Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS




NBA 2K12 NADCHODZI

niedziela, 31 lipca 2011 22:02

Rafał Niewiadomski

 

 

Myślę, że starsi fani koszykówki wychowani na NBA w latach 90-tych będą mocno usatysfakcjonowani, tym co znajdą w najnowsze jedycji gry spod znaku 2K. Wciąż mało jest informacji oficjalnych, ale z tych, które zostały już potwierdzone przez ludzi od 2K, wiemy, że na okładce nowej gry znajdą się, oprócz Michaela Jordana, Magic Johnson oraz Larry Bird.

 

Co to za sobą niesie? Nie wiemy, prawdopodobnie zobaczymy ich zespoły (Celtics i Lakers z lat 80-tych) i być może będzie można zagrać nimi coś więcej niż zwykły pick up game. Kto wie, może któreś finały z lat 80-ych?

 

Oficjalnie potwierdzono również, że w grze znajdą się Golden State Warriors'91 oraz Sacramento Kings'01. Szczególnie ta druge ekipa ma spore grono fanów w Polsce, którzy wreszcie doczekają się szansy "poszarpania" na konsoli (oraz PC) swoją ulubiona drużyną z czasów, w których byli synonimem piękna koszykówki.

 

Z mniej oficjalnych źródeł wiemy, ze w grze ponoć znajdą się także mistrzowscy Rockets (94? 95?), niemistrzowscy Orlando Magic'95, Porland Trail Blazers'00, New York Knicks (94? 99?) Philadelphia 76ers'01, Detroit Pistons (95? 04?) i kilka(naście?) innych drużyn.

 

Wciąż czekamy na powierdzeni tych plotek, oraz na informację o tym, co 2K w tym roku nam zaproponuje, czym zastąpi ubiegłoroczny tryb kariery Jordana, który okazał się najfajniejszą innowację wprowadzoną w tę grę od kilku dobrych lat.

 

Wciąż nie jest to to, czego oczekiwaliby kibice na całym świecie, i o czym pisałem w zeszłym roku, czyli o mozliwości rozegrania dowolną drużyną pełnego sezonu, który już się kiedyś odbył np. 95/96 czy 91/92, czy już samych Playoffs. Owszem, cieszy mnie, że 2K powiększa grono "starych" drużyn ale to wciąż kropla w morzu potrzeb graczy, o czyn świadczą liczne patche w internecie. Do tego mam nadzieję, że 2K nie popełni błędu sprzed roku i ławki w tych drużynach nie będą się składały z graczy, którzy nigdy nie istnieli. To nie jest miłe gdy w końcówce jakiegoś wyrównanego spotkania, z ławki Jazz wchodził gracz, który nigdy nie istniał.

 

Czekamy zatem na kolejne nwesy. Ciekawi mnie jeszcze jak na składy zespołów wpłynie trwający lokaut, i czy w ogóle wpłynie na termin wydania gry...


Podziel się
Tagi: nba 2k12

WETERANI STRZEŻCIE SIĘ (I SWOICH BRZUCHÓW)

niedziela, 31 lipca 2011 3:54

 

Marek Dziuba

 

Bruce Bowen, jeden z tych ex-graczy, przez których nigdy nie chciałbyś być  kopnięty broniony był częścią trzech mistrzowskich sezonów Spurs (2003, 2005, 2007), ale gdy ci zdobywali swój pierwszy tytuł w sezonie 1998/99 występował jeszcze w barwach Boston Celtics Te rozgrywki, skrócone do 50 spotkań poprzedził trwający przez 204 dni lockout.

 

Bowen zniósł wzmożoną częstotliwość gier jako 27-letni weteran. Mimo, że właściwie to najlepszy okres dla koszykarza, wie doskonale, jak trudne jest zachowanie odpowiedniej formy dla starszych kolegów, powoli myślących o zawieszeniu butów na kołku:

 

"Byłem wtedy młodszy, ale dla zawodników w wieku 32 lat i powyżej wywrze to swój wpływ, szczególnie liczne serie spotkań rozgrywanych dzień po dniu. To coś, na co nie da się przygotować, nawet na obozie treningowym. Największym problemem jest to, że tacy zawodnicy nie dbają teraz o siebie tak jak podczas normalnych przygotowań. Pamiętacie jak Shawn Kemp wrócił 20 kilo grubszy? Chłopcy mówią sobie "Tak, tak.. mam się dobrze." Ale w rzeczywistości nie jesteś w takiej samej formie jak po obozie. Praca nad kondycją jest ogromnie ważna, tym bardziej podczas skróconego sezonu."

 

I w tym momencie pojawia się pytanie, na które tak naprawdę nie chcielibyśmy poznać odpowiedzi, bo lockout musiałby potrwać długo (pfu). Kto może okazać się jego kolejną ofiarą, dokładnie jak Shawn Kemp? Ja obstawiłbym Shaqa, ale wiecie, dlaczego ten typ jest już nieaktualny...

 



Podziel się

MARBURY TŁUMACZY: CHINY NIE SĄ DLA KAŻDEGO

niedziela, 31 lipca 2011 3:07

 

Marek Dziuba

 

Pojęcie słabej etyki pracy przylgnęło nieodłącznie do wielu amerykańskich gwiazd koszykówki. Mamy talent, mamy kasę, mamy status - nie musimy trenować tak ciężko jak inni, możemy odpuszczać na treningach, czilować, a podczas meczu rzucać masę punktów, w obronie nie stanowiąc większego atutu od krzesła.

 

Mentalność w Chinach jest zupełnie inna. Praca, praca, praca. Do bólu i łez. Czy to trening czy to mecz. Nie ma taryfy ulgowej.

 

Stephon Marbury, tak, ten który niegdyś grał w nowojorskim pośmiewisku (trudno nazwać tamtych Knicks klubem), ten sam z wytatuowaną "3-ką" na głowie, ten, który pożerał wazelinę na live streamie i ta wyblakła gwiazda, która dwa lata temu wyruszyła na podbicie Chin z podobnym skutkiem jak zespół borkowskie słowiki   na podbój rynku muzycznego twierdzi, że gdyby aktualni liderzy Knicks, Carmelo Anthony i Amar'e Stoudemire obrali podobną trasę podczas lockoutu... to nie dali by rady przystosować się do tamtejszych klimatów, zwłaszcza rygorystycznych treningów i żmudnych tras.

 

- Nie sądze, by ci zawodnicy chcieli przez to przejść. Chiny nie są dla każdego. To całkiem inny świat. Nie wydaje mi się, że tu przylecą, nie ci gracze wielkiego kalibru. Może wpadną na chwilę, ale jeśli sezon zostanie przerwany na cały rok, raczej nie będą chcieli zostać na dłużej. Wrócą do domów. Nie wierzę, że Carmelo biegałby na treningach, tak jak się tam wymaga. Oni chcą zabiegać cię na śmierć. Kiedy przybyłem tu po raz pierwszy, biegaliśmy bez przerwy przez pierwsze dwie godziny. Zapytałem, "czy każdy trening będzie tak wyglądał ?"

 

Za wyjątek w tej kwestii uznaje Kobe'go Bryanta:

 

- Ludzie tacy jak Kobe rozumieją grę, panującą kulturę. On najprawdopodbniej obierze jednak kierunek Turcja. Gdy chcesz grać w Chinach musisz być pewny tego, że jesteś we właściwym miejscu, w odpowiednim do twojego nastawienia.  (albo nie mieć kasy, Steph). To nie Ameryka. 

 

Brzmiałoby to nawet całkiem rozsądnie, gdyby nie to, że mówi to nasz kochany Stefan, który całą realność swoich poglądów zrujnował chwilę potem, gdy powiedział, że zachęca do odbudowania kariery w Chinach dobrego kumpla Eddy'ego Curry'ego - który w walce o kontrakt od Pata Riley'a stara się schudnąć wymagane  15 kilogramów, podjadając kolejnego hamburgera. I to jest dopiero ironia. Bo przecież Curry na pewno dysponuje odpowiednią na chińskie warunki etyką pracy i będzie na treningu biegał nieustannie przez 2 godziny.

 

No tak, do McDonalda i z powrotem. To kupuję.


