Maciej Kwiatkowski
Paul Pierce - człowiek, który rozpoczął karierę w Bostonie od przyjęcia na głowę 11 ciosów i rozbitej butelki w nocnym klubie Buzz; który w 2002 roku poprowadził legendarny comeback przeciwko New Jersey Nets, rzucając 19 punktów w czwartej kwarcie, gdy Celtics odrobili 21. Potem cierpiał przez kilka lat, przeżywając większą część swojego prime'u w słabym teamie, aby w crunch-time tego prime'u poprowadzić Boston Celtics do mistrzostwa i zostać MVP Finałów. Schemat kariery podobny do Dirka Nowitzkiego, jeśliby zamienić porażki w sezonie regularnym na zwycięstwa, a rozbitą butelkę na głowie na Dona Nelsona z butelką na głowie.
Po zakończeniu sezonu 2006/07 Pierce wahał się czy nie opuścić Celtics, ale został i po przysłudze Kevina McHale'a mógł po roku zdobyć mistrzostwo. Kolejnego może już nie zdobyć, ale jeśli oglądacie go w akcji, widzicie szczęśliwego człowieka, jednego z najbardziej pewnych siebie graczy tej ligi, nawet jeśli regularnie potrafi już zdobywać punkty tylko przeciwko co najwyżej solidnym obrońcom.
W ostatnim tygodniu został jednak najlepszym graczem Konferencji Wschodniej i zmierza do kolejnego występu w Meczu Gwiazd. Celtics wygrali 10 z 11 ostatnich spotkań od czasu, gdy Adrian Wojnarowski napisał, że dzwonią do Bostonu drużyny zainteresowane Pierce'm. Kiedy niektórzy pomyśleli, że nie może już grać, Pierce przypomniał, że jest jednym z najlepszych przykładów w tej lidze na to jak z biegiem czasu pozostać efektywnym, gdy opuszcza cię atletyzm i umiejętność zdobywania punktów w grze jeden na jednego.
The Truth, Mr Slow-Mo. Wheelchair - jak kto zwał, Paul Pierce jest po prostu jednym z lepszych graczy do oglądania w tej lidze. Teraz już na pewno też legendą Celtics.
We wtorek potrzebował dziewięciu punktów aby wyprzedzić Larry'ego Birda na liście najlepszych strzelców w historii Boston Celtics i zrobił to rzutem za trzy z podania Rajona Rondo na początku trzeciej kwarty. Celtics wygrali z Bobcats 94:84.
W dzisiejszych czasach to taka rzadkość, że jeden gracz przez całą swoją karierę reprezentuje barwy jednej drużyny. Jest takie wrażenie, że wraz z odejściem Pierce'a, Kobe'go Bryanta, Tima Duncana czy Nowitzkiego przeminą bezpowrotnie czasy, gdy mieliśmy w lidze po kilka gwiazd tak związanych ze swoimi klubami.
Doc Rivers:
“Here’s the part I wish people wrote more about Paul: Paul had a chance to leave us when we were bad. And instead of moaning that he wanted to go to a championship team, he stayed. And he said, ‘I simply want to be a Celtic and I trust that we’re going to win a title some day.’ He had no reason to believe that, at that time. I mean, we were pretty awful. I wish people talked about his loyalty more, because I think that’s special, especially in this day and time, when everybody’s jumping from team to team. And that’s their right, too, I don’t begrudge that with anybody, but I do think it’s special that Paul Pierce decided that he wanted to be a Celtic for his life. And I think that’s pretty cool. In this day and time, in any sport, I think that’s special.”
via Celtics Hub:
Maciej Kwiatkowski
Milwaukee Bucks wciąż nie potrafią odnaleźć kojącej atmosfery dla rozwoju. W obliczu wykolejającej się kariery Andrew Boguta ławkę trenerską wciąż okupuje Irlandczyk Scott Skiles, który ma kłopoty w utrzymaniu w pionie krewkich charakterów Brandona Jenningsa i Stephena Jacksona.
Steve Nash nie miał nic przeciwko temu. Że Jennings po przedmeczowej rozmowie ze Skilesem oddał tylko CZTERY RZUTY w meczu (co to było?), być może właśnie w najważniejszym momencie zaprzepaszczając szansę występu w All-Star Game. Nash nie miał też nic przeciwko temu, że w decydującej akcji w obronie Jackson wybrał rzut za trzy Granta Hilla niż rzut o deskę Nasha w pomalowanym. Shane Battier wiedziałby, że Hill trafia tylko 28% trójek z rogu w tym sezonie. Jackson wie tymczasem, że w wieku 35 lat najważniejsze dla niego jest to by mieć siedem zer na rocznej pensji jeszcze przez trzy lata.
Suns rzucili 82 punkty do połowy trzeciej kwarty. Potem weszli rezerwowi prowadzeni przez najlepszego koszykarza w rodzinie Telfair i cień Markieffa Morrisa z początku sezonu i Suns stracili całą dwudziestopunktową przewagę. W połowie czwartej kwarty Alvin Gentry wymienił całą rezerwową piątkę na starterów, a ci z -4 wygrali ten mecz. Nash, Jared Dudley z dwiema wielkimi trójkami i Marcin Gortat z jeszcze większą zbiórką ofensywną na 24 sek. przed końcem, która uratowała zwycięskie posiadanie Nasha.
