziać się gdy rywal minie Steve'a Nasha czy minie Jasona Richardsona. Przewagi zyskiwane przez obwodowych na 4-5 metrze sprawiają, że wysocy muszą dochodzić z pomocą, a wtedy rywalom jeszcze łatwiej o zbiórki w ataku - Suns zajmują 28. miejsce w lidze w liczbie punktów traconych po drugich szansach, 15.6 pkt w meczu to kupa punktów nawet na taki team jak Phoenix.


* Obejrzałem fragmenty konferencji prasowej Miami Heat po wczorajszym meczu. Ile jedno zwycięstwo potrafi zmienić. Dwyane Wade i LeBron James nie wyglądali wcale jakby nosili na sobie ciężar tej całej sytuacji, podchodzącej coraz bardziej pod mydlaną operę. Wade przyznał, że spędził sobie część poniedziałku buszując po sieci, widział wypowiedzi Tracy McGrady'ego na ich temat. Dodał, że szukał wczoraj rytmu w pierwszej połowie i chciał przy tym, żeby James był sobą na boisku. Szukał też w sobie "Charles Barkley'a":


- And Chris wasn't, so he sucks... For the record: 5 for 14 from the floor... That's just terrible... He's terrible.
 

W rzeczywistości gdzie teraz nie spojrzycie Heat-drama jest tematem nr 1. Od ESPN, mającym teraz  "Heat Index" z Brianem Windhorstem na czele, który razem z Jamesem przeniósł się z Cleveland, przez Sun-Sentinel z nadwornym beat-writerem Heat Irą Windermanem, aż po duże media,  również te plotkarskie, które zajmują się całą psychologią konfliktu. Tym czy w ogóle istnieje taki, czy nie, czy jest to "zdrowy konflikt", czy też może obgadują się za plecami (mógłbym w zasadzie podlinkować inny tekst w każde słowo w powyższe dwie linijki - tyle tego jest).

Wczorajszy raport Chrisa Broussarda został wg Adriana Wojnarowskiego podrzucony przez Mavericka Cartera, prawą rękę Jamesa, po to by ten mógł przesunąć granicę swojego 'królestwa' jeszcze bardziej na teren Erika Spoelstry. Psychologia. Wojnarowski już od kilku lat miażdży Jamesa, ale tak naprawdę miażdży jego doradców. Wojnarowski podsumowuje - przeskoczcie teraz do następnego akapitu, jeśli chcecie przeczytać tekst Woja - że Erik Spoelstra i Pat Riley nie ugną się przed Jamesem i jego ludźmi, na których smyczy przez ostatnie lata wisiał Dan Gilbert, właściciel Cavaliers. Już w czwartek najważniejszy mecz sezonu dla Cavaliers - wizyta Miami Heat.


* Dwight Howard i Stephen Jackson mają po 6 fauli technicznych, najwięcej w lidze.

* DeMarcus Cousins zawodzi na parkiecie i poza nim. W poniedziałek został wyrzucony z treningu.


* Nate McMillan usiłuje znaleźć nową jakość w pierwszej piątce Portland Trail Blazers i przesuwa do niej Wesa Matthewsa w zamian za Nicolasa Batuma. W zasadzie 21-letni Francuz nie najlepiej pasuje ze swoją grą do wolnego tempa Trail Blazers. Bardziej sprawdziłby się w teamie, w którym mógłby lepiej wykorzystywać swoją szybkość, atletyzm, zasięg ramion w jakimś bardziej przyjaznym mu systemie, np. w Houston, Golden State, Knicks.

Matthews rozpoczął już w piątce drugą połowę przegranego meczu z Nets, zdobywając po przerwie 15 ze swoich 25 punktów. McMillan przyznał, że ta zmiana to dla niego 'no-brainer' - im więcej gra Matthews, tym gra lepiej. Jako starter zalicza średnio 22 punktów, 5 zbiórek, 2 asysty i 1.7 przechwytów. Fakt,  że już chyba nikt nie wymienia go w gronie zawodników, których latem przepłacono.

Batum natomiast ma być teraz częściej wykorzystywany jako opcja ofensywna z ławki, ale będzie  też musiał powalczyć o minuty i rzuty z Rudy'm Fernandezem, przynajmniej dopóki Brandon Roy będzie mógł nadal grać (średnio 24 pkt. w dwóch meczach od powrotu). Blazers przegrali trzy mecze z rzędu. W tym tygodniu do gry wróci Joel Przybilla. Zmierza to wszystko do walki o 7-8 miejsce na Zachodzie niestety.


Batum: "McMillan wants me to be more involved with offense, so that can bee good for me. What I did my first two years was really focus on defense. I can learn much more about NBA basketball"


 * W San Antonio, najlepszym teamie ligi w tym momencie też jest jeden kłopot - a raczej kłopocik, biorąc pod uwagę bilans 14-2. DeJuan Blair, wg blogerów 48 Minutes of Hell bardziej nadawałby się do drużyny takiej jak choćby New York Knicks, w której mógłby biegać, zbierać w ataku, dobijać albo odrzucać na obwód. Blair jest starterem w Spurs w tym sezonie i póki co najsłabszym elementem podstawowej rotacji.

Rzadko gra więcej niż 15 minut w meczu. Nie widać żeby popawił półdystans,  ma duże kłopoty w help-defense i fakt, że brakuje mu wzrostu, żeby blokami ratować swoje błędy jeszcze bardziej to uwidacznia. Wg mnie w drugiej części sezonu starterem Spurs obok Duncana zostanie Tiago Splitter, ale on też nie grozi rzutem z półdystansu. Spurs i tak nadal najlepiej spisują się, gdy gra duet Duncan/Matt Bonner, albo gdy mogą po prostu grać small-ball z Duncanem w środku.


Czy Blair i Batum będą w lutym do pozyskania dla innych drużyn? Może tak się stać.


* MVP RANKING #4


(1) 1. Dwight Howard (Orlando Magic) - 22.6 pkt, 11.9 zb., 2.4 blk, 60% z gry
(8) 2. Dirk Nowitzki (Dallas Mavericks) - 25.7 pkt, 8.3 zb., 55% z gry, 38% za 3
(-)  3. Deron Williams (Utah Jazz) - 22.0 pkt, 9.9 as., 4.2 zb., 37% za 3
(-)  4. Derrick Rose (Chicago Bulls) - 26.6 pkt, 8.2 as., 4.6 zb.
(5) 5. Chris Paul (New Orleans Hornets) - 16.5 pkt, 10.3 as., 2.9 prz., 49% z gry, 47% za 3
(2) 6. Pau Gasol (Los Angeles Lakers) - 21.5 pkt, 11.9 zb., 4.1 as., 1.9 blk, 55% z gry
(9) 7. Russell Westbrook (Oklahoma City Thunder) - 23.8 pkt, 8.6 as., 5.1 zb., 2.2 prz.
(-)  8. Manu Ginobili (San Antonio Spurs) - 21.6 pkt, 5.1 as., 1.8 prz., 47% z gry, 40% za 3
(4) 9. Carmelo Anthony (Denver Nuggets) - 23.8 pkt, 8.6 zb., 3.4 as., 36% za 3
(10) 10. LeBron James (Miami Heat) - 23.7 pkt, 7.7 zb., 5.7 as., 1.7 prz.


tuż za dyszką: Danny Granger, Tony Parker, Kobe Bryant, Kevin Durant, Kevin Garnett, Rajon Rondo, Monta Ellis, Amare Stoudemire, Al Horford, Blake Griffin
 

 

 

 

 


Podziel się

DAY-TO-DAY: GDZIE RUSSELL BIERZE TO NA SIEBIE

wtorek, 30 listopada 2010 9:12

Przemek Kujawiński

 

(12-5) NEW ORLEANS @ (12-6) OKLAHOMA CITY 89:95

 

boxscore

 

Dobry mecz, którym jednak nie byłem w stanie się emocjonować. Być może bywa tak zawsze, gdy Barcelona ogrywa Real 5-0, a do pracy muszę przebijać się rowerem przez pijane tłumy na ulicach, obiecując sobie, że jeszcze przyjdzie dzień, gdy obejrzę ten mecz z trybun Camp Nou.

 

Hornets zatrzymali Thunder na 38% z gry, ale w najważniejszym momencie nie dostali nic od Chrisa Paula (17 punktów, 14 asyst, 5 przechwytów), który był wyjątkowo bierny w crunch time, gdy Oklahoma odjeżdżała na ramionach Russela Westbrooka (25 punktów, 11 asyst, 5 zbiórek, 5 przechwytów).

Od momentu, gdy na 6 minut przed końcem CP3 wyprowadził Hornets na 6-punktowe prowadzenie, Westbrook przejął mecz zdobywając 12 punktów w ciągu kolejnych 5 minut. Wcześniej trafił tylko 5 ze swoich 15 rzutów i zaliczył 8 strat.

