Bloog Wirtualna Polska
Jest 923 956 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS



RIVALRY WEEK: THRILLER W CHAPEL HILL - DUKE POKONUJĄ UNC

czwartek, 09 lutego 2012 18:52

 

 

Sebastian Hetman

 


(10)DUKE BLUE DEVILS @ (5)NORTH CAROLINA TAR HEELS  85:84 (40:43)

 

 

Kandydaci do Draftu 2012 wg ESPN Top 100:

 

SF  Harrison Barnes  (3): 25 punktów, 2 przechwyty, 8/16 z gry, 8/12 z wolnych

 

PF  John Henson  (12): 12 punktów, 17 zbiórek, blok, 5/11 z gry

 

C  Tyler Zeller  (13): 23 punkty, 11 zbiórek, 2 bloki, 8/15 z gry

 

PF  Mason Plumlee  (20): 8 punktów, 14 zbiórek, 2 bloki, 2 przechwyty, 4/8 z gry

 

SG  Austin Rivers  (22): 29 punktów, 5 zbiórek, 9/16 z gry, 6/10 za trzy

 

PF  James Michael McAdoo  (24): 6 punktów, 3 zbiórki, 4 faule

 

PG  Kendall Marshall (27): 14 punktów, 8 asyst, 3 straty, 5/9 z gry

 

SG  P.J. Hairston  (40): 2 zbiórki, 0/3 z gry

 

 

Niedawno skończyłem oglądać owy szlagier w on demand i szczerze? Do tej pory moja szczęka jest na podłodze, bo było to jedno z najlepszych spotkań jakie widziałem w tym sezonie. Na dzień dzisiejszy jest w moim Top 3 i chyba podziękuję za grę we wrocławskiej amatorce.

 

 

Takie mecze mnie zawstydzają, bo gdzieś tryliony kilometrów stąd o 7-8 lat młodsi goście robią kosmos. Robert Downey Jr. po takim meczu wróciłby na odwyk, ponieważ tuż po jego zakończeniu zaaplikowałby sobie w nos czternaście kilko koksu.

 

 

Cała otoczka rywalizacji pomiędzy Duke i UNC rok w rok jest wręcz idealna. Dick Vitale na słuchawkach, dawni gracze na trybunach. Wczoraj tuż za ławką Blue Devils siedzieli Doc Rivers i Dell Curry. Obaj z gorącymi żonami (naprawdę!), które podziwiały swoich synów. UPDATE: Doc Rivers nie siedział z żoną, tylko ze swoją córką Callie. Na chwilę przed meczem ekipa ESPN przedstawiła taki oto stat: Roy Williams był 8-9 przeciwko Duke, zaś Mike Krzyzewski 36-36, a taka liczba w jego wykonaniu o czymś świadczy.

 

 

Austin Rivers (29 pkt. 5 zb., 6/10) był wczoraj graczem NBA. Taki swagger od czasu do czasu widuje się na asfaltowej lidze w gimnazjum, gdzie jeden trenujący dzieciak z klubu miażdży przyszłych informatyków. Podobnie zachowywał się Rivers w meczu na szczycie, bo zdobył pierwsze 10 z 12 punktów Duke. Był szalony i mimo, że usiadł nieco na pupie pod koniec pierwszej połowy, to crunch time w jego wykonaniu był zawodowy. Rivers na ostatnie 10 minut przed końcem wdał się w pojedynek strzelecki z Harrisonem Barnesem (25 pkt., 8/12 z gry), który do przerwy miał raptem 0-4 z pola. Ponoć lider UNC narzekał nieco na niedoleczoną kostkę, ale w drugie 20 minut robił podobną miazgę co Rivers. Taka dwójka znajdzie się w pierwszej piętnastce Draftu beż żadnego szemrania i będzie frajerem ten GM, który ich w Top 15 nie wybierze, aczkolwiek Rivers na dzisiaj w Mockach nie mieści się nawet w Top 20.

 

 

Obok tej dwójki po cichutku swoje pod koszem robił Tyler Zeller (23 pkt., 11 zb., 2 blk.). Po cichutku to może za mało powiedziane, ponieważ Zeller miał pierwsze 11 z 13 punktów Tar Heels, a połowę zakończył z dorobkiem 19/8. Duke nie mieli żadnej odpowiedzi na 7-footera, który jest prawdopodobnie najlepiej biegającym centrem w NCAA. Big Z dobijał, odcinał się na pick’n’rollach, gdzie Kendall Marshall (14 pkt. 8 ast.) albo dostarczał niesamowite podanie, albo penetrował do środka i kończył rzutem o deskę. Swoją drogą, zagrał jedno z najlepszych spotkań w ofensywie. Obok tej dwójki jak zwykle solidnie pracował John Henson i do jasnej ciasnej! Uwielbiam tego gościa, bo jego zaangażowanie w to co robi jest wręcz profesjonalne. Henson miał 12 punktów, blok i SIEDEMNAŚCIE zbiórek, w tym aż 6 w ataku (Zeller – 4), dlatego Tar Heels zakończyli pierwszą połowę runem 14-5, a drugą rozpoczęli od serialu 14-4, w którym główną rolę grał Barnes (7 pkt.).