Bucks mieli jeszcze pięć sekund na oddanie ostatniego rzutu, ale Channing Frye - zupełnie znikąd - wymyślił podwojenie na wyskakującym zza zasłony Jacksonie i ten nie mógł oddać rzutu za trzy. Mądre zagranie Frye'a, być może prawdziwy game-winner, bo Jackson mimo wszystko pozostaje nieobliczalny. Dla Suns - trzecie zwycięstwo z rzędu.

Sebastian Hetman
Po sali, której nie można nazwać nawet treningiem. Toczenie się niczym czołg, a forma przed MPD jest taka, jak ta Barona Davisa. Widać tylko spory zarost, resztę zasłania piłka lekarska…
W domu nie ma piwa, ale jest ciepło. Prawe oko skupia się na 12-calowym ekranie netbooka, lewe szuka czegoś do jedzenia. Nie, nie mam zeza moi mili. Nie mam także małpeczek prezydenckich, jest za to perspektywa wstania rano i pojechania na spotkanie z kafejkarzem. Dno totalne…
Nagle przypomina mi się w sumie optymistyczny wpis z popołudnia. W NCAA rozpoczął się tzw. Rivalry Week, czyli tydzień skupiający w sobie największe rywalizacje na parkietach Division I. Myślę sobie: „OK, odpalę dwa spotkania i będzie fajnie”. Jednak do pionu stawia mnie dźwięk telewizora z drugiego pokoju. Leci „M jak Miłość”, a wszyscy domownicy na widok kartonów nagle dostają drgawek jak kot po tyfusie. Przydałby się Citron, ale szafki puste. Tzn. barek pusty.
Do godziny pierwszej w nocy jeszcze kupa czasu, a mnie powoli do łóżka zabiera drzemka, która skończyłaby się pewnie o siódmej rano. I co robię? Chwytam za kubek herbaty, w drugiej łapie mam rogalika i jadę z tematem. Kabarecik się kręci, wraca moc na widok kalendarza ze strony ESPN. To dzisiaj, już za niedługo. Smaczny doubleheader z Konferencjami SEC i Big Ten.
Nie musisz tolerować koszykówki akademickiej, nie musisz nawet czytać moich wypocin, ale jeżeli przegapisz chociaż jedno z tych dwóch spotkań, to jesteś większą gwiazdą niż Gracjan Roztocki. Bez urazy, dla kurażu…
Wtorek/Środa – godz. 01:00: (9)Florida Gators @ (1)Kentucky Wildcats
Nie muszę chyba przedstawaić ekipy kokainowego Cala, ale poza tym, że są obecnie numerem jeden w USA, to czeka ich ciężka przeprawa z być może najgroźniejszym backcourtem w lidze. Kenny Boynton, Erving Walker i fenomenalny freshman Bradley Beal będą zmorami, które powodują zazwyczaj mokre sny u małych dzieci. Na ławce jest jeszcze Mike Rosario. Bang! Nie sądzę, aby Marquis Teague był na tyle dobrym obrońcą (bo nie jest), aby ich zatrzymać + Doron Lamb, który bardziej sprawdza się w ofensywie Kentucky. Przewaga na obwodzie jest po stronie Floridy, której z pewnością będzie kibicował Joakim Noah i kilo marihuany. Obawiam się jednak, że coach Billy Donovan nie będzie miał odpowiedzi na jakże utalentowany frontcourt Wildcats. Utalentowany, długi, atletyczny, skoczny. Przy nich ja i Maciek wyglądamy jak Marty Conlon i Bryant Reeves, dlatego po zakończeniu tego zdania odnoszę nadgryzionego rogalika do kuchni. Anthony Davis blokuje prawie pięć (UWAGA – PIĘĆ!) rzutów w meczu i gładko zbiera ponad 10 piłek. Będzie go bronił mocno zbudowany Patric Young i nie ukrywam, że może być to najciekawszy match up tego spotkania. Terrence Jones będzie bronił nieźle rzucającego za trzy białego skrzydłowego. Jest nim Erik Murphy, który stał się sensacją już na początku tego sezonu. Podejrzewam, że Bradley Beal w defensywie 1-na-1 będzie siedział na wielkiej nadziei point forwarda. Michael Kidd-Gilchrist, o którym miałem okazję pisać, robi rzeźnię po obu stronach parkietu. Podobnie jak Anthony Davis, ale jedynym minusem centra jest wyszkolenie technicznie. Kidd-G. potrafi niemal wszystko, a takich graczy na takim poziomie rozgrywek momentami można szukać ze świeczką. Nie można tego przegapić, a na samym dole podam streamy (dzięki Kosi!), gdzie będziecie mogli szukać. Szukajcie, a znajdziecie. Masa prospektów do gry w NBA…
Przewidywane piątki:
Florida – Erving, Boynton, Beal, Murphy, Young
Kentucky – Teague, Lamb, Kidd-Gilchirst, Jones, Davis
Wtorek/Środa – godz. 03:00: Purdue Boilermakes @ (3)Ohio State Buckeyes
Być może dla niektórych ten mecz będzie tylko małym spacerkiem dla Ohio State, ale do licha! W Purdue gra przecież Robbie Hummel, który po ciężkich kontuzjach wrócił na parkiety NCAA. I to w jakim stylu! Nie jest może tym samym graczem, ale 15 punktów i 6 zbiórek w Big Ten Conference to naprawdę niezłe staty. Buckeyes co prawda nie przegrali jeszcze żadnego spotkania u siebie, ale czemu Purdue nie mogą pokusić się o niespodziankę? Ograli już w tym sezonie Illinois i Minnesotę. No dobra, nie będę kłamał. Dostaną w tyłek -20. A tak na poważnie, to podejrzewam, że Jared Sullinger będzie miał znakomitą pierwszą połowę, bo niestety Boilermakers nie mają na niego odpowiedzi. Niedawno John Gasaway stwierdził, że OSU są najlepszą ekipą w USA. Trochę się z tym nie zgadzam, bo poza pierwszą piątką (w zasadzie czwórką) nie mają na ławce aż tak znaczących postaci i często grają krótką rotacją. Pod lupę bierzemy także Aarona Crafta, jednego z najlepszych PG w tym sezonie. Mogę polecić jeszcze jumpery Williama Bufforda i misiowatego DeShauna Thomasa, który wygląda jak Człowiek Pocisk. Jego szyję ukradł chyba Shawn Bradley… Nie jest to tak wyjątkowy mecz, jakim jest z pewnością starcie Floridy z Kentucky, ale warto obejrzeć chociażby dla przeszłości starć obu ekip, które zawsze elektryzowały kibiców. Przewaga na deskach jak najbardziej po stronie Buckeyes, podobnie jest z punktowaniem na obwodzie i defensywą. Ale kto wie? Może Robbie Hummel zaliczy najlepszy występ w tym sezonie?