 

Kevin Durant (26 punktów, 11 zbiórek) nie jest chwilowo najlepszym zawodnikiem swojej drużyny, ale tak jak Westbrook świecił w ofensywie, tak KD był liderem w obronie. Nie tylko zatrzymał Davida Westa (20 punktów, 7 zbiórek), który w 3 kwarcie punktował skąd tylko miał ochotę, ale zaliczył też kluczowy blok na próbującym dunkować Emeka Okaforze (13/11).

 

Thunder wygrali to spotkanie na tablicach (56-36) i wysiłkiem w obronie. Blok Jeffa Greena (13/7) zobaczycie pewnie w top 10. W samej końcówce niezwykle ważne bloki zaliczali Durant i Ibaka, a piłkę kradł Sefolosha.

 

Bez Paula, który nie umiał przeciwstawić się natarczywej obronie Westbrooka, Hornets nie byli w stanie znaleźć odpowiedzi na taką defensywę. Russell krył bardzo blisko CP3 bez piłki nie pozwalając Szerszeniom na ponowienia akcji. W takiej sytuacji cała ofensywa Nowego Orleanu kończyła się po wrzuceniu piłki do środka do Davida Westa, który przegrywał pojedynki w post z Durantem.

 

Pojedynek rozgrywających obu zespołów był jedynym naprawdę interesującym match-upem tego meczu, ale pokazał ile potrafią znaczyć warunki fizyczne. Westbrook na obu krańcach parkietu wykorzystywał swoją przewagę. Paul odpowiadał tym, w czym jest najlepszy, czyli boiskowym sprytem i zaangażowaniem. Swoją drogą CP3 idzie nadal drogą wytyczoną przez Johna Stocktona i niebawem będzie najbardziej znienawidzonym rywalem wśród wszystkich jedynek, a jego przeciwnicy będą opowiadać sobie o ilościach łokci, które od niego przyjęli.

 

Thunder wygrali, ale powodów do euforii nie ma. Kevin Durant nadal nie jest tym mordercą z zeszłego roku, a jego skuteczność zza łuku zjechała już do 27%. Takie spotkanie może być jednak dobrym początkiem, zmian bo jak mówi stare koszykarskie przysłowie ofensywa zaczyna się w obronie. Dzisiaj Thunder nie tylko zagrali kilka minut wręcz perfekcyjnej defensywy, ale też zaliczyli kilka indywidualnych popisów pod swoim koszem, które z pewnością pozostawią ślad w ich głowach.

 

Chris Paul musi zacząć więcej rzucać. W tej chwili oddaje najmniej rzutów w całej swojej karierze, a tej luki zwyczajnie nie ma obecnie kto wypełnić. Atak Hornets zaczyna się i kończy na CP3, a kiedy on gra biernie, to cała drużyna stoi w miejscu i tak jak dzisiaj w czwartej kwarcie, nie jest w stanie nic zrobić.

 

(6-11) MILWAUKEE @ (14-5) UTAH 88:109

 

boxscore

 

Amerykańscy naukowcy ogłosili Krzysztofa Kolumba Polakiem (może teraz zniosą nam wizy?) i prawdopodobieństwo, że jest to prawda jest niewiele niższe niż tego, że Bucks mogli dziś pokonać Jazz.

 

Nie mogli.

 

Krótko, bo nie ma o czym pisać. Milwaukee zmuszone było wystawić dzisiaj duet środkowych Larry Sanders - John Brockman. Nie ma się więc, co dziwić, że Jazz rozbili ich w punktach z pomalowanego 54 do 18. Bucks i tak zadziwiająco długo trzymali się w grze dzięki temu, że nie tracili wielu piłek, a Brandon Jennings (27 punktów) trafiał dzisiaj na delikatnie wyższym procencie niż zazwyczaj. Matt Harpring porównał go do Nicka Van Exela i miał być to komplement, ale coś czuję, że wszyscy, którzy tego słuchali pomyśleli o jednym. Swoją drogą Nick the Brick Quick w swoim drugi sezonie zaliczył najwyższą skuteczność w karierze (42%), więc wszystko przed Brandonem (w tej chwili 39%).

 

Poza Jenningsem Bucks mogli liczyć na Chrisa Douglasa Robertsa, który dostanie  pewnie niebawem przydomek mini Worthy i Ersana Ilyasowe, którzy rzucili odpowiednio 19 i 18 punktów. I tyle o Milwaukee "40%" Bucks.

 

Al Jefferson (22 punkty, 11 zbiórek, 4 bloki) wreszcie mógł poszaleć i przy Larrym Sandersie wyglądał jak atletyczny wybryk natury. Jazz generalnie poczuli się dziś jakby byli na meczu Lakers - Jazz. Z tym, że tym razem grali rolę Lakers. Deron Williams (22 punkty, 10 asyst, 5 zbiórek) wygląda naprawdę dobrze. Szczególnie jego rzut po crossoverze. Andrei Kirilenko przypomniał sobie, że robił kiedyś średnio po 3 bloki w meczu i w ostatnich dwóch spotkaniach zaliczył ich 7. Dziś co jeden to lepszy. Kirilenko grający z energią to jeden z najlepszych koszykarzy do oglądania w tej lidze. Po zakończeniu kariery powinien napisać wraz z Lamarem Odomem książkę pod tytułem: "Jak to mieliśmy być w Hall of Fame".

 

Na szczęście "piękno" tego spotkania wynagrodził wszystkim Matt Harpring jedząc na antenie frytki.

 

Maciej Kwiatkowski

 

 

(5-11) WASHINGTON @ (10-8) MIAMI 94:105

 

boxscore

 

ESPN went nuts - "Miami Response" nazywa się news na froncie. Miami Heat pokonali najgorszy team ligi na własnym parkiecie. To już pewne - haterzy możecie sobie odpuścić - Heat nie zaliczą najgorszego bilansu w historii NBA (9-73).

 

Przez pierwsze 14 minut Heat i Wizards mieli po siedem strat i oglądanie tego spotkania w pierwszej połowie z każdą minutą stawało się z mojej strony czynnością coraz bardziej metodyczną. Ostatecznie Dwyane Wade (26 pkt, 8 zb., 6 as., 4 prz) przezwyciężył małe kłopoty z paznokciem w palcu wskazującym prawej dłoni i poprowadził run w trzeciej kwarty, który pozwolił Heat na dobre odczepić się od Wizards. Przezwyciężenie kłopotów z paznokciem nie brzmi może zbyt męsko, ale to cholerstwo zjadało Wade'owi dłoń, gdy raz po raz pudłował lay-upy przed przerwą. W przerwie ktoś musiał się tym dobrze zająć, bo Wade wyszedł i rzucił 15 punktów w trzeciej kwarcie, a potem zdominował początek czwartej, otwierając dwudziestopunktową przewagę Miami.



Może na chwilę o Wizards - John Wall opuścił szósty mecz z rzędu i bez jego 18 punktów, 9 asyst i 3 przechwytów w meczu Wizards byli pogrążeni w izolacjach dla Andray'a Blatche'a (26 pkt, 9 zb.) i Nicka Younga (13 pkt). Obaj radzili sobie jeden na jednego, Young miał moment dominacji w trzeciej kwarcie, zdobywając osiem punktów z rzędu - co z tego skoro przez pozostałe 30 minut na boisku trafił 1 z 12 rzutów. Niewiele było w tym zespołu - Wizards mieli ledwie 14 asyst, z czego siedem miał Gilbert Arenas (23 pkt, 7 as., 5 zb.). "Agent Zero" grał solidnie, ale niestety nie jest już tym samym graczem jakim był trzy lata temu. Rzuty z dystansu, ball-movement, ale nie atakuje już obręczy z taką premedytacją i był tylko dwa razy na linii wolnych.



Heat zagrali słabo do przerwy, odróżniając się od poziomu Wizards tylko kolorem koszulek. Kiedy mecz się zakończył mogą jednak powiedzieć, że w końcu mieli kilka minut dominacji od jednej z gwiazd i chyba dosyć oczekiwanie był to Wade, a Heat grali bardzo często w drugie tempo kontrataku. To jest to tempo, na które czekają chyba wszyscy - 17 punktów w kontrataku, 38 w pomalowanym.



Wizards nie byli naprawdę wymagającym rywalem dla Big 3 Miami. Jedna eksplozja Wade'a, dobry Chris Bosh (20 pkt, 7 zb.), bardzo dobry LeBron James, choć czasem tak zagubiony w izolacjach, że nie poznaję go w tym sezonie. Grający  jednak dwa razy mocniej w obronie, co zawsze dobrze widzieć od lidera, któremu nie idzie w ataku. 7 strat, ale 30 punktów, kilka asyst, mniej gry na jedynce i więcej piłki w rękach Wade'a. Sporo niedokładności w grze Heat, ale więcej indywidualnych szturmów z piłką w półkontrach od Wade'a i Jamesa. To czego mogą się trzymać kibice Heat w tych ciężkich czasach, to fakt, że minął miesiąc, a Wade jeszcze tak naprawdę nie wszedł w sezon i przez kontuzje nie złapał rytmu. Choć dużo miał zagrań na pograniczu strat, to dostawał się pod kosz, a jak nie to Wizards faulowali Heat przez trzy pierwsze kwarty, tak że już gdzieś tak w połowie każdej z nich Heat byli na linii przy każdym kolejnym faulu  - każdy z Big 3 był tam przynajmniej 10 razy.


