Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 588 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS




POZNAJCIE TEDA ST. MARTINA

wtorek, 31 sierpnia 2010 12:51
Marek Dziuba

Pamiętacie swój życiowy rekord w rzutach osobistych? Myślicie, że to dużo? Pochwalcie się w komentarzach, ale zanim to... poznajcie pewnego pana:

Ted St. Martin.

Być może
już kiedyś to nazwisko obiło Wam się o uszy. Mowa o najlepszym na świecie wykonawcy rzutów osobistych, który jednak nigdy nie grał w NBA i chyba tylko dlatego pozostaje wyjątkowo anonimowy. Zapytacie w takim razie, "co takiego osiągnął?"

Ted piętnastokrotnie bił własny rekord Guinessa pod względem trafionych rzutów osobistych z rzędu. Zaczął w 1972 roku.


Moje oczy niemal wyszły z orbit, a szczęka długo leżała na podłodze, kiedy przeczytałem, że w 1996 roku ustanowił ostatni, ciągle aktualny rekord w tej kategorii. Uwaga. Trafił 5221 osobistych z rzędu. Pięć tysięcy dwieście dwadzieścia jeden rzutów bez pudła! Zajęło mu to ponad siedem godzin! Wyobrażacie to sobie? nie-sa-mo-wi-te!


Ted ma obecnie 75 lat i prowadzi normalne, skromne życie.
Mimo dwóch operacji barków uważa, że wciąż mógłby ograć w pojedynku na osobiste każdego koszykarza z NBA. Chętnie oferuje swoją pomoc - przede wszystkim dzieciom - bo o dziwo nie spotyka się ona z głębszym odzewem graczy z NBA. A jak sądzi, każdemu chętnemu do nauki jest w stanie podźwignąć skuteczność FT do 90%.

Shaq i Ben Wallace powinni pytać o numer telefonu...

Jeśli zainteresowała Was osoba Martina, zachęcam Was więc do zapoznania się z artykułem Tima Povtaka (fanhouse.com).
Warto.

St. Martin: "Od zawsze zaskakiwało mnie to, dlaczego tak dobrzy sportowcy są tak słabymi wykonawcami rzutów osobistych. Zarabiają tyle pieniędzy, ale przegrywają mecze, bo nie potrafią trafiać takich rzutów. Nie wygląda też, aby się tym jakoś szczególnie przejmowali. To źle. Wsady nie wyglądają już dla mnie tak fajnie, kiedy widzę, że koszykarz nie potrafi trafiać osobistych."

Podziel się

TOP 10 ZAGRAŃ: NEW YORK KNICKS 2009-10

wtorek, 31 sierpnia 2010 11:25


Podziel się

USA 70, BRAZYLIA 68, CZYLI PRZERWANA LEKCJA FORTEPIANU

wtorek, 31 sierpnia 2010 5:14
Maciej Kwiatkowski

Tegoroczny Team USA to zespół rezerwowy. Zespół rezerwowych, np pod koszem jak hmm niech pomyślę, Lamar Odom, Tyson Chandler i Kevin Love. Zespół ma jedną gwiazdę, jednego człowieka, który może oddać rzut w każdej chwili, z każdego miejsca, nad kimkolwiek. Ma też rezerwowego go-to-guy i nie mówię o Rudy'm Gay'u. To 33-letni macho-weteran Chauncey Billups (15 pkt., 5/12). To Chauncey trafił najważniejszy jak się okazało rzut, na 51 sekund przed końcem wchodząc z góry pod kosz po pick & rollu z Lamarem Odomem.

Jednak po raz pierwszy w kwarcie Brazylijczykom udało się trafić dwa rzuty z rzędu. Nagle Amerykanie mieli dwa punkty przewagi i 33 sekund do końca. Ta okrutna czwarta kwarta, w której obydwa teamy rzucały poniżej 25% zmierzała bardzo powoli ku sensacyjnemu rozstrzygnięciu. Recap

Dygresja: czułem się trochę nieswojo, pewnie jak Igor Griszczuk widząc jak w końcówce meczu z Belgią Thomas Kelati zostawał w izolacji daleko na przeciw kosza. Następni po koźle w bok - bo akurat w tym roku Polakiem został Amerykanin nie mijający do przodu - rzucał za trzy. Raz trafił, drugi raz nie, to 50-procentowa, znakomita skuteczność, skrajnie wysoka efektywność w crunch-time, ale poza tym że były to dwie identyczne akcje - jeszcze raz dotarło do mnie, że w sytuacjach krytycznych, meczowych, gdy wynik leży na linii zespoły tak często uciekają się do jednego zawodnika i jak wiele w postrzeganiu tego zmienił Michael Jordan.