Przewidywane piątki:
Purdue – Jackson, Smith, Barlow, Hummel, Carroll
Ohio State – Craft, Smith Jr., Bufford, Thomas, Sullinger
LINKI:
oraz dla burżuji, którzy wybulili kasę (ja nie żałuję) - ESPN Player
Przemek Kujawiński
Boli mnie dzisiaj kolano, co przypomina mi o tym, jak szybko przemieniłem się w mało atletyczną wersję samego siebie i że nie jestem w stanie dać z góry już prawie od 10 lat. Szkoda. Pierwsze dotknięcie tablicy, metalowej części obręczy, obręczy i pierwszy wsad, to były rzeczy, które pamiętam do dzisiaj. Taki sen człowieka o lataniu w bardzo małej skali.
Właściwie nie znoszę Łukasza Biednego za to, co potrafi robić. To uczucie potęguje się we mnie jeszcze bardziej, gdy widzę, że może napisać, że jego pasją jest efektowne wsadzanie piłki do kosza. Hej stary! To jest też moja pasja! To zwykła zazdrość, ale piecze w sercu, bo od czasu gdy jakiś czas temu na plaży w Barcelonie w czasie jednego z eventów z okazji przyjazdu Lakers zderzyłem się z obręczą zawieszoną 20 centymetrów niżej, na dobre już oddałem się w służbę layupom.
Wspominam Łukasza, bo go kojarzę. Prawdopodobnie powinienem oddać jakiś mały hołd nienawiści kilku innym najlepszym polskim dunkerom. Nie siedzę jednak w temacie. Podobnie jest z koszykarskim freestylem, gdzie kojarzę jedynie Mieszko Włodarczyka, którego wyczyny mogliście już kilka razy oglądać u nas na blogu. To nie moja działka, ale...
Do dzisiaj pamiętam, gdy przechodząc ulicą Półwiejską w Poznaniu zobaczyłem pewnego chłopaka. Miał z 15 lat, dobre 20 kilo nadwagi i trzy piłki do kosza, którymi "czynił różne cuda". Zatrzymałem się, bo tak już działa na mnie piłka do koszykówki. Nie wyjdę z Decathlonu nie sprawdzając wcześniej jak leży w ręku każdy możliwe model. Więc zatrzymałem się. To, co mnie zdziwiło, to fakt, że nie tylko ja się zatrzymałem. To nie były lata dziewięćdziesiąte. Ludzie byli po prostu zaciekawieni, co ten "grubasek" robi na tej ulicy. Zgromadził się spory tłum, który naprawdę cieszył się tym mały show.
Rozumiecie? Nie było tam Michaela Jordana, nie było tam ludzi, którzy budziliby ciekawość samym wzrostem i nie było tam Marcina Gortat na kanapie u Wojewódzkiego. Był sobie człowiek, który robił ciekawe rzeczy z piłką do koszykówki. Tylko tyle i jak się okazało, dla poznańskich przechodniów, aż tyle.
Kiedy Łukasz Szwonder, stojący między innymi za speedballin.pl poprosił nas, żebyśmy nowy filmik promujący pokazystreetball.pl opatrzyli własnymi słowami, pomyślałem sobie: Nie znam się na tym kompletnie, moje skillsy z parkietu wyblakły już dawno w barcelońskim słońcu, a konferansjerki uczył mnie Czesław Mozil, ale właściwie czemu nie, bo wierzcie mi lub nie, ale ja naprawdę kocham koszykówkę w każdej postaci.
Jeśli wsadzanie piłki ludziom nad głowami, czy żonglowanie nią na palcu może przyciągnąć do tej gry choćby jedną osobę w dowolnym wieku, to warto to promować.
O tym, czego dokładnie można spodziewać się po pokazach streetballu przeczytacie tutaj. Jeśli jeździcie po turniejach streetballu w Polsce, to pewnie wiecie już z czym to jeść. Jeśli nie, to poczytajcie. Może akurat jest to coś dla was?
