Bloog Wirtualna Polska
Jest 938 421 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS


DWIGHT HOWARD NAJLEPSZYM OBROŃCĄ SEZONU

wtorek, 20 kwietnia 2010 18:17

Image and video hosting by TinyPic

źródło: yahoo.com
Przemek Kujawiński

Znamy zdobywcę pierwszej z indywidualnych nagród przyznawanych na koniec sezonu. Nie było w tym wypadku niespodzianki. Jak donosi Fanhouse nagrodę dla najlepszego obrońcy odbierze po raz drugi z rzędu Dwight Howard. Środkowy Orlando notował w tym sezonie średnio 13,2 zbiórki i 2,78 bloku w meczu. W obu tych kategoriach liderował w NBA. Jako pierwszy zawodnik dokonał tego w dwóch kolejnych sezonach. Dodatkowo jako pierwszy w historii został  zwycięzcą jednocześnie klasyfikacji zbiórek, bloków i skuteczności z gry.

Możecie wskazywać innych zawodników, którzy grali w tym sezonie świetnie w obronie, ale nie powinniście mieć wątpliwości. To Dwight Howard jest obecnie najlepszym obrońcą w lidze. Musi być tego świadomy każdy, kto oglądał w tym sezonie grę Magic i widzi jak duży wpływ na całą defensywę swojego zespołu ma Dwight. Musi być tego świadomy każdy, kto widział ostatni mecz z Bobcats i terror jaki siał pod swoją tablicą. Tak jak mówi się obecnie, że LeBron James może zdominować w najbliższych latach wybory MVP, tak Dwight może robić to samo z DPOY.

UPDATE: Drugie i trzecie miejsce w głosowaniu zajęli odpowiednio Josh Smith i Gerald Wallace.


Podziel się:

komentarze (19) | dodaj komentarz

MATT HARPRING WIE JAK ZATRZYMAĆ MELO

wtorek, 20 kwietnia 2010 16:47
Przemek Kujawiński

Dzisiejsze zwycięstwo Utah nad Denver w dużej mierze zasługą świetnej pracy w obronie jaką na Carmelo Anthony'm wykonywali C.J. Miles i Wesley Matthews (nie licząc innych przyczyn, o których pisał dziś wcześniej Maciek). Jazz, co prawda, nie dali rady Carmelo zatrzymać ale udało im się do spowolnić i sfrustrować. Jak się okazuje kluczem do takiej poprawy w porównaniu do pierwszego meczu mógł być Matt Harpring.

Były gracz Utah pracuje obecnie dla klubu jako komentator. Przed drugim spotkaniem miał ponoć radzić graczom Jazz by grali przeciw Melo bardziej fizyczną koszykówkę. Konkretniej zaś, żeby wzięli z niego przykład. Harpring bowiem potrafił swego czasu solidnie Anthony'emu zajść za skórę. Plotki o takich radach płynących w stronę Miles'a i Matthewsa dotarły do uszu Melo i jeszcze przed meczem skomentował je w ten sposób:

"Słyszałem, że wysyła wiadomości do chłopaków mówiąc, że jedynym sposobem, żeby się do mnie dobrać jest wejść mi do głowy. To jest to, co zawsze próbował robić. (...) To było jednak w czasie moich pierwszych lat. Miałem 19 czy 20 lat. Teraz to już nie działa."

Przez wejście Carmelo do głowy Harpring rozumiał oczywiście granie przeciw niemu tak twardo by go sfrustrować i wyprowadzić z równowagi. Jak widać Melo był pewny, że tym razem, coś takiego się już nie wydarzy. Podobnego zdania był Adrian Dantley:

"Mogą grać przeciw niemu fizycznie, ale nie są Mattem Harpringiem. Matt Harpring był futbolistą, który grał w koszykówkę."

Kto widział dzisiejsze spotkanie wie, że panowie przeliczyli się nieco w swoich kalkulacjach. Anthony naciskany agresywnie przez Milesa, Matthews'a a czasem nawet Williamsa zakończył spotkanie trafiając tylko 9 ze swoich 25 rzutów i kończąc spotkanie przed czasem z powodu fauli. Warto dodać, że aż 4 z nich były popełnione w ataku (2 na Williamsie, po 1 na Milesie i Matthewsie).

Po meczu Rex Chapman z zarządu Nuggets powiedział:

"Cały dzień czytałem artykuły, w których Matt Harpring mówił, że Jazz muszą zaostrzyć swoją grę i łapać, trzymać i leżeć na Melo tak bardzo jak tylko się da. Zgaduję, że zawodnicy również je czytali. Wygląda na to, że wzięli to sobie do serca. To było po prostu frustrujące. (...) Teraz, kiedy wiemy, że tego rodzaje zagrań są dozwolone, wierzę, że będziemy w stanie się dostosować."

Brzmi to trochę jak zapowiedź wojny. Carmelo, aż tak bardzo, się sytuacją nie przejął i zapowiedział tylko, że teraz zacznie się zabawa. Nie mogę się doczekać.

Czekam na dobre rady od Grega Ostertaga dla Kyrylo Fesenko, jak poradzić sobie z podkoszowymi Denver. Do teraz zachodzę w głowę, dlaczego po pierwszych minutach Nene przestawał dostawać piłki. Myślę, że Nuggets wyciągną jakieś wnioski z tego spotkania i zaczną grać do niego więcej a wtedy Fesenko będzie potrzebował czegoś więcej niż kilogramów i sprzyjającej karmy.


Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

ABE LINCOLN TRZYMA Z MAVS

wtorek, 20 kwietnia 2010 16:05
Przemek Kujawiński

Pomysł dla fanów Mavericks. Jeśli nie chcecie zapuszczać bród jak Lakers to... wyhodujcie sobie gadającego Abrahama Lincolna na szyi. DeShawn Stevenson jest, być może, jednym z najsłabszych, obecnie, koszykarzy w lidze (o ile oczywiście można wierzyć PER), ale nie da się ukryć, że potrafi sprawić by go zauważono.



Podziel się:

komentarze (2) | dodaj komentarz

GDZIE ENVER MUSI DO MAJA ZNALEŹĆ "D", ALBO....

wtorek, 20 kwietnia 2010 12:39
Maciej Kwiatkowski


Utah @ Denver 114:111 (1-1)


Tak więc Utah Jazz jest 6-0, gdy wystawia Kyrylo Fesenkę w pierwszej piątce.


Enver Nuggets są natomiast tylko 12-9, gdy prowadzi ich Adrian Dantley Arian Antley. To nie jest zarzut wprost do Dantley'a, bo już George Karl w połowie sezonu zaczął napawać mnie obawą, że sam zorganizowany chaos w ataku nie każdego dnia pozwoli Nuggets wygrać mecz, a już na pewno nie sprawi, że wygrają trzy serie na Zachodzie i awansują do finału.

Oczywiście Deron Williams zdominował to spotkanie, królując - jak i w drugiej połowie 1szego meczu - na tle rzucającego słabo gdzieś już od ponad miesiąca Chauncey'a Billupsa (4/11). Oczywiście Nuggets nie potrafili konsekwentnie wykorzystywać braku mądrego - choć mniej atletycznego - obrońcy jakim jest Mehmet Okur i dali swoim podkoszowym w całym meczu oddać tylko 24 rzuty, wsady, layupy, z których ci skończyli przecież aż 17. Byli za to pudłujący Smith, nie mogący trafić z półdystansu Carmelo Anthony i znowu ten sam Billups - cały backcourt Denver trafił 18/51.

To, że Nuggets nie potrafili przedsięwziąć odpowiedniej strategii ofensywnej, by sprawić, że brak Okura byłby widoczny mógłby jednak nic nie znaczyć, gdyby nie indywidualna awersja graczy Nuggets i brak jakiejś większej mobilizacji w zatrzymanie Jazz w pomalowanym. Postanowiłem w drugiej kwarcie uważniej niż zwykle przyjrzeć się nie systemowi działania obrony Nuggets, ale samym staraniom poszczególnych graczy przy pick&rollach, przy kryciu Boozera od piłki czy Williamsa po dryblingu. Widok był dosyć zatrważający. Nuggets zwyczajnie nie przykładali większej wagi do obrony 1-na-1, zawsze licząc na jakąś pomoc, która przeważnie nie nadchodziła. Nuggets na ten czas potrzebują generała. Natychmiast. Czy będzie to Dantley, czy będzie to Karl, czy będzie to Billups, czy też może Anthony albo Martin. Ktoś musi dać przykład, bo w takim momencie jak teraz na próżno już szukać zorganizowanej defensywy, skoro nie było jej przez ostatnie pół sezonu, ale może indywidualny wysiłek poszczególnych zawodników poprawi ją wystarczająco, by atak mógł wygrywać dla nich mecze.

Byłem bliski wyłączenia tego meczu po pierwszej połowie. Jazz prowadzili 63-51, Wes Matthews i CJ Miles podchodzili biodrami pod Anthony'ego, starając się, by poczuł ich obecność, Skutkowało. Billups był przytłoczony przez show Williamsa, a Nene zapomniany po tym jak na starcie meczu urządził sobie polowanie na Kyrylo Fesenko.

Pierwsze cztery minuty pierwszej kwarty i cztery minuty trzeciej. To był jedyny czas w tym meczu, gdy Nuggets faktycznie coś egzekwowali i było widać na nich rękę trenera. Najpierw zwolnili grę na starcie meczu, by starać się zaangażować Fesenko (choć chyba jednak 'Fesenkę') w każdą bronioną przez Jazz pozycję. A po przerwie przez te 300-350 sekund zaczęli sami bronić troszeczkę agresywniej, już z zaangażowaniem i zrobili szybko run 14-0. Po tym jednak wszystko wróciło do normy, czyli do tego co działo się w pierwszym meczu, ale tym razem Anthony i Smith trafili tylko 10 rzutów, Billups dołożył tylko 4.

Trudno opisać jak genialny i beztroski w swojej grze był Deron Williams. Widziałem już nagłówki, że Jazz załatwili Nuggets ich własną grą. Z pewnością zrobił to Williams i jego zorganizowana wersja chaosu, fizyczna dominacja i spokój, emanujący spokój w tym co robił na boisku . Spójrzcie na to: D-Will oddał  tylko 14 rzutów, miał 14 asyst i był na linii 18 razy. Miał z tego 33 punkty i bez zaglądania wiem, że takich meczów w playoffach w ostatnich 20 latach było może kilka. Niewiele.

Carlos Boozer i Paul Millsap zdobyli 38 punktów przy 25 rzutach i Jazz tylko raz przez całą czwartą kwartę rzucili punkty spoza pomalowanego lub poza linią wolnych. Trójka Kyle'a Korvera na 108-106 wyprowadziła Utah na prowadzenie, którego już nie oddali wobec pudeł Billupsa i Anthony'ego wyfaulowanego na 25 sekund przed końcem.