 

 

Obwód Duke szalał i w zasadzie trzymał wynik przez pierwsze 20 minut (7/17 za trzy), a w całym meczu obwodowi Blue Devils trafili 14 trójek na 33 oddane i zagrali na swoim poziomie (39% w sezonie – 21 miejsce w NCAA).

 

 

Oglądając ostatnie 10 minut + atletycznego Jamesa McAdoo (będzie kiedyś domina torem na PF), nie wierzyłem, że Krzyzewski i jego grzeczni chłopcy wrócą z dalekiej podróży i wygrają całe spotkanie. Bracia Plumlee mieli problemy w ofensywie, ale za to Mason zebrał 14 piłek i blokował rzuty rywali z pomocy. W tym wszystkim kluczem, no może kluczykiem okazał się Seth Curry (15 pkt., 4/8), który trafił daggera zmniejszającego prowadzenie bodajże tylko do czterech punktów. Rzut nie powinien być zaliczony, ponieważ powtórka pokazała drobne kroczki w jego wykonaniu. Tak czy owak, zastanawiam się, czy spytać się go na twisterze o maila jego mamy, z która każdy z nas chciałby pójść na kolację. Seth Curry nie jest tak popularny jak jego brat Stephen, ale momentami jest druga opcją zespołu i potrafi wytrzymać presję.  Podobnie jak informatyk Ryan Kelly, który jako jedyny nie chodził na zajęcia z html’a. Miał 15 punktów i kilka ważnych zagrań w crunch time, w tym faul ofensywny wymuszony na Barnesie.

 

 

Ciekawy stat, który ma się nijak do przebiegu meczu:

North Carolina – 42-14 w pomalowanym (41-31 na deskach)

Duke – tylko 17/26 z wolnych

 


Lecę z tematem i tak sobie gdybam i gdybam, ale chcę wrócić do tematu Austina Riversa. Przy wspomnianej wymianie ognia z Barnesem, Rivers trafił dwie trójki back-to-back, a Duke nadal byli na -12. W ostatnie 3 minuty wypunktowali Tar Heels aż 15-4 (Rivers 5 pkt.), zaś Tyler Zeller trafił tylko dwa z czterech wolnych w kluczowej minucie i kto wie, może UNC dowieźliby ten mecz do końca? Daddy’s Boy wziął jeszcze Zellera w izolacji i trafił taki oto rzut przez ręce najdłuższego człowieka na kampusie w Chapel Hill…

 

 

 

 

Doc Rivers cieszył się tak, jakby pod choinkę dostał pierwszą kolejkę górską. Tak naprawdę widać było w jego oczach ojcowską miłość i myślę, że tacy ludzie jak Austin mają nieco łatwiejszą ścieżkę kariery. Od czasu do czasu Doc szeptał na ucho swojemu synowi, kiedy ten odpoczywał na ławce. Oczywiście były to wskazówki do lepszej gry, poprawienia elementów, które szwankowały jeszcze w pierwszej połowie. Nie przepadam za Duke, ale zobaczcie w jaki sposób cieszyli się Państwo Rivers Doc Rivers + córka/siostra Austina i Państwo Curry. Wszystko jest w tym filmiku na górze, a nacieszcie oczy moi mili, bo jak wejdzie w życie ACTA, to nasz blog będzie wyglądał jak papier toaletowy. Miejmy nadzieję, że bez draski...

 

 

Dla takich spotkań warto oglądać NCAA, a sam mam do siebie pretensje, że aż dziewięć budzików nie zdołało mnie obudzić na trzecią w nocy. Nie pomogła pizza, kubek herbaty i spore chęci, zaś uśpił mnie dość szalony dzień, który trwał od 6 rano do 23 wieczorem.

 

 

Postaram się jeszcze dzisiaj napisać coś na temat meczu Syracuse z Georgetown, który Orange wygrali po dogrywce.

 

 

Z innej beczki: Tar Heels prowadzą w całej serii 131-102, zaś Blue Devils wygrali aż pięć z sześciu ostatnich spotkań.

 

 

Pozdrawiam serdecznie,

 

Ambasador C…


 

 



Podziel się:

komentarze (1) | zaloguj się, aby dodać komentarz

PRZERWA NA ŻĄDANIE (08.02.2012)

czwartek, 09 lutego 2012 14:22

 

Bartek Tomczak

 

Najnowsza Przerwa na Żądanie, z podsumowaniem wydarzeń minionej nocy na parkietach NBA.

 

Program dostępny w lepszej jakości, po przestawieniu na 720p.

 



Podziel się:

komentarze (5) | zaloguj się, aby dodać komentarz

WILL FERRELL ZAPOWIEDZIAŁ PIERWSZE PIĄTKI PRZED MECZEM BULLS-HORNETS

czwartek, 09 lutego 2012 12:32

Maciej Kwiatkowski

 

New Orleans Hornets gościli wczoraj bolące plecy Derricka Rose'a i Chicago Bulls. Przegrali: 67-90, ale zaliczyli chociaż dobry start. Tzn mieli dobrego konferansjera:



 

"It was funny. It's the first time I've ever seen Thibs smiling before a game. I told him, 'Let's be serious, man. Can't be smiling out there" - powiedział Luol Deng aka "He collects rare birds and has a pet dolphin named Chachi".