A może sami chcielibyście spróbować swoich sił? Umiecie coś więcej niż pisać słabe komentarze? Nie wstydzicie się z tym wyjść do ludzi? Udowodnijcie: pokazystreetball@gmail.com
pees: A skoro już jestem dzisiaj tak straszliwie patetyczny i natchniony (i to za darmo moi drodzy malkontenci, za darmo), to opowiem wam na koniec o jeszcze jednej akcji. Mam koleżankę. Koleżanka ma mamę. Mama ma pasję. Pasja was zawstydzi. Mama biega maratony. Zaczęła niedawno (nigdy nie jest za późno!). W tym roku biegnie w Londynie i to biegnie w szczytnym celu. Mianowicie zbiera fundusze dla Azlheimer Scotland Charity. Nie dajmy Szkotom zapomnieć! Jesteście równie natchnieni jak ja i chcecie pomóc? A może po prostu lubicie takie akcje. Dołączcie tutaj.
Bartek Tomczak
Trzecia już dzisiaj Przerwa na Żądanie, wersja extra wersji EXTRA i jedna z bardziej kontrowersyjnych sytuacji z poprzedniego tygodnia- Kevin Love vs. Luis Scola.
![]()
Patryk Pankowiak
Z pewnością większość z was, oglądając mecz New Orleans Hornets, zadaje sobie pytanie: "Kim jest ten człowiek z numerem #15 na koszulce?". To Tabasco? Kaktus? Ptak? Biały samolot, a może niestrawne burrito? Nic z tych rzeczy, to przecież ... eee? A no tak, jakbym mógł zapomnieć tego sprzedawcę nachosów z budki pod halą, dającego zawsze gratis dwa sosy. Znowu pudło? Wiem! Jakieś głosy rodem z najstraszniejszego horroru szeptają mi do ucha, że to jednak Gustavo Ayon! Nowy podkoszowy "Szerszeni"!
Ayon do tej pory w 16 spotkaniach zebrał łącznie 49 piłek i zdobył 75 punktów, co po ładnym podzieleniu daje mu średnio: 4.7 punktów i 3.1 zbiórki na mecz.
Chłopak rodem z gorącego Meksyku, urodzony 1 kwietnia 1985 roku w małym mieście na zachodzie tego kraju - Tepic, które jest stolicą stanu Nayarit. Zawodową karierę koszykarską rozpoczął w 2006 roku. Swoje pierwsze koszykarskie kroki stawiał w klubie sportowym: Halcones de Xalapa.
Gustavo Ayon, przed dotarciem za ocean, reprezentował barwy hiszpańskiego zespołu Baloncesto Fuenlabrada, gdzie poczynał sobie bardzo dobrze. 26-letni Meksykanin zdobywał średnio 15.9 punktów i notował 8.2 zbiórek na potyczkę. W lidze ACB Ayon podobno czuł się jak "ryba w wodzie", był też jednym z jej czołowych graczy. Co zatem skusiło go do przeprowadzki?
Odpowiedź jest prosta... chyba każdy młody koszykarz, który rozpoczyna swoją przygodę z tym sportem, marzy o podpisaniu kontraktu w NBA. Ciągnie go do wielkiego świata, do którego Nowy Orlean na pewno się zalicza. Tak było, a właściwie jest też w przypadku Meksykanina.
Ciekawostką jest fakt, że Ayon zgłosił swoją kandydaturę do draftu w 2007 roku. Jego osoba nie przykuła jednak większej uwagi, a żadna drużyna ostatecznie nie zdecydowała się na podpisanie z nim umowy.
Nie to nie, jedźmy więc do Europy - coś takiego pewnie padło wtedy z ust tego młodego chłopaka.
Warto podkreślić, że Gustavo Ayon jest również reprezentantem swojego kraju. Występował choćby w takich imprezach, jak FIBA Americas Championship 2007 czy 2008 Centrobasket.
Meksykanin po paru latach gry w Europie w końcu dostał się do NBA, trafił do drużyny Hornets, a u trenera Monyt'ego Williamsa zyskał sobie już spory kredyt zaufania. Można nawet powiedzieć, że Ayon w pewien sposób wygrał pojedynek o miejsce w składzie z Chrisem Kamenem, dawnym All-Starem. Dobra gra Gustavo w dużej mierze przyczyniła się też do oddalenae dawnego centra Clippers z meczowej dwunastki.
Rozmawiałem na jego temat z wieloma osobami. I do tej pory dziwi mnie parę rzeczy. Jak skromny chłopak, który ledwo mówi po angielsku, pochodzący z kraju, w którym koszykówka na pewno nie jest priorytetem, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, wchodzi przez frontowe drzwi i wiąże buty w szatni Hornets? Oczywiście jest dużo zawodników z Europy, którzy są gwiazdami w NBA. Nie szukając daleko, można przytoczyć takie nazwiska, jak: Paul czy Marc Gasol lub naszego (coraz lepiej radzącego sobie "rodzynka" - Marcina Gortata. Na czym polega fenomen Gustavo Ayona?
Trudno to sprecyzować. Oglądając praktycznie wszystkie mecze zespołu ze stolicy stanu Luizjana, mogę jednak stwierdzić, że Ayon ma ogromną wolę walki i hart ducha. W parze do tego idzie jeszcze charyzma i pracowitość. Przepis na sukces? Kto wie... na razie nie można powiedzieć nic więcej o jego karierze w NBA. W swoim sezonie jako rookie zaskoczył pewnie wielu fanów. Mnie osobiście bardzo zaimponował. Jestem niezwykle ciekaw, jak potoczy się jego dalsza kariera w najlepszej lidze świata. Trzymam kciuki za rozwój tego "przybysza z innej planety"!
Patryk Pankowiak współprowadzi polski serwis o New Orleans Hornets. Możecie go śledzić na twitterze.