Podziel się

ME U-18: HISZPANIA I SERBIA W FINALE!

sobota, 30 lipca 2011 21:44

Sebastian Hetman 

 

Po zwycięstwie Polaków, którzy jutro zagrają o 5 miejsce z Litwą, przyszedł czas na pierwszy półfinał. Włosi o godz. 18:00 zmierzyli się z zawsze mocnymi i solidnymi Serbami. Dla przypomnienia napiszę, że pokonaliśmy Serbię w drugiej fazie rozgrywek. Dzisiaj bez wątpienia serbscy gracze byli faworytem tego spotkania z racji tego, że ekipa Włoch po raz kolejny miała grać bez swojego lidera – Amadeo Della Valle.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*Włochy – Serbia 61:67 (24:12, 9:12, 13:16, 15:27)

(Miljenovic 20 – Imbro 19)

 

 

 


Było podobnie jak w spotkaniu z nami. Włosi zaczęli bez kompleksów(start 17-3), a Matteo Imbro (19 pkt., 4/8 za trzy) pokazywał „cojones” od pierwszej sekundy tego meczu. Trafił dwie szybkie trójki, a nocne wizyty w McDonaldzie okazały się świetnym budulcem formy. Przed czasem, który wzięli Serbowie Imbro miał już 8 punktów w jakieś 4 minuty, a Della Valle spokojnie czyścił swoje kwadratowe okulary. Taki włoski laid-back na ławce. Przeżywaliśmy szok termiczny (podobnie jak wczoraj), kiedy wielbiciele makaronów robili kapitalną robotę w pierwszej kwarcie. Kontuzja Della Valle uruchomiła cały zespół, a Imbro w samej pierwsze kwarcie rzucił aż 12 punktów (3/3 zza łuku). Sick!

 

 

Serbowie próbowali się pozbierać po dość szokującej pierwszej kwarcie, ale moim zdaniem nieco na siłę forsowali rzuty z dystansu. Nie grali tak jak w fazie grupowej na Bezbradice i Jankovica, a powinni. Czemu? Włosi nie imponowali przewagą fizyczną w pomalowanym, ale trzeba przyznać, że mieli dwóch walczaków pod koszem. Amadeo Tessitori (11 pkt., 14 zb., 3 blk.) i Matteo „Kazik Bosh” Chillo (7 pkt.) świetnie podwajali wysokich Serbii i robili sporo zamieszania w ataku pozycyjnym. W międzyczasie na telebimie ukazywały się jakieś dziwne rzeczy, a Internet raz działał, raz nie. Dosypali nam czegoś do butelek, bo wydawało nam się, że obok nas siedzi Svetislav Pesic. O w mordę, faktycznie siedział…

 

 

Vasilje Micic (11 pkt.) po raz kolejny ciągnął jakiekolwiek akcje ofensywne Serbów i jak zwykle był wszędzie na parkiecie. W połowie drugiej kwarty doszło do małego spięcia między dwoma ekipami, ale nie warto o tym się rozpisywać. Micic kilkoma wjazdami pod kosz sprawił, że Serbia zaczęła „wyglądać” na parkiecie wrocławskiej Orbity. Szkoda, że urazu kolana nabawił się Nemanja Bezbradica, który niefortunnie upadł pod koszem Włochów. Miejmy nadzieję, że to nic groźnego, ale podstawowi gracze rotacji Serbów zaczęli się sypać w tym spotkaniu. Nemanja Dangubic (8 zb.) z kolei narzekał na ból prawej kostki i szkoda, że Serbowie nie mogli skorzystać ze swoich podstawowych graczy.

 

 

Nie starczyło czasu na catering, ale cieszyła opcja powrotu Dangubica. Serbowie do przerwy trafili tylko jedną trójkę na dziewięć oddanych i ewidentnie było widać, że tego dnia im nie siedzi. Co ciekawe, Włosi grali fantastycznie na atakowanej desce i zebrali bodajże cztery piłki w ataku podczas czterech posiadań. Nenad Miljenovic (20 pkt., 6 zb., 4 ast.) robił wszystko, aby jego partnerzy trafiali rzuty spod obręczy. Niestety tego dnia było naprawdę ciężko na każdym skrawku parkietu. Ekipa Włoch świetnie zmieniała się na kryciu, a w sumie niezbyt rosły skład był receptą na nieco wyższych Serbów, którzy wrócili do tego meczu dopiero pod koniec trzeciej kwarty (run 10-2). Nikola Jankovic (11 pkt., 6 zb.) wyglądał nieco lepiej niż w pierwszej połowie, ale w pojedynkę nie zdziałał za dużo pod koszem „Italii”. Na początku czwartej kwarty zespół ciągnął Miljenovic, który swoimi rzutami ze środka (4-5 metr) zmniejszył przewagę Włochów z bodajże 17 do 4 punktów, a Stefan Popovski-Turanjanin (9 pkt., 6 zb.) celną trójką wymusił na coachu włoskim czas na żądanie (przy stanie 49:50). Serbowie wrócili do gry w najważniejszym momencie tego spotkania i zrobiło się ciekawie.

 

 

Matteo Magrini (9 pkt., 4 ast.) był dobrym wujkiem, który od czasu do czasu rozdawał cukierki w postaci asysty i punktów, ale przede wszystkim robił świetną robotę przy kryciu gorącego Miljenovica. W sensie – był upierdliwy. Lider Serbów znakomicie grał przez ostatnie 3 minuty i po jego podaniach pierwszy raz w tym meczu Serbia objęła prowadzenie (58:54). Zapomniany Jankovic robił robotę na deskach, a spanikowani Włosi popełniali coraz więcej błędów. Środkowy Serbów grał pod koszem co najmniej za trzech chłopa i warto przypomnieć, że to gracz pokroju 202-203 cm. „Kazik Bosh” Chillo na minutę przed końcem spotkania zaliczył najważniejszą zbiórkę w ataku w swoim życiu. Został faulowany, trafił dwa wolne. Oliwy do ognia dodał Popovski, który trafił trójkę z prawego rogu boiska. Było jak w kalejdoskopie lub na gimnazjalnej imprezie, kiedy to raz jeden, raz drugi małolat wymiotuje po spożyciu trzech piw. Miljenovic w ostatnie 30 sekund tego spotkania trafił 6 rzutów wolnych i przypieczętował awans Serbów do wielkiego finału, którzy wygrali dzięki lepszej grze na tablicy w drugiej połowie. Duża w tym zasługa także ławki rezerwowych (37 punktów). Pokazali także bałkański charakter i wrócili z dalekiej podróży.

 

 

*Hiszpania – Turcja77:54 (19:5, 21:11, 15:13, 22:25)

(Diez 16 - Tuncer 15)

 

 

 


Hiszpanie rozpoczęli pierwszą kwartę od forsowania trójek, które okazywały się w większości niecelne. Mieli za to na tablicach Daniela Dieza (16 pkt., 13 zb.), który od początku tego meczu grał bardzo agresywnie. Bilans? 15-3 w pierwsze 7 minut meczu, a my po cichu liczyliśmy już na podobny scenariusz jak w spotkaniu Serbia – Włochy. Nasze marzenia były mało realne z racji tego, że już po pierwszej kwarcie Hiszpanie prowadzili 19:5. PIĘĆ punktów Turcji w pierwsze 10 minut gry? Bez jaj… „Erazmusy” w tym fragmencie niszczyli rywali na deskach (17-6) i grali szybko piłką na obwodzie. Ich coach był jak szósty gracz. Pokrzykiwał, cały czas był w ruchu i momentami wydawało się, że w defensywie chodzi po linii razem ze swoimi graczami.