 

Rose został nazwany fanem filmu "Notebook", miłosnego dramatu, rozgrywającego się w latach 40-tych.

 

Ferrell razem z Zachem Galifianakisem kręcą natomiast w Nowym Orleanie film "Dog Fight", opowiadający o dwóch aspirujących politykach przeciwnych opcji. To trochę jak Larry i Magic pracujący nad rzutem Shawna Mariona, więc musi być dobrze.


 

 



Podziel się:

komentarze (1) | zaloguj się, aby dodać komentarz

BEEF: PERKINS VS LEBRON, CZĘŚĆ PIERWSZA I OD RAZU DRUGA

czwartek, 09 lutego 2012 11:29

 

Maciej Kwiatkowski

 

Ostatniej nocy Orlando Magic mieli dwie akcje, które mogłyby trafić do Top10 zespołowych zagrań tego sezonu. Tak, Orlando Magic - Zespół, drużyna, jedność. W  drugiej kwarcie podali sobie piłkę 9 razy zanim Chris Duhon extra-passem znalazł J.J'a Redicka, a ten trafił wielki rzut za trzy. Pod koniec trzeciej kwarty zdążyli sobie podać 10 razy w 16 sekund zanim piłka dotarła do (hej) Duhona, który trafił za trzy. Miami Heat grali bez Mario Chalmersa i przegrali ten mecz (89:102) w połowie trzeciej kwarty, gdy Erik Spoelstra zdjął z boiska Dwyane'a Wade'a (18 pkt w 2q) i wystawił do gry wysoki obwód z LeBronem Jamesem, Mike'm Millerem i Shane'm Battierem.  

 

W ostatniej akcji pierwszej połowy Dwight Howard (25 pkt, 24 zb) sfaulował Jamesa tak, że spadła mu opaska, więc wiecie - ha ha ha, świat zobaczył jego zakola (ugh). Zakłopotany LBJ spudłował dwa rzuty wolne i nie trafił potem żadnego z ośmiu rzutów z gry po przerwie. Już tak karykaturalnie doszukuję się powodów, przez które James traci pewność siebie, że nie mogłem się powstrzymać od zwracania uwagi na ten NIEWĄTPLIWIE przełomowy moment meczu.
 

 

Żarty na bok - Ryan Anderson (27 pkt), Redick czy Jameer Nelson, którego pięć kolejnych punktów posłużyło za dagger, co jakiś czas będą chcieli pokazać Dwightowi Howardowi, że nie są jeszcze tacy źli. Zwłaszcza wtedy, gdy sami widzą, że Howard mecze przeciwko gwiazdom tej ligi - jak w poniedziałek, gdy ograniczył "Lob City" do jednego wsadu - traktuje w tym sezonie poważniej niż inne.  

 

Być może jednak w głowie Jamesa było coś innego niż absolutnie zawstydzający i przykry moment z opaską. 

 

Kiedy Blake Griffin wsadził nad głową Kendricka Perkinsa, James napisał wtedy na twitterze: 

 

"Dunk of the Year! @blakegriffin just dunked on Kendrick Perkins so hard!!! Wow! I guess I'm No. 2 now. Move over #6,"



Retweetowałem to, bo pomyślałem: okej, LBJ znów mówi o sobie w trzeciej osobie, ale dzięki swojemu Twitterowi kontynuuje też pokazywać fanom, światu, że nie jest wcale jakimś naćpanym sławą bufonem, nie pozuje albo przynajmniej bardzo się stara, żeby na takiego nie wyglądać. Pisząc "I guess I'm No. 2 now" chodziło mu o swój dunk nad Johnem Lucasem.  

 

Kendrick Perkins to jednak inny przypadek. Twardy chłopak z południa, który kumpluje się z Rajonem Rondo i Stephenem Jacksonem. Przede wszystkim ma jednak dość Jamesa, widując go regularnie od 2007 roku w trakcie rywalizacji Celtics z Cavaliers. PerkyPerk po wtorkowym meczu z Golden State Warriors rozmawiał z Marcem Spearsem z Yahoo! Sports i tweet Jamesa  nie był jednym z jego ulubionych: 

 

"You don’t see Kobe tweeting. You don’t see Michael Jordan tweeting. If you’re an elite player, plays like that don’t excite you. At the end of the day, the guys who are playing for the right reasons who are trying to win championships are not worrying about one play.
 

 

“They also are not tweeting about themselves talking about going down to No. 2. I just feel [James] is always looking for attention and he wants the world to like him.”
 

 

James znał te komentarze przed meczem z Orlando, bo już po spotkaniu wypowiedział -się na ich temat.