Dlatego więc Kelati dwa razy znalazł się w identycznej sytuacji. I pomijając już nawet to, że Łukasza Koszarka w tym głowa - bo powinien być mądrzejszy niż onieśmielony Griszczuk - że w ogóle do tego doszło, sam fakt, że w ósmym meczu kwalifikacji, po 280 minutach gry nasz zespół postawiony w sytuacji krytycznej, w niekomfortowych warunkach traci wszystkie koncepcje, gubi cały notatnik z zagrywkami, i nie znajduje żadnej czystej pozycji został tak naprawdę wyśmiany. I chciałem być delikatny, bo zrobili to Belgowie, którzy akurat mieli i znali swoje zagrywki - to było niesprawiedliwe, jak mogli, przecież umawialiśmy się przed meczem etc. Co z tego że mieli zagrywki - mieli po nich czyste pozycje albo uciekali nam za plecami.

Poczułem się głupio. Proszę Griszczuka o ujawnienie swoich aktualnych badań lekarskich, ponieważ prawie jestem pewien, że na starcie trzeciej kwarty i w końcówce meczu stracił puls.


Jak to się ma do Teamu USA? Ostatecznie Billups po pierwszym udanym picku z Odomem zdecydował się zrobić to jeszcze raz i ustawił go sobie ponownie na 7 metrze. Tym razem poszedł w lewo i znalazł  w prześwicie rzut za trzy, niezły, ale nie trafił.  Nagle Brazylia miała szansę i Marcelinho Huertas prawie został bohaterem dnia. Tak naprawdę zabrakło może pół centymetra, aby Huertas na trzy sekundy przed końcem trafił z faulem i miał jeszcze rzut wolny przy stanie 70-68 dla USA. Założę się, że wtedy nie spudłowałby pierwszego.

Dlaczego jednak wcześniej piłka była w rękach Derricka Rose'a, dlaczego miał ją Lamar Odom. Pamiętam mecze, w których Bulls mogli polegać tylko na jednym graczu i nigdy nie zapomnieliby o nim w crunch-time.

Przez ostatnie pięć minut meczu Kevin Durant nie oddał rzutu.

Raz zrobił kroki i potem znowu zapomniał o nim Rose, zapomniał Billups. I w zasadzie wiem, że Billups miał ten mecz pod kontrolą i wiem, że mało brakowało, a Huertas stałby się Mr Big Shot Huertasem. Wiem też, że widziałem to już mnóstwo razy - Billups o ułamek sekundy, śmiejąc się z ciebie, prosto w twarz, adwokat diabła, pogromca pogromców.

To Kevin Durant wygrał ten mecz dla USA i bez jego 27 punktów, a dokładniej bez 26 po trzech kwartach Amerykanie mieliby bardzo ciężkiego kaca, bo nawet nie ruszyliby z miejsca, gdy Brazylijczycy zdecydowali siię biegać jak z nimi, a Tiago Splitter sprawiał, że wszyscy wysocy USA zagrali słabe, co najwyżej chimeryczne minuty. Wiedziałem, że przyjdzie mecz, w którym na parkiecie będzie pięciu graczy USA, z których tylko dwóch będzie umiało zdobyć punkty - i będą to Durant i Billups (rezerwowi zagrali łącznie 39 minut - 1/7 z gry, 0 asyst).

Byłbym spokojniejszy, gdyby to co już zostało przez niektórych ocenione jako ważna lekcja było tak naprawdę nauką w pełni, a piłka szła do Duranta w każdej akcji w końcówce meczu. Billups powie do niego "son" w szatni, bo to Chauncey, nie z Denver, tylko z Detroit, ale kiedy myślę o tym, że taka sytuacja może zdarzyć się raz jeszcze, w fazie pucharowej, nie postawiłbym pieniędzy, że piłka trafi do Duranta.

Wybacz Chauncey, myślę, że nie pierwszy raz w życiu nie doceniasz dzieciaka. Wiem, że trafiałeś aż 47% rzutów w crunch-time w ostatnim sezonie (wiem też, że ostatecznie fizycznie padłeś przed metą), ale nie chcę byś w trakcie tych mistrzostw dominował czwarte kwarty jak umiesz. Daj piłkę dzieciakowi, ostatecznie każ mu zrobić kozioł zanim zrobi cokolwiek. Daj 25 zł i powiedz, by nie wracał zbyt późno.

*****

Sam mecz był znakomity w pierwszej kwarcie, gdy Brazylijczycy wdali się w up & down game z Amerykanami i dzięki dwóm celnym trójkom Marcusa Viniciusa i Leandro Barbosy prowadzili 28:22. Świetny passing-game, błyszczący na tle Teamu USA, który do przerwy miał ledwie pięć asyst, dyrygowany przez znakomitego Huertasa, który w pierwszej połowie miał 6 punktów, 5 asyst i 4 zbiórki.