 

 

Festiwal celnych trójek rozpoczął kwartę numer dwa, w której Hiszpanie prowadzili 32:9. Nie wierzyliśmy w to co działo się tego wieczoru na Orbicie i ciężko było się pokusić o jakikolwiek powrót Turków. Jaime Fernandez (8 pkt.) i Alejandro Suarez powoli dobijali ekipę Turcji, która absolutnie nie grała swojej koszykówki. Turcy nie walczyli na tablicach, mieli sporo strat i zero koncepcji na zagrywki w ataku pozycyjnym. Kenan Sipahi (5 pkt., 4 straty) starał się jak mógł, ale bliżej mu było do meczu o 3 miejsce niż niedzielnego finału z Serbami. W drugiej kwarcie trener turecki przesunął go na pozycję numer 2, więc może dlatego Turcy mieli problemy z wyprowadzeniem piłki? Do przerwy zdobyli 16 punktów. Poważnie – SZESNAŚCIE oczek w 20 minut gry przy 40 nakręconych graczy Hiszpanii, którzy w tym roku mogą przejąć całą koszykarską Europę. Dlaczego? Seniorzy są faworytami Eurobasketu, reprezentacja U-20 zdobyła w tym roku Mistrzostwo Europy, a kadra U-16 w tej chwili walczy na takim samym turnieju w Czechach. Juniorzy z kolei we Wrocławiu do tej pory są niepokonanym zespołem i są wspierani nie tylko przez kibiców hiszpańskich. Dzisiaj nie chcieli dać Turkom szans na jakąkolwiek walkę i do przerwy zebrali aż 17 piłek w ataku! Co najdziwniejsze, nie grali na jakimś fascynującym procencie (36% z gry)…

 

 

Alejandro Abrines Redondo (11 pkt., 7 zb.) dwoma konkretnymi wejściami w trzeciej kwarcie ostudził nieco zapały Turków. Abrines najpierw w kontrze zakończył kelnerem o deskę, by potem w akcji „2+1” splakatować wsadem bodajże dwóch chłopa. Talat Altunbey (10 pkt., 5 zb.) pięcioma punktami z rzędu chciał zmienić oblicze tego meczu i na stwierdzenie, że fajnie wychodzi w górę przy życiu Maciek odpowiedział: „Za dwadzieścia minut będzie wychodził z sali”. Tekst rozłożył na łopatki, podobnie jak Hiszpania rozłożyła Turcję i ciężko coś więcej na temat tego meczu napisać. Czwartej kwarty nie chce mi się nawet komentować, bo nie działo się w niej nic szczególnego. Hiszpanie nie schodzili poniżej przewagi +22, dlatego mogliśmy tylko współczuć tureckiej ekipie. Nie było cudów, nie było fantastycznych powrotów. Był za to blowout 77:54, zatem w finale Mistrzostw Europy do lat 18 we Wrocławiu spotkają się Serbowie z Hiszpanami.

 

 

Tyle ode mnie. Do zobaczenia jutro! Wielki finał o godz. 18:00 w hali Orbita.



Podziel się

ME U-18: WYGRYWAMY Z FRANCJĄ! ZAGRAMY O 5 MIEJSCE Z LITWĄ

sobota, 30 lipca 2011 17:39

Sebastian Hetman

 

 

Półfinały Mistrzostw Europy do lat 18 we Wrocławiu. Niestety bez Polaków, którzy wczoraj przegrali z reprezentacją Włoch 52:70. Szkoda, cholerna szkoda, ale wracamy do rzeczywistości. Polacy o godz. 15:45 mieli zagrać z Francją po to, by już jutro mieć szansę gry o 5 miejsce z Litwą. Litwini dzisiaj gładko pokonali Chorwację 87:60. Warunek do gry z „Lietuvą” był jeden: pokonać paryskie getto z francuskim Włochem na ławce rezerwowych.

 

 

Nastroje przed meczem z Francją były chyba nijakie, chociaż na twarzach naszych reprezentantów nadal było widać skupienie. Dobrze to rokowało, no bo hej! Gramy zawsze do końca, trzeba grać zawsze do końca! Na rozgrzewce Polacy nie byli może energiczni (pewnie w nocy nie mogli zasnąć), ale myślę, że chcieli bardzo wygrać ten mecz. Istotna zmiana na ławce trenerskiej: trener Szambelan nadal w dresach, ale połowa sztabu w polówkach koloru czarnego. Kadra ma chyba niezłego stylistę. Może jest nim Pan Jacyków? Doszły mnie słuchy o ponurych nastrojach w szeregach ekipy Szambelana, ale po cholerę ciągnąć ten temat i wywlekać jakieś brudy? Mieliśmy wygrać z Francją, a jutro z Litwą. Tak dla kurażu…

 

 

Przemysław Karnowski (10 pkt., 8 zb., 2 blk.) zaczął to spotkanie od łatwych punktów z okolic 2-3 metra. Standardowo, z lewej strony. Obok nas siedziała żywa legenda europejskiego coachingu. Svetislav Pesic był w budynku duchem i ciałem, więc aż miło było zobaczyć wielką postać wielkiej koszykówki. W tym momencie Michał Michalak dostał dwa solidne bloki od wysokiego frontcourtu Francji. Karnowski w pierwszej kwarcie miał kilka fajnych fragmentów pod koszem, walczył, domagał się piłek, a gdy nie szło, oddawał na obwód.  Pesic od czasu do czasu coś notował, ale myślę, że nie za dużo na temat naszej gry, która jakoś tak się nie kleiła. Chłopaki wyglądali na zmęczonych, poruszali się wolniej, ciężko oddychali. Szczególnie Filip Matczak, który dostał sporo minut w pierwszej połowie i oddał kilka niestety niecelnych rzutów. Pal sześć, że graliśmy lipę, ale najbardziej irytowała mnie cicha ławka, a coach Szambelan myślami był chyba na Malediwach.

 

 

 

 

Po kilku fajnych wejściach Tomasza Gielo (8 pkt.) i trójce Daniela Szymkiewicza (8 pkt., 7 zb. 4 ast., 2 przech.) zaliczyliśmy run 7-0 i jakieś tam oznaki życia dało się zauważyć na parkiecie w hali Orbita. Zaczęliśmy bronić strefą, a Szymkiewicz grał swój najlepszy mecz na tym turnieju. Odważnie i przede wszystkim pewnie wbijał się w pomalowane i przed tym spotkaniem Maciek stawiał, że nasz głęboki rezerwowy rzuci 19 oczek. Poważnie? Do przerwy miał na swoim koncie 5 punktów, 4 zbiórki i 2 asysty. W szeregach Francuzów dobrze radził sobie Livio Jean-Charles (18 pkt., 7 zb., 2 blk.), który był najpewniejszą opcją ofensywą „Alle Alle” i do przerwy zaaplikował nam 10 oczek. Nasza strefa wymusiła bodajże trzy straty z rzędu francuskiej ekipy, w przeciwieństwie do meczu z Włochami, dzisiaj było widać jakieś zaangażowanie, była komunikacja w defensywie i chęci do wyprowadzania kontr. Francuzi byli zmuszeni do oddawania rzutów z dystansu, gdzie Hugo Invernizzi (17 pkt.) trafiał ciężkie „strzały” z konta 45 stopni i podobnie jak Jean-Charles uzbierał podwójną zdobycz jeszcze przed drugą połową (10 punktów).

 

 

Po przerwie w piątce zaczął Jakub Koelner, który wczoraj przeciwko Włochom starał się jak mógł i dobrze było patrzeć na tak zaangażowanego dzieciaka. Dzisiaj zbytnio nie punktował, ale dobrze pracował na nogach i reagował na zasłonach. Michał Michalak (13 pkt., 6 zb., 4 ast.) było nieco aktywniejszy w ataku pozycyjnym i zdobył 4 punkty z rzędu. Tym samym odpowiedział Jean-Charles, a trzecią trójkę w tym spotkaniu trafił Invernizzi. Diler z paryskiego getta i makaroniarz w drugiej kwarcie we dwójkę zrobili Francuzom run 11-2 i musieliśmy prosić o czas.  Mateusz Ponitka (21 pkt., 10 zb., 8/16 z gry) od czasu do czasu swoimi zrywami chciał poderwać kolegów do walki, szczególnie niesamowitą akcją „2+1” po podaniu Szymkiewicza, który grał dzisiaj rewelację. Po szalonym zrywie francuzów wróciliśmy do tego meczu po runie 13-0, kiedy znowu zaczęła funkcjonować defensywa i zbiórka. Było tłoczno pod tablicami, było sporo łokci i przepychania. I o to chodzi moi mili! Ciężką walką wygrywa się spotkania.