Teraz seria zmierza do Salt Lake City, gdzie na Enver czekać będą bardzo trudne warunki. Tam Nuggets będą potrzebować powrotu Billupsa. Jako lidera, jednego z trzech najlepszych graczy na parkiecie, a może przede wszystkim jako grającego trenera i motywatora. Minionej nocy można było rozstawić rozgrzewkowe dwa rzędy na połowie Enver, a i tak droga do kosza byłaby otwarta.


Chicago @ Cleveland 102:112 (0-2)

Było sporo walki w Chicago Bulls minionej nocy. Jak np wtedy, gdy James Johnson zmienił w pierwszej kwarcie Luola Denga i już w pierwszej akcji wyszedł agresywnie do LeBrona Jamesa (40 pkt, 8 zb, 8 as) na 9-10 metr. Sfaulował. Już zaraz po drugiej stronie boiska Johnson znowu przykleil się do Jamesa. 60 sekund później James miał już na koncie 7 punktów więcej, w tym piorunujący dunk po błyskawicznej penetracji z lewego łokcia, a Cavaliers odskoczyli na 8 punktów przewagi. Tak można w dużym skrócie opisać to spotkanie.

Bulls jednak faktycznie mieli tego dnia trochę walki. Przede wszystkim Joakim Noah (25 pkt, 13 zb) i poza tym wszystkim co mówi o Cleveland jako mieście, traktując je bardziej jako miejsce, gdzie mógłby nocą zostawić trochę grosza, jak Wy kibice Cavaliers możecie nie doceniać gościa? Pardon. Wierzę, że doceniacie, bo to jest Andy Varejao 2.0, wersja minimalnie poprawiona. Przed meczem można było się spodziewać parady gwizdów i buczenia w kerunku Noaha. To było już przy pierwszych wolnych, które Noah oddawał już po 15 sekund gry. To było za każdym razem, gdy pudłował rzut albo przegrywał walkę na desce, czyli bardzo rzadko, ale - krótkie bla-bla z pozycji fana, możecie przejść do następnego akapitu - jeśli Joakim Noah jeszcze bardziej poprawi rzut i dalej będzie robił takie postępy w grze 1-na-1 (najczęściej atakuje nie z boku, co zaczynając piwoty na wprost kosza), to będzie takim undergroundowym MVP w NBA dla wielu. W tym sensie, że nigdy nie będzie taką typową gwiazdą przez to co robi na parkiecie (megalomania i lekkość mówienia od siebie zrobi to poza nim), zawsze będzie tym drugim po Rosie, albo trzecim nawet, gdy dojdzie latem Chris Bosh czy Amar'e - , ale jego koszykarskie umiejętności, wizja placu gry, asysty kozłem pod kosz, czy odegrania zawsze w tempo, walka na deskach, bloki, nawet wyprowadzanie kontrataków, czy w końcu obrona 1-na-1 zrobi z niego na pewno solidną namiastkę tego co znaczył dla Minnesoty Kevin Garnett w swoim "prime" kilka lat temu. Noah "to świat: i warto zauważyć, że zarówno Noah, jak i Al Horford - czyli znajomi z dwóch lat gry we Florida Gators - błyszczą wyprowadzając kontrataki po swoich zbiórkach. To unikatowa umiejętność, rzadkość która otwiera kilka dodatkowych możliwości, poniekąd jak zbiórki rozgrywających typu Russell Westbrook, Jason Kidd, Tyreke Evans, czy nawet dodając do tego LeBrona Jamesa czy Dwyane'a Wade';a. Widać, że Noah i Horford nie przestają nad tym cały czas pracować.

Tymczasem z aktualnych informacji:
MVP będzie dla LeBrona Jamesa nagrodą, z którą będzie zaczynać sezony przez minimum 2-3 kolejne lata. To będzie jego nagroda do stracenia.


- To były szalone rzuty. Czasem ma się ochotę wejść w jego buty, by zobaczyć jakie to uczucie - to Derrick Rose mówiący z ogromną jak widać pochwałą o końcówce meczu w wykonaniu LeBrona Jamesa.

"Akron Hammer" wrócił na parkiet 8 minut przed końcem przy rezultacie wahającym się wokół remisu. Bulls do tego momentu trzymali się w grze dzięki punktom z ponowienia akcji, mrówczej robocie Noaha i wielkiej determinacji Luola Denga, by przedostawać się pod kosz. To dało wyjątkowe jak na Bulls aż 56 punkty z pomalowanego. Patrzę się na Ciebie Antawnie Jamisonie w tej chwili.

Przez ostatnie 4 minuty 50 sekund James zdobył jednak 11 kolejnych punktów Cavaliers, z przewagi 96:93 robiąc 107:100. Gdy swoją czwartą trójkę w kolejnej akcji dorzucił drugi najlepszy gracz Cavs na boisku, Jamario Moon (12 pkt, 2 blk) - było po meczu. James trafiał z różnych pozycji, z 5 metrów, 6 metrów, 7 metrów, by przypieczętować to wszystko znakomitym wejściem pod kosz z lewej strony, gdy minął Denga i zawisł w powietrzu, kończąc akcje nad Noahem. Bulls byli przez te kilka minut bez szans. Po pierwszym meczu, w którym Cavaliers zdominowali losy spotkania, teraz zostali doprowadzeni do mety przez 40 punktów Jamesa i to trzecie starcie w Chicago będzie jedyną szansą Bulls na urwanie jednego spotkania w tej serii. Jeśli tego nie zrobią - będzie sweep.