Brazylijczy zatrzymali Amerykanów na 41% z gry, wymusili aż 22 strat, ale już od trzeciej kwarty grających duże minuty Huertasa i Splittera zaczęło dopadać zmęczenie - obaj złapali swój czwarty faul już pod koniec trzeciej części meczu. Biorąc pod uwagę fakt, że obaj dograli mecz do końca nie wiadomo jak mogliby grać gdyby nie te kłopoty. W każdym razie defensywa nie była problemem Brazylii w czwartej kwarcie - oba teamy rzuciłyledwie po 9 punktów. Ten mecz się czołgał w końcówce, nie ukrywajmy - prócz emocji w ostatniej minucie było widać, że podstawowi gracze nie dość że zmęczeni dużymi minutami, to mieli w nogach dwa wcześniejsz dni turnieju. Przykład rezerwowych - amerykańscy zamarzli na ławce po rozgrzewce i ani Russell Westbrook, ani Eric Gordon, ani Rudy Gay czy Kevin Love nie mogli zmienić obrazu gry, a po przerwie Coach K poza epizodami Westbrooka i Tysona Chandlera niemal w ogóle zrezygnował z grania ławką.

Największym problemem był kolejny ofensywny przestój, tym razem w czwartej kwarce gdy piłka nie tylko krążyła między niewłaściwymi parami rąk, ale czasem nawet i tam nie docierała. Podania były co najwyżej dwa w akcji, wizje kontrataków po przechwytach były płoszone przez natychmiastowe straty. Coś podobnego zdarzyło się przez 10 minut pierwszej połowy ze Słowenią. Tutaj Odom wyszedł za linię końcową,  potem spudłował  prosty lay-up, Durant drugi raz robił błąd kroków po otrzymaniu piłki w ruchu, Rose wyrzucał piłkę w aut, Billups nie dostarczał piłki do Duranta, a Iguodala dostarczał ją kolegom za plecy, gdy biegli do kontry.

*****

Kolejne mecze z Iranem i Tunezją mogą być mniej pożyteczne niż kolejne treningi, na które brakować będzie czasu. Interesujące jak potraktuje je Coach K, jak dużo grać będą rezerwowi Danny Granger i Stephen Curry, którzy przeciwko Brazylii zostali na ławce oraz czy Krzyzewski wróci do grania Tysonem Chandlerem w piątce lub czego bym sobie życzył, zamieni Odoma na Kevina Love'a. Odom jest najgorszym defensorem w wyjściowym składzie i widać to dopiero, gdy nie ma za plecami Pau'a Gasola czy Andrew Bynuma i sam stanowi tą ostatnią linię defensywy. Zbyt często zdarza mu się zagapić, nie kontestuje też lay-upów, ale  z kolei Chandler póki co woli kolekcjonować faule niż udane zagrania w obronie. Za to Love w każdym innym zespole robiłby 20-15 (lub 15-20) co mecz. I w tym też może. Jest niemal stworzony do fibowskiej koszykówki, wczoraj grał 5 minut.


Podziel się

MNIEJ PIŁKI W RĘKACH NASHA - WIĘCEJ RZUTÓW?

wtorek, 31 sierpnia 2010 0:51
Marek Dziuba

Kiedy zaczynałem pisać o koszykówce, miałem spory problem m.in z określeniem spot-up shooter. Przyznacie, że trudno w dwóch krótkich słowach przekuć' je na język polski. Dlatego wybaczcie mi, że korzystam z angielskiego zwrotu. Na wszelki wypadek zamieszczę tu jednak jego definicję:

  • spot-up shooter - zawodnik, który szuka sobie dogodnego miejsca na parkiecie, oczekując na podanie, po którym błyskawicznie oddaje rzut do kosza.

Zapowiada się na to, że w przyszłym sezonie częściej w takiej roli ujrzymy Steve'a Nasha.

Jego Phoenix Suns nigdy nie grali według ściśle ustalonych zasad i trzeba przyznać, że... wychodzi im to na plus. Widać to wyraźnie na tle słynnego eksperymentu sprzed dwóch lat, gdy po sprowadzeniu Shaqa porzucili szybką ofensywę i próbowali grać w obronie. Efekt dobrze znacie. Na szczęście szybko powrócili do starego stylu i nie zapowiada się by w nowym sezonie miało się to zmienić. Arizonę wprawdzie opuścili Amare Stoudemire czy Leandro Barbosa, ale do składu "Słońc" dołączyli nowi zawodnicy: Hakim Warrick, Josh Childress czy Hedo Turkoglu. I tu się zatrzymujemy. Jedynie pozyskanie Hedo wzbudza pewne wątpliwości.  Turek, aby wypadać efektywnie, musi często mieć piłkę w swoich rękach, którą w Phoenix od zawsze najdłużej w posiadaniu ma Nash. Co to oznacza? Najprawdopodobniej to, że Steve będzie musiał podzielić się rolą głównego dyrygenta zespołu i wielokrotnie udzielać się jako wspomniany spot-up shooter. Taką wizję ma przynajmniej Alvin Gentry:

"Obaj ułatwią sobie grę.
Po raz pierwszy, odkąd tu jestem mogę wykorzystać Steve'a w grze bez piłki, jako strzelca. Super. Steve jest jednym z pięciu najlepszych strzelców w lidze, ale nigdy nie mieliśmy okazji sprawdzić go w takiej sytuacji. Gdy piłka powędruje do Hedo, będziemy mieli taką możliwość. "

Czy to głupi pomysł? Niekoniecznie.