 

 

Ponitka wniósł na parkiet mnóstwo pozytywnej energii, której gdzieś wczoraj u niego zabrakło. Więcej penetrował, zbierał, szczególnie na atakowanej desce, gdzie zaliczył kilka „tipi nów”. W czwartej kwarcie nadal graliśmy strefą i zadawałem sobie co kilka minut pytanie, dlaczego wczoraj nie wyszliśmy na szalonych Włochów obroną strefową? Przestałem gdybać, bo Polacy grali naprawdę fajną koszykówkę i w połowie ostatniej kwarty prowadziliśmy 61:51.  Francuzi trafili wtedy trzy rzuty z rzędu (w tym dwie trójki). Wrócili do gry po dość kiepskim fragmencie i ostatnie 3 minuty tego meczu zapowiadały się ciekawie. Z fragmentu 51:61 Francuzi weszli na poziom 63:65 i na niecałą minutę przed końcem meczu zrobiło się chyba za gorąco. Na nasze szczęście Mateusz Ponitka w końcówce trafił jumpera z 4 metrów, zebrał piłkę na bronionej desce i przymierzył celnie dwa rzuty wolne. Francuzi odpowiedzieli jeszcze celną trójką, ale przy wyrzucie z autu przytomnie zachował się Kacper Borowski, który zauważył wychodzącego Gielo. Piłka ostatecznie wylądowała w rękach Szymkiewicza, który trafił kolejne dwa wolne. Było po wszystkim i przyznam się, że przy wcześniejszym rzucie Ponitki miałem zafajdane portki. Dokładnie, tak jak Hasheem Thabeet.

 

 

Ponitka po raz pierwszy w tym turnieju przekroczył granicę 20 punktów i w drugiej połowie pociągnął zespół. Nieźle zagrali także rezerwowi, którzy uzbierali w sumie 22 punkty. Duże brawa dla Daniela Szymkiewicza. Chłopie - zagrałeś kapitalnie z ławki.

 

 

Polacy jutro o godz. 13:30 (hala Orbita) w meczu o 5 miejsce zmierzą się z Litwinami.

 

Polska – Francja 70:66 (14:18, 22:13, 19:19, 15:16)

(Ponitka 21 – Jean-Charles 18) 

 

 

Półfinały (30.07.2011 – sobota, hala Orbita):

Włochy vs. Serbia – godz. 18:00

Hiszpania vs. Turcja – godz. 20:15


Podziel się

PODCAST Z ORBITY #3

sobota, 30 lipca 2011 4:02

W zasadzie to co tu więcej pisać. Porozmawialiśmy o przyczynach porażki Polaków oraz o tym co dalej z poszczególnymi graczami. Nie zgodziliśmy się też w kilku mało zasadniczych kwestiach:

 

 

Podcast z Orbity po porażce z Włochami w 1/4


Podziel się

ME U-18: KUCHNIA WŁOSKA - "UGOTOWANI POLACY"

piątek, 29 lipca 2011 20:54

Sebastian Hetman

 

 

Ćwierćfinały Mistrzostw Europy do lat 18. Rzecz jasna, w koszykówce… Jak zwykle wpadamy na halę Orbita na tzw. „styku”. Catering okazji „ćwiartek” powiększył menu, w którym znalazły się popularne łazanki. Green Upy są, trzeźwość umysłów jest, miejscówki w „media zone” zajęte.

 

 

Oprócz Polaków, który zagrają o 18:00 z Włochami oglądamy Hiszpanię z Chorwacją, Turcję z Łotwą i Francję z Serbią. Jakby nie patrzeć, pary naprawdę ciekawe i szkoda, że turniej kończy się już w niedzielę. Po turnieju oficjalna impreza kończąca ME U-18 w klubie Bezsenność. Wejść może każdy, nawet rodzice naszych kadrowiczów, ale bez gimnazjalistek. Tyle na początek ode mnie…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*Hiszpania vs. Chorwacja  64:50 

(14:12, 11:13, 19:11, 20:14)

„Erazmusy” zaczęli ten mecz dość niemrawo i aż dziw, że na początku mieli 0/4 zza łuku. Z Maćkiem podeszliśmy do tego meczu raczej obiektywnie, ale gdzieś w sercu byliśmy za Chorwatami i przygarbionym Marko Ramljakiem (14 pkt., 6 zb.), który miał nawet niezłą pierwszą kwartę  (8 oczek). Był aktywny i często penetrował do kosza. Hiszpanie trafili swoją pierwszą trójkę dopiero przy piątej próbie (do przerwy mieli 1/12!) i piszę do dlatego, ponieważ do tej pory strzelali wręcz seryjnie już na początku każdego z rozegranych spotkań. Głównie dlatego na 14 punktów w pierwszej odsłonie aż 10 pochodziło z pomalowanego. „Trzeba umieć pić” – takie zdanie padło gdzieś przy stoliku obok i chyba ktoś miał na myśli środowy wypad do klubu, w którym kilka reprezentacji bawiło się do białego rana. Wśród nich byli „Erazmusy”, a Chorwaci prawdopodobnie odpoczywali w hotelu. Zresztą to Słowianie, którzy od polskiej małpki prezydenckiej nie będą się wykrzywiać. Przecież piją u siebie rakiję…

 

 

Do przerwy Hiszpanów w tym meczu trzymały zbiórki, szczególnie na atakowanej tablicy (10 desek), a Daniel Diez (9 pkt., 15 zb.) i Alejandro Suarez (9 pkt., 9 zb.) grali dość ospale w ofensywie. Mimo to zbierali piłki i dawali szanse swoim kolegom na ponowne ustawianie zagrywek. W porównaniu do poprzednich spotkań wyglądali blado, poważnie. Zgryźliwi obserwatorzy co rusz docinali tekstami dotyczącymi środowego wypadu na miasto. Trudno się temu dziwić, skoro w pierwszym meczu ćwierćfinałowym faworyt grał katastrofę, przynajmniej w pierwszej połowie tego meczu. Wynik do połowy: 25-25. Naprawdę? Ludzie pourywali się z pracy żeby obejrzeć łącznie 50 punktów w dwie kwarty? Zapłacili za to pieniądze, common! W Hiszpanii powinni na każdym rogu ustawić budkę z napojami wyskokowymi powyżej 36%. Tak dla kurażu, może byłoby dzisiaj lepiej?

 

 

Trzecią kwartę świetnie zaczął Josip Mikulic. Środkowy Chorwacji zaczął walczyć na tablicach, a mecz zrobił się jakby żywszy. Hiszpanie nadal pudłowali na dystansie, ale kilka kombinacyjnych akcji w okolicach obręczy pozwolili na malutki run 9-2. Zrobiło się o wiele przyjemniej dla oka, był ruch piłki, świetna defensywa, kibice częściej klaskali. Jorge Sanz grał pierwsze skrzypce w ataku pozycyjnym i po minięciach albo oddawał na obwód, albo kończył samotnie w okolicach 2-3 metra. Chorwaci ustawili strefę, ale świetny fragment zaliczył wtedy Josep Perez (7 pkt., 5 ast.), który wspólnie z Sanzem rozmontowywał defensywę „Hrvastki”. Hiszpański coach zachowywał się jak na kokainie, więc może na halę dotarł John Calipari? Dało się zauważyć, że jego drużyna grała nieco lepiej, z zaangażowaniem. Mislav Brzoja (12 pkt., 4/14 z gry) spudłował kilka otwartych rzutów i szkoda, że nie był w takiej dyspozycji jak poprzednio. Przy słabym dniu bardzo chciał go zastąpić Armin Mazic (9 pkt.), ale po niezłej trzeciej kwarcie nie mógł się odnaleźć w ostatniej części tego spotkania. Chorwaci dalej grali strefą i nie była to za dobra opcja z racji tego, że sporo piłek szło do środka. Tam Julen Olaizola (8 pkt.) kończył dosłownie wszystko z góry i brakowało ewidentnie pomocy ze skrzydeł. Po jego punktach Hiszpanie trafili dwie trójki z rzędu i przez 2-3 minuty grali najlepszy basket w tym spotkaniu. Bardzo żałowaliśmy, że Brzoja nie był w stanie pomóc swoim kolegom, a był potrzebny w ostatniej w czwartej kwarcie jak diabli. Osamotniony Ramljak nie zdziałał nic w pojedynkę, a „synowie” Gasola i Navarro powiększali przewagę za sprawą gorącego Jaime Frenandeza (16 pkt., 6 ast.). Fernandez w samej czwartej kwarcie trafił dwie trójki, kolejną dołożył Abrines, a run 12-2 okazał się gwoździem do trumny. Ostatecznie Hiszpanie w dość ciężkim meczu pokonali Chorwatów 64:50 i w półfinale zmierzą się z Turkami/Litwinami. Zwyciężyli głównie dzięki świetnej czwartej kwarcie (cztery trójki) i zdominowanej desce (51-33).