Miami Heat zaliczyli też swój pierwszy Puff Daddy Moment w tym sezonie - "Don't push me cause im close to the edge. We trying not to lose our heads". Zobaczcie:

 


 




 

W słowach komentatorów Heat i samego Wade'a - Juwan Howard wstawił się za Joelem Anthony'm. Hilton Armstrong pobił rekord świata w prędkości skruchy za grzech. Mam tylko nadzieję, że jego rodzice zrozumieją jego chrześcijańską naturę. Howard z kolei musiał coś zrobić. Chyba każdy z nas na miejscu Anthony'ego chciałby, żeby ktoś z drużyny skoczył Armstrongowi do gardła. Gdyby to był quiz  przed meczem, postawiłbym na Howarda spośród wszytkich podkoszowych Heat. Problem w tym, że Armstrong przyjął pozycję, której Howard nie wziął pod uwagę. Dosyć żenująca sytuacja z perspektywy centra Wizards. Mniej więcej tak są traktowani w obronie podkoszowi Wizards od początku sezonu: przeproś i do widzenia.






Podziel się

TOP 10 ZAGRAŃ: 29 LISTOPADA 2010

wtorek, 30 listopada 2010 8:47

MR. WHY NOT? NIE TYM RAZEM

wtorek, 30 listopada 2010 1:19

Przemek Kujawiński

 

Oczywiście widzieliście, co wczorajszej nocy zrobił Russell Westbrook. Jak zawsze w takich momentach wielu z nas pomyślało: Do konkursu wsadów go! Pomyśleli o tym również dziennikarze i nie omieszkali zapytać Westbrooka, co o tym sądzi. Nie będziecie zadowoleni z odpowiedzi:

 

"Nie znam tak naprawdę żadnych tricków. Lubię mecze. Konkurs wsadów jest zupełnie inny od tego, jaki był kiedyś. Teraz musisz wymyślić mnóstwo rzeczy, żeby dostać punkty. "

 

Wygląda na to, że nie mamy co liczyć w tym roku na występ Russella w tej "prestiżowej" imprezie. Myślę sobie, że nie jest to zła rzecz, że ucina tego typu dyskusje już teraz i nie chce podzielić losu Shannona Browna.

 

Inna sprawa, że w 2009 roku niewiele brakowało byśmy Westbrooka w konkursie wsadów obejrzeli. Konkretnie brakowało przeciwwagi dla Hiszpanów i Latynosów, którym udało się do konkursu wrzucić Rudy'ego Fernandeza (swoją drogą nie był to tak fatalny występ, jak wiele osób sądzi). Russell mówi, że wtedy był gotowy wystąpić> Nie przekreśla też szansy, że kiedyś jeszcze do tego dojdzie. Po prostu nie w tym roku.

 

Nie do końca dziwię się jego decyzji. Konkurs wsadów stracił w ostatnich latach splendor z dawnych lat i uczestnicząc w nim można więcej stracić niż wygrać. Z drugiej strony chciałbym zobaczyć konkurs bez pelerynek i przebieranek. Konkurs pełen soczystych dunków - nawet jeśli miałyby być bardzo proste. Niech to będzie zwykła pompka, czy tomahawk, ale zrobione z energią. Pamiętacie, jak robili to Tracy McGrady, czy Steve Francis? To nie były wielkie akrobacje, a wciskały w fotel. Ba! Jak ktoś przypomniał w komentarzach Derrick Rose kończąc swój udział w Skill Challange był w stanie przebić większość dunków z konkursu wsadów.


Widzicie jeszcze jakąś nadzieję dla konkursu wsadów? Może czas znaleźć nową formułę?


Podziel się

NIE MILKNĄ ECHA THE BUMPGATE

poniedziałek, 29 listopada 2010 21:00

Image and video hosting by TinyPic

 

Przemek Kujawiński

 

Ubaw po pachy. Co prawda spodziewałem się raczej, że już około grudnia będziemy pisać o Miami Heat w innym tonie, ale: Hej! Przynajmniej jest o czym pisać!

 

Ira Winderman opublikował raport z dzisiejszego treningu. Warto przytoczyć niektóre ze słów, które padły:

 

"Nawet tego nie zauważyłem. Dopiero po meczu mi o tym powiedziano. To jest pinball, zderzam się z wieloma ludźmi." - Erik Spoelstra


"Myślę, że to coś, co zostało rozdmuchane. Cały czas się ze sobą zderzamy." - Chris "The Chill" Bosh

 

"Myślę, że to było zderzenie. Dwóch ludzi szło w tym samym czasie. Nie było w tym braku szacunku." - Dwyane Wade

 

W Miami musi być chyba jak na dyskotece w Karpicku. Jak nie pociągniesz innych z bara ze trzy razy dziennie, to stracisz szacunek u ziomków. No dobra, ale tak na serio. Co mają mówić? Faktem jest, że cokolwiek stanie się w obozie Heat to zostanie przeinterpretowane na tysiąc sposobów - najchętniej tych mówiących: "Nic z tego nie będzie."  Odpowiedź na pytanie, czy LeBron świadomie uderzył Spoelstrę nie jest tą, której najbardziej dramatycznie potrzebują poznać w Miami.

 

Naprawdę niepokojące są inne głosy dochodzące z Florydy.

 

Dwyane Wade nazwał rzeczy po imieniu: "W tej chwili, w mojej opinii, nikt nie robi dobrej roboty. Gracze nie robią dobrej roboty i trener nie robi dobrej roboty."

 

O ile ważne są te słowa? Z jednej strony to powiedzenie wprost o tym, co wszyscy dokoła widzą, ale nie jestem do końca przekonany, czy warto dzielić się takimi opiniami głośno w obecnej sytuacji Miami. Po pierwsze, o czym wspomniał już Maciek, jak donosi ESPN Spoelstra miał w szatni powiedzieć LeBronowi, że "nie wie, kiedy jest poważny". Dostało się podobno wszystkim i zawodnicy przyjęli tę przemowę z mieszanymi uczuciami. Trudno powiedzieć na ile jest to opinia zmanipulowana przez media, a na ile faktycznie Spoelstra ma problemy ze zdobyciem szacunku wśród swoich graczy, ale z pewnością takie wypowiedzi Wade'a dla prasy nie pomogą. Tym bardziej, jeśli problem faktycznie tkwi w relacji trener - James, wtedy Dwyane powinien przyjąć raczej rolę pośrednika, który przekona LeBrona, że Spoelstra to jest ktoś komu warto zaufać. Na tym polega rola lidera, a ten zespół lidera potrzebuje.

 

Myślę sobie, że być może panowie zbyt przejęli się wszystkimi letnimi opiniami o tym, że walka o pozycję samca alfa w tym zespole sprawi, że zabiją całą chemię w drużynie i teraz wręcz przeciwnie starają się sobie ustępować miejsca. Wyłonienia przewodnika stada jednak nie uniką i szczególnie zdawać sobie z tego sprawę powinien Dwyane Wade, bo to przecież jego dom i tak jak James wciąż może pełnić rolę lidera na boisku, to poza nim jest to miejsce dla Flasha. I jeśli Spoelstra powinien oczekiwać jakiejś pomocy, to właśnie z tej strony.

 

Sztab trenerski i gracze mogą sobie mówić głośno, że mają gdzieś, o czym piszą dziennikarze, ale nie wierzę, żeby nie zostawiało to śladów w ich głowach. I gdzieś tam czai się strach. Strach o swoją pracę, opinię, wyniki. Jeśli to ma się udać, to czas przestać się bać i zacząć grać w koszykówkę.

 







Podziel się

NCAA: NO I MINĄŁ KOLEJNY TYDZIEŃ!

poniedziałek, 29 listopada 2010 20:03

Sebastian Hetman

 

No i zleciał nam kolejny tydzień z NCAA. Było co oglądać. Masa ciekawych spotkań, przede wszystkim w prestiżowych turniejach takich jak CBE Classic, EA Sports Maui Invitational, NIT Season Tip-Off, czy chociażby Old Spice Classic i 76 Classic.

 

W niedzielę ruszyła emocjonująca seria Big 12/PAC-10 Hardwood Series, zaś dzisiaj rozpoczynają się rozgrywki  ACC/Big Ten Challenge i wypada mi tylko was zaprosić na prestiżowy pojedynek, hit, szlagier, po prostu znakomite spotkanie. W środę o godzinie 3:30 Michigan State Spartans (w rankingu AP pozycja numer 2) zagrają z Duke Blue Devils (lider rankingu AP). Mam nadzieję, że uda mi się obejrzeć to spotkanie. Oby tylko kablówka działała, mamy już zimę, ot co.