Kosma Zatorski
- Wymień mi pięciu najlepszych rozgrywających ligi! - obudził mnie w nocy telefonem pijany fan kosza. - Paul, Nash, Rondo, D-Will, Rose... - wymruczałem zaspany do słuchawki. - Wymień mi drugą piątkę rozgrywających ligi! - Westbrook, Wall, Kidd, Lowry... Lawson? - zaakcentowałem pytająco. - Lllll...owry? Który to? - wybełkotał. - Zadzwoń jutro, opowiem ci. Zadzwonił. Naładowany wiedzą z internetu następnego dnia zacząłem się wymądrzać, rzucać statystykami i pokazywać highlity. - Cholera, czemu ja o nim dowiaduje się dopiero teraz? - zapytał. Napisałem do Maćka. - Chcę coś zrobić o Lowrym. - Spiesz się, już rzuca poniżej 40 proc. skuteczności - alarmował. Spieszę się więc!
Zacznijmy od podstaw. Co Kyle Lowry robi w Houston? Luty dziewiętnasty, dwa tysiące dziewiątego. Kyle Lowry jest częścią trójstronnej wymiany. W niej Rafer Alston trafia do Magic, a Mike Wilks i Adonal Foye wędrują do Memphis, Lowry zaś do Rockets. Czytałem to pięć razy. Memphis pozbyli się Lowry’ego ot tak i za nic. . Tak, jak rzucasz dziewczynę, którą widywałeś raz w tygodniu i wysyłałeś jej śmieszne obrazki z kota sarmatę „cóżem ja obaczył?” na facebooku. Mniejsza z tym. Memphis zdarzają się mecze, w których tańsza i efektowniejsza wersja Joe Johnsona nie jest go-to-guyem. Zdarzą im się natomiast mecze, w których trzeba będzie wyłączyć z gry Paula czy Westbrooka. Ależ byś się tam przydał dzieciaku!
Memphis postawili na Mike’a Conleya, rozgrywającego o zmyśle trzydziestoletniego weterana, nieprzebojowego lecz mądrego, ułożonego gościa. Lowry był wtedy jego solidnym zmiennikiem rzucającym średnio 7.6 punktu. Identyczne statystyki notował po przenosinach do Houston. Po dwóch latach spędzonych w Teksasie zagrał swój najlepszy i najdłuższy sezon w karierze. W ciągu sezonu spędził na parkiecie ponad 2,5 tys. minut, rzucając zza łuku ze skutecznością 37 procent.
W ostatnim sezonie rzucał już średnio 14. 5 punktu i asystował średnio aż 8 razy w meczu. Rozgrywający o aparycji dziecka na boisku zamieniał się w bestię. Zresztą spytajcie Infini Robinson, która miała wątpliwą przyjemność sędziować jeden z meczy przed obecnym sezonem w Las Vegas. Niezadowolny z jej gwizdków Lowry rzucił w nią piłką i wygrażał nie gorzej niż Chris Brown Rihannie, Shawn Penn Madonnie czy... Serena Williams innej sędzinie. Wróćmy jednak do momentu w którym lockout is over. W pierwszych 12 meczach Lowry rzuca ze skutecznością 43 procent z gry, trafiając średnio 2 trójki w każdym meczu będąc w tym elemencie najlepszy w lidze, średnia 17.3 plasowała go wtedy na miejscu trzecim za Paulem i Westbrookiem. Lepszym asystującym był wtedy jedynie Steve Nash. Fajna gromadka co? Kyle Lowry to po prostu coś więcej niż Andre Miller z wyskokiem.
Ma jeszcze jeden niezwykle ważny, ale wielki plus. Przeliczając jego statystyki na dolary wychodzi na to, że to bardzo dobrze i rozsądnie wydane pieniądze. Kyle zarabia ledwie 5,75 mln dolarów na sezon. Mało jak na gościa kręcącego co wieczór statsy na poziomie 17 punktów i 8 asyst. Nic dziwnego, że Bill Simmons umieścił go w swojej „mądrze wydane salary drużynie”. Obok niego znaleźli się m.in. 16 milionowy Chris Paul, niepełnacztermilionowy Udonis Haslem, czy million dolar baby Omri Casspi. I ten koleś jest dopiero w drugiej piątce rozgrywających.? Nie może być inaczej skoro gra w Houston... No właśnie. Przyznajcie się, kiedy ostatni raz z własnej i nieprzymuszonej woli oglądaliście Houston? W tym roku żaden ich mecz nie będzie transmitowany na całe Stany!
W tej niezbyt efektownej mieszaninie utalentowanych ofensywnie graczy Lowry stanowi wzór do naśladowania... w defensywie. Tankietka – jak nazwał go twitterowy przyjaciel Iminol – jest najlepszy na tej pozycji w lidze. Lepszym nawet niż broniący Jamesa Rajon RondoGrający przeciwko Lowry'emu inni guardzi w sytuacjach 1 na 1 trafiają tylko 33 proc. rzutów. Lowry to piekielna mieszkanka szybkości i mocnej budowy ciała. Krótko mówiąc jest kotem. Ostatnio coś mu się zdrowie popsuło, troszkę pauzował i nie gra już tak rewelacyjnie jak na początku. Jednak warto poświęcić kilka nocy dla Houston właśnie przez niego.
Kosma Zatorski jest redaktorem zielonogórskiego wydania Gazety Wyborczej. Możecie go śledzić na twitterze.

1. Czy trenerzy NBA, który wybiorą rezerwowych powinni kierować się tylko tym krótkim sezonem, czy też patrzeć na cały dorobek gracza?