Kurt Helin z Probasketballtalk za pośrednictwem Synergy sports dotarł do statystyk, które wykazują, że Steve solidnie sprawdza się przy zastawianiu do rzutów. W poprzednim sezonie oddał 93 w takiej sytuacji. Niemal 40% z nich znalazło drogę do kosza. Dlatego n
ie skreślałbym tej koncepcji z miejsca, choć szczerze mówiąc... nie mam pojęcia, co z niej wyniknie. Może akurat wypali? Suns muszą kombinować, skoro już skusili się na tak dziwny ruch, jakim jest pozyskanie Turkoglu.



Podziel się

"ALLEN JENNINGSON" I JEGO ZESPÓŁ MARZEŃ

poniedziałek, 30 sierpnia 2010 12:51
Marek Dziuba

Co tam ciekawego w NBA? Etan Thomas jest bliski podpisania umowy z Atlantą. Dalej... T-Mac kolejny raz zapewnia o tym, że ma jeszcze sporo w "baku". Aha. Wizards zapraszają na obóz przygotowawczy Lestera Hudsona i Cartiera Martina. (kogo?)  Wystarczy. W sierpniu trudno doszukać się ciekawszych nagłówków. Na szczęście trwają Mistrzostwa Świata w Turcji. No i na szczęście liga ma pewnego wygadanego młodzieńca grającego w Milwaukee, który jeszcze nie raz będzie bohaterem blogowych wpisów.

Brandon Jennings panie i panowie.

W rozmowie z "amerykańskim pudelkiem" Jennings odniósł się do syndromu wielkich trójek - tematu jakże popularnego tego lata - który coraz mocniej daje się lidze we znaki. Gwiazdy nie chcą już pojedynczo świecić na niebie, chcą tworzyć gwiazdozbiory. Tak jak
w Bostonie i Miami.

Pierwsze skutki? Chris Paul był już na krawędzi odejścia z New Orleans Hornets, a Carmelo Anthony ciągle domaga się wymiany od Denver Nuggets. Obawy, że niebawem w NBA będą liczyć się 3/4 zespoły, a reszta popadnie w szarość nie są bezpodstawne. Jennings również uważa, że całe piękno ligi jest zagrożone:

"Zatraca się cała rywalizacja. [...] Każdy stara się połączyć siły by pokonać Kobe'go."

Chwilę później zrobiło się ciekawiej:

"Wydaje mi się w takim razie, że za jakieś dwa lata ja, Tyreke Evans i Stephen Curry powinniśmy się zgadać i grać w jednym zespole."

Komentarz należy oczywiście traktować z przymrużeniem oka. Warto jednak przez kilka sekund wyobrazić sobie drużynę marzeń Jenningsa złożoną... z trzech rozgrywających? Chyba tylko Don Nelson potrafiłby "ustawić" ich w jednej piątce. Czy takie trio zdałoby egzamin? Kto wie, może za kilka lat będzie dane nam się przekonać. Nie jestem za tym pomysłem, ale nie zaprzeczę: to byłoby coś... nowego.

A skoro jesteśmy przy Brandonie Jenningsie. Czy czasem nie dostrzegacie w nim Allena Iversona tak jak Jerry Stackhouse?:

"Można w nim zauważyć tyle podobieństw. Tą niesamowitą szybkość z piłką, umiejętność kończenia pod koszem, mentalność strzelecką, twardy charakter i wielką chęć rywalizacji. Allen na tym samym etapie kariery był  według mnie tylko trochę bardziej wybuchowy  Mimo 180cm wzrostu potrafił skoczyć pół metra nad obręczą. Brandon co prawda potrafi robić wsady i dysponuje świetnym atletyzmem, ale jeszcze brakuje mu tutaj tego "czegoś". Pod względem szybkości, charakteru jest jednak na równi z Allenem Iversonem."

Ładny komplement. Z czasem przekonamy się jak wyewoluuje gra Jenningsa. Czy będzie bardziej typowym rozgrywającym czy obrońcą, który na pierwszym miejscu stawia rzut. Moim zdaniem Brandon to raczej typ tego drugiego, a w sezonie debiutanckim nieco na siłę starał się udowodnić, że nie jest egoistą, że potrafi podawać. A potrafi:



Podziel się

TOP 10 ZAGRAŃ: NEW ORLEANS HORNETS 2009-10

poniedziałek, 30 sierpnia 2010 11:36


Podziel się

USA 99, SŁOWENIA 77, CZYLI UCLA PRZEJMUJE MECZ

niedziela, 29 sierpnia 2010 19:58



Maciej Kwiatkowski


Było to kolejne już dobre popołudnie dla reprezentacji USA (recap), choć ewentualni, kolejni rywale powinni pod lupę wziąć to co wydarzyło się z Amerykanami przez trzy ostatnie minuty pierwszej kwarty i pierwsze siedem drugiej.