 

 

CBE CLASSIC

Poniedziałek (22.11.2010) – półfinały:

Duke vs. Marquette  82:77 (M.Plumlee: 25 pkt, 12 zb, 5 blk – Butler: 22 pkt, 6 zb)

Kansas State vs. Gonzaga  81:64 (Pullen: 18 pkt, 4 ast – Sacre: 17 pkt, 3 blk) 

 

Wtorek (23.11.2010) – FINAŁ:

Kansas State Wildcats vs. Duke Blue Devils  68:82

 

*Kansas State byli gospodarzami całego turnieju CBE Classic i wszystkie oczy były skierowane na Jacoba Pullena. Przedsezonowy All-American w półfinale przeciwko Gonzaga Bulldogs miał 18 punktów i 4 asysty. Obrona Blue Devils w finale powstrzymała doszczętnie lidera Wildcats i Pullen zakończył spotkanie z liczbą 4 oczek (1-12 z gry) i 4 strat.

 

Curtis Kelly (19 pkt, 6 zb) z ławki dał zastrzyk pozytywnej energii i już teraz leworęczny skrzydłowy K-State (204 cm) porównywany jest do Lamara Odoma. Kelly był w tym spotkaniu jedynym promykiem nadziei fanów Wildcats, którzy zebrali się w hali prawie w komplecie. Kto by nie chciał zobaczyć jak Duke zostaje bity po pupie jako gość?

 

Dick Vitale zasiadł przy słuchawkach i po raz kolejny miałem przyjemność słuchać tego charyzmatycznego człowieka w Kansas City. Nie da się go nie słuchać i Dicki V miał w tym spotkaniu kilka perełek.

 

Harrison Barnes z North Carolina powinien już obgryzać paznokcie. Kyrie Irving (17 pkt, 6 ast, 5 zb) przejął spotkanie pod koniec pierwszej połowy. Freshman Duke pogrzebał Pullena w defensywie i jego znakomite drive’y powiększały prowadzenie Niebieskich Diabłów. I jak to skwitował Pan Vitale: „He’s the Real Deal”. Irving po tym sezonie może być nawet numerem 1 w Drafcie 2011. Bądźcie czujni moi drodzy! Kolejnym energizerem dla Duke był Mason Plumlee. Dzień wcześniej miał 25, 12 zbiórek i 5 bloków (wszystkie trzy carrer highs) w półfinale przeciwko Marquette. To właśnie on w pierwszej połowie znakomicie współpracował z Irvingiem i Duke byli już nawet +12, ale wspominany wcześniej Kelly i Jamar Samules (12-6) starali się dotrzymać kroku, więc K-State do połowy mieli tylko -8.

 

Nie wiem co zmieniło się w drużynie Coacha K, ale to nie ten sam team, który oglądałem roku temu. Duke od zawsze mnie zanudzał. Snoby z prywatnej uczelni i koszykarze czasami grający za bardzo poukładaną koszykówkę… Ot co, w tym sezonie to całkiem inna grupa. Różnicę widzi się przede wszystkim w chemii zespołu. Ławka żyje przez pełne 40 minut spotkania, Devils są energiczni, nie odpuszczają żadnych piłek. Tą różnicę zrobił chyba Kyrie Irving, który jest najlepszym playmakerem Duke od czasów legendarnego Jaya Williamsa i po stracie Jona „Chrzana” Sheyera nie ma ani śladu. Podobnie jak po Brianie Zoubek’u, którego świetnie na środku zastąpili bracia Plumlee i Ryan Kelly, który przybrał nieco na masie mięśniowej.

 

Blue Devils mają najlepszy rezerwowy backcourt w lidze. Z resztą startujący obwód również ma sporo talentu. Seth Curry (brat Stefanka) i Andre Dawkins graliby w innych świetnych zespołach w pierwszej piątce. Curry w finale miał 6 oczek, Dawkins dodał 11 (3-3 za 3). Ich gra w defensywie odstaje poziomem i wszystko na ten temat.

 

Cicho przez spotkanie przeszli doświadczeni mistrzowie z tamtego roku. Kyle Singler miał 11 punktów, ale to co wyprawiał przy zagrywkach ofensywnych to magia. Dawno nie widziałem tak inteligentnego dzieciaka w NCAA. Singler to klasa sama w sobie, podobnie jak Nolan Smith (17 pkt), który dobił Kansas State w 2nd half.

 

Wildcats trzymali się może przez pierwsze 6-7 minut drugiej połowy, mieli w sumie aż 21 strat z czego bodajże Duke rzucili jakieś 24-26 punktów. Jak zwykle wygrali deskę (34-26) i do tej pory jest to jedyny element, z którego Frank Winter Martin (ubzdurało mi się przez start zimy) może być zadowolony. Szkoda mi tylko Pullena, przez którego Winter Martin prawie połamał deskę do zagrywek i jak podsumował to Dick Vitale: „He’s fun to watch. Oh yes, he’s fun to watch”.

 

Mogę jeszcze dodać, że Duke mają o wiele lepszy skład niż rok temu. Zapowiada się drugi tytuł z rzędu, będzie trudno ich zatrzymać, ponieważ nikt nie gra tak poukładanej a zarazem agresywnej, widowiskowej i skutecznej koszykówki w tym sezonie. Nikt…

 

 

EA SPORTS MAUI INVITATIONAL

Poniedziałek (22.11.2010) – ćwierćfinały:

Connecticut vs. Wichita State  83:79 (Walker: 31 pkt – Murry: 19 pkt)

Michigan State vs. Chaminade  82:74 (Lucas: 28 pkt – Bennett: 20 pkt, 10 ast)

Kentucky vs. Oklahoma  76:64 (Jones: 29 pkt, 13 zb, 4 blk – Davis: 23 pkt, 6 zb)

Washington vs. Virginia  106:63 (Thomas: 18 pkt, 6 zb, 4 ast – Harris: 19 pkt, 4 zb)

Wtorek (23.11.2010) – półfinały:

Connecticut vs. Michigan State  70:67 (Walker: 30 pkt, 4 ast – Green: 22 pkt, 12 zb, 3 blk)

Washington vs. Kentucky  67:74 (Thomas: 13 pkt – Knight: 24 pkt, 4 zb)

 

Środa (24.11.2010) – FINAŁ:

Kentucky Wildcats vs. Connecticut Huskies  84:67

 

*Kemba Walker mógł stać się pierwszym od 50-ciu lat graczem Huskies, który 4 razy z rzędu rzucił co najmniej 30 punktów. Aktualny król strzelców NCAA (30 ppg) w finale Maui Invitational rzucił 29 punktów, zaś w sumie we wszystkich trzech meczach miał ich 90. Został MVP turnieju i jak słusznie podkreślali spece z ESPN – sumiennie przepracował lato. Walker miał okazję pograć w sparingach przeciwko kadrze USA i przede wszystkim podczas wakacji starał się udoskonalić rzut. Bilans? Walker w tym sezonie ma 40% za 3, do tego ponad 3 asysty i 4 zbiórki w każdym spotkaniu…

 

Kentucky Wildacts zaczęli to spotkanie nie najgorzej. Błyszczał rewelacyjny freshman Terrence Jones, niski skrzydłowy już teraz porównywany do Michaela Beasleya. Leworęczny rookie ze stanu Oregon zaczął mocnym wsadem nad skrzydłowymi Huskies, potem dorzucił trójkę i zebrał szybko kilka piłek. Jones w tym sezonie notuje średnio cyferki na poziomie 21-10-3 przy skuteczności ponad 46% za 3. Leworęczny zabójca w pierwszych dwóch spotkaniach w Maui miał odpowiednio 29-13-4 i 16-17-4. Znakomity instynkt do blokowania rzutów, motoryka i siła fizyczna. Kolejny Draft Prospect do oglądania w tym sezonie.

 

Rozpisując się o gwiazdach tego turnieju zapomniałem chyba o pozostałych. W pierwszej połowie wynik dla Huskies ciągnęli w zasadzie Walker i środkowy Alex Oriakhi (18-11-3).

 

Wildcats trzymali się do 12-tej minuty pierwszej połowy i potem stało się. U-Conn zaliczyli przez ostatnie 8 minut run 21-2 i nie było w zasadzie co zbierać na Hawajach… Sygnał do ataku dał Walker, któremu wtórował znakomity w defensywie Coombs-McDaniel (9 pkt). Terrence Jones zagrał w tym fragmencie… no przecież nie zagrał skoro złapał szybko dwa faule i nie wiem czemu Jon Calipari nie wypuścił go na boisko jeszcze w 1st half. Zupełnie niewidoczny był kolejny znakomity nabytek UK Brandon Knight, który w półfinale zamiótł pod dywan Isaiaha Thomasa i cały Washington. Freshman miał 6 oczek (3-15 z gry) i niemiłosiernie pudłował niczym Nick Van Exel zza łuku (0-8).