Marek Dziuba: W głównej mierze krótkim sezonem. Niestety nie jestem trenerem, a znając ich to pewnie pójdą na przekór temu myśleniu. Moje jest proste, chcemy oglądać gwiazdy, ale w jak najlepszej dyspozycji. Ja przynajmniej wolę zobaczyć na boisku LaMarcusa Aldridge czy Rudy'ego Gay'a zamiast Dirka Nowitzkiego i Tima Duncana, którzy z całym szacunkiem powinni w tym czasie (i na pewno woleliby) chłodzić kolana.
Michał Górny: Gracze do ASG (w tym przypadku mowa jest o rezerwach) powinni być wybieraniu „po kluczu” osiągnięć za bieżący sezon. Krótki, bo krótki, ale to zawsze sezon regularny i jest, z kogo wybierać. Chyba to pierwszy raz, kiedy można dziękować Sternowi skompresowany system rozgrywek w tym sezonie.
Sebastian Hetman: Moim zdaniem w grę wchodzi raczej krótki sezon, bo sporo graczy nieoczekiwanie wskoczyło na poziom wyżej (np. Harden, Hibbert) i mogą wykorzystać swoje szanse. Co prawda półtora miesiąca rozgrywek to za mało, ale co zrobić? Mamy taki, a nie inny sezon, więc trenerzy muszą podejść do tego naprawdę obiektywnie, ale jestem przekonany, że i tak trzech/czterech grajków zasługujących na All-Star nie zmieści się w rotacji, bo takich zawodników jest w tym sezonie o wiele więcej, niż np. rok temu.
Michał Kajzerek: Nie lubię, gdy ktoś używa stwierdzenia - jesteś tak dobry, jak Twój ostatni mecz. Jest po prostu absurdalne. Myślę, że w pewnym stopniu to samo możemy powiedzieć o bieżącym sezonie, skondensowanym tak, by nie stracić żadnego dolara więcej. Mamy początek lutego, a niektórzy gracze (patrz: Nowitzki, Peace) budza się z ręką w nocniku, bo w gruncie rzeczy lockout nie był żadną przepustką od koszykówki i ciało bardzo łatwo przystoswuje się do leniwego trybu życia, gdy zazwyczaj zmuszane jest do ciężkiej pracy. W moim przekonaniu jest to typowy post-lockoutowy sezon, którego trafnie scenariusz przewidział Jeff Van Gundy. Nie możemy także ufać wybitnym dyspozycjom graczy, którzy do tej pory nie błyszczeli, bo głównym kryterium oecny powinna być regularność, nie chwilowy show-time, mimo, że to Mecz Gwiazd. Na jakiej zatem podstawie trenerzy mieliby dokonywać wyboru w oparciu o aktualne rozgrywki? Dla mnie nie ma to najmniejszego sensu, ale nie będę zdziwiony, gdy znajdę się w mniejszości.
Piotr Kolanowski: Dobre pytanie. Z jednej strony obecny sezon jest bardzo specyficzny i część uznanych gwiazd (np. Dirk) nie potrafi jak na razie znaleźć swojego właściwego rytmu. Nie ulega jednak wątpliwości, że Nowitzki to gwiazda z pierwszej półki i cięzko wyobrazić sobie jego brak w tym meczu. Z drugiej strony nie można przejść obojętnie wobec kogoś, kto rozgrywa właśnie sezon życia, a przy okazji jego zespół również spisuje się powyżej oczekiwań. Znając życie, z pewnością ktoś z jednej lub drugiej grupy zostanie pominięty przy wyborze rezerwowych. Bardziej prawdopodobny wydaje się mi jednak wybór gracza do składu "za nazwisko".
Przemek Kujawiński: Chciałbym, żeby kierowali się tylko tym krótkim sezonem. Nominacje do Meczu Gwiazd przyznaje się (albo przynajmniej powinno się przyznawać) za sezon. Powinni w nim grać najlepsi - w tej danej chwili - zawodnicy NBA. Z jednej strony ma to być bowiem dla nich wyróżnienie. Z drugiej strony ma to być święto koszykówki i wielka impreza promująca ligę, a więc wypadałoby rzucić na stół wszystko, co ma się najlepszego.
Maciej Kwiatkowski: Myślę, że trenerzy powinni cofnąć się jeszcze do playoffów. Zresztą, czy z krótkim sezonem czy bez, chciałbym wierzyć, że trenerzy starają się też w jakimś stopniu wynagrodzić też poprzednie playoffy.. W przeciwnym razie zawodnikami w Meczu Gwiazd stawali by się tylko ci, którzy grają bardzo dobre pierwsze pół sezonu, tak jakby ta druga część i playoffy zupełnie się nie liczyły. Wg mnie zwłaszcza w tym sezonie tak powinno być. Pamiętacie, gdy rok temu trenerzy wybrali Tima Duncana? Myślę, że w ten sam sposób powinni potraktować Dirka Nowitzkiego.
Rafał Niewiadomski: Te 20 kilka spotkań to strasznie mała dawka, jednak w tym roku kibice nie wypaczyli pierwszych piątek, trenerzy swoimi wyborami nie muszą więc nic poprawiać. Z czystym sumieniem mogą zatem wybrać tych, którzy najbardziej zasłużyli na to w tym sezonie. Tego bym się raczej trzymał, choć z drugiej strony niezobaczenie kilku znajomych twarzy może być ciężkie szczególnie dla fanów, którzy niecodziennie interesują się ligą. Niemniej cieszę się, gdy nowi zawodnicy dostają szansę w tym meczu. Z reguły nie potrafią udźwignąć ciężaru gatunkowego tego spotkania, ale miło widzieć nowe twarze.