Pisałem przed meczem z Chorwacją, że kadra Krzyzewskiego w czterech sparingach jakie rozegrała nie widziała w zasadzie strefy. Już wczoraj Chorwaci próbowali tej 2-3, przechodzili w 2-1-2, raz bronili nawet 1-3-1. Słoweńcy postawili kilka mieszanych stref w bardzo dobrym momencie - wtedy gdy Coach K zaczął przechodzić do rotacji rezerwowej, a gdy wrócili starterzy - byli zbyt rozluźnieni chwilą pobytu na ławce.


Po tym jak Amerykanie zdobyli punkty w 9 z 10 pierwszych posiadań (18:6, Durant 7, Iguodala 6), skończyli kwartę mając na koncie aż 7 strat. Ta nonszalancja, w której prym wiedli Andre Iguodala, Derrick Rose i będący dziś gdzieś mentalnie poza grą Lamar Odom, spowodowała pięć kolejnych strat w pierwszych pięciu minutach drugiej kwarty.

Amerykanie stracili 12 piłek w 21 kolejnych posiadaniach! Rose  biegał ewidentnie sfrustrowany nieodgwizdywanymi faulami, ale też prawidłowo gwizdanymi błędami kroków czy bezmyślnymi stratami, jak podawanie sobie w łydki albo - co lepsze - w aut. Rozpracowywanie strefy - o ile udało się nie stracić piłki w pierwszych 5-10 sek. akcji - opierało się na jednym-dwóch podaniach, rzucie, nie było penetracji, rotowania wysokich na szczycie trumny. Zapanowała niewidziana dawno stagnacja.

Mimo tego Team USA od początku przeskakiwał na deskach Słoweńców, którzy mogli też zapomnieć o łatwych pozycjach rzutowych z sobotniego meczu z Tunezją. Do połowy trafili zaledwie 2 z 14 rzutów za trzy, z których zupełnie czysta była tak naprawdę może jedna pozycja. Większość odpalanych trójek wynikała z faktu, że wobec kłopotów z faulami Gorana Dragica Słoweńcy nie mieli gry kick & drive i podobnie jak gracze USA krążyli z piłką po obwodzie, a gdy dogrywali do Primoza Brezeca na 4-5 metr, ten pudował rzuty, bo jest Primozem Brezecem. Uros Slokar na szczęście dla Słoweńców nie rzucał tak ohoczo - w zasadzie zawsze był bojaźliwy, a Gaspar Vidmar znowu znakomicie kończył pod koszem - kiedy jednak dawno było już po meczu.

I wtedy przy stanie 27:21, gdy przez 6 minut drugiej kwarty Amerykanie nie mogli trafić z gry na parkiet weszło dwóch byłych graczy UCLA, którzy grali ze sobą w sezonie 2007/08. Najpierw Russell Westbrook zaatakował wolne miejsce na szczycie trumny, przesuwając swój PUJIT (Pull Up Jumper In Transition) z piątego na czwarty metr. W następnej akcji Westbrook minął z prawego rogu do środka pomalowanego, ściągnął drugiego obrońcę i znakomicie obsłużył Kevina Love'a, który skończył layup z faulem (32-23).

Chwilę później miało miejsce jedno z najbardziej imponujących zagrań jakie widziałem tego lata - Love zastawiał się by zebrać piłkę w ataku, gdy Slokar założył mu dźwignię na lewy łokieć (to była najodważniejsza rzecz jaką zrobił na tym turnieju Uros Slokar), Love.. jednorącz, prawą ręką zebrał piłkę z lewej strony obręczy i szybko dobił o deskę. Z faulem, a jak. Amerykanie skończyli połowę zdobywając punkty w ośmiu z ostatnich posiadań (42:28), z Westbrookiem i Love'm na boisku. Ta dziura jaką zaliczyli w środku połowy będzie jednak pokazywana na taśmach ich przyszłym rywalom już dziś (jutro grają mecz z Brazylią) i pewnie w najbliższych dniach.

W trzeciej kwarcie presja w perimeter-defense zaskoczyła Słoweńców jak większość rywali. Kolejne przechwyty na punkty zamieniali Chauncey Billups i Andre Iguodala. Ten drugi miał kłopoty z gwizdkami przez całe spotkanie, ale gdy krył Bokiego Nachbara czy Dragica, ci bywali w tych fragmentach po prostu osaczani i wyłączani z gry.

Amerykanie dominowali na tablicach (51-24), ograniczyli lubiących dystans Słoweńców do zaledwie 21% (5/24), Kevin Durant (22 pkt.) rzucił 15 z 42 punktów USA w pierwszej połowie, a po przerwie jego rolę przejął Rudy Gay (16 pkt.).