Podziel się:

komentarze (52) | dodaj komentarz

TOP 5 ZAGRAŃ: 19 KWIETNIA 2010

wtorek, 20 kwietnia 2010 10:45

JOHN STARKS: DR JEKYLL I MR HYDE

wtorek, 20 kwietnia 2010 3:38

Image and video hosting by TinyPic


Przemek Kujawiński

- Po meczu będziesz mówił do mnie panie Jordan.
- Zobaczymy

Tak, mniej więcej, wyglądała rozmowa pomiędzy Johnem Starksem a Michaelem Jordanem, kiedy po raz pierwszy było im dane się spotkać pewnego grudniowego wieczora 1990 roku, na parkiecie w Chicago. Jordan najprawdopodobniej nie zapamiętał wymiany zdań z zadziornym młodzieńcem. Z pewnością pamięta za to wiele innych "pogadanek", które przez następne kilka lat było mu dane regularnie przeprowadzać, jednocześnie opędzając się od Starksa kryjącego go tak, jakby zależało od tego jego życie. Po jednej z takich nocy, gdy po raz kolejny Jordan musiał ciężko zapracować na swój każdy punkt powiedział: "Nie pamiętam, kiedy przyszedł do ligi, ale wiem, że jest tu teraz."

Są w historii NBA zawodnicy, którzy nigdy nie zbierali największych pochwał od ekspertów, nie zdobywali nagród i nigdy nie byli nawet najważniejsi w swoich drużynach a mimo to fani kochali ich bardziej niż wielu spośród największych. Najlepszym przykładem jest na to John Starks. Kiedy przypomnicie sobie cały panteon gwiazd lat '90 to w całym tym bogactwie bardzo łatwo go przeoczyć. Ktoś, kto nie pamięta tamtych czasów patrząc jedynie na osiągnięcia Starksa w NBA powiedziałby pewnie: "Ot solidny role player." Średnie kariery na poziomie 12,5 punktu i 3,6 asysty? U rzucającego obrońcy? Jak ktoś taki może być nazywany gwiazdą? A jednak. Starks nie zawsze błyszczał, ale miał w sobie to wyjątkowe "coś", co sprawiło, że z miejsca pokochali go fani w Nowym Jorku a po latach wielu kibiców patrzących z nostalgią na epokę I love this game w NBA.

Po kilku pierwszych starciach ze Starksem Jordan nazwał go zarozumialcem. Po kolejnych zmienił zdanie mówiąc, że jego zarozumialstwo zmieniło się w pewność siebie. Starks twierdzi, że zarozumialcem był i nigdy być nie przestał. Mówił, że aby być strzelcem w NBA, po prostu trzeba mieć w sobie tę nutkę zarozumialstwa. Jeśli spudłowało się jeden rzut, trzeba mieć odwagę by wrócić i rzucić po raz kolejny z taką samą pewnością siebie jak za pierwszym razem. Takie podejście do gry zaprowadziło go do jego najjaśniejszego punktu kariery, ale spowodowało też ten najczarniejszy.

We wstępie do autobiografii Starksa (John Starks: My life) Spike Lee napisał: "Powód, dla którego nosiłem koszulkę Johna Starksa podczas meczów w Madison Square Garden był taki, że on BYŁ Knicksem. (...) Wydaje mi się, że nowojorczycy kochali Johna tak bardzo bo był autentyczny, śmiały, zmotywowany do sukcesu, dawał z siebie 200 procent i był szalony - taki był John Starks na boisku." Sama książka przedstawia historię niesamowitą i bardzo się dziwię, że Lee nie zdecydował się na jej ekranizacje.

Wychowany w Tulsa w Oklahomie przez dwie silne kobiety, matkę i babkę. Mieszkający pod jednym dachem z sześciorgiem przyrodniego rodzeństwa i gromadą kuzynostwa, którzy wszyscy musieli mieścić się w jednym pokoju. Często głodny muszący znosić przemoc domową z rąk kolejnych partnerów swojej matki. Tak wyglądało życie małego Johna. Co jednak bardzo znaczące Starks pisze o tym bez wielu negatywnych emocji. Pomiędzy fragmentami o matce strzelającej do jednego ze swoich kochanków, czy uciekającej przed innym samochodem, podczas gdy ten, uwieszony klamki próbuje ją złapać, znaleźć można obraz ciepłej i kochającej się rodziny. Czytając miałem wrażenie, że Starks dobrze wspomina swoje dzieciństwo.

W domu rządziła babcia, która na całe dnie "wyrzucała" całą dzieciarnię z domu. Cała gromada oddawała się wtedy różnym sportom, często przy udziale babci, która pomimo niewielkich gabarytów nie dawała sobie podobno dmuchać w kaszę na boisku. Starks po raz pierwszy zagrał w koszykówkę w wieku siedmiu lat i była to miłość od pierwszego wejrzenia. We wspomnieniach pisze, że duża część z tego, jakim stał się później zawodnikiem miała swoje źródła właśnie w tym okresie. Jego charakter kształtował się, gdy był zmuszony patrzeć na wieczne bitwy, jakie staczała jego nieustępliwa matka. Jego starszy brat Vincent powtarzał mu zawsze, że w w tej rodzinie się nie przegrywa w bójkach więc, kiedy mały John wracał do domu poobijany kazał mu bić się raz jeszcze i tym razem wygrać. W domu nie było dużo łatwiej. Ci z was, którzy mają rodzeństwo wiedzą o czym mówię. Starks mieszkał w jednym pokoju z 11 innych dzieciaków. Możecie sobie tylko wyobrażać do jakich epickich pojedynków musiało tam dochodzić.

Kiedy John trochę podrósł zaczął uciekać przed domową przemocą. Miejscem, które przynosiło ukojenie było boisko a wybawieniem koszykówka.