"I would never apologize about anything like that when i'm connecting to my fans"
 

 

"Did I call him out? I mean, did you read the tweet? Did I call him out? I can see why he felt embarrassed. I don't think I was the only one to react to the unbelievable play by Blake and that's what it was all about,"
 

 

"Now, if Kendrick Perkins dunked on somebody like that on the other end, I would have done the same thing. If Perkins dunked on Blake Griffin or DeAndre Jordan or whatever the case may be, it would be the same thing. That's just my love for the game and connecting with my fans."
 

 

Perkins wiedział dobrze gdzie trafić, ale myślę, że LeBron (chciałbym pisać o nim np "Billy", bo "LeBron" niestety brzmi już zbyt majestycznie) zachował się jak Normalny Joe. Nie dziwię się jednak reakcji Perka, bo jest Kendrickem Perkinsem i to co dostaje się od niego na boisku, dostaje się też w całym pakiecie. Jeszcze wczoraj napisałem dokładnie to samo o S-Jacksonie, pisząc do nowego numeru MVP. 

 

Bryant faktycznie nie używa twittera, Jordan też. W przypadku M.J'a byłby to nawet naprawdę zły pomysł. Zresztą i Bryant mógłby się nasłuchać o swoim nieudanym małżeństwie czy o tym jak przeciętny jest w crunchtime w drugim sezonie z rzędu. Takie to czasy, że takie sieci jak Twitter, Facebook, czy internet ogólnie, odbierają całą mitologię przeglądania telegazet czy doszukiwania się jakiegkolwiek inside'u w życie naszych bohaterów, sprowadzając ich pomiędzy nas, chyba często zbyt bardzo. Śledzę twitter Jamesa od dawna i myślę, że dobrze mu to wychodzi i wychodzi mu to na dobre. 

 

"I'm an easy target; if someone wants to get a point across -- just throw Lebron's name in there. You could be watching cartoons with your kids and you don't like it, you say, 'Blame it on LeBron.' If you go to the grocery store and they don't have the milk that you like, you just say, 'It's LeBron's fault."
 

 

Ooookej, ale zamiast uklęknąć przy słowach Jamesa, lepiej zobaczyć jak głęboko to wszystko w nim siedzi skoro rzuca te słowa w takiej sytuacji, praktycznie po raz pierwszy w tym sezonie. Frustracja porażką? Być może bardziej niż efekt samych słów Perkinsa. Perkins natomiast pozostanie dalej sobą, bo NBA czy defensywa Oklahoma City Thunder w szczególności potrzebują takich charakterów. Nie wiem jednak czy sam Perkins nie ma większego problemu z dunkiem Blake'a niż z samym Jamesem. I to jest dla mnie zaskakujące w tym wszystkim.

 


 

 



Podziel się:

komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

JEREMY LIN CZYLI RĘKA KOGO TYM RAZEM?

czwartek, 09 lutego 2012 8:10

Maciej Kwiatkowski

 

“Like I said after the last game, I wouldn’t have imagined this,”  

 

W czwartym meczu NBA Summer League 2010 nr 1 draftu John Wall oddał parkiet niewybranemu w tym samym drafcie Azjacie z Kalifornii. Jeremy Lin w krótkim czasie rzucił 13 punktów, miał kilka asyst, dunk i trafił nawet coś z dystansu. My pisaliśmy o tym głównie z racji na Walla, ale Lin wtedy podpalił lont od Oregon do Palo Alto i od Taipei po Kachsiung.  

 

Ostatniej nocy Jeremy Lin zrobił to raz jeszcze. I raz jeszcze, gdy mówimy o tym co wydarzyło się i dzieje się przez ostatnie dni... Jeremy Lin spadł na NBA i ma 60 tys. nowych śledzących na twitterze. Kim on myśli, że jest? 

 

9/14 z gry: fade-away z sześciu metrów o tablicę (myślisz fuks...), reverse-layup na lewą rękę (Pacific MJ?), a nawet dunk in the traffic. 23 punkty, 10 asyst i tylko dwie straty po ośmiu przeciwko Utah, gdy grał ostatni raz i zdobył 28 punktów.



25.3 punktów i 8.3 asyst w trzech ostatnich meczach. Statystycznie coś jak dobry tydzień Derricka Rose'a

 

W tych trzech meczach trafił tylko 1 z 10 rzutów za 3 i wszystko to przypomina mi trochę to co zrobił kiedyś Ramon Sessions, gdy dostał już minuty. Zresztą jeśli bliżej się temu przyjrzeć to jego gra może wyglądać nieco jak Sessions, ale już są przecież tacy, którzy chcą widzieć w nim drugiego Steve'a Nasha. Ma naprawdę dobry przegląd gry: rzucił bounce-pass a'la Nash właśnie do ścinającego z rogu wdłuż linii końcowej Landry'ego Fieldsa, obsłużył Tysona Chandlera przy kilku dunkach, w pick/rollu, czy to lobem, kozłem zza kosza właściwie. Nie jest najszybszym graczem na parkiecie, ale jednym z szybszych. Kiedy jednak atakuje, wybiera dobre kąty do penetracji. To jest w zasadzie jego gra w tym momencie.... Reminder: Nash jest jednym z trzech-pięciu najlepszych snajperów w historii tej gry. 