Na szczególne wyróżnienie prócz Love'a (21 zbiórek w 26 minut póki co!) zasługuje ten, o którym wczoraj nie wspomniałem. Russell Westbrook drugi raz z rzędu miał dwucyfrową zdobycz punktową i dotychczas po dwóch rozegranych spotkaniach jest liderem USA w skuteczności z gry (9/11), rozsądnie wybierając rzuty na półdystansie, ale przede wszystkim szukając przycisku "turbo" i wejść pod kosz (0 prób za trzy).

Jutro Amerykanie zagrają z Brazylią i Anderson Varejao (kostka) ma być już gotowy do gry. Brazylijczycy z pewnością będą starali się przyspieszać tempo, mając pod bronioną deską Varejao i Tiago Splittera. Groźny może być też dorównujący szybkością Westbrookowi i Rose'owi duet 1/2 Marcelo Huertas/Leandro Barbosa. Wątpię jednak w to by wdawanie się z USA w wymianę ciosów było najlepszym rozwiązaniem.

STATYSTYKI PO DWÓCH MECZACH:


Kevin Durant (18.0 pkt, 6.0 zb, 3.5 as, 2.5 prz, 54% z gry, 43% za 3)
Rudy Gay (13,0 pkt, 47% z gry)
Eric Gordon (11,0 pkt, 46% za 3)
Russell Westbrook (10.5 pkt, 3.0 as, 82% z gry)
Chauncey Billups (10.0 pkt, 4.5 as, 1.0 str, 2/7 za 3)
Kevin Love (8.5 pkt, 10,5 zb, 54% z gry)
Andre Iguodala (8.0 pkt, 2.0 prz., 64% z gry)
Derrick Rose (8.0 pkt, 3.5 as, 1.5 str, 58% z gry)
Lamar Odom (5.5 pkt, 7.0 zb, 2.5 str, 63% z gry)
Danny Granger (4.5 pkt, 2.5 fauli)
Stephen Curry (3.5 pkt, 3.0 as)
Tyson Chandler (2.0 pkt, 1.0 zb., 1.5 blk, 2.5 fauli)

Podziel się

TOP 10 ZAGRAŃ: NEW JERSEY NETS 2009-10

niedziela, 29 sierpnia 2010 11:26


Podziel się

NIECH KTOŚ PRZYTULI CHORWACJĘ. CZAS NA DRAGICA

niedziela, 29 sierpnia 2010 8:28
Maciej Kwiatkowski

Mecz przeciwko Chorwacji wypadł dla Amerykanów tak dobrze, że zastanawiam się czy Ci pierwsi, aby na pewno byli na to przygotowani. Nie potrafię sobie przywołać sytuacji, w której ostatni raz widziałem run 50-15. Przez drugą i trzecią kwartę defensywa Teamu USA zdominowała Roko Ukica i innych, którzy próbowali. Chorwaci spudłowali w tym czasie aż 28 z kolejnych 34 rzutów i z prowadzenia 19-18 przeszli do 34-68. Mecz rozpłynął nam się w rękach. Ryszard Łabędź był tak zaskoczony, że zrezygnował nawet  w końcu z odwoływania się do finału igrzysk w Barcelonie, który w zasadzie był bardziej zacięty od tego spotkania.


Amerykanie trafili 66% rzutów za 2, 40% za 3 (12/30) i aż 52 ze 106 punktów zdobyli po rzutach zza trumny. Każdy z dwunastki trafił przynajmniej dwa razy z gry i moglibyśmy tak jeszcze dalej pławić się nad tym co zbudowało ten blowout, ale w niedzielę rano najważniejsze, że między czasem gry dwunastego Tysona Chandlera (11) i najdłużej grającego Erica Gordona (22) było tylko 11 minut.

Gordon był ponownie niemal bezbłędny, bread & butter poza meczem z Hiszpanią. Trafił 6 z 8 rzutów, z czego 4/6 za 3. To jego dwie trójki akcja po akcji przypieczętowały run 24-4 na starcie drugiej kwarty. Ten run zaczął się od powrotu na boisko podstawowej piątki, (Rose,Billups,Durant,Iguodala,Odom) Amerykanie zdobyli punkty w ośmiu z pierwszych dziewięciu posiadań.

Kevin Durant miał ten rzut z 5-6 metra przez cały wieczór, kryjący go Luka Zoric czy Luksa Andric wciąż byli łapani w mismecz. Sporo izolacji, ale też wiele czystych pozycji, wynikających ze zorganizowanego przejścia do wczesnej ofensywy. (tylko 7 strat w całym meczu) Jeśli dwunasty, który pojawił się na parkiecie Danny Granger trafia 4 z 7 rzutów, a jedenasty w rotacji Kevin Love ma 7 punktów i 10 zbiórek w 13 zbiórek to widać, że coś znaleziono.