2. Który zawodnik Twoim zdaniem nie może zostać pominięty przy wyborze?
Dziuba: Pomijając najpopularniejsze typy... Josh Smith. Tyle lat czekamy na jego występ w All-Star Game, a gość jest przecież stworzony do takiego spotkania. Nie wyobrażam sobie tego widowiska również przez Andre Iguodali. Może uznacie mnie za wariata, ale chętnie zobaczyłbym w Orlando... Ricky'ego Rubio (na ławce z Russellem Westbrookiem zapewniłby moim zdaniem więcej wow od Ty Lawsona czy Kyle'a Lowry'ego), ale oczywiście nie jest to już typ z kategorii "must".
Górny: Jeśli w tym sezonie trenerzy nie zdecydują się skorzystać z jego usług w ASG to stracę wiarę w jakąkolwiek sprawiedliwość. W zeszłym roku razem z Ellisem i Love’em otarł się o skład Zachodu, jak będzie w tym roku? O kim mowa? LaMarcus Aldridge! Jego 22.8 pkt/mecz, 8.7 zb/mecz musi się znaleźć na ławce Scotta Brooksa (?)
Hetman: Mam dwa nazwiska. Pierwszym graczem jest LaMarcus Aldridge, który gra rzeźnię w barwach Portland, a drugim Roy Hibbert, który technicznie poprawił się niesamowicie. Aldridge jest moim zdaniem na dzień dzisiejszy w Top 6/Top 7 silnych skrzydłowych ligi, a z kolei Hibbert przy skromniejszej konkurencji (kontuzje Lopeza, Horforda) jest drugim centrem na Wschodzie, bo Tyson Chandler nie gra (jeszcze) na swoim poziomie, a reszta jakoś mnie nie przekonuje.
Kajzerek: Luol Deng. W jego wypadku nie ma żadnych przewidywań, że za sezon, dwa będzie all-star, on już jest graczem kalibru All-Star, a na potwierdzenie moich słów polecam wszystkim spotkanie Bulls z Bucks, gdzie wrócił po siedmio-meczowej absencji i grał równie płynnie, co przed kontuzją. Nie jest "fancy", nie wsadza z góry nad rywalami, nie cross-uje niczym najlepsi obwodowi atleci, ale jego profesjonalizm i możliwość adaptacji ogląda się z największą przyjemnością. Poza tym ma nieprzeciętnie możliwości defensywne. Zasłużył, bez cienia wątpliwości.
Kolanowski: Wydaje się, że chyba nie wypadałoby pominąć kogoś z Utah Jazz (Jefferson lub nawet nieco słabiej grający w tym roku Millsap), Denver Nuggets (Gallinari?), Philadelphii 76ers (tu akurat kompletny brak pomysłu na jedno nazwisko. Williams?) czy Indiany Pacers (oprócz Grangera, jak najbardziej Hibbert). Wszystkie zespoły spisują się powyżej oczekiwań i choćby dlatego zasługują na swojego reprezentanta w Orlando.
Kujawiński: Takich zawodników jest oczywiście mnóstwo, bo nie wyobrażam sobie Meczu Gwiazd na przykład bez Russella Westbrooka, czy Kevina Love. Z tego powodu powiem raczej o zawodnikach, którzy pewniakami do występu nie są, a jednak mam wrażenie, że zostaną docenieni. Chciałbym w tym roku zobaczyć w Orlando kogoś z trójki Kevin Martin, Brandon Jennings i Josh Smith.
Kwiatkowski: Pozycje PG i PF na Zachodzie w ostatnich latach były chyba najgęściej obsadzone gwiazdami, przez co wielu All-Stars, jak choćby Tony Parker, miało małe szanse na występ i potem musieli zastanawiać się np co to za Johnson biega na Wschodzie i gdzie on gra. Doszło do małego przewiewu, gdy Amare Stoudemire czy Deron Williams wyprowadzili się na Wschód, dlatego nie wyobrażam sobie Meczu Gwiazd bez LaMarcusa Aldridge'a. Myślę tak, bo nadal kandydatami na Zachodzie są przecież Kevin Love, Dirk Nowitzki, Pau Gasol czy nawet - o czym Przemek wspomniał w ostatniej PnŻ Extra - Tim Duncan. Obaj, Nowitzki i Duncan mają za sobą najlepszy tydzień w sezonie. A pamiętajmy, że kontuzjowany jest jeszcze Zach Randolph. Mam nadzieję, że Aldridge znajdzie się w tym roku w Meczu Gwiazd, bo był już bardzo blisko rok temu, gdy w styczniu chyba nikt nie grał lepiej od niego w całej NBA.
Niewiadomski: Ciężko mi wyobrazić sobie tegoroczny mecz bez licznych reprezentacji Sixers i Pacers, na których nikt nie stawiał przed tym sezonem a które grają wyśmienicie. Iguodala i Granger to niemal pewniacy ale oprócz nich powinniśmy zobaczyć Hibberta i Jrue Holidaya. Przynajmniej mam taką nadzieję, choć zdaję sobie sprawę, że obaj nie do końca dorośli do roli All Stara.
3. Kogo będzie brakować Ci w Meczu Gwiazd najbardziej?
Dziuba: Pana obrony. Dobra, dobra... wiem przecież, że to spotkanie rządzi się swoimi prawami i tylko dlatego nie zagra w nim Joel Anthony, którego kibice tak bardzo się domagali. A tak poważnie, to pewnie Shaqa na boisku, bo trudno znaleźć drugiego takiego showmana wśród tegorocznych All-Stars, a ktoś jest potrzebny do rozkręcenia imprezy.