Pomyli się ten, że od tego czasu historia życia Starksa staje się przewidywalna. Wszyscy w końcu znamy ten schemat. Trudne dzieciństwo i bieda następnie pierwsze sukcesy w szkole średniej, NCAA i w końcu NBA. Nic z tych rzeczy.

John był gwiazdą swojej szkolnej drużyny w szkole podstawowej, ale na koniec 6 klasy spotkał go srogi zawód, gdy trener, zamiast niego, uhonorował nagrodą MVP inne dziecko. Od tego czasu postanowił już nigdy nie przejmować się indywidualnymi nagrodami i skupić tylko i wyłącznie na zespole. Z powodu koszykówki zapłakał później już tylko dwa razy. W najgorszym dniu swojej kariery, gdy Knicks przegrali 7 mecz finałów z Rockets i gdy został sprzedany do Golden State.

W szkole średniej trafił na pierwszego trenera, który odcisnął na nim swoje piętno. Przede wszystkim, dlatego że był to pierwszy trener, którego faktycznie polubił. Znając trudną sytuację Starksa pomagał mu jak mógł. Po roku jednak odszedł a nowy trener, według słów Starksa, faworyzował innych zawodników. John postanowił więc... opuścić zespół.

Od tego czasu grywał w lidze podwórkowej, zaliczał kolejne uczelnie i pracował w sklepie spożywczym, pakując zakupy za minimalną płacę. Wyglądało na to, że marzenie małego Johna, który oglądając w telewizji Juliusa Ervinga zastanawiał się jakby to było grać w NBA, zostały pogrzebane na zawsze.

Nagle los się na szczęście odwrócił. Starks po prostu umiał grać w koszykówkę i ktoś musiał to w końcu zauważyć. W wieku 22 lat udało mu się zdobyć stypendium na Uniwersytecie Oklahoma State. Po trzech latach i trzech różnych (fatalnych - warto dodać) uczelniach wreszcie trafiła mu się szansa na jaką czekał. Starks w barwach Cowboys zaliczał średnio ponad 15 punktów i prawie 5 zbiórek i asyst. Udało mu się zwrócić na siebie pewne zainteresowanie skautów z NBA. Niestety nie wystarczające by któraś z drużyn dała mu szansę w drafcie.

Co powinieneś zrobić jeśli nie zostałeś wybrany w drafcie a nadal marzysz o grze w NBA? Odpowiedź na to pytanie nie zmieniła się już od ponad 20 lat. Miej nadzieję, że zauważył cię Don Nelson. 316 minut w 36 spotkaniach w sezonie 1988/89 w barwach Warriors nie wystarczyło, być może, by Starks wyrobił sobie w lidze markę ale przekonało go, że jego cel nie jest wcale tak odległy jak się wcześniej wydawało. Pożegnany przez Warriors, Starks spędził kolejny sezon grając w ligach CBA i WBL i czekając na następną okazję. Skautów zniechęcały przede wszystkim streetballowy styl gry Johna i jego charakter. W CBA został zawieszony za uderzenie sędziego. Co ciekawe w tym samym czasie podpisanie z nim 10-dniowego kontraktu rozważali Detroit Pistons. Dacie wiarę, że słynni Bad Boys przestraszyli się agresywnego Starksa?

Jesienią 1990 roku zadzwonili New York Knicks. John nie łudził się, że uda mu się zagrzać tam miejsce na dłużej. Nowojorczycy mieli 12 zawodników z kontraktami i od początku wiadomo było, że Starks potrzebny jest im jedynie jako gracz do treningów. O tym, że Starks miał w ogóle okazję później rozwinąć w Nowym Jorku skrzydła zadecydowała mieszanka jego charakteru i zwykły przypadek.

Wiedząc o tym, że i tak zostanie odesłany, pod koniec obozu treningowego postanowił zrobić coś spektakularnego by zostać zapamiętanym. Co mogło być najbardziej spektakularną rzeczą, jaką w tym okresie można było zrobić na treningu Knicks? Odpowiedź brzmiała zadunkować nad Patrickiem Ewingiem. Starks postanowił wcielić swój plan w życie. Tym bardziej, że jak sam mówił "Jeśli raz zadunkowałeś nad wysokim graczem, to już nie masz odwrotu.". Patrick nie był jednak skory do takich zabaw i pokazał Starksowi jak wygląda parkiet z bliska. Fatalne zakończenie przygody z Knicks? Nic bardziej mylnego. Starks upadł tak niefortunnie, że uszkodził sobie kolano i paradoksalnie w tym momencie nic lepszego nie mogło go spotkać. W myśl przepisów zespół nie mógł rozwiązać umowy z kontuzjowanym graczem. Zamiast więc wracać do CBA John spokojnie odpoczywał będąc na liście kontuzjowanych i nadal pozostając Knicksem.

Być może jego szansa długo go szukała, ale wreszcie go odnalazła. W grudniu kontuzji doznał rezerwowy obrońca Trent Tucker i Starks wskoczył do składu. W pierwszym meczu przeciw Michaelowi Jordanowi zdobył, co prawda tylko 4 punkty ale już noc później Atlancie wrzucił 20 i jasne stało się, że tym razem zagrzeje w lidze miejsce na dłużej.

W drugim sezonie Starksa z Knicks trenerem został Pat Riley i być może, jako pierwszy, uwierzył, że John może coś w NBA znaczyć. Panowie zgrali się charakterami. Riley chciał swoich graczy posyłać na wojnę. John czekał tylko na sygnał. Starks mecze zaczynał, co prawda, nadal na ławce, co nie przeszkadzało mu być drugim strzelcem zespołu za Patrickiem Ewingiem. Fani musieli pokochać kogoś, kto na parkiecie zostawiał swoje serce i przede wszystkim potrafił rywalizować z mordercą Knicks - Michaelem Jordanem. Nawet mimo tego, że to on wciąż był górą odprawiając nowojorczyków, w playoffs, po morderczej 7-meczowej serii.