Rozgrywki grupowe to w gruncie rzeczy będzie jednak pięć odrębnych sparingów. Prawdziwy turniej rozpocznie się od 1/8 finału, jak nie rundę dalej. Gdybyśmy puścili obok siebie kwarty meczu z Chorwacją, a sparingu sprzed dwóch tygodni z Francją - różnica  byłaby wyraźna, ale choć od trzech meczów Amerykanie grają sukcesywnie lepiej, to każdy kolejny rywal był proporcjonalnie gorszy.


USA: Eric Gordon 16 (4x3), Kevin Durant 14 (8 zb., 5/11), Kevin Love 7 (10 zb.)
CHORWACJA: Bojan Bogdanovic 17 (5x3), Marko Popovic 16 (3x3), Ante Tomic 12 (8 zb.)




* SŁOWENIA 80, TUNEZJA 56. Koszykarze Słowenii spędzili miłe, sobotnie popołudnie, mając za sobą ok. 4 tysięcy kibiców, którzy wydają się skolonizować halę Abdi Akpeci, albo chociaż wypożyczyć na kilka kolejnych dni. Bez Erazema Lorbeka i Matjaza Smodisa Słoweńcy postawili w pierwszej piątce na Urosa Slokara i Gaspara Vidmara, duet przeciętnie zbudowanych silnych skrzydłowych.  Vidmar ma jednak ogromne możliwości atletyczne i jego wsady po screen/rollach z asystującym Sanim Becirovicem były ozdobą tego meczu. Słowenia przywiozła do Turcji pozornie słabszy skład niż ten, który zdobył czwarte miejsce rok temu w Polsce, ale od tego czasu ewoluował talent Gorana Dragica, nadającego ewidentnie ton grze.

Dragic w 26 minut gry zdobył 16 punktów, zebrał 5 piłek i zaliczył 8 asyst, z których kilka było znakomitymi dograniami sprzed, z lub tuż zza połowy do strzelców w rogach boiska. Z 25 rzutów za trzy Słoweńcy mieli przynajmniej 20 otwartych prób, z których wykorzystali raptem tylko 9. Gdy próbowali grać pick/rolli Dragic i spółka mieli defensywę Tunezjczyków na widelcu, asystując przy 17 z 31 rzutów i trafiając 69% za 2.

Zatrzymanie Dragica będzie kluczem do zwycięstwa nad Słowenią. Dragonowi nie straszny będzie z pewnością Derrick Rose i będzie szukał jakiegokolwiek podwojenia, aby potem znajdować strzelców w rogach boiska czy na skrzydłach. Jaka Lakovic grał 25 miut, ale zdołał oddać tylko cztery rzuty i jako jedyny oprócz Becirovica dostaje czasem możliwość zabrania piłki z rąk Dragicowi. Słowenia ma wielu strzelców z dystansu, którzy bardzo chętnie dadzą mu się odnaleźć - Becirovic, Laković, Slokar, Dragić, Jaka Klobucar, Goran Jagodnik, Samo Udrih czy w końcu Bostjan Nachbar (4/7 za 3) - wszyscy oni oddali przynajmniej po dwa rzuty z dystansu.

Jeśli ktoś chce ograć na tym turnieju Team USA musi zaaplikować im solidną dawkę celnych trójek. Dobrze mieć wtedy takich rozgrywających jak Ricky Rubio czy Goran Dragic.

SŁOWENIA: Goran Dragic 16 (8 as.), Gaspar Vidmar 15 (7 zb.), Bostjan Nachbar 14 (4x3, 6 zb.)
TUNEZJA: Radhouane Slimane 11, Salah Mejri 9 (6 zb.), Marouan Kechrid 9



* BRAZYLIA 81, IRAN 65


Brazylia nie potrafiła postawić kropki nad "i" i odseparować się wyraźnie poziomem gry od Iranu. Inna sprawa, że nadal oszczędzany jest Anderson Varejao, który ma kłopoty z kostką i przesiedział cały mecz na ławce w zielonym, brazylijskim dresie.

Rozgrywający Marcelo Huertas i środkowy Tiago Splitter tworzyli w ubiegłym sezonie duet w Caja Laboral Vitoria. Ten hiszpański klub nieoczekiwanie zdobył mistrzostwo kraju, sweepując (3-0) w finale zwycięzcę Euroligi, Regal Barcelona. Dwójkowa gra Huertasa (10 pkt, 9 as w 22 min) i Splittera (6/10) była ozdobą tego meczu.


Gdy do szybkości Huertasa dodać prędkość Leandro Barbosy (13 pkt, 5/10) i startującego na trójce, mierzącego zaledwie 191 cm Alexa Garcię - widać gdzie musi szukać przewaga Brazylia. I to dosłownie, bo łatwo o takie, mając tak dobrze biegającego wysokiego jak Splitter. W meczu z Iranem podopieczni Rubena Magnano szukali każdej okazji, aby nacisnąć tempo i nie pozwolić się wrócić podkoszowym rywala. Kiedy Huertas nie mógł nabrać szybkości, Barbosa dominował piłkę w atakach pozycyjnych i niewiele dobrego z tego wynikało - Splitter zagrał w post-up może raz czy dwa razy.