 

 

*Turcja vs. Litwa  (24:14, 19:17, 13:30, 24:9)

Turcy w pierwszych pięciu osiadaniach zdobywali punkty i wyglądali na bardziej zmobilizowanych. Mniejsi Litwini od razu postawili strefę, ale nie nadążali w kontrach za Turkami. Bilans? Szybki serial punktowy (7-0), po którym litewski trener bierze czas. Co jak co, ale ekipa Litwy powinna więcej biegać, szczególnie, że na parkiecie nie dysponowali wysokim i mało ruchliwym składem. Jedyną opcją ofensywną w pierwszej kwarcie był Tomas Lekunas (15 pkt.), który zdobył szybkie 5 punktów dla „Lietuvy”. Tauras Jogela (11 pkt., 4 przech.) dał świetną zmianę na skrzydle i zdobył 4 punkty z rzędu. Nie mam pojęcia czemu do tej pory nie wychodził w pierwszej piątce, skoro robił wiele dobrego po obu stronach parkietu. Przez ostatnie dwie minuty pierwszej odsłony Litwini bronili na całym boisku i trzeba przyznać, że nieźle funkcjonowali na switchach. Kenan Sipahi (9 pkt., 6 ast.) po raz kolejny zrobił sporą różnicę w ataku pozycyjnym. Zbierał, podawał, od czasu do czasu przymierzył, trafiał przez ręce. Takiego grajka na jedynce chciałby mieć każdy trener i wg mnie on oraz Vasilje Micic będą następcami takich graczy jak Teo Papaloukas. Wiem, powtarzam się, ale aż miło się ogląda takie typy zawodników. Wysoki playmaker ze świetnym przeglądem pola, ciągiem na kosz i chęcią walki o każdą piłkę.

 

 

Litwini próbowali kilka razy przedostać się w pole trzech sekund, ale ogromny Ramazan Tekin (6 pkt., 2 blk.) był nie do przejścia tego popołudnia. Świetnie grał tyłem do kosza i wykorzystywał przewagę wzrostu. Jeżeli nie kończył spod obręczy sam, to oddawał piłkę na obwód, która i tak wracała gdzieś na 3-4 metr. Prosta kombinacja inside-outside. Co za tym idzie, Turcy do przerwy zdobyli aż 30 punktów (na 43) z pomalowanego i oddali przy tym tylko pięć rzutów zza łuku (trafili trzy). Świetny stat, patrząc przynajmniej na poprzednie spotkania „Kebabów”, w których nie grali aż tak konsekwentnie pod kosz. Samet Geyik (20 pkt., 8 zb.) miał dzisiaj sporo swobody i jakby od niechcenia zdobywał łatwe punkty bliżej kosza. Nie forsował rzutów z dystansu, a do przerwy uzbierał na swoje konto 9 punktów i 4 zbiórki.

 

 

W połowie trzeciej kwarty Litwini zaczęli więcej penetrować do kosza i zaliczyli run 14-4. Dobrze było patrzeć jak filigranowi obrońcy ścinali ze skrzydeł. Zaczęli grać odważniej, było więcej kontaktu fizycznego, ale nadal kulała gra na tablicach. Mantas Mockevicius (9 pkt.) spisywał się nieźle jako fałszywy rzucający obrońca i momentami ściągał na siebie dwójkę rywali. Litwa grała klawa defense, a wspomniany przeze mnie Jogela robił te wszystkie małe rzeczy, dzięki którym odrabia się ponad 10 punktów straty. Zrobił nam się mecz i na nieszczęście Turków popularna „Lietuva” rzuciła w samej trzeciej kwarcie aż 30 punktów (przy tylko 13 Turcji).

 

 

Kenan Sipahi siedział na ławce z powodu trzech fauli, a jakiekolwiek punkty próbował zdobywać skutecznie grający tego dnia Geyik. Paulius Samaska (10 pkt.) z Mockieviciusem byli x-faktorami w tym spotkaniu, szkoda tylko, że nie poradzili sobie w ostatnie 10 minut spotkania. Turcy pozbierali się już na początku czwartej kwarty, którą zaczęli od wyniku 15-2. Szalał Ahmet Tuncer (12 pkt.), który imponował szybkością i selekcją rzutów. Rozciągał grę na obwodzie i od czasu do czasu odgrywał do świetnie dysponowanego Geyika, który na niecałą minutę przed końcem spotkania świetnie wyszedł z podwojenia i zakończył akcję z góry na stan 74:68. Tayfun Erulku (12 pkt.) szalał z radości na ławce rezerwowych po zakończeniu spotkania, w którym Turcy pokonali Litwinów 80:70. Świetny mecz, świetny powrót Litwy w trzeciej kwarcie, rewelacyjna selekcja Turków w czwartej, którzy wychodzili z opresji przy kryciu na całym boisku. Zdominowali grę pod koszem, wygrywając deskę 40-30 i zdobywając aż 50 punktów z pomalowanego (w sumie ponad 50% z gry). Jutro zagrają z Hiszpanami w półfinale. Jedyne co mi się nie podobało to akcja Kenana Sipahiego, który po meczu sprowokował Samaske. Ten rzucił w Turką piłką, więc zrobiło się gorąco, a obie ekipy musieli rozdzielać sędziowie i trenerzy. Owszem, Turek ma 16 lat i swagger, ale zachował się po meczy jak typowy szczeniak. Tak czy inaczej, zagra z „Kebabami” w półfinale.

 

 

 

 

*Polska vs. Włochy  52:70  (11:13, 9:23, 9:15, 23:19)

Przed meczem wiedzieliśmy już, że w ekipie Włoch nie zagra ich najlepszy strzelec. Amadeo Della Valle po kontuzji odniesionej w meczu z Łotwą został odwieziony do szpitala. Włoch doznał bolesnego urazu pleców i jeszcze dzisiaj rano był określany mianem „game status”. Na plus dla Polaków, na minus dla widowiska i szkoda, że nie mogliśmy w tym starciu zobaczyć jednego z najlepszych zawodników tego turnieju. Po naszej stronie standardowo – Jerzy Szambelan w dresach, sztab szkoleniowy w białych polówkach. Będziemy grać w takim zestawie aż do kadry seniorskiej…

 

 

Polacy przy prezentacji jak zwykle „nahajpowani” po amerykańsku. Włosi spokojnie, z lekką nutką dekadencji, a pośród tego wszystkiego kontuzjowany Della Valle, w dresie i białych oprawkach. Nie, nie jest hipsterem. Chociaż cholera wie. Na trybunach Rafał Niewiadomski, nasz kolega z ZawszePoPierwsze, wielki fan Michała Michalaka. Wszystko wygląda dobrze, ludzie dopisali, catering nadal miażdży pierogami i robi swoje. Piątek, po wygranej Polaków pewnie wszyscy pójdą pić. Oprócz nas…

 

 

Włosi wyszli dość niskim składem i byłem trochę zdziwiony, że w pierwszej piątce nie wyszedł Tessitori. Przemysław Karnowski (14 pkt., 10 zb., 6 strat) od razu wykorzystał dziurę pod koszem, dostał dwie piłki na pierwsze cztery posiadania i trafił o deskę. Szybko zdobył 6 łatwych punktów, ale gdy na parkiecie pojawił się Amadeo Tessitori (9 pkt.), nasz środkowy nieco przystopował. Włosi przez ostatnie 3 minuty grali naprawdę solidnie po obu stronach boiska i mieli wręcz monopol na szybkie rzuty z dystansu. Skutki? 6 strat Polaków w pierwszej kwarcie i 7 oddanych trójek przez „Lazanię”, wpadły dwie. W pewnym momencie pomyśleliśmy: „Hej, niech nasze chłopaki przestaną żartować. Grają k…. o półfinał Mistrzostw Europy!”. Było nudno, trochę zaskakująco, bez życia na polskiej ławce.