W kolejnym sezonie Starks wskoczył wreszcie do pierwszej piątki i wywindował swoje wyniki do 17,5 punktu i 5 asyst w meczu. Oficjalnie już stał się drugą strzelbą Knicks. To w tym sezonie Michael Jordan zdał sobie sprawę kim jest John Starks, gdy Bulls przegrali 3 z 4 spotkań sezonu regularnego z Knicks. MJ został zatrzymany w tych spotkaniach na skuteczności 35%. Do kolejnego starcia miało dojść w finałach konferencji. Pierwsze dwa mecze to popis Knicks. Starks po raz kolejny uprzykrzał życie Jordanowi, który był w stanie trafiać niewiele lepiej niż w sezonie regularnym (37%). Mało, kto jednak pamięta dziś o świetnej obronie Johna bo wszyscy wspominając tę serię przypomną sobie zawsze to:

 

Starks twierdzi, że nawet nie widział Jordana skaczącego by pomóc Horacowi Grantowi. Do dziś to zagranie jest uznawane za jeden z najlepszych momentów w historii playoffs. Być może dlatego, że było w tym coś symbolicznego. Nikomu nieznany zawodnik, który jeszcze niedawno pakował zakupy w spożywczym, robi takie rzeczy najlepszemu zawodnikowi ligi. To musiało działać na wyobraźnię.

Na mecz numer 3 Bulls wrócili do Chicago i rozprawili się z Knicks dosyć łatwo, pomimo fatalnej nocy Jordana, który trafił zaledwie 3 ze swoich 18 rzutów. To zdecydowanie musiało go rozjuszyć bo w czwartej odsłonie serii zaliczył 54 punkty (ponad połowę całego dorobku Bulls). Byki przejęły tę serię i nie pozwoliły się już Knicksom podnieść, mimo tego, że poza tym jednym spotkaniem Starks był w stanie powstrzymywać Jordana.

Sezon 1993/94 to miał być wreszcie czas Knicks. Jordan odszedł na emeryturę, a Starks miał swój najlepszy okres w karierze. Średnio 19 punktów i 6 asyst zaowocowało powołaniem do składu Wschodu na Mecz Gwiazd. Prawdziwe wyzwanie czekało jednak w playoffs.

W między czasie Starks dorobił się opinii 'małego Rodmana'. Rok wcześniej zdzielił z główki Reggiego Millera. Tym razem obrywało się znienawidzonym Bulls. Nawiązując do odbywających się, w USA, tym samym roku mistrzostw świata w piłce nożnej mówiono, że Starks używał swoich nóg przeciw Bykom lepiej niż niejeden z graczy, który miał tam wystąpić.

Playoffy
1994 były dla Knicks morderczą przeprawą. Po 5 meczach z Nets, w kolejnych rundach, potrzebowali siedmiu gier by wyeliminować swoich największych wrogów Bulls i Pacers. W finałach czekali już na nich Houston Rockets.

Starks zagrał w pierwszym meczu bardzo słabo, co tylko go zmobilizowało. W kolejny 4 spotkaniach aplikował Rakietom średnio ponad 19 punktów w meczu. Przed 6 spotkaniem Knicks prowadzili w serii 3-2. Na ostatnie dwa mecz oba zespoły przeniosły się do Houston. Rockets od początku przejęli inicjatywę i wydawało się, że jest już po meczu. Wtedy do akcji wkroczył Starks w 4 kwarcie zdobywając 16 punktów. Na sekundy przed końcem Knicks przegrywali już tylko 2 punktami. Piłkę, co nic dziwnego, miał Starks. Patrick Ewing postawił zasłonę po czym uwolnił się spod opieki i uciekł do środka. Wydawało się, że podanie do niego będzie w tym momencie najlepszym rozwiązaniem. Starks postanowił jednak to spotkanie wygrać. Na jego nieszczęście na jego drodze stanął Hakeem Olajuwon blokując rzut i przeciągając serię do 7 meczów.


Spotkanie numer 7 to prawdopodobnie najgorszy dzień w karierze Starksa. Przed meczem bardzo długo rozpamiętywał swój ostatni rzut w poprzednim meczu. Nie myślał o niczym innym i z trudem zasypiał. Być może to właśnie odbiło się na jego grze a być może chciał za bardzo, a koszykarscy bogowie postanowili wziąć zapłatę za to, co spotkało go w początkach kariery. 2-18 z gry i 11 spudłowanych rzutów za trzy punkty. Pat Riley wierzył w swojego zawodnika i pozwalał mu zostać na parkiecie. Do końca spotkania nic się już jednak nie udało zmienić. Knicks przegrali swoją szansę a Starks zapłakał po raz pierwszy jako gracz NBA.

W kolejnym sezonie nastąpiła obniżka formy i wielu zaczęło twierdzić, że to jedno spotkanie zakończyło tak naprawdę karierę Starksa. Po kolejnym roku z klubu odszedł Pat Riley, co przyczyniło się do zmniejszenia roli Johna w zespole. Współpraca z Donem Nelsonem a następnie Jeffem Van Gundy nie układała się aż tak dobrze.