Aktualni mistrzowie Azji z Iranu przyjechali na turniej bez Samada Nikkah Bahraniego, drugiego najlepszego gracza kadry, jedynego kreatora na obwodzie. Jeśli zobaczycie Iran, może być Wam dane oglądanie w akcji Hameda Haddadiego w jego koszykarskim ogródku. Mierzący 218 cm, trzeci center Memphis Grizzlies czterokrotnie w tym meczu z dużą swobodą przeprowadzał piłkę na połowę Brazylii, co oczywiście świadczy o marnej grze obwodu (Tylko 7 asyst przy 26 celnycyh rzutach), ale też pokazało absolutny luz i pozycję jaką Haddadi ma w kadrze.

W pewnym sensie Haddadi jest jak Elvis Pressley reprezentacji Iranu i nawet nie wiem czy to brzmi dobrze. Jego pojedynki ze Splitterem w pierwszej kwarcie były jak na razie najlepszym matchupem tej grupy.  Haddadi miał 3 bloki w pierwsze 7 minut gry, ale nowy Spur wymusił na nim dwa faue, kończąc przy tym obydwie akcje 2 plus 1.


Bez Haddadiego na parkiecie Irańczycy zaczęli nabierać wody i z czterech punktów straty w pierwszej kwarcie zdobyło się ponad dziesięć. Iranowi zabrakło zwyczajnie talentu, aby wrócić do tego meczu, ale był to kolejny zespół z Azji, który zaliczył dobry start turnieju w sobotę. Irańczycy bowiem nigdy nie stracili koncepcji na grę. To wyróżnia ich jak dotąd na tle zarówno Tunezji, jak i Chorwacji.

IRAN: Hamed Haddadi 16 (9 zb., 5 blk.), Mehdi Kamrani 13, Oshin Sahakian 10
BRAZYLIA: Guilherme Giovannoni 17 (7 zb.), Tiago Splitter 13, Leandro Barbosa 13



Grupa "A":

15:30 (0-1) Jordania vs (0-1) Angola
18:00 (1-0) Serbia vs (0-1) Niemcy
20:30 (1-0) Argentyna vs (1-0) Australia

Grupa "B":

15:30 (1-0) Słowenia vs (1-0) USA
18:00 (0-1) Chorwacja vs (0-1) Iran
20:30 (1-0) Brazylia vs (0-1) Tunezja

Grupa "C":

15:00 (0-1) Chiny vs (0-1) WKS
17:30 (0-1) Portoryko vs (1-0) Grecja
20:00 (1-0) Turcja vs (1-0) Rosja

Grupa "D"

15:00 (1-0) Litwa vs (0-1) Kanada
17:30 (1-0) Liban vs (1-0) Francja
20:00 (0-1) Hiszpania vs (0-1) Nowa Zelandia

Podziel się

NICOLAS BATUM NAD JAKIMŚ HISZPANEM

sobota, 28 sierpnia 2010 22:22
Maciej Kwiatkowski

Właśnie zakończyłem moje pieskie, pochmurne popołudnie z rozanieloną reprezentacją USA, dealującą haszem superniezorganizowaną kadrą Tunezji i odbierającą ten hasz monstrualnie wleczącą się kadrą Iranu - innymi słowy z dwunastu dzisiejszych spotkań oglądałem po prostu mecze grupy "B".

O blowoucie USA napisałęm trochę tutaj - później napiszę coś więcej. o tym meczu oraz troszeczkę o dwóch pozostałych spotkaniach Imponujący half-court offense jak na to co pokazali Amerykanie wcześniej, mało strat, (7) mało fauli (19), mało głupich rzutów za 3, zamienionych za to na penetracje (jak ta Russella Westbrooka, gdy "wcisnął przycisk turbo"). Eric Gordon staje się powoli moim ulubionym graczem tej kadry i głupio byłoby nazywać go "Money", dlatego potrzebuje innej ksywki.

Ominęły mnie więc wydarzenia z innych aren, w tym ponoć najlepszy mecz dzisiejszego dnia, niespodziewana wygrana Francuzów z Hiszpanią (72:66). A w nim Nic Batum z Portland Trail Blazers przeleciał się nad Marcem Gasolem Franem Vazquezem nad jakimś Hiszpanem.

 

 


Podziel się

Licznik odwiedzin:  18 725 431  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     






[ Copy this | Start New | Full Size ]






















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 18725431

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u

Wyniki ankiety

Czy Golden State Warriors awansują do playoffów?

Tak : 0%
Nie: 0%

Łączna liczba głosów: 0