 

Co podobało mi się w tym spotkaniu, to konsekwencja Walkera i szybkie przejścia do ataku Huskies.  Można powiedzieć, że statystyki kłamią, bo w sumie na deskach Wildcats byli gorsi tylko o jedną zbiórkę i mieli jedną stratę więcej. Tak jak wcześniej wspomniałem, spotkanie było rozstrzygnięte w pierwszej połowie, mimo cichego runu (7-0) podopiecznych trenera Calipari.

 

Walker został MVP i stał się trzecim graczem Huskies na przełomie 40-tu lat, który w trzech spotkaniach z rzędu rzucił 30 lub więcej punktów. Zabrakło tylko jednego oczka, szkoda. U-Conn!

 

 

 

NIT SEASON TIP-OFF

Środa (24.11.2010) – półfinały:

Tennessee vs. VCU  77:72 (Hopson: 18 pkt, 11 zb – Rozzell: 23 pkt, 6-11 za 3)

Villanova vs. UCLA  82:70 (Fisher: 26 pkt, 4 ast – Lee: 13 pkt)

Piątek (26.11.2010) – FINAŁ:

Villanova vs. Tennessee  68:78 (Hopson: 18 pkt – Yarou: 15 pkt, 5 zb)

 

OLD SPICE CLASSIC

Piątek (26.11.2010) – półfinały:

Notre Dame vs. California  57:44 (Scott: 16 pkt, 10 zb – Crabbe: 10 pkt, 10 zb)

Boston College vs. Wisconsin  55:65 (Jackson: 18 pkt, 6 zb – Lauer: 18 pkt, 7 zb, 3 blk)

Niedziela (28.11.2010) – FINAŁ:

Wisconsin vs. Notre Dame  51:58 (Lauer: 19 pkt, 5 zb – Atkins i Scott: po 12 pkt)

 

76 CLASSIC:

Piątek (26.11.2010) – półfinały:

Murray State vs. UNLV  55:69 (Miles i Canaan: po 11 pkt – Stanback: 19 pkt)

Virginia Tech vs. Oklahoma State  56:51 (Delaney: 16 pkt – Olukemi:  17 pkt, 5 zb)

Niedziela (28.11.2010) – FINAŁ:

UNLV vs. Virginia Tech  71:59 (Stanback: 17 pkt, 8 zb – Delaney:  30 pkt) 

 

 

 

Co nas czeka w najbliższym czasie? Ano czeka nas sporo, ponieważ grudzień niesie ze sobą masę ciekawych spotkań, które będę się starał zapowiadać i przy lepszych wiatrach (łączach) relacjonował. Warto obejrzeć w tym tygodniu następujące spotkania:

 

ACC/BIG TEN CHALLENGE:

*Dzisiaj - Virginia @ (15)Minnesota (1:00)

*Jutro – (3)Ohio State @ Florida State (1:30), Michigan @ Clemson (3:00), (25)North Carolina @ (19)Illinois (3:30)

*Środa – Indiana @ Boston College (1:15), NC State @ Wisconsin (1:15), (10)Purdue @ Virginia Tech (1:30), Maryland @ Penn State (3;15), (2)Michigan State @ (1)Duke (3:30) à HIT TYGODNIA!

 

BIG 12/PAC-10 HARDWOOD SERIES:

*Czwartek –Arizona State @ (12)Baylor (1:00), UCLA @ (6)Kansas (3:00), (11)Missouri @ Oregon (5:00)

*Piątek – (4)Kansas State @ Washington State (5:00)

*Sobota – Texas Tech @ (13)Washington (22:00)

*Niedziela –(20)Texas @ USC (16:30), Oklahoma @ Arizona (22:00)

 

Oraz bardzo ciekawie zapowiadające się spotkania weekendowe. W sobotę Butler Bulldogs będą chcieli się zrewanżować graczom Duke Blue Devils, Kentucky Wildcats jadą do Chapel Hill, zaś NC State będą gościć w Carrier Dome u Syracuse Orange. Illinois zagrają z Gonzagą.

 

*Sobota – (8)Kentucky @ (25)North Carolina (18:30), Butler vs (1)Duke (19:15), (19)Illinois @ (22)Gonzaga (23:15), NC State @ (9)Syracuse (23:15)

*Niedziela – (21)Temple @ Maryland (2:00)

 

 

 

NCAA TOP 25 AP RANKING (poniedziałek – 29.11.2010):

 

1. Duke (6-0)

2. Michigan State (5-1)

3. Ohio State (5-0)

4. Kansas State (5-1)

5. Pittsburgh (7-0)

6. Kansas (6-0)

7. Villanova (5-1)

8. Kentucky (4-1)

9. Syracuse (6-0)

10. Purdue (5-1)

11. Missouri (5-0)

12. Baylor (4-0)

13. Washington (3-2)

14. Memphis (5-0)

15. Minnesota (6-0)

16. Florida (5-1)

17. Georgetown (6-0)

18. San Diego State (6-0)

19. Illinois (6-1)

20. Texas (5-1)

21. Temple (3-2)

22. Gonzaga (3-2)

23. Brigham Young (6-0)

24. Tennessee (5-0)

25. North Carolina (4-2)






Podziel się

DNIÓWKA: HEAT, BYNUM, RANKINGI I FREE IBAKA

poniedziałek, 29 listopada 2010 18:21

 

 

 

 







Maciej Kwiatkowski

 

* Chris Broussard z ESPN doniósł dzisiaj, że Erik Spoelstra przerwał jeden z treningów i w obecności wszystkich graczy powiedział LeBronowi Jamesowi, że ten musi traktować to wszystko co się dzieje bardziej serio. To nie wszystko - ponoć niektórzy gracze mają wątpliwości czy Spoelstra jest właściwym trenerem na swoim miejscu i że jego strategia ofensywna jest zbyt prosta.

 

- Nikt nie chce nikomu nadepnąć na odcisk. Nie ma lidera w tym zespole. Ktoś musi nim zostać. Nie mogą się tego obawiać. Potrzebują werbalnego lidera. Nie myślę, że to wina trenera - to problem graczy - mówi jedno ze źródeł, cytowane na końcu tekstu Broussarda. Oglądałem też jego trzyminutowe, poranne wejście na ESPN, gdzie powtórzył te rzeczy.



Broussard donosi jednak też, że Dwyane Wade w żadnym wypadku nie chce żeby nowym trenerem został Pat Riley... Wg mnie trenerem nadal powinien być Spoelstra i ten zespół faktycznie potrzebuje lidera, a jeszcze bardziej potrzebuje passy kilku zwycięstw ze średniakami i jednej, ważnej wygranej. Kto wie, może czwartkowa wizyta w Cleveland nauczy LeBrona, żeby traktować sprawy bardziej serio, jeśli faktycznie tak nie jest. Jedno jest pewne - dopóki Heat będą przegrywać ten temat będzie grzany na okrągło. Zrobią sobie dobrze, jeśli np pokonają dziś Waszyngton, a w środę Detroit, co teoretycznie niby nie powinno być takie trudne.



* Rehabilitacja Andrew Bynuma to interesująca sprawa. Otóż Bynum przeniósł swoją operację latem aż o miesiąc, by m.in. móc odwiedzić piłkarskie MŚ w RPA. To nie był jedyny powód, ale ta decyzja była już krytykowana nie raz, nie dwa w trakcie obozu przygotowawczego, a także wczoraj przez Phila Jacksona.  Tutaj jednak punkt widzenia zależy... itd.


Jeszcze trzy tygodnie temu, gdy Lakers wygrywali Jackson bronił Bynuma i dodawał, że team potrzebuje go w maju-czerwcu. Teraz gdy Lakers przegrali 4 z 9 ostatnich meczów Jackson irytuje się, że jego rehabilitacja trwa tak długo, bo chciałby w końcu ograniczyć minuty Pau'a Gasola i Lamara Odoma. Gasol ma za sobą spotkania, w których nie radził sobie z Darko Milicicem, Joakimem Noahem, a wczoraj ogrywał go Roy Hibbert. W trzech ostatnich meczach Gasol grał ażpo 46, 45 i 42 minuty.



Nie jestem jednak wcale taki pewien co do samej motywacji Bynuma w tym wypadku - już pomijając fakt, czy będzie potrafił dograć sezon do końca po kolejnej operacji na kolanach w wieku 22 lat. Nie chodzi o to, by traktować go od razu jak świętą krowę, ale jeśli pamiętam to Bynum właśnie ryzykował wiosną swoją karierę, żeby dograć sezon do końca i pomóc Los Angeles Lakers pokonać w finale NBA Boston Celtics. Bez niego nie zdobyliby tego tytułu. Może zdobędą ten - bez niego - z lepszą ławką, ale Gasol nie może grać po 38-40 minut przez cały sezon, bo na play-offy będzie dętką.



Żaden team w NBA nie pozwala obecnie na tyle zbiórek w ataku co Lakers - 14.5 (nawet Phoenix Suns - 14.2). To ewidentny znak tego, że duży gość w środku jest potrzebny, bo wysocy zaczynają być przemęczeni. Odom gra już np od lipca.