 

 

Dobrze, że Włosi nie trafiali na początku drugiej odsłony, bo grali mega dobrze w obronie. Nadążali za piłką, nieźle rotowali na pick & rollach i zaliczyli run 8-2, po którym trener Szambelan wziął kolejny czas w pierwszej połowie. Graliśmy po prostu źle, a Maciek wspomniał o klasycznym meczu, w którym zespół skazany na porażkę gra jeszcze bez swojego lidera. I co najlepsze, jest w grze! Włosi przegrali ten mecz już w środę, kiedy wszyscy byli święcie przekonani o łatwym spacerku po parku. Było inaczej, bo jeszcze w połowie drugiej kwarty przegrywaliśmy 19:30, a włoska szarża szalała wręcz na dystansie. Do przerwy obwodowi Włoch trafili 6 trójek na 18 oddanych. Pal sześć ze skutecznością, ale trafiali je w odpowiednich momentach, podczas jakichkolwiek oznak życia Polaków, a Matteo Imbro (17 pkt. 4/10 za trzy), który po nocach siedzi w McDonaldzie okazał się katem. Pod nieobecność Della Valle niespodziewanie znać o sobie dała szeroka rotacja Włochów, a my graliśmy do przerwy dno przez duże D. 20 punktów w dwie kwarty? 0/8 za trzy (w sumie 26% z gry) + 10 strat? Bez żartów…

 

 

Nie mam pojęcia dlaczego nie graliśmy konsekwentnie pod kosz, skoro przewaga fizyczna była zauważalna gołym okiem. Poczciwa emerytka powiedziałaby: „Te nasze chłopaki przecież większe są”. No cóż proszę Pani, nie ich wina… Michał Michalak (9 pkt., 7 zb., 3/12 z gry) celną trójką dał sygnał do ataku, a hala Orbita wtedy wrzała. Było głośniej niż na koncercie Bayer Full, a całą imprezę popsuł po raz kolejny gorący tego dnia Imbro. Matteo „Kazik Bosh” Chillo (14 pkt.) świetnie grał na atakowanej desce i splakatował Tomasza Gielo (2 pkt., 1/5 z gry) w akcji „2+1”. W tym momencie przegrywaliśmy 29:50. Było po wszystkim i chyba tylko rodzicie chłopaków Szambelana wierzyli w jakikolwiek powrót. Nie trafialiśmy spod kosza, z otwartych pozycji, po zasłonach. Można mówić o pechu, można mówić o tym, że po prostu „nie siedziało”. Mało było w tym wszystkim Mateusza Ponitki (11 pkt., 7 zb.), który po meczu stwierdził, że polska ekipa trochę zlekceważyła przeciwnika. A co miał innego powiedzieć?

 

 

W czwartej karcie wyszliśmy z obroną na całym parkiecie, ale Włosi nadal grali jakby bez presji, a „Kazik Bosh” robił z nas polską kiełbasę. Świetnie w tym spotkaniu prezentował się także Diego Monaldi (16 pkt.), który od czasu do czasu trafiał szalone rzuty i wjeżdżał pod kosz. Jakub Kolener (7 pkt.) swoimi punktami dawał jakiekolwiek nadzieje, ale hasło „I Believe” oddalało się z Orbity z każdą sekundą tego spotkania. Przegraliśmy w ćwierćfinale z reprezentacją Włoch 52:70, a kontuzjowany Amadeo Della Valle zbijał solidne piątki ze swoimi kolegami. Może to źle, że nie zagrał? Dotychczas gra Włochów wyglądała zupełnie inaczej, opierała się tylko na nim i Tessitorim. Dzisiaj zagrali wszyscy i co najważniejsze, zagrali kapitalnie.

 

 

Stat meczu: 23 straty Polaków, 2/18 za trzy, 32 punkty włoskich rezerwowych.

 

 

Od siebie mogę napisać tylko tyle, że Piotr Bakun miał rację. Koszykówka to gra ludzi pokornych, a nie dumnych i pysznych. Pycha towarzyszyła nam wszystkim jeszcze 2-3 miesiące przed rozpoczęciem tych mistrzostw, a nakręcony „hype” mógł wprowadzić tych młodych ludzi na wyżyny samouwielbienia. Po meczu niektórzy płakali, niektórzy mieli nad czym myśleć. Szkoda tylko, że nie weszliśmy w tzw. strefę medalową…

 

 

Media z pewnością pożrą naszą kadrę żywcem, ale może ta sroga porażka i zawód czegoś nas nauczą? Chociaż my Polacy nie jesteśmy skłonni do samokrytyki i nasuwa się tylko jedno popularne powiedzenie: „Jak trwoga to do Boga”. Ja osobiście nie mam zamiaru się czepiać, bo prawdę mówiąc (pisząc), taki jest przecież sport. Taka jest koszykówka i tym bardziej na poziomie młodzieżowym można spodziewać się różnych rozstrzygnięć. Prawda?

 

 

Jutro o godz. 15:45 zagramy w Orbicie z przegranym ojedynku Francja vs. Serbia. Walczymy o miejsca 5-8.

 

 

*Francja vs. Serbia  61:71  (15:23, 19:17, 15:9, 12:22)

W trakcie meczu nagrywaliśmy podcast, który jeszcze dzisiaj pojawi się na ZawszePoPierwsze.


Podziel się

"PRAKTYCZNIE NIC" VOL.2

piątek, 29 lipca 2011 1:52

 Alpha Tango Beta

 

 

 

 

 W dzisiejszym "praktycznie nic":

 

- Reprezentacja USA w Opałach?

 

Los reprezentacji USA przedstawia się podobnie, jak obecna sytuacja finansowa Stanów Zjednoczonych.  Czytaj: bardzo nieciekawie. Spytacie dlaczego, bo przecież jak jest lockout to drużyna narodowa USA będzie składać się z najlepszych zawodników NCAA. Otóż nie ! Jak się okazuje na zbliżający się turniej Pan American w składzie USA będziemy "podziwiać" zawodników z zaplecza NBA, czyli z D - League. Głównym szkoleniowcem tej ekipy będzie trener Tulsa 66ers Nate Tibbets, asystentem został jego "podwładny" z Tulsy Dale Osborne. Ostateczny skład mamy poznać do 23. października.

 

 

USA Basketball w swoim oświadczeniu prasowym podaje, że dwóch zawodników z tej kadry ma zostać dokooptowanych do USA Select Team tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie. Jednak, jak ćwierkają ptaszki "związki" mogą zrobić wszystko by gwiazdy NBA nie dostąpiły zaszczytu walki o medale na IO w 2012 roku. Oczywiście zakładając najczarniejszy scenariusz, czyli całkowite zawieszenie rozgrywek w sezonie 2011/2012.

 

 

- Linas Kleiza zagra w serialu

 

Lockout i kontuzja spowodowały, że Linas Kleiza ma sporo wolnego czasu. To też bez większego namysłu przystał na propozycję zagrania w serialu.

 

 

 "Będzie to serial przeznaczony do młodzieży i będzie traktował o nich samych. Teraz na Litwie młodzież myśli przede wszystkim o wyjeździe z kraju ponieważ brak im charyzmatycznych liderów, ludzi którzy mogą pomóc znaleźć cel w życiu. Młodzi ludzie powinni być dumny, że są z Litwy i to nie tylko dzięki koszykówce."- powiedział Kleiza. "Nie lubię grać jednak, będę starał się dać z siebie wszystko."