 

“He just does everything easy and the rest of the guys around him are playing the way we want to play,” - Mike D'Antoni powinien dostać doktorat i dożywotni kontrakt w Knicks. 

 

Wall sam miał 29 punktów, ale my tu piszemy przecież o nowej gwieździe New York Knicks. Kibice Washington Wizards, na tej wyspie, pustyni, stolicy USA czy jak zwał, też są spragnieni takich występów. Tajwański flagi zwisały w Verizon Center, a Lin powoli zaczyna wyglądać jak Tim Tebow of the National Basketball Association. 

 

A ten dunk? 

 

“Just one of those in-a-moment things. I think they messed up on their coverage, so I was able to get free.”


 

 

 

Jasne, to Wizards przecież. Sam mecz był do oglądania tylko z racji na Knicks. Ile można mieć zabawy z 5/9 za 3 Steve'a Novaka, dunków Chandlera (głównie z podań Lina) czy w końcu dobrego meczu od Imana Shumperta? Zaskakująco sporo, gdy grają z największą gwiazdą Knicks w tym sezonie. Cóż, Knicks wygrali trzeci mecz z rzędu, grają bez Melo i Amare. Jeśli w piątek wygrają u siebie z Los Angeles Lakers (ESPN), to czas kryć się do bunkrów. Bogowie koszykówki: dziękuję.

 


 

 



Podziel się:

komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

O CZŁOWIEKU SŁÓW KILKA

środa, 08 lutego 2012 18:01

Michał Kajzerek

 

Ludzie uwielbiają mieć los w swoich własnych rękach. Niejednokrotnie nie wiedzą, co z nim począć, ale lubią to uczucie. Zawodnicy mają to dzięki regularnym zastrzykom finansowym na ich przerośniętych dolarami kontach. Wiodą beztroskie życie zajadając się świeżymi warzywami, kątem oka patrząc na do połowy pełną szklankę pomarańczowego soku bez konserwantów. Tak, by w trzewiach czuli wszystkie smaki życia. Przewrotny los potrafi być jednak cholernym wyzwaniem nie tylko dla szarej masy zmagającej się z nim na co dzień. Nawet na pozór nietykalni mogą w sekundę stracić grunt pod nogami. Co dzieje się wokół nas, dzieje się także w NBA, gdzie wielu nieświadomych spełnia swój amerykański sen. Zbieżność światów nie jest przypadkowa, mimo, że zarysowały się między nimi takie wielkie dysproporcje.

 

Amare Stoudemire musi odnaleźć w sobie siłę, by przetrwać tę rodzinną tragedię bez szwanku na psychice. Nic, co ludzkie nie jest mi obce w nieco bardziej drastycznym wydaniu. Budzisz się rano ze świadomością porażek, jakie odnosiłeś w zawodowej karierze, porażek w sensie dosłownym. Idziesz zjeść śniadanie, pogłaszczesz kota, spojrzysz na gderającą starszą sąsiadkę, wyraźnie podirytowaną Twoim majątkiem i na koniec porannej rutyny zastanawiasz się, czy Mike D’Antoni na pewno ma racje.

 

…wieczorem kierujesz się na Florydę, gdzie w wypadku samochodowym zginął Twój brat. Osoba znająca równie dobrze, co Ty obraz ponurego dzieciństwa afroamerykańskiej rodziny u schyłku XX wieku. Codzienność rozmywa się, jak powietrze bezdźwięcznie uderzające o szybę Twojego samochodu. Rozszerzone gałki oczne świadczą o strachu bądź żalu, jesteś zbyt rozdarty, by wiedzieć. Twój brat zginął w wypadku samochodowym kilka godzin temu, doskonale wiesz, że ostatnie słowa, które do niego wypowiedziałeś pozostaną tymi ostatnimi i choćbyś chciał wytargać jego dusze z powrotem – nie udzieli już żadnej odpowiedzi.

 

Czarnoskóry mężczyzna w Escalade nie zapiął pasów i zderzył się z drugim pojazdem ponosząc śmierć na miejscu. Nazywał się Hazell Stoudemire i był bratem zawodnika New York Knicks, jednego z najlepszych silnych skrzydłowych w lidze. Katolicy często powtarzają, by nie szufladkować zmarłych, zrobi to nekrolog. Niemniej Hazell był czystym zaprzeczeniem natury Amare, różniło ich wiele, ale decydujący był fakt, że to STAT został obdarzony talentem. Mówię to, piszę to – bo ludzie w owczym pędzie świata kręcącego się wokół pieniądza zapominają o swoich pierwotnych instynktach, m.in. o współczuciu, zrozumieniu i uszanowaniu.

 

Powoli odkrywam, że kryzys, który od kilku lat towarzyszy każdej dziedzinie życia nie jest powiązany stricte z tym, jak obraca się dolar i czy euroland przetrwa próbę czasu. Poniekąd dotyczy także ludzi trywializujących tragedie innych. Jeżeli szukacie przykładu z naszego podwórka, to zapraszam na fuckty po fucktach. Z tematów okołokoszykarskich – tragedia Amare Stoudemire’a również wnikliwym pozwoliła odnieść wrażenie, że niektórzy dziennikarze zabili w sobie człowieczeństwo.