* Dziś w lidze cztery mecze, całkiem niezłe, choć nic porywającego. Miami podejmują u siebie Wizards - John Wall opuścił już pięć spotkań w tym sezonie. W niedzielę opuścił trening i tym razem problemem jest obite prawe kolano. Wall ma też kłopoty z lewym kolanem i niedawno jeszcze problemem była podkręcona lewa stopa. Jego występ dzisiaj w Miami stoi pod znakiem zapytania.

 

Ciekawie będzie w Oklahomie, gdzie Thunder podejmują New Orleans Hornets w meczu drużyn, które w niedzielę przegrały. Match-upy Westbrook/Paul i Durant/Ariza zapowiadają się chyba najlepiej tej nocy. Mam nadzieję, że mój człowiek Serge Ibaka będzie grał regularnie po 32 minuty w meczu. Z nim na parkiecie Thunder są lepsi w ataku (+7.0 pkt na 100 posiadań), obronie (-2.4), lepiej rzucają (eFG% +2.7), podają (+2% rzutów po asystach), rywale za to rzucają dużo gorzej (eFG% -6.0), gorzej podają (-7% mniej rzutów asystowanych). Jedno miejsce gdzie Thunder są lepsi gdy gra ktoś inny, to zbiórki w obronie (-3%). Ibaka zbiera 18.8% piłek na bronionej desce, co plasuje go na 18. miejscu pośród silnych skrzydłowych grających +25 minut w tym sezonie, tuż za Chrisem Boshem, Paulem Millsapem i Amar'e, a przed J.J.'em Hicksonem. W poprzednim sezonie zbierał ich więcej - 21.9%. Ibaka kontestuje jednak rzuty dużo lepiej niż wymienieni wyżej gracze i jest w dwóch najlepiej zbierających w obronie line-upach Thunder. Gdy zaczyna w pierwszej piątce OKC są 7-2, gdy wchodzi z ławki 4-4. Niestety jego minuty w pięciu ostatnich meczach wyglądały następująco: 21, 19, 23, 17, 24.



Houston Rockets grają w Dallas swój mecz b-2-b i może być im ciężko, ale Mavericks mają w zwyczaju luzować się na własnym parkiecie właśnie w takich spotkaniach, które powinni wygrać już w drugiej kwarcie... Na koniec, przetrzebieni kontuzjami, najgorzej rzucający w lidze, przez co nadal nie do oglądania - Milwaukee Bucks goszczą w Utah. Nie zagra Andrew Bogut, Drew Gooden ma kłopoty ze stopami, Corey Maggette z kostką, Carlos Delfino nadal nie gra, więc czeka Bucks pewnie 35 minut LRMAM i Jon Brockman startujący na centrze - powiedzmy, że Wy sobie śpijcie, a któryś z nas to obejrzy i napisze o tym rano.

 

 

* POWER RANKING #4

 

(2) 1. San Antonio Spurs (14-2)        
(1) 2. Los Angeles Lakers (13-4)       
(4) 3. Boston Celtics (12-4)           
(7) 4. Dallas Mavericks (12-4)       
(6) 5. Orlando Magic (12-4)          

(3) 6. New Orleans Hornets (12-4)       
(11) 7. Utah Jazz (13-5)           
(5) 8. Miami Heat (9-8)           
(8) 9. Chicago Bulls (9-6)           
(9) 10. Atlanta Hawks (11-7)            

 

(16) 11. Indiana Pacers (8-7)       
(12) 12. Denver Nuggets (10-6)               
(10) 13. Portland Trail Blazers (8-8)           
(15) 14. Phoenix Suns (8-9)           
(19) 15. New York Knicks (9-9)       
(13) 16. Oklahoma City Thunder (11-6)   
(14) 17. Milwaukee Bucks (6-10)       
(18) 18. Houston Rockets (5-11)           
(20) 19. Charlotte Bobcats (6-11)       
(21) 20. Memphis Grizzlies (7-10)   

 

(17) 21. Golden State Warriors (8-9)        
(24) 22. Toronto Raptors (6-11)        
(22) 23. Philadelphia 76ers (4-13)   
(23) 24. New Jersey Nets (6-11)       
(25) 25. Cleveland Cavaliers (7-9)   
(26) 26. Detroit Pistons (6-11)       
(29) 27. Minnesota Timberwolves (4-13)   
(27) 28. Sacramento Kings (4-11)       
(30) 29. Los Angeles Clippers (3-15)       
(28) 30. Washington Wizards (5-10)       

 

 

 

 

 


Podziel się

TOP 10 ZAGRAŃ: 28 LISTOPADA 2010

poniedziałek, 29 listopada 2010 16:11

DAY-TO-DAY: GDZIE DURANT I WESTBROOK MUSZĄ POGADAĆ

poniedziałek, 29 listopada 2010 9:04

 

Maciej Kwiatkowski

 

(11-6) OKLAHOMA CITY @ (5-11) HOUSTON 98:99

 

boxscore

 

 

Jeśli Shane Battier rzuca tyle samo punktów co Kevin Durant, to prawdopodobnie obaj nie grali i chodzi o "zero"... A jeśli już grali to Thunder mieli pewnie marne szanse na wygraną. Nie mam racji? Tymczasem Thunder mogli wygrać ten mecz, gdyby tylko Durant nie chciał rzucić tych dwóch punktów więcej niż Battier.



Poza Miami Heat jest jeszcze ten drugi z klubów, w którym dwóch graczy na obwodzie może regularnie zdobywać po 25 punktów w meczu. Podczas gdy Dwyane Wade i LeBron James mają ostatnio trochę problemów w znajdowaniu dobrych rzutów - Russell Westbrook (23 pkt, 10 as., 4 zb., 2 prz., 0 strat) i Kevin Durant (18 pkt) nie mają rzutów, których nie lubią. Zwłaszcza od czasu, gdy Westbrook ewoluował swoją grę do punktu, w którym może dostawać się pod kosz praktycznie kiedy chce. Myślę, że w Thunder zachodzi klasyczny przykład, w którym jeden z liderów nie myśli o sobie jak o przerzutce. Z drugiej strony - jak może tak mysleć skoro notuje career-highs w punktach (23.8), asystach (8.3), zbiórkach (5.2), przechwytach (2.0), blokach (0.5) skut. z gry (44%) i skut. rzutów wolnych (90%). Trójki jeszcze nie działają (21%), ale Westbrook to diabeł z nieporcjonalnymi długimi ramionami, co w połączeniu z agresywną naturą i darem w postaci takiego atletyzmu czynią z niego wcale nie takiego cichego zabójcę. Jest zupełną przeciwnością moim zdaniem. Westbrook to Raptor i jeśli kiedyś przeczytacie tu jeszcze słowo "Raptor" to najprawdopodobniej będzie to o Westbrooku, a nie o Toronto - przynajmniej z mojej strony, odkąd po kontuzji Reggie'go Evansa i odejściu Jarretta Jacka nie wiem po co miałbym ich oglądać. Kiedy Thunder grali w Bostonie Westbrook krzyczał do Rajona Rondo, śmiał się do Kevina Garnetta. Nic sobie z nich nie robił. Popatrzcie na niego - jest jednym z najbardziej bezczelnych młodych graczy w lidze. Kiedy złapie trop - zabija, zostawiając po sobie eksplozje i gruz. Zobaczcie tylko na Shane'a Battiera.

 




 

 

Man-oh-man. Powtarzałem to sobie wielokrotnie - zobaczcie na ławkę Houston Rockets i Courtney'a Lee, który wstaje i w zasadzie orientuje się, że nie bardzo wie co dokładnie robi. Następnie ktoś - nie poznaję - obok niego ratuje go w tej sytuacji, przesuwając się o miejsce w lewo, jakby po prostu zmieniali się miejscami po każdym facial dunku Westbrooka na Battierze.  

 

OKC Thunder zajmują przedostatnie miejsce w asystach, a to już 1/5 sezonu za nami. Spokojnie - Thunder wygrali 6 z ostatnich 8 meczów, więc nie ma w żadnym wypadku powodów do paniki, ale kiedy wczoraj w Houston nadszedł crunch-time Westbrook i Durant próbowali wygrać mecz w pojedynkę. Kiedy jeden atakował, drugi patrzył i odwrotnie. Po trójce Duranta na dwie minuty przed końcem Westbrook zdominował kolejne posiadania i kiedy na 3 sekundy przed końcem przy stanie 98:99 dla Houston Thunder mieli piłkę z boku - KD nie zauważył podania do Westbrooka ścinającego za plecami Kyle'a Lowry'ego.

 

Możecie zobaczyć to zagranie w powtórce i sami ocenić czy Shane Battier krył Duranta tak blisko, że ten nie miał podania. Myślę, że miał i wiem, że nie chciał ryzykować, ale nie docenił też Battiera, który praktycznie nie odkleił się od niego do ostatniego momentu, gdy próbował trafić z sześciu metrów i wygrać mecz...