 

 

- Carmelo Anthony Invades China

 

 

Carmelo Anthony wespół z Chrisem Paulem bawią się obecnie w Chinach. Poza tradycyjnymi spotkaniami sponsorowanymi przez firmę obuwniczą Panowie wzięli udział w tradycyjnym Tańcu z Maskami. Wcześniej Melo wziął na kolana zwierzątko, które jest prawdopodobnie jedynym organizmem na ziemi będącym bardziej soft niż Pau Gasol.

 

 

 

 

 - Kaprys bogacza?

 

Pamiętacie turniej na Filipinach, gdzie Kobe Bryant, Derrick Rose i inny rozgrywali spotkania pokazowe przeciwko lokalnym All-Stars? Okazało się, że nie była to spontaniczna akcja charytatywna, tylko urodzinowa fanaberia Manuela V. Pangilinana, prezesa Smart - LDTC. Jeśli tak świętuje się swoje 65. urodziny, to co będzie za pięć albo dziesięć lat? Finały na Filipinach?

 

 

Może nie wszyscy wiedzą, ale Pan MVP (ciekawe inicjały prawda?) jeszcze w kwietniu tego roku "kręcił się" wokół Sacramento Kings.


Podziel się

PODCAST Z ORBITY #2

środa, 27 lipca 2011 23:08

Sebastian Hetman, Maciej Kwiatkowski i Paweł Łakomski z Wrocławia. Nagraliśmy to po meczu Polska - Niemcy.

 

 

Podcast po drugiej rundzie (ME U-18)


Podziel się

ME U-18: POKONUJEMY NIEMCÓW 82:65. WYCHODZIMY Z PIERWSZEGO MIEJSCA!

środa, 27 lipca 2011 19:48

Sebastian Hetman

 

 

Mistrzostwa Europy do lat 18 w koszykówce mężczyzn, tudzież chłopców. Brzmi oficjalnie. Say what?!? Dzień któryś tam… Pijemy Green Upy po promocji ze stacji benzynowej BePe i zastanawiamy się dlaczego znowu zaczęło padać we Wrocławiu. Niektórzy koledzy wyraźnie zmęczeni przed komputerami. Tylko nocna zmiana funkcjonariuszy na wrocławskim Rynku wie co robili, gdzie byli i czy spożywali jakieś napoje wyskokowe. Może niektórzy raczyli się stylowym Karmi, tak dla kurażu…

 

 

*Żarty na bok moi mili, skoro wpadliśmy już na mecz Francja vs. Rosja. Nasi wschodni sąsiedzi musieli wygrać ten mecz, aby awansować do ćwierćfinałów. Po pierwszej kwarcie „Alle Alle” byli na +8,  głównie dzięki mocnemu wejściu Williama Howarda (15 pkt., 5 przech.), który w pierwszej części gry rzucił 8 oczek. Rosjanie pozbierali się już na starcie drugiej kwarty, którą zaczęli od runu 13-0, a pierwsze skrzypce jak zwykle grał Aleksandr Gudumak (16 pkt., 7 zb., 3 blk.). Po raz kolejny dzielnie walczył pod koszem z wyższymi rywalami, momentami wychodząc na 4-5 metr. Jest u mnie w drugiej piątce tego turnieju, za zaangażowanie i twardość, której pozazdrościłby mu nie jeden chłop z Mazur. Do przerwy miał na swoim koncie 14 punktów.

 

 

Diler z paryskiego getta, Livio Jean-Charles (12 pkt.) pod koniec drugiej kwarty wyszedł z cienia swoich kolegów i zdobył 5 punktów z rzędu, dając sygnał do ataku dość zamulonym wielbicielom win winogronowych. Po francusku: vin de raisin! Francuzi odrobili kilka punktów straty i ostatecznie przegrywali tylko trzema oczkami po dwóch kwartach. W sumie było nudno, a na słuchawkach Maćka odpaliłem miejski klasyk w stylu Pete Rock & Smif N Wessun – „Monumental” feat. Tyler Woods. Jakby nie patrzeć, benger na obecną porę roku. Paryskie getto i popularni „naaa zdrowjie” w swojej płytotece mieli pewnie inne, grubsze jointy, ale z pewnością nie w języku angielskim. Czego wg Was słuchają Rosjanie przed meczami?

 

 

 

 

Na początku trzeciej kwarty rosyjski coach wychodził z siebie. Krótko mówiąc (pisząc) trafiał go szlag. Rosjanie mieli kilka dziur w defensywie, szczególnie na prawym skrzydle. Dobrze, że w tym momencie w mecz wszedł playmaker Ilya Rodionov (9 pkt., 6 ast.), który zdobył 5 punktów z rzędu. Ekipa Francji zaczęła grać lepiej na tablicach, a Mouhammadou Jaiteh (13 pkt., 10 zb.) zebrał kilka piłek w ataku i ponawiał akcje po niecelnych rzutach swoich kolegów. Po raz kolejny Rosjanie odskoczyli w czwartej kwarcie dzięki wjazdom Denisa Levshina (15 pkt.), ale i tak męczyli się z Francuzami do końca i po prostu przegrali to spotkanie na własne życzenie 62:71. Naprawdę słabo spisywali się pod własnym koszem. William Howard po przespanej trzeciej kwarcie dał kilka punktów z kontry i w tym fragmencie „trójkolorowi” mieli run 14-0. Było po wszystkim, a Rosja straciła upragniony ćwierćfinał ME do lat 18…

 

 

*Bardziej interesował nas mecz Serbia vs. Chorwacja. Chorwaci musieli to spotkanie przegrać, aby po ewentualnej wygranej z Niemcami moglibyśmy wejść do ćwierćfinałów z pierwszego miejsca w grupie E. Dostaliśmy info na temat jakiegoś wirusa w ekipie chorwackiej, który charakteryzował się gorączką. Nic nie wiemy na temat proljevi lub tzw. grypy jelitowej…

 

 

Serbowie przed tym spotkaniem byli podwójnie zmotywowani. Raz, że przegrali wczoraj z naszą kadrą, dwa, że byli dopiero na czwartym miejscu w grupie, a to oznaczało potencjalną potyczkę z Litwą lub Hiszpanią. Tak czy inaczej, musieli ten mecz wygrać, dla siebie i dla nas.

 

 

Ekipa Serbii zaczęła to spotkanie od gładkiego 10-2, przede wszystkim dlatego, że byli znowu aktywni na tablicach. Vasilje Micic (12 pkt., 5 zb., 5 ast.) po raz kolejny prowadził grę w ataku pozycyjnym. Chorwaci odrobili straty podczas zrywu pod koniec pierwszej kwarty i wyglądali o wiele lepiej niż na rozgrzewce. Mieli pecha na początku drugiej kwarty, którą Serbowie rozpoczęli od wyniki 14-3, głównie za sprawą trójek Luki Mitrovica (10 pkt., 6 zb.) i Nemanji Krstica (10 pkt.). Gracze Serbii w tym fragmencie świetnie grali piłką na obwodzie. Wszystko chodziło jak w zegarku, dlatego do przerwy mieli na swoim koncie 10 asyst i aż 10 celnych trójek na 15 oddanych! Mega stat! Mislav Brzoja (14 pkt.) dwoił się i troił w ataku pozycyjnym Chorwatów. Trafił dwa rzuty za trzy z rzędu. Dodał do tego punkty spod kosza i w pojedynkę walczył ze skutecznymi tego dnia Serbami.

 

 

W drugiej połowie Micic zaczął od kilku świetnych technicznie wjazdów pod kosz. Grał równo przez całe spotkanie i wiem, że się powtórzę, ale nadal twierdzę, że w przyszłości będzie europejską gwiazdą. Już teraz widzę go w Drafcie 2012 lub 2013. Serbowie w połowie trzeciej kwarty byli na +19, a zrezygnowani Chorwaci jak na złość nie mogli trafić do kosza (3/10 z gry w trzeciej kwarcie). Stefan Popovski-Turanjamin (12 pkt., 4/4 za trzy) był nie do zatrzymania na dystansie i trafiał jak na treningu. Serbowie wygrali ten mecz już w 25 minucie, a przed czwartą kwartą prowadzili 71:47. Ostatecznie wygrali 84-59, dając tym samym szansę Polakom na wyjście z pierwszego miejsca w grupie, a sobie zapewnili wyjście sam nie wiem z której pozycji. Wszystko będzie zależeć od wyniku Turcja vs. Słowenia. Te opcje są zawsze pokręcone, szczególnie w zasadach FIBA. Tak czy innej, prawdopodobnie w ćwierćfinale zagrają z Litwinami lub Francuzami.