 

Twitter jako mikroblog, mini-blog i miliony innych określeń – jest dla dziennikarstwa internetowego i nie tylko małą rewolucją, bez wątpienia. Czasami jednak ograniczeni w 140 znakach i w gorącej wodzie kąpani najlepsi sportowi żurnaliści walną coś na tablice w ramach hot-story bądź breaking-newsa – nie używając podczas trwania całego procesu przez najmniejszą sekundę ani jednej szarej komórki. W ten oto sposób rodzą się takie kwiatki: „Amare’s brother died in a car accident. STAT is out - Huge lost for the New York Knicks” (?!?!), chwilę później jeszcze jeden: „Stoudemires fatal accident, more here ****”.

 

Ciśnie się na usta kilka inwektyw, a morał z tego taki i niektórym znany – abyś nigdy nie był równie pojeba**.



Podziel się:

komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

RIVALRY WEEK: ALIGATOR ZJEDZONY!

środa, 08 lutego 2012 14:37

Sebastian Hetman

 

 

(9)FLORIDA GATORS @ (1)KENTUCKY WILDCATS  58:78 (26:38)

 


Kandydaci do Draftu 2012 wg ESPN Top 100:

 

PF/C  Anthony Davis  (1): 16 punktów, 6 zbiórek, 4 bloki, 2 przechwyty, 8/13 z gry

 

SF  Michael Kidd-Gilchrist  (5): 13 punktów, 13 zbiórek, 3 asysty, 4/8 z gry

 

SG  Bradley Beal  (8): 14 punktów, 6 zbiórek, 3 asysty, przechwyt, 1/7 za trzy

 

PF/SF  Terrence Jones  (16): 4 punkty, 7 zbiórek, blok, 2/7 z gry

 

PF/C  Patric Young  (17): 12 punktów, 4 zbiórki, 2 bloki, 5/10 z gry

 

PG  Marquis Teague  (30): 12 punktów, 10 asyst, 3 zbiórki, 5 strat, 4/6 z gry

 

SG  Doron Lamb  (37): 18 punktów, 3 zbiórki, 4/5 za trzy

 

SG/PG  Kenny Boynton Jr.  (60): 18 punktów, 2 asysty, 4/8 za trzy

 

 

Nie będę oszukiwał. Po pierwszej połowie zasnąłem, a kubek herbaty i rogalik nie pozwolił na obejrzenie Anthony’ego Davisa, który zjada aligatora. Drugą część spotkania nadrobiłem w pracy na małym okienku, ale to się liczy, prawda?

 

 

Świętej Pamięci Hanka Mostowiak chciałaby obejrzeć takie spotkanie, w którym niespełna 19-letni chłopak wyglądający jak pająk (o zasięgu 224 cm) robi w defensywie wszystko. Od A do Z... Dlatego z miejsca polecam artykuł Krzyśka Kosidowskiego, w którym przedstawia murowany numer 1 Draftu 2011.

 

 

Anthony Davis (16 pkt., 4 blk.) po raz kolejny był cichym game-changerem parkietu w Lexington, a Gators zgodnie z oczekiwaniami nie mieli na niego odpowiedzi. Oficjalnie Davis mierzy 208 cm, ale wygląda jak chłop pokroju 211/213. Przez pierwsze dwa miesiące nie podniecałem się aż nadto jego umiejętnościami, ale psia mać! Gość większość swoich wczorajszych punktów zdobył wsadami, a na dzień dzisiejszy ma koncie 127 wsadów i aż 212 bloków!  Taki żart Andy'ego Katza z ESPN, ale w tym momencie Davis ma w swoim dorobku 249 zbiórek, 120 bloków i 38 przechwytów. Dla porównania odsyłam do świetnej analizy na HoopSpeak.com. Co najlepsze, sezon potrwa co najmniej do marca, zaś Kentucky są faworytem do gry w Final Four. Davis swoimi długimi susami przedostaje się błyskawicznie pod kosz, a potwierdza to chociażby ten dunk poniżej, po którym oczywiście z moich ust wydobyło się streetballowskie „Łooooooooooo!”. Poza tym Davis nabił kilka asyst swoich kolegom, a korzystał z tego głównie Marquis Teague (12 pkt., 10 ast.), który dorzucił do tego niestety 5 strat.

 

 

 

 

Przez pierwsze pięć minut ciężko oglądało mi się popełniających straty (w sumie 13 w całym meczu) Wildcats, może dlatego, że nie przywykłem do takich początków w ich wykonaniu, ale malutki, malusieńki run 6-0 w wykonaniu Gators dawał nadzieje na świetne spotkanie. Mój człowiek Terrencce Jones nie był sobą w ofensywie i wypadł słabo na tle pozostałych grajków, ale dawał radę na przekazach i uwielbiam w nim to zaangażowanie. Poza tym, od czego Kokainowy Cal ma swojego point forwarda?  