Nikt nie chce w Thunder kłopotów w chemii dwóch swoich najlepszych graczy, ale myślę, że nie wiemy jeszcze o Westbrooku wszystkiego. Jeszcze się rozwija i tak jak Derrick Rose w Chicago - notuje najlepszy sezon w karierze po zdobyciu MŚ w Turcji. Ten sezon to póki co jego prawdziwy break-out.... Żeby nie było tak słodko - gdyby nie spudłował 2 z 4 rzutów wolnych w ostatnich pięciu minutach to mogłoby nie być problemów z ostatnim rzutem, tak jak i samego rzutu.

 


Rockets zagrali najlepszy mecz jaki widziałem z ich strony od czasu kontuzji Aarona Brooksa. Taki mecz w którym Battier (18 pkt, 7/11, 4/6 za 3) trafiał dwie trójki po sobie w końcówce trzeciej kwarty,  czy trafił zwycięski lay-up na 99:93 na minutę przed końcem. Kevin Martin (23 pkt) grał znakomicie przez trzy i pół kwarty, a gdy Thunder zaczęli podwajać go z piłką Rockets mieli nieoczekiwanych go-to-guys w Battierze, Kyle'u Lowry'm (14 pkt, 8 as., 6 zb., 2 blk, 5/12) i w jeszcze jednym trochę zapomnianym graczu, który potrzebuje grać regularnie po 20-25 minut w meczu.



Thunder zmniejszyli dwucyfrowe straty i robili mocny run od startu czwartej kwarty. Potem Rick Adelman zostawił na parkiecie na dłużej Jordana Hilla i lottery-pick z 2009 r. okazał się game-changerem w końcówce, blokując rzuty, zbierając na atakowanej tablicy i biegając do każdego kontrataku. Przy jego budowie i tylko solidnej atletyczności to było naprawdę coś. To nie Marcin Gortat - Hill zbudowany jest  i porusza się trochę jak ci śilni skrzydłowi sprzed 20 lat. Zresztą Roy Hibbert grał minionej nocy znakomicie w L.A., a to ktoś żywcem dla mnie wyrwany z czasów Patricka Ewinga i Davida Robinsona..

 

Jeff Green i Durant grali w crunch-time duet podkoszowych, gdy Adelman poszedł wysoko z Hillem i Bradem Millerem. Nie pierwszy raz Sam Presti nie widział "tego" w Serge'u Ibace - do licha -  wybierając spacing Jamesa Hardena i defense Thabo Sefoloshy na Martinie. Powinien był zaufać swojemu najlepszemu podkoszowemu - 16 punktów, 7/7 z gry, 8 zbiórek i 3 bloki w tylko 23 minuty.

 

Rockets znaleźli za sprawą Hilla defense z pierwszej połowy, przez co mogli znów uruchomić early-offense w końcówce, tak jak robili to dobrze w pierwszej kwarcie.  Gdy Thunder zdążyli się wrócić - Rockets mieli kłopoty. Mecz rozstrzygnął się jednak tak naprawdę w jednej akcji i myślę, że Durant i Westbrook powinni ze sobą częściej rozmawiać.


 

(14-2) SAN ANTONIO @ (12-4) NEW ORLEANS 109:95

 

boxscore

 

Gregg Popovich (4 pierścienie mistrzowskie; zastępy byłych asystentów, prowadzących teamy w NBA; moc) wygrał mecz dla San Antonio Spurs - tak myślę. Po pierwszej połowie, w której Spurs trafiali 39% z gry, a Hornets grali jeszcze lepiej niż w weekend w Portland, Popovich wprowadził George'a Hilla do piątki od startu trzeciej kwarty, a Richarda Jeffersona (19 pkt, 3/4 za 3) oddelegował do krycia Davida Westa (23 pkt, 7 zb., 2 prz., 10/14) od piłki. Rezultat? 65:34 dla Spurs, którzy zaczęli drugą połowę od -17 i wygonili Hornets z hali jeszcze w połowie czwartej kwarty.



Pops przeszkolił po przerwie swojego ucznia Monty'ego Williamsa, który trzymał się swojego ustawienia, nawet gdy Spurs sukcesywnie zmniejszali straty (-9 na koniec 3q), grając w drugiej połowie bez Tiago Splittera, Matta Bonnera i DeJuana Blaira.

 

Przed czwartą kwartą Williams przebił jednak Popovicha i wystawił do gry line-up z czterema rozgrywającymi/obrońcami (?!) - ale  z Chrisem Paulem (15 pkt, 7 as., 6 zb.) na ławce. Spurs trafili 9 z 9 kolejnych rzutów i wygrali mecz w mgnieniu oka. To było tak szybkie, że kibice Hornets bili brawa na koniec meczu, jakby myśleli, że to koniec trzeciej kwarty. Oglądałem to w odtworzeniu i w zasadzie mógłbym podać dokładny stat , ale tak od szóstej minuty trzeciej kwarty do połowy czwartej  Spurs trafiali z jakieś 80 procent, żerując na mismeczach, na geniuszu Manu Ginobiliego (23 pkt, 8 as., 7 zb., 2 prz., 0 strat) i zagubieniu w obroniena pomocy niskich line-upów Hornets, nieprzyzwyczajonych do gry w takich ustawieniach.



Od lat są drużyny, które bez względu na to kto kozłuje bronią go agresywnie przy pick & rollach. Coach Williams próbuje sobie jednak już od początku kariery wywalczyć pozycję tego, którego zespoły robią to  aż tak notorycznie. To działało w pierwszej połowie, gdy Tony Parker (6 pkt, 9 as., 6 zb., 2 prz., 2/7) został zupełnie wyłączony z gry w ten sposób i razem z Ginobilim szukali cały czas ścinającego po picku wysokiego. Tim Duncan (21 pkt, 7 zb., 2 blk, 3 straty) miał dzięki temu kilka lay-upów, tak samo Splitter w drugiej kwarcie, ale Hornets zatrzymali early-offense Spurs, każąc gościom ciągle wybijać piłkę zza linii końcowej. Grając zbilansowaną ofensywę w oparciu o post-upy  Davida Westa, CP3 mógł na chwilę usiąść na tylnym siedzeniu. Nie wiem czemu Chris Quinn grał aż 7 minut w pierwszej połowie (dla Spurs. Chris Quinn gra teraz w San Antonio), ale choć za każdym razem gdy go widzę myślę "Good 4 you!", to był zupełnie nieprzydatny i zatrzymywał ball-movement.



W drugiej połowie Spurs wyszli Parker/Manu/Hill/RJeff/TD,  rozciągnęli grę, przeszli do typowego 4-1 w ataku, wyciągnęli jednego wysokiego i już w pierwsze sześć minut trzeciej kwarty mieli cztery otwarte lay-upy bez nikogo na pomocy. Jefferson trafił kilka trójek z rogów, Hill (14 pkt, 4 as.) grał jak Derrick Rose w takiej wersji na jaką może sobie pozwolić San Antonio, a Duncan przez cały mecz, choć nie poruszał się najlepiej, to cały czas, gdy miał okazję - grał z prawego low-blocku 1-na-1, dostając się na linię.



Williamsa dopadnie pewnie kilka nabojów za to, że gdy Hornets przegrali ten mecz - nie było na boisku Paula.

 

Paul zszedł z boiska na 2:50 min. przed końcem trzeciej kwarty - Hornets prowadzili 75:67. Gdy wrócił za pięć minut Hornets przegrywali już 79:85, a Spurs byli w środku runu, w którym trafiali wszystko (i piszę 'wszystko' mając na myśli autentyczne 100% z gry przez jakieś 5 minut), wykorzystując do bólu small-ball w jakim wyszedł na czwartą kwartę tem Williamsa. Jarrett Jack, Willie Green, Marco Belinelli (12 pkt) i Marcus Thornton (11 pkt) grali w tym ustawieniu pierwszy raz w tym sezonie, i nie umieli sobie pomagać, będąc co akcję o krok za późno w obronie.

 

Niezły sposób, żeby przegrać mecz trenerze Williams. Nie lubię określenia "uczeń przerósł mistrza", bo zanim to się dzieje zwykle mistrz wygrywa przez długi, długi czas. Póki co Williams dostał lekcję od swojego mentora.

 

"The bottom line is I got outcoached. Coach Popovich made a great move, going small and I didn't make the immediate adjustments to put us in position to hang on... It was just an old-scholl whipping from a coaching standpoint" 

 

Szacunek.

 

 


Przemek Kujawiński

 

(13-5) UTAH @ (3-15) LA CLIPPERS 109:97

 

boxscore

 

Koniec żartów. Francisco Elson (7 punktów, 4 zbiórki, 4 asysty, 2 przechwyty, 0 strat, 100% z gry) is for real.

 

Chcecie, żeby każdy spośród waszych rezerwowych, holenderskich podkoszowych grał w ten sposób. Jazz w pierwszej połowie nie mieli odpowiedzi na Blake'a Griffina (35 punktów, 14 zbiórek, 7 asyst). Jerry Sloan usiadł, zasępił się, przemyślał sprawę i zawołał Francisco. Elson zagrał całą czwartą kwartę i uprzykrzył życie Griffinowi na tyle mocno, by Jazz spokojnie dowieźli zwycięstwo do końca.