 

 

*fot. Damian Filipowski

We wczorajszym tekście Maciek pisał o chłopcach do podawania piłek. Tzw. Jungen die Bälle Feed przed spotkaniem byli skazani na porażkę, a na MŚ do lat 17 w rok temu (Hamburg) przegrali z naszymi kadrowiczami aż 33:79. Wynik z poprzedniego roku absolutnie nie wchodził w grę, ponieważ Niemcy mieli jeszcze teoretyczne szanse na awans. Pod warunkiem, że wygraliby z nami, a Turcja przegrałaby ze Słowenią. Co dało się zauważyć? Przynoszące szczęście dresy trenera Szambelana i białe polówki sztabu szkoleniowego znowu były z nami. Dobra passa? Nie mogło być inaczej…

 

 

Wygrać z Niemcami? Macie takie wrażenie, że kiedy gramy w cokolwiek z Niemcami lub „Ruskami”, nasi kibicie są dodatkowo zmotywowani? W tradycyjnej wymianie dóbr przed meczem nasi zamiast proporczyków dali zachodnim sąsiadom po małpeczce czystej, my w zamian otrzymaliśmy po kawałku kaszanki. Dres i białe polówki wniosły na naszą ławkę sporo flavoru, stylowego luzu z Bronxu, który mógł okazać się zgubny. Dobrze, że graliśmy z Niemcami, którzy w pierwszej piątce mieli Afrykanina, Serba i trzech czeskich Austriaków. Tak na oko się wydawało…

 

 

Zaczęliśmy nieźle w defensywie, co poskutkowało runem 15-6. Mateusz Ponitka (10 pkt., 5 zb.) po raz kolejny udowodnił, że w tym turnieju jest jednym z lepszych all-around players. Po ustawieniu strefy przez Niemców nasz atak nieco zwolnił. W tym czasie na parkiecie pojawił się Jakub Koelner, zawodnik wrocławskiego klubu WKK i od razu trafił swój pierwszy rzut za trzy na tym turnieju. Tomasz Gielo (11 pkt., 6 zb. – 4 w ataku) na koniec pierwszej kwarty trafił o deskę kolejną trójkę Polaków i ogólnie wszystko kręciło się po myśli trenera Szambelana. Nie było źle, mogło być lepiej. Tym bardziej, że Niemcy zaczęli drugą kwartą od dwóch łatwych koszy.

 

 

Daniel Szymkiewicz (5 ast.) w drugim meczu z rzędu dał fantastyczną zmianę Grochowskiemu i wspólnie z Jakubem Koelnerem (17 pkt., 5/5 za trzy) rządzili na obwodzie w ataku pozycyjnym. Koelner trafił swoje trzy pierwsze rzuty zza łuku, a miejscowi kibice prawie wyskoczyli z krzesełek na parkiet. Dennis Schroder (11 pkt., 6 ast.) przez „U umlaut” "O umlaut" w połowie drugiej kwarty splakatował Tomasza Gielo wsadem na „2+1” i trzeba przyznać, że ta akcja wyglądała naprawdę dobrze. Grzegorz Grochowski (6 ast.) z trudem doskakiwał do deski, ale bardzo chciał w jednej akcji zablokować Besnika Bekteshiego (16 pkt.). Brawa za chęci, poważnie! Bekteshi w drugiej kwarcie zdobył 7 szybkich punktów i był jedyną opcją ofensywną Niemców. Dołączył do niego center Bogdan Radosavljevic (16 pkt., 6 zb., 2 blk.), który miał kilka niezłych manewrów tyłem do kosza. Spory środkowy reprezentacji Niemiec dobrze otwierał się na pick & rollach i dzielnie walczył pod koszem z Karnowskim. Głównie za sprawą jego i Bekteshiego Niemcy zaliczyli szybki serial punktowy 13-4. Zmobilizowaliśmy się jeszcze pod koniec drugiej kwarty i z końcówką 9-0 powiększyliśmy przewagę do 14 oczek.

 

 

Przemysław Karnowski (8 pkt., 5 zb., 2 blk.) zaczął aktywnie trzecią kwartę od dwóch zbiórek w ataku. Był dzisiaj niemal bezbłędny na linii rzutów wolnych (6/8) i razem z Piotrem Niedźwiedzkim (6 pkt., 6 zb.) zdominował to spotkanie na tablicach. Nie chodzi tu o ilość zbiórek, ale o siłę fizyczną i rozmiar, który zabierał sporo powierzchni w Orbicie. Zaliczyliśmy kolejny serial, tym razem 9-0, a zdesperowany niemiecki trener wziął czas. Po tym fragmencie prowadziliśmy różnicą dwudziestu trzech punktów, a epizod z Hamburga mógł się powtórzyć także tego wieczoru. Gracze niemieccy i tak grali agresywnie do kosza, a Paul Zipser (12 pkt., 6 zb.) zakończył grubą akcję z lewej strony wsadem nad Karnowskim, potem może nie nad Gielo, ale „pod”. Był to czwarty plakat ze strony Niemców. Michał Michalak (17 pkt.) nie rzucał dzisiaj z dystansu, ale swoimi wjazdami ośmieszał niemieckich obrońców, którzy byli mijani jak tyczki. W czwartej kwarcie nadal szalał gorący tego dnia Koelner i nie mylił się zza łuku. Ostatecznie większość swoich punktów zdobył z dystansu (5/5 za trzy). Przy bezpiecznej przewadze Polaków swoją szansę otrzymał nawet Kacper Borowski, którego gorąco przywitała wrocławska publiczność. Do tej pory nie rozegrał ani sekundy na tym turnieju. Jego bujne loki zdobyły pierwsze punkty bo zbiórce w ataku i aż miło było patrzeć jak nasza ławka żyje w tym spotkaniu.

 

 

Wygraliśmy z Niemcami 82-65 i dzięki temu zapewniliśmy sobie awans do ćwierćfinałów z pierwszego miejsca w grupie E. Prawdopodobnie naszymi rywalami będą Włosi, ale ostateczne tabele i pary przedstawimy na ZP-1 jutro.

 

 

Stat meczu: 12/26 za trzy Polaków, 40-28 na deskach. 38 punktów z ławki. Punktowali wszyscy oprócz Filipa Matczaka i Jana Grzelińskiego.

 

 

Jutro przerwa w rozgrywkach. Widzimy się na ćwierćfinałach w piątek!

 

Polska – Niemcy 82:65 (21:13, 23:17, 25:18, 13:17)

(Koelner i Michalak po 17 – Bekteshi 16) 

 

 

Wyniki środowych spotkań:  

 

Grupa E:

Serbia – Chorwacja 84:59

Polska – Niemcy 82:65

Turcja – Słowenia 64:61 

 

 

1. Polska  9 pkt.

2. Turcja  8 pkt.

3. Serbia  8 pkt.

4. Chorwacja  8 pkt.

5. Słowenia  6 pkt.

6. Niemcy  6 pkt.

 

 

Grupa F:

Francja – Rosja 71:62

Włochy – Łotwa 85:83 OT

Litwa – Hiszpania 75:84

 

 

1. Hiszpania  10 pkt.

2. Francja  9 pkt.

3. Litwa 8 pkt.

4. Włochy 7 pkt.

5. Rosja  6 pkt.

6. Łotwa  5 pkt.

 

 

Ćwierćfinały (Hala Orbita):

13:30 – Hiszpania vs. Chorwacja

15:45 – Turcja vs. Litwa

18:00 – Polska vs. Włochy

20:15 – Francja vs. Serbia


Podziel się

Licznik odwiedzin:  18 767 494  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031






[ Copy this | Start New | Full Size ]






















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 18767494

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u

Wyniki ankiety

Czy Golden State Warriors awansują do playoffów?

Tak : 0%
Nie: 0%

Łączna liczba głosów: 0