 

 

Michael Kidd-Gilchrist (13 pkt., 13 zb., 3 ast.) z meczu na mecz umacnia swoją pozycje w Top 5 Draftu 2012. Nadal gra aktywnie na atakowanej desce (wczoraj 4 zbiórki ofensywne) i był głównym powodem, dlaczego Bradley Beal wypadł tak słabo w tym szlagierowym pojedynku. Momentami zmieniał obraz gry, kompletnie. Gilchrist przylepił się do niego jak sztuczna szczęka do podniebienia po użyciu kremu, który reklamowała niegdyś „mama Marka Mostowiaka”. Co ja mam z tym serialem! Wybaczcie, ale dwie osoby u mnie w domu są zapalonymi fanami tego ścierwa.

 

 

Kiedy Patric Young dostawał piłkę w polu trzech sekund, momentalnie dwóch graczy z góry schodziło na popularną pomoc. I cholera, Wildcats grali w tych fragmentach rewelację, dlatego Young nie wykorzystał kilku sytuacji 1-na-1 w low post bezpośrednio z Anthonym Davisem. Inna sprawa, że aktywni obrońcy zatrzymali super tercet Gators. No może poza Kenny Boyntonem (18 pkt., 4/8 za trzy), ale pozostała dwójka nie poradziła sobie z presją:

 

 

Erving Walker – 0/7 z gry (0/4 za trzy)

Bradley Beal – 5/15 z gry (1/7 za trzy)

 

 

W sumie dlatego od stanu 20:17 Wildcats dojechali do 38:26, a w drugiej połowie dołożyli jeszcze 40 punktów. Szalał wtedy Doron Lamb (18 pkt., 4/5 za trzy), który po zasłonach gra jak mało kto w SEC Conference. Jego cztery trójki dołożyły kolejne asysty do dorobku Kentucky (w sumie 18 przy 29 trafionych rzutach) i było w zasadzie po wszystkim, a Erik Murphy, który miał być czarnym koniem tego meczu, miał raptem 3/15 z gry i wyglądał jak Benjamin Button na środku boiska Rucker Park w nowojorskim Harlemie.

 

 

Wildcats obok Missouri Tigers są najgorętszą ekipą w lidze i z meczu na mecz uzmysławiam sobie, ile jest w tej drużynie talentu. Ilu graczy może kiedyś zaistnieć w NBA. Na trenerze Caliparim można wieszać psy, ale gość od ładnych paru lat rok w rok dostarcza solidnych grajków na parkiety ligi zawodowej. Touché John, touché!

 

 

Aha... Nie mówiłem? Purdue postawili twarde warunki Ohio State i gdyby nie William Bufford, bylibyśmy świadkami sporej niespodzianki.


 

 



Podziel się:

komentarze (0) | zaloguj się, aby dodać komentarz

PRZERWA NA ŻĄDANIE (07.02.2012)

środa, 08 lutego 2012 13:12

 

Bartek Tomczak

 

W sam raz na koszykarskie drugie śniadanie, najnowsza Przerwa na Żądanie, z podsumowaniem wydarzeń minionej nocy.

 

Program dostępny w lepszej jakości, po przestawieniu na 720p.




Podziel się:

komentarze (0) | zaloguj się, aby dodać komentarz

JESZCZE JEDEN TAKI MECZ: WARRIORS-THUNDER

środa, 08 lutego 2012 12:38

 

Maciej Kwiatkowski


"It's one of those things where you shoot it and you're like, 'Aw, that's a terrible shot. When it went in, I was kind of surprised."

 

Więc Kevin Durant jest już tak dobry, że nawet jak nie chce trafić to trafia? Gra jak MVP przez ostatnie dwa tygodnie: 32.9 pkt, 11.2 zb. (!), 3.7 as., 2.0 blk - come on...  Dziś kibice Thunder chyba nie muszą żyć tym, że Oklahoma znów nie broniła i pozwoliła Warriors na 55% z gry.

 

Oglądałem ten mecz - był taki jak oglądać mecz po wielu drinkach - i zastanawiałem się tylko kiedy Scott Brooks powie "chrzanić to" i ustawi Duranta na centrze. Od drugiej kwarty był to praktycznie cały czas small-ball z Durantem na czwórce kontra Dorell Wright czy Brandon Rush. Monta Ellis, który miał już 40 punktów w 29 minucie tego meczu (8 w ostatnich 19), mógł wjeżdżać pod kosz, wymuszać kontakt, kończyć layupy, leanery, łapiąc ten kontakt i opadając na parkiet. W taki sposób wyprowadził Warriors na prowadzenie na 22 sek. przed końcem. Durant odpowiedział rzutem wyżej i w kluczowej akcji, na 4 sek. przed końcem Ellis nie trafił jednak za trzy, mając dobry widok na kosz.

 

Te pojedynki to jak na razie stuprocentowy pewniak do +220 punktów. Wczoraj było 119:116 dla Oklahomy, wcześniej w tym sezonie Thunder też wygrali, 120:109. Russell Westbrook trafia w tym sezonie 50% w crunch-time, Durant 46%, Monta Ellis 48%. 30 punktów Ellisa to najlepszy w tym sezonie wynik do przerwy i wyrównany rekord Kobe'go Bryanta.