W sezonie 1996/97 Starks musiał się pogodzić z powrotem na ławkę rezerwowych. Do Nowego Jorku przybył bowiem Allan Houston i to on od tej pory miał pełnić rolę pierwszej 'dwójki' zespołu. Co ciekawe John był pierwszą osobą, która przywitała Houstona w Nowym Jorku i panowie od razu bardzo się zaprzyjaźnili. Allan miał w postaci starszego kolegi nauczyciele i mentora. Starks wciąż potrafił być bardzo ważnym elementem zespołu i jego trzecim strzelcem. Zaowocowało to nagrodą dla najlepszego rezerwowego sezonu.

Czas Starksa w Nowym Jorku dobiegał jednak powoli końca. Knicks postanowili ściągnąć do siebie Latrella Sprewella i w przeciwną stronę powędrował właśnie John. Zamiast walczyć o mistrzostwo Starks został więc liderem Warriors. W skróconym sezonie 1998/99 był najlepszym strzelcem, podającym i przechwytującym tej drużyny. W 33-letnim ciele zostało jeszcze trochę ognia.

Swoje ostatnie dwa sezony spędził u boku wiekowych Karla Malone'a i Johna Stocktona w Utah. Wcześniej dane było mu zagrać cztery spotkania w barwach Chicago Bulls, gdzie minął się ze swoim następcą na stanowisku złego chłopca - Ronem Artestem. Fani Knicks nigdy pewnie nie myśleli, że kiedyś zobaczą Johna Starksa w koszulce Chicago Bulls.

John Starks z pewnością, według wielu, mógłby osiągnąć dużo więcej. Ja jednak zapytam, czy naprawdę osiągnął mało? Wiedząc, przez co przeszedł by znaleźć się w NBA i jak mało powinien mieć na to nadziei w dzieciństwie, czy nawet będąc już grubo po dwudziestce, powinniśmy powiedzieć, że mało zawodników osiągnęło tyle, co on. Być może, gdyby wyrzekł się swojej natury 'podwórkowego gracza' byłby jeszcze lepszy. Gdyby skupił się na poprawie swojej gry, dobierał lepiej pozycje do rzutów, był mniej impulsywny. Bardzo możliwe, ale nie byłby wtedy Johnem Starksem. Sam mówi o sobie, że był niczym doktor Jekyll i mr Hyde. Na boisku kontrolę przejmował zły John i tego Johna właśnie kochali kibice w Madison Square Garden.

Knicks pewnie nigdy nie zawieszą jego koszulki pod kopułą hali, ale Starks zawsze będzie miał swoje miejsce w sercu każdego fana z Nowego Jorku. Ma też w moim bo choć nigdy Knicks nie kibicowałem, to John Starks był jednym z moich ulubionych zawodników w tamtych czasach.

Poza boiskiem był innym człowiekiem. W swojej autobiografii pisze, że od dziecka był bardzo wyrozumiały i nigdy nie brał sobie niczego do serca. Na boisku mógł toczyć wojnę, poza boiskiem był Johnem Starksem, który wiedział skąd przyszedł i że koszykówka to nadal tylko gra. Po zakończeniu kariery Starks powrócił do Nowego Jorku i ponownie pracuje dla Knicks. Poza tym prowadzi własną fundację zajmującą się pomocą utalentowanym graczom z Nowego Jorku i swojej rodzinnej Tulsy.


Podziel się:

komentarze (19) | dodaj komentarz

KEVIN GARNETT RADZI...

poniedziałek, 19 kwietnia 2010 23:14
Michał Górny



"Powiedzcie Joakimowi, żeby skupił się na serii z Cleveland i martwił się Shaq'iem O'Nealem"

 

 

Tak! Kevin Garnett broni nawet podczas konferencji prasowych. Ten człowiek musiałby zostać poćwiartowany, żeby w żaden sposób nie okazywać swojego zdania. Jednak w jednym ma rację - Joakim Noah powinien martwić się Shaqiem.


 Jak wspomniał kolega Kwiatkowski pozycja centra miała być zdominowana przez Joakima. Pierwszy mecz pokazał jak bardzo się mylili Ci, którzy tak uważali. Shaq w ciągu 24 minut spędzonych na boisku rzucił 12 punktów (5-9 z gry).


Update:

Garnett odpowiedział na wypowiedź Noaha, w której center Bulls powiedział, że Big Ticket często gra "łokciami" (czasem wręcz dosłownie)




Podziel się:

komentarze (12) | dodaj komentarz

DNIÓWKA: ZAWISŁY CHMURY NAD SALT LAKE CITY

poniedziałek, 19 kwietnia 2010 21:55




[ Copy this | Start New | Full Size ]





 


Maciej Kwiatkowski

 

Shaquille O'Neal jest już w innej "opcji". Widzieliśmy to w pierwszym meczu. Shaq zdominował jedyny matchup, który mógł Chicago Bulls zapewnić jakiekolwiek szanse w starciu z Cavaliers, a nawet i to mogłoby wtedy i tak nie wystarczyć. Shaq miał 10 punktów do przerwy, kilka asyst plus wychodził wysoko na 4-5 metr, by zatrzymywać Derricka Rose'a, dla którego to ulubione miejsce na parkiecie do trafiania rzutów.

LeBron James podkreślał po meczu, a Antawn Jamison mu tylko wtórował, że O'Neal to zupełnie inna osoba teraz niż w sezonie regularnym. Shaq zaczął realizację swojego przedsezonowego hasła i niech nikt nie śmie mu przeszkodzić. W zasadzie mogą to zrobić tylko Dwight Howard i Andrew Bynum, ale to nie jest sprawa na najbliższy tydzień czy dwa. Póki co Cavaliers wydają się iść po swoje w rundzie z Chicago Bulls. Tym bardziej, że trzeci z ważnych graczy "Byków", Luol Deng narzeka na bóle kolana i łydki. Deng trafił tylko 5 z 15 rzutów, z czego ledwie 3 z 10 spoza pomalowanego. Bez jego dwudziestu kilku punktów Bulls mogą zwyczajnie nie być w stanie rzucić więcej niż Cavaliers, którzy po dojściu Jamisona naprawdę mają skąd czerpać. A przecież James ewidentnie w pierwszym meczu nawet się bardzo nie starał,

...bo nie bardzo musiał.