Wcześniej Griffin robił, co chciał. Robił to raptem raz kończąc z góry (choć lideruje lidze w ilości dunków w tym sezonie i do tej pory zaliczył ich już 35). Dotknęło mnie jak bardzo Blake rozwinął swoją grę od początku sezonu. Z pewnością jest to kwestia pewności siebie niż nowych szybko nabytych umiejętności, ale to już nie jest ten zwierz próbujący skończyć każdą akcję w ten sam sposób. Dzisiaj Griffin zdobywał punkty na przynajmniej 5 sposobów. Minięcie po koźle przodem do kosza, gra tyłem do kosza i minięcie po piwocie, stepback jumper, fadeaway po obrocie z półdystansu, rzut z miejsca po pick'n'pop. Nie licząc oczywiście dobitek po zbiórkach w ataku. W każdym z tych elementów wyglądał równie pewnie.

 

Statystyki Blake'a z tego sezonu dobiły już do 20/12 i tak sobie myślę, czy bardzo się zdziwimy jeśli, w którymś z kolejnych sezonów dobiją do 30/15/5.

 

Griffin miał dzisiaj to nieszczęście, że grał przeciwko drużynie prowadzonej przez Jerry'ego Sloana. W innym wypadku pewnie znów pękłaby granica 40 punktów. Jazz widząc, co się dzieje w 3 kwarcie ustawili obronę strefową odcinając Blake'a od podań. Przeciw Clippers nie ma lepszej broni, bo ogranicza się w ten sposób ich dwie jedyne poważne opcje w ofensywie, czyli duet Griffin - Gordon. Nie zmieni się to dopóki Eric Gordon (21 punktów, 9 asyst) nie odnajdzie zagubionego gdzieś rzutu z dystansu. Poza tym w ten sposób można sprowokować wystąpienie syndromu, z którego ta drużyna jest znana już od kilku sezonów, czyli Clipperyzmu.

 

Clipperyzm to inaczej czasowy zanik koszykarskiego IQ. Dotyka on Clippers najczęściej w końcówkach spotkań i charakteryzuje się takimi objawami jak wielkie ilości nieprzygotowanych rzutów, bezsensowne dryblingi i machnięcie ręki na grze w defensywie. W konsekwencji prowadzi do przegranej i smutnej miny Blake'a Griffina. Clipperyzm występuje w LA nawet, jeśli na boisku nie ma Barona Davisa i dotyka również trenera.

 

Jerry Sloan podszedł dzisiaj po przerwie do Vinny'ego Del Negro zabrał mu drugie śniadanie i kazał oddać kieszonkowe. Vinny nawet nie spróbował się obronić.

 

Jazz standardowo zaliczyli świetną druga połowę. Gdyby na boisku nie było Blake'a Griffina Clippers nie wyszliby w trzeciej kwarcie z 5 punktów.  

 

Deron Williams po cichu zaliczył 26 punktów i 9 asyst. Korzystając z okazji, że gra przeciwko debiutantom, regularnie zabierał ich na wycieczki w pomalowane. Utah przegrało deski, ale jeśli trafia się 59% swoich rzutów to nie ma to najmniejszego znaczenia. Przeciwko niepoukładanej obronie Clippers, gdzie gapiostwo jest na porządku dziennym, Jazz mogli grać swoją ulubioną koszykówkę, dzieląc się piłką, aż do znudzenia i znalezienia kogoś bez krycia pod koszem. Z 41 trafionych rzutów aż 34 były asystowane.

 

Millsap (15), Jefferson (10) i Kirilenko (15) mieli łącznie 9 asyst, większość w obrębie pomalowanego, gdzie oddawali często rzuty, które każdy inny wysoki w tej lidze, by zaryzykował, tylko po to, by znaleźć kogoś na lepszej pozycji.

 

Clippers wyszli na boisko moją ulubioną piątką U-22. Szczerzę mówiąc nawet jeśli ta drużyna ma z trudem dociągnąć do 15 zwycięstw w tym roku, to i tak wolałbym oglądać ich nadal w takim ustawieniu bez Barona Davisa - ewentualnie ze zdrowym Chrisem Kamanem. Al-Faruq Aminu (12 punktów) trafia w tym sezonie ponad 50% swoich rzutów za trzy i z meczu na mecz jest pewniejszy siebie. Eric Bledsoe (12 punktów) już teraz nie ma najmniejszych kompleksów. Obaj to wciąż jeszcze jeźdźcy bez głowy, ale nigdzie nie nauczą się więcej niż podczas dużych minut na boisku. Poza tym jeśli Clipperyzm ma stać się w Los Angeles tylko niemiłym wspomnieniem, to właśnie dzięki młodzieży. Nawet jeśli ma to oznaczać, że Clippers przez najbliższe dwa sezony wyglądać będą jak drużyna uniwersytecka.

 

(8-7) INDIANA @ (13-4) LA LAKERS 95:92


boxscore

 

To nie był dobry dzień w Los Angeles.

 

Pacers zatrzymali Lakers na 39% z gry i po raz pierwszy w historii zdobyli Staples Center. Pau Gasol  (13 punktów, 12 zbiórek) przebywał na boisku ponad 45 minut i był to trzeci mecz z rzędu, w którym gra ponad 42 minuty. Widać, że jest już tym nieco zmęczony. Hiszpan nie miał dziś kompletnie energii i został całkiem przyćmiony przez Roya Hibberta (24 punkty, 12 zbiórek, 6 asyst).

 

Środkowy Pacers cały mecz rozegrał praktycznie na jednym ruchu pod koszem, ale na osowiałego Gasola to wystarczyło. Do tego w końcówce został go-to-guy swojej drużyny i nie zawiódł.

 

Lakers generalnie grali bez energii i chęci walki. Przegrywali praktycznie wszystkie wyścigi za piłką i wyglądało to tak, jakby po prostu im się nie chciało. Jednocześnie sądzili, że w którymś momencie Kobe Bryant (41 punktów) po prostu wygra im ten mecz. Pacers ścigają się ponoć między sobą w liczbe przyjętych szarż i dobrych zagrań w obronie i odbija się to w statystykach. Kto by pomyślał, że Indiana może być na starcie sezonu jednym z najlepiej broniących zespołów.

 

Kobe Bryant niósł na swoich ramionach Lakers przez większość meczu, ale ogólna atmosfera panująca w ekipie z LA odbiła się i na nim. Tylu dziwnych błędów Kobego w jednym meczu nie widziałem już od dawna. Mnóstwo było prostych niedokładności i zwykłego gapiostwa. W jednym momencie, gdy czekał bez ruchu na długą zbiórkę, a Roy Hibbert zdołał zgarnąć mu ją sprzed nosa, Kobe aż pokiwał z niedowierzaniem głową, że mógł na boisku zachować się w taki sposób.

 

Lakers mogli to spotkanie wygrać mimo wszystko. W drugiej połowie przegrywali już 15 punktami po szarży prowadzonej przez Darrena Collisona (14 punktów) i Danny'ego Grangera (18 punktów) jednak wtedy Kobe zdobył 15 punktów z rzędu na koniec 3 kwarty i przed ostatnią odsłoną nadal wszystko mogło się wydarzyć. Na 34 sekundy do końca udało im się nawet dojść na 1 punkt, ale po raz kolejny świetnie zagrali razem T.J. Ford (swoją drogą grający swoją flu game) i Hibbert, a Kobe przestrzelił dwie szanse na wyrównanie.

 

Kobe rzucił ponad 40 punktów po raz 105 w swojej karierze i po swojemu przejmował grę w kolejnych fragmentach, ale w czwartej kwarcie nieco się zagalopował. Nie wiem, czy to kwestia ambicjonalna, czy po prostu nie wierzył w słabo dzisiaj grającego Gasola, ale Bryant postanowił na siłę rozstrzygnąć mecz w pojedynkę. Oczywiście trafiał część ze swoich ciężkich rzutów, ale miałem wrażenie, że na kilka minut przed końcem spotkania, przy niewielkiej stracie warto jednak wciąż próbować uruchomić swoich podkoszowych.

 

Pacers są już 8-7 i wskoczyli przed Miami na 5 miejsce na wschodzie. Tak dobrze przez cały sezon nie będzie, ale jeśli utrzymają swoje nastawienie w obronie to playoffs mogą być w zasięgu. Dla kibiców nie byłaby to zła wiadomość, bo Indiana to naprawdę dobry zespół do oglądania. Ten zespół wszystko robi szybciej o ułamek sekundy niż inni - nawet jeśli akurat nie gra up-tempo i piłka długo szuka strzelca.



Podziel się

Licznik odwiedzin:  18 725 405  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     






[ Copy this | Start New | Full Size ]






















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 18725405

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u

Wyniki ankiety

Czy Golden State Warriors awansują do playoffów?

Tak : 0%
Nie: 0%

Łączna liczba głosów: 0