 

"Our goal going into the game is to hold Monta Ellis to 50 and he only had 48 so we accomplished two things" - Scott Brooks... Żartował. Raz na jakiś czas zobaczyć coś takiego to odświeżająca rzecz po oglądaniu Wschodu codziennie od 1.00. Półfinały mistrzostw świata w one-on-one game.

 

 

 



Podziel się:

komentarze (3) | zaloguj się, aby dodać komentarz

DLACZEGO WYMIANA RONDO ZA PAU GASOLA TO TYLKO TRADE RUMOR

środa, 08 lutego 2012 10:31

Maciej Kwiatkowski

 

Nie pamiętam aby Hoops World miał kiedykolwiek jakiś Breaking News w sprawie wymian czy transferów, chyba że Alex Kennedy pisał o tym gdzie podpiszą umowy wybory w drugiej rundzie draftu.  

 

Teraz mamy jeden trade rumor. Hitowy. Otóż, Eric Pincus, dziennikarz Hoops World z L.A., napisał, powołując się na swoje źródła, że Boston Celtics zainteresowani są pozyskaniem Pau Gasola w zamian za Rajona Rondo.  

 

Pincus bazuje na wypowiedzi Mitcha Kupchaka, który zapytany przez Lakers.com o ewentualne wzmocnienia, odpowiedział: 

 

“Well, if there were a way for us to get a 25-year-old, All-Star, ball-handling guard we’d love to do it … but that’s not likely in February. So you look at other alternatives, and see if it’s better than what you have. That’s all.”
 

 

Nie wiem nawet gdzie zacząć... Danny Ainge nie ukrywa, że w dobrej wymianie mógłby pozbyć się Rondo. Zresztą całe to zachowanie Ainge'a w stosunku do Rondo wygląda tak niepoważnie, że nie zdziwię się, jeśli Rondo pewnego dnia sam poprosi o wymianę.  

 

Ale za Gasola? 31-letni silny skrzydłowy, a nie broniący obręczy center, który przydałby się Celtics, do tego z ważącym 20 mln dol rocznie kontraktem? Ta umowa będzie jeszcze ważna przez dwa kolejne sezony. Podczas gdy Rondo zarabia połowę z tego, a Celtics chcą w 2012 roku mieć cap-space. 

 

Nie wiem też jak nierzucający PG miałby pomóc Lakers bardziej niż chyba najlepsza obecnie trzecia opcja w NBA, ale to już zupełnie inna sprawa (Lakers mogliby być faktycznie zainteresowani, myśląc o przyszłości, ale Rondo plus 29. team w skut. za trzy teraz już w tym sezonie i Kobe raczej myśli o dniu dzisiejszym) ... Odłożyć, zamknąć, schować i najlepiej nie wchodzić. Chyba, że ktoś lubi takie kwiatki jak ten:



"The drop off from Rajon to second-year player Avery Bradley (a capable defender but not as experienced as a playmaker) may not be as significant to the Celtics as the void in the middle that Gasol would fill."

 

 

 



Podziel się:

komentarze (3) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Licznik odwiedzin:  15 106 209

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
272829    





[ Copy this | Start New | Full Size ]





















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Piotr Makulec

Jego przygoda z NBA rozpoczęła się na początku lat 90-tych, kiedy to po raz pierwszy zobaczył mecz Detroit Pistons z Chicago Bulls, sławnych "Bad Boys" rywalizujących z Michaelem Jordanem. Od tego momentu stał się wielkim fanem "Jego Powietrzności" i Pistons, z którymi jest na dobre i na złe od 1994 roku. Od kwietnia 2007 roku pisze w Probasket.pl, a od 11. lipca 2008 roku także w ZawszePoPierwsze, który założył z Maciejem Kwiatkowskim. Kontrowersyjny i konserwatywny, interesujący się bardziej NBA od kuchni niż opisywaniem meczów (czego nie lubi). Jego marzeniem jest spotkanie się kiedyś z jego koszykarskimi idolami Michaelem Jordanem i Grantem Hillem. twitter


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Rafał Niewiadomski

Liczą się dla niego 3 rzeczy: Jeziorowcy, stroje NBA i rodzina. To właśnie pomiędzy te 3 rzeczy próbuje rozdzielić wolny czas po pracy. W żyłach płynie mu prawdopodobnie żółto - fioletowa substancja zamiast krwi, a zegar biologiczny, w dniu meczu Lakersów, przestawiony jest na czas kalifornijski. O Jeziorowcach i koszulkach NBA mógłby gadać godzinami. Swoją miłość do drużyny z Miasta Aniołów przelewa na lakers.com.pl, o koszulkach czasami pisze na jerseye.bloog.pl. Ulubione zajęcie: przeczesywanie ebaya w poszukiwaniu perełek (jakkolwiek to brzmi). Pierwszy jersey wypłakał w 1995 roku mając 11 lat, obecnie nie wie ile posiada koszulek. Na ZP1 od października 2008. Głównie pisze o koszulkach i butach, czasami przemyci coś o Jeziorowcach. Nie uznaje podróbek. Koszulki koszykarskie, ciuchy czy buty: NIE dla podróbek! twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u