Wracając do Denga. Po tym jak The Man from Sudan otrzymał sześcioletni kontrakt jest to już jego druga kontuzja w playoffach. Rok temu kontuzja piszczela nie pozwoliła mu grać przeciwko Boston Celtics.

Niedzielny poranek w Salt Lake City był natomiast bardzo pochmurny. Jazz trafiali 54% z gry, ale nadal nie byli w zasięgu pokonania Nuggets w pierwszym, sobotnim meczu. Deron Williams był genialny i w samej drugiej połowie miał 20 punktów i 9 asyst, ale to było po prostu za mało. Carmelo Anthony był nie do zatrzymania, a nawet Kyle Korver nie jest dobrym rozwiązaniem na J.R.'a Smitha. Ciekawe czy Jerry Sloan zdecyduje się wstawić Korvera do pierwszej piątki, by z ławki mógł wchodzić wtedy Wes Matthews, teoretycznie lepszy defensor na Smitha.

Drugą informacją były wyniki MRI Mehmeta Okura. Turek zerwał lewe ścięgno achillesa i opuści przynajmniej 3 miesiące. To dosyć optymistyczna prognoza, pamiętając, że Elton Brand po takim samym urazie potrzebował dwa razy więcej czasu. Kiedyś jeszcze zawodnicy kończyli karierę po takich kontuzjach. Dla Jazz liczy się jednak chwila obecna, a tutaj Jerry Sloan będzie dzisiaj zmuszony wystawić w pierwszej piątce Kyrylo Fesenko lub Kosta Koufosa. Obydwaj będą musieli dac razem po 20-30 solidnych minut jeśli Utah chce się liczyć.

Obawiam się, że to wszystko to po prostu klątwa Carlosa Boozera oddania za darmo Ronnie'go Brewera do Memphis i Erica Maynora do Oklahomy.

 



Podziel się:

komentarze (2) | dodaj komentarz

SZCZERY JAK NOAH

poniedziałek, 19 kwietnia 2010 20:33
Center Chicago Bulls, Joakim Noah, jak powszechnie wiadomo - nie jest w najlepszych stosunkach z kibicami Cleveland Cavaliers. Ciężko się z resztą dziwić fanom Cavs, że nie okazują sympatii komuś kto największą gwiazdę ich klubu nazwał swego czasu "dz**ką".

Noah był wygwizdywany przez publiczność zgromadzoną w "The Q" niemal przy każdym kontakcie z piłką podczas sobotniego meczu numer jeden serii.

Ciężko się spodziewać, aby gwizdy ustały dziś, gdy dojdzie do spotkania numer dwa. Mogą się one wręcz nasilić jeśli kibice "Kawalerii" sięgnęli po poniedziałkową prasę lokalną. Kilka minut po niedzielnym treningu Chicago Bulls na głównej płycie Quicken Loans Arena, Joakim miał wiele do powiedzenia mediom na temat miasta w, którym z racji 'best of seven' przeciwko Cavaliers, spędza weekend.

"Nie wiem zbyt wiele o Cleveland, ale tutaj nic się nie dzieje. Po treningu niesamowicie się nudzę. Beznadzieja. Cleveland jest do du*y." - stwierdził.

@cavs.e-nba.pl
Marek Dziuba

Szczerość, nawet brutalna to nic nowego dla Joakima Noaha. Mówi to, co myśli i ma w nosie, czy komuś się to podoba czy nie. Fajnie, że chociaż w ten sposób dodaje pikanterii do rywalizacji z Cavaliers. Rywalizacji, która jak pokazał mecz numer jeden może być nudna i jednostronna. Zawodnicy Chicago obiecują jednak znacznie agresywniejszą grę w dzisiejszym Game2. Muszą, bo jeśli tego nie zrobią to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że Noah nie będzie już musiał wracać do tej clevelandzkiej dziury, w której zapewne już do końca swojej kariery nie będzie mile widziany.

A wszystko (tzn. cała wrogość, choć hen, hen daleko jej do tej, jaką darzyli się Cleveland z Wizards) zaczęło się jeszcze w sezonie regularnym, gdy Noaha do furii doprowadziły tańce i ławkowe wygłupy Cavs LeBrona.

 


Niedawno przeczytałem fajny tekst, w którym zawarto na to prostą, być może najlepszą radę:"Jeśli chcesz, by Cavaliers przestali tańcować, pokonaj ich." Czy Bulls stać na to mimo tak wyraźnej przewagi talentu Cleveland? Podobnie jak Noah pozwolę sobie na szczerość i odpowiem: nie.

Ciekawostka: Cavaliers do soboty nie wygrali spotkania z Chicago w Playoffach od 1992 roku. W historii NBA, Cavs jeszcze nigdy nie wygrali serii z Bykami. Te jak dotąd tryumfowały w każdej z pięciu rywalizacji.


Podziel się:

komentarze (8) | dodaj komentarz

BEZ KOMENTARZA - REALLY LEBRON? REALLY ?

poniedziałek, 19 kwietnia 2010 20:25
Michał Górny



Podziel się:

komentarze (23) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  17 059 964 (wersja testowa)

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  





[ Copy this | Start New | Full Size ]





















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u