Górny: Canal Plus oraz Wojciecha Michałowicza mówiącego legendarne „uuuuaa” po byle „trójce” czy lay-upie. Na szczęście po raz kolejny ILP będzie moim „dostawcą wrażeń”. A tak już najzupełniej poważnie to już od lat brakuje mi zespołowych koszulek zawodników (w sensie gracze grają w strojach swoich klubów). To ujednolicenie jakoś nigdy nie przypadło mi do gustu.
Hetman: Krótko i na temat - Shaqa!
Kajzerek: A kto w tym roku bedzie śpiewał? Ri-Ri była dobra w 2011, a skoro Orlando to... Chris Brown? Justin Bieber, który już jest produktem ogólno-amerykańskim? W takim wypadku halftime'ową rozrywkę zorganizuje sobie sam. W kwestii konkretnego zawodnika - ciężko powiedzieć, pewnie taka refleksja nasunie mi się już podczas samego meczu. Luol Deng(?).
Kolanowski: Panów Zenona Telmana i Jerzego Świątka, bo czuję w kościach, że żaden z nich nie pojedzie do Orlando.
Kujawiński: Manu Ginobiliego. Nie wierzę, że Argentyńczyk zagrał w Meczu Gwiazd tylko dwa razy i tym bardziej mi szkoda, że kontuzja przerwała mu tak dobrze rozpoczęty przez niego sezon. Plus ze swoim nieortodoksyjnym stylem gry Manu jest stworzony o tego typu występów.
Kwiatkowski: Z koszulkami mam tak samo jak Michał. Do tego czterech graczy... Ricky'ego Rubio. Tricky Ricky jest jednym z dziesięciu, jak nie sześciu czy siedmiu graczy, których chciałbym pokazać komuś, aby zainteresować go koszykówką. Mój drugi typ to Luol Deng, nadal chyba niedoceniany obrońca i drugi najlepszy gracz najlepszej drużyny na Wschodzie. Gra z zerwanym ścięgnem w lewym nadgarstku, więc myślę, że nie jest to najlepszy pomysł, aby go wybierać, ale będę się cieszył, jeśli trenerzy wybiorą go chociaż po to aby pokazać jak powinno się doceniać grę po obu stronach boiska. Mam trzeciego kandydata - Jason Terry. Nigdy nie grał w Meczu Gwiazd, a był najlepszym zawodnikiem trzech ostatnich meczów zeszłorocznych Finałów. Plus czwarty, Manu Ginobili, którego stawiam w tej samej kategorii fascynujących graczy co Ricky - albo raczej powinienem napisać odwrotnie.
Niewiadomski: Rihanny. W zeszłym roku dała taki show w przerwie, że do dziś ciarki mnie przechodzą ja kto widzę. Jak dla mnie mogłaby występować co roku w przerwie, nawet z tym samym repertuarem. Zabraknie też Shaqa. Wiem, że już rok temu go nie było ale ten bez niego to już nie to samo. Będę też tęsknił za tymi graczami Celtics, których zabraknie (KG? Ray? Pierce?) za to nie będę za Duncanem, Nowitzkim czy Gasolem, którzy zawsze średnio mi do tego meczu pasowali. Choć ni wykluczone, że akurat ich zabraknie, ale młodzi Power Forwardzi Zachodu mocno pukają do drzwi ASG.
Licznik odwiedzin: 15 107 288




Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter

Jego przygoda z NBA rozpoczęła się na początku lat 90-tych, kiedy to po raz pierwszy zobaczył mecz Detroit Pistons z Chicago Bulls, sławnych "Bad Boys" rywalizujących z Michaelem Jordanem. Od tego momentu stał się wielkim fanem "Jego Powietrzności" i Pistons, z którymi jest na dobre i na złe od 1994 roku. Od kwietnia 2007 roku pisze w Probasket.pl, a od 11. lipca 2008 roku także w ZawszePoPierwsze, który założył z Maciejem Kwiatkowskim. Kontrowersyjny i konserwatywny, interesujący się bardziej NBA od kuchni niż opisywaniem meczów (czego nie lubi). Jego marzeniem jest spotkanie się kiedyś z jego koszykarskimi idolami Michaelem Jordanem i Grantem Hillem. twitter

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter

Liczą się dla niego 3 rzeczy: Jeziorowcy, stroje NBA i rodzina. To właśnie pomiędzy te 3 rzeczy próbuje rozdzielić wolny czas po pracy. W żyłach płynie mu prawdopodobnie żółto - fioletowa substancja zamiast krwi, a zegar biologiczny, w dniu meczu Lakersów, przestawiony jest na czas kalifornijski. O Jeziorowcach i koszulkach NBA mógłby gadać godzinami. Swoją miłość do drużyny z Miasta Aniołów przelewa na lakers.com.pl, o koszulkach czasami pisze na jerseye.bloog.pl. Ulubione zajęcie: przeczesywanie ebaya w poszukiwaniu perełek (jakkolwiek to brzmi). Pierwszy jersey wypłakał w 1995 roku mając 11 lat, obecnie nie wie ile posiada koszulek. Na ZP1 od października 2008. Głównie pisze o koszulkach i butach, czasami przemyci coś o Jeziorowcach. Nie uznaje podróbek. Koszulki koszykarskie, ciuchy czy buty: NIE dla podróbek! twitter

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: