Przemek Kujawiński
Weź jednego Blake'a Griffina...
Możecie się śmiać, ale Griffin w ciągu roku dokonał niemożliwego - nie na boisku, ale w naszych głowach. Kiedy myślimy o Clippers najpierw myślimy o czymś innym niż: klęska, miernota i Donald Sterling. Pamiętacie, gdy dwa lata temu "ten drugi" klub z LA wymieniano w gronie potencjalnych nowych pracodawców LeBrona Jamesa? Wtedy naprawdę nikt nie brał tego na poważnie, choć na papierze wydawało się to sensowną opcją. Dzisiaj myślę sobie, że może inaczej byłoby, gdyby Blake Griffin nie stracił swojego pierwszego sezonu...
Chris Paul być może trafiłby do Los Angeles, ale jego "trójka" wyszyta byłaby na złotym tle, a Chauncey Billups szybciej zakończyłby karierę.
Mówiąc metaforycznie, Blake Griffin rozpoczął lawinę, w którą kolejni zawodnicy z własnej woli są gotowi skakać. Kiedy Clippers podpisali kontrakt z Kenyonem Martinem pomyślałem sobie: Nie za dużo? Lob City już wcześniej było Swag City. Jak nazwać je teraz?
Martin prawdopodobnie zadebiutuje w barwach Clippers jeszcze w lutym, bo jego zespół z ligi chińskiej, którego nazwy nie chce mi się sprawdzać stracił już praktycznie szansę na awans do playoffs (a w takim wypadku skrzydłowy musiałby doczekać aż do odpadnięcia swojego byłego klubu).
Clippers, po załataniu dziur wśród podkoszowych pozostała jeszcze jedna sprawa do załatwienia. Mianowicie wciąż grają trzema nominalnymi rozgrywającymi i Caronem Butlerem na obwodzie. Wiecie już kto mógłby załatać tę dziurę?
On też już wie. J.R. Smith śladem swojego byłego kolegi z Denver Nuggets już zaczął rozglądać się zespołem, w którym zagra po zakończeniu "chińskiego zespołu". W grę wchodzi ponoć piątka: Bulls, Knicks, Lakers, Thunder i Clippers. Dotychczas zainteresowanie wykazali jedynie Knicks i Clippers (choć nie można zapominać o tym, że Bulls chcieli dodać go do składu jeszcze przed sezonem).
Drużyna z Nowego Jorku jest w teoretycznie lepszej sytuacji, bo może zaoferować mu wyjątek mini mid-level, czyli 2,5 miliona dolarów, podczas gdy Clippers są w stanie kusić jedynie minimum dla weteranów. Pieniądze to jednak nie wszystko. Podczas gdy Clippers na naszych oczach stają się pretendentem do tytułu, Knicks znajdują się w tej chwili poza playoffami. Swoje znaczenie może mieć też osoba Chrisa Paula, który przyjaźni się ze Smithem jeszcze od czasów swojego debiutanckiego sezonu w Hornets.
CP3 chwytaj za telefon i do dzieła.
Paul - Billups - Butler - Griffin- Jordan + Williams, Smith, Martin, Foye i Evans?
Czy to wygląda na rotację mogącą walczyć o tytuł?
Marek Dziuba
Mavericks wyglądali wczoraj, jakby wypili o beczkę grzańca za dużo tuż przed meczem w zaśnieżonym Cleveland, gdzie przywitano ich jak bohaterów narodowych, za to, czego dokonali w czerwcu (a raczej za to, komu nie pozwolili tego zrobić). Zabrakło jeszcze tylko bruderschaftu między Danem Gilbertem, Markiem Cubanem i Dirkiem Nowitzkim i mielibyśmy drugą paradę mistrzowską. Obrońcy tytułu, grając po raz kolejny bez Jasona Kidda i dzień po goszczeniu Indiany Pacers u siebie, popełnili karygodne 21 strat, w tym wiele naprawdę idiotycznych, nie mówiąc o tym, że zebrali tylko cztery (!) piłki w ofensywie przy 17 Cavaliers... sam Anderson Varejao zebrał więcej piłek w ataku. Dlatego, choć Cavaliers rzucali na wyraźnie słabszej skuteczności z gry, to dzięki miażdżącej przewadze w przytoczonych elementach oddali aż 26 rzutów więcej, a to, chcąc nie chcąc, musiało zrobić różnicę.
Mavs jakimś cudem trzymali się w grze do samego końca i mogli nawet wygrać, ale Jason Terry był świetnie broniony przez Ramona Sessionsa w przedostatnim posiadaniu i spudłował rzut o dogrywkę, a ostatnią szansę na 0.5 sekundy zmarnował.. Brandan Wright. Byron Scott starał się pomagać przyjezdnym na wszelkie sposoby, wpuszczając na boisko nieporadnych Luke'a Harangody'ego i Ryana Hollinsa, ale kolejny popis dał Kyrie Irving (20 pkt., 7 as., 1 strata), zamykając decydującą akcję na 15 sekund przed końcem.
Spojrzałem na listę rozgrywających Konferencji Wschodniej i Irving daje wszelkie podstawy trenerom, by brali go pod uwagę do Meczu Gwiazd. Nie licząc Derricka Rose'a, który w końcu jest starterem, konkurencja to Deron Williams, Jrue Holiday, Rajon Rondo, Lou Williams i Darren Collison. Statystycznie Kyrie odstaje tylko nieznacznie rozgrywającemu Nets, lecz akurat w tym przypadku Cavs mają lepszy bilans od Siatek. W pozostałych główną rolę gra tylko i wyłącznie lepszy wynik drużynowy (Sixers 17-7, Pacers 16-7, Boston 12-10 z tym, że Rondo miał kilka meczów przerwy). Także nie ma się, co śmiać, bo to jest możliwe.
Trenerzy zresztą widzą, że mają do czynienia z kimś specjalnym. Myślę, że tłumaczenie jest zbędne:
“He’s outstanding. I mean, outstanding. That guy can really, really play. I was a little bit astounded, to be honest. I knew he was good in the little bit I’d seen. But then you sit and watch him and go, My God, My God. I see no reason he wouldn’t be at the same level as the Chris Pauls and the Derrick Roses and those guys. He’s got size. He’s quick. He takes the ball to the basket. He makes good decisions. He’s shooting over 40 percent from [3-point range]. He defends.” - Stan Van Gundy
"Irving is a very good young player, but we didn't guard him very well tonight. He'll be a foundation piece for more than a decade, for sure." - Rick Carlisle
“He’s going to be better than a good player, he’s going to be a star. I think he has a shot at that. He’s just powerful, I think that’s what people miss. They see this guard, but they don’t see power. He’s a powerful little guard with great handle, and he’s going to be good.” - Doc Rivers
(15-9) ORLANDO @ (16-7) INDIANA 85:81
To dziwny sezon. Tak napięty terminarz powoduje czasem, że jednego dnia Indiana Pacers wyglądają jak mistrzowie świata w Dallas (piątek), aby nazajutrz sprawiać wrażenie jakby rzucali po ciemku. I to w starciu z drużyną, która nie wygląda jakby jeszcze lubiła grać ze sobą i w której 38 minut gra tors Chrisa Duhona.
Pacers i Magic to w tym sezonie dwa najgorsze teamy NBA w izolacjach. W jednym i drugim zespole brakuje graczy potrafiących użyć kozła i dostać się pod obręcz. Danny Granger i Paul George to jedyny w NBA duet startujących wingmanów o wzroście 203 cm, ale obaj woleliby rzucać z dystansu czy półdystansu niż crossować ludzi czy wykorzystywać pick&roll. Wolą ustawić się post-up, ale ciężko grać tyłem do kosza, gdy za plecami na pomocy jest Dwight Howard. Granger i George spudłowali 18 z 23 rzutów spoza pola trzech sekund, w crunch-time rzucając air-balle zamiast rzutów, które wciąż mogły odwrócić losy meczu.
Dlatego byłem tak zły przez cały mecz na Darrena Collisona. Miał przed sobą 38 minut gry przeciwko Duhonowi i George'a Hilla kontuzjowanego na ławce, a grał niesamowicie pasywnie. Może był zmęczony powrotem z Dallas, ale jego 0 asyst podkreśla też co innego. To, że Pacers zajmują dopiero 25. miejsce w NBA w procencie rzutów asystowanych i trafiają gorzej za dwa (37%) niż za trzy (39%). Pacers nie mają rezerwowego centra, dlatego przed trade deadline może będą próbowali jednego przechwycić, ale nie wiem czy bardziej nie przydałby im się typowy pass-first PG. Opcji ofensywnych jest całkiem sporo, ale brakuje Indianie playmakerów.
Dwight Howard był dokładny i metodyczny w post-up, rzucając 27 punktów i trafiając 7 z 10 rzutów wolnych. Roy Hibbert został zatrzymany na 10 punktach i problemach z faulami w 28 minut. Do tego Granger czy George praktycznie nie próbowali grać tyłem do kosza, bojąc się bloków z pomocy Dwighta. David West (4 pkt) nie zajrzał tam nawet na moment.
Magic wygrali pomimo tego, że Hedo Turkoglu robił wszystko, żeby zapewnić Pacers szanse na zwycięstwo. Beznadziejnie głupi faul techniczny przy +3 na 10 sek. przed końcem, 2/11 z gry i 8 strat.
(18-5) OKLAHOMA CITY @ (16-9) SAN ANTONIO 96:107
San Antonio Spurs w domu (13-1) drugi rok z rzędu zapewniają imponujące tempo i ball-movement wg zagrywek jednego z najbardziej kreatywnych trenerów w historii tej gry. Gregg Popovich jest też mistrzem dzielenia minut, pokazując w ostatnim tygodniu, choćby w Dallas, że jeśli trzeba to zostawi w dogrywce na parkiecie wszystkich swoich rezerwowych o ile ci grają dobrze.
Ten mecz stał się historią, kiedy Russell Westbrook i sędziowie w drugiej kwarcie wyzwolili z Tony'ego Parkera (42 pkt, 16/29, 10/12ft, 0/2 za 3, 9 as., 0 strat) agresję jakiej nie tylko Scott Brooks, ale i ja nie widziałem od dawna. Parker nawet jeśli ogrywa kolejny team, manewrując w pick/rollach, to zachowuje spokój na twarzy i zimną krew. Ewentualnie rzuci jakiś półuśmiech do Popovicha schodząc na ławkę. Wczoraj poczuł w drugiej kwarcie krew i postanowił pokazać dlaczego OKC Thunder nadal mają przeciętny team-defense jak na pozycję kontendera i faworyta Zachodu, na której powszechnie zostali umieszczeni przed sezonem.
Najlepsze, że zanim Parker zaczął być niesamowity w trzeciej kwarcie (16 ze swoich 42 punktów), Spurs zaprezentowali w drugiej kwarcie tak dokładny i szybki ball-movement w ataku pozycyjnym, że może Brooks mógł pomyśleć, że lepiej będzie nie podwajać Parkera przy pick/rollach, skoro Spurs trafiali tego dnia powyżej 50% za trzy (12/23). Ostatecznie Thunder nie zrobili jednego i drugiego. Parker wypickandrolował ich na śmierć, kończąc rzuty, które w NBA z taką regularnością na tej pozycji trafia jeszcze tylko Derrick Rose. Matt Bonner stał na jednym ze skrzydeł (3/4 za 3), wyciągając jednego wysokiego, a Parker rozprawiał się z drugim po wyjściu zza zasłony. Death game.
Thunder byli znów bez Thabo Sefoloshy, ale nawet z nim defensywa Oklahomy nie była nawet w Top10 ligi. Gdy patrzę na roster - widzę sześciu potencjalnych obrońców, którzy mogliby być już teraz czy w przyszłości członkami dwóch najlepszych piątek defensywnych sezonu. A mimo to Thunder są dopiero 27. teamem w wymuszanych stratach, mając przy tym najlepszy transition-offense na wschód od Philadelphii i Miami - nie wykorzystują go. Dlatego gdy myślę o Oklahomie nie martwię się aż tak bardzo o decyzje jakie podejmuje Westbrook czy o to jak znajdować będzie sobie pozycje Durant. Mają 3. ofensywę w NBA, dostając się na linię najczęściej z wszystkich drużyn ligi i najlepiej wykonując rzuty wolne. To czym się martwię, to fakt, że mimo dojścia Kendricka Perkinsa i posiadania takiego indywidualnego potencjału w obronie (top 4 NBA w obronie izolacji i post-up), drugi sezon z rzędu są poza Top10 efektywności defensywnej, a powinni być spokojnie w Top5. Nie mam wrażenia oglądając Oklahomę, że defense napędza ten zespół, tak jak dzieje się to w Chicago czy Miami.
Defense Spurs? Zupełnie inna historia, czyli historia Spurs z poprzedniego sezonu. Mają 2. ofensywę w NBA i dopiero 19. obronę. Nie bardzo widzę jak mogą się poprawić i znaleźć się w Top10. Widać za to potencjalny problem w tym kto będzie krył w playoffach Dirka Nowitzkiego, Blake'a Griffina, Pau Gasola czy Zacha Randolpha. Takie mecze jak wczoraj pokazują jednak, że ofensywnie mogą grać z każdym na Zachodzie - to jak będą bronić i czy do trade deadline np przesuną DeJuana Blaira (który przestał się rozwijać i z sezonu na sezon zbiera coraz gorzej) za lepszego defensora na PF, zadecydować może o tym czy będą kontenderem czy liczyć będą na fart losu i brak kontuzji. Nawet Antonio McDyess nie przechodzi już przez drzwi szatni Spurs.
(14-10) LA LAKERS @ (13-9) UTAH 87:96
Tak, Utah Jazz w końcu mogą przeciwstawić Los Angeles Lakers wzrost i warunki fizyczne, ale nawet grając w back-2-back Lakers powinni byli wygrać ten mecz, gdyby nie to, że trudno obecnie wskazać w Lakers gracza nr 4.
Tylko 16 punktów zdobyła "Little 9" Lakers, wciąż grająca bez Steve'a Blake'a i z niewidocznym tego dnia Andrew Goudelockiem. Troy Murphy, Derek Fisher, Jason Kapono, World Metta Peace, czyli gracze od których Mike Brown oczekuje spacingu, trafili 2 z 13 rzutów. Razem zaliczyli 5 punktów i 3 asysty.
Sam jeden Earl Buldog Watson miał 8 punktów i 6 asyst w czwartej kwarcie (8/11 w meczu), trafiając nawet dwukrotnie za trzy, co zawsze było jego piętą achillesową.
Andrew Bynum (21/12) grał piętro wyżej nad Alem Jeffersonem w pierwszej kwarcie, ale od startu drugiej Enes Kanter okazał się jednym z najbardziej fizycznych obrońców przeciwko, którym grał w tym sezonie. Big 3 produkowała jednak dla Lakers przez całe spotkanie , ale w czwartej kwarcie stało się oczywiste, że jeżeli Kobe Bryant (26 pkt, 6/16, 11/12 ft) nie zacznie grać pod siebie i nie zacznie iść na 40 punktów, to Lakers nie mają po prostu tych punktów skąd wyciągnąć. 73 sekund Bryant potrzebował w czwartej kwarcie, żeby rzucić 9 punktów z kolei.
Jazz wygrali deski 50-42, ale Bynum z Pau Gasolem mieli 28 z nich. Josh McRoberts, który rozpoczął sezon, zbierając więcej niż 5 piłek w czterech z pierwszych pięciu spotkań - miał tylko jeden taki mecz w dziesięciu spotkaniach po powrocie po kontuzji. To McRoberts w zasadzie mógłby być graczem nr 4 w Lakers, ale chyba nadal coś z nim nie tak, bo nie jest to ta sama energia, którą rozgrzewał Staples Center na starcie sezonu. Troy Murphy zbiera natomiast tylko te piłki, które są w jego okolicy. 0 punktów i 3 zbiórki w łącznie 22 minuty od tej pary. Z drugiej strony - Kanter i Derrick Favors mieli 22 punkty, 11 zbiórek w łącznie 40 minut.
Patrząc na talent i produkcję czwórki wysokich Utah, nie powinniśmy dziwić się, że Jazz mają 13-9. W sobotę trafili 18 z 21 rzutów spod kosza i 21 z 30 w polu trzech sekund - to nie był już Carlos Boozer i stare czasy przerzucania wieżowców... Paul Millsap miał 16 punktów, 13 zbiórek, 4 asysty i 2 bloki w 25 minut. Al Jefferson miał 18 punktów, 13 zbiórek, 2 bloki w 31 minut. Favors miał kilka bardzo solidnych akcji w post-up - 12 punktów, 8 zbiórek, 1 blok w 22 minuty, a Kanter 10 punktów i 6 zbiórek w 17 minut (ma 6. rebounding-rate w lidze). Tyrone Corbin ma natomiast "problem", bo każdy z tej czwórki zasługuje na więcej minut.
Bartek Tomczak
Sporo ciekawego działo się dziś w lidze, od sensacyjnej wygranej Cavaliers, po rekordy Parkera i Batuma. Wszystko to znajdziecie w jeszcze ciepłej Przerwie na Żądanie.
Maciej Kwiatkowski
DeAndre Jordan kontynuuje standard wyznaczony w ostatnich latach przez Dwighta Howarda - najwięcej bloków na mecz w NBA (3.0), najwięcej dunków. LA Clippers przejechali się po Wizards w Waszyngtonie, a ujęcie w powtórce znad kosza to must-see w tym wypadku... Jeśli chcecie więcej w ten niedzielny poranek, to tutaj wszystkie dunki z tego jednostronnego meczu.
Maciej Kwiatkowski
Na 4 minuty przed końcem drugiej kwarty Tony Parker miał 11 punktów i dopiero co floaterem w kontrataku ot co po prostu przerzucił Russella Westbrooka. W kolejnym posiadaniu przesunął szybko w obronie przed Westbrookiem, odcinając mu miejsce do wjazdu w pole trzech sekund, a następnie spróbował ukraść mu piłkę, gdy ten się wycofywał. Westbrook stracił kontrolę nad piłką, Parker rzucił się po nią i obaj wylądowali na parkiecie. Sędziowie (w tym, niestety, wolnoreagujący do tego czasu Dick Bavetta) powstrzymali jednak zapędy Parkera, odgwizdując faul na nim, za to że rzekomo nadepnął na Westbrooka.
Od tego momentu pick&roll defense Thunder wyglądała jak łapanie muchy na lasso, a Le Tornado po drodze wyprzedził Avery'ego Johnsona i został najlepszym asystentem w historii San Antonio.
42 punkty
9 asyst
0 strat
16/29 z gry
10/12 za 1
18.1 punktów na mecz, career-high 7.7 asyst - Parker albo Steve Nash, jeden z nich powinien zagrać 26 lutego w Orlando.
Przemek Kujawiński
Za kilka dni minie dokładnie rok od trzęsienia ziemii w Salt Lake City, które zakończyło erę Jerry'ego Sloana, a następnie krótką epokę Derona Williamsa. Do dziś nie poznaliśmy okoliczności jego odejścia. Nie poznaliśmy ich, bo Jerry Sloan uważa, że to nie nasz zasrany biznes. I ma rację.
Oczywiście taka sytuacja musiała doprowadzić do powstania teorii spiskowych. Najbardziej popularna brzmi, że Jerry Sloan odszedł, bo management klubu nie wspierał go wystarczająco w jego domniemanym konflikcie z Deronem Williamsem. Pomimo tego Jazz udało się załatwić sprawę w stosunkowo "czysty" sposób. Szybkie odesłanie gwiazdy drużyny do New Jersey i natychmiastowa przebudowa wpisały się w wizerunek organizacji, której zawsze przypisywano klasę. Wizerunek taki budowali jej właściciele, sam Sloan, a także dwie największe gwiazdy w jej historii: John Stockton i Karl Malone.
Właściwie byłby więc to koniec całej tej historii, gdyby nie jedna z ikon klubu właśnie, czyli Karl Malone. Legendarny silny skrzydłowy Jazz był bardzo rozgoryczony odejściem swojego mentora i rok temu powiedział słynne słowa:
"The coach I know and the man I know have never quited or resigned on anything".
Wtedy sprzedawało się doskonale jako laurka dla Jerry'ego Sloana - wojownika. Władze Jazz odebrały to jednak jako oskarżenie. Słowa Malone'a znaczyły bowiem mniej więcej tyle, co: Jerry Sloan nie odszedł - wy go do tego zmusiliście.
Nie są to jedynie moje jedynie moje spekulacje czy domysły, bo przyznał to niedawno sam zainteresowany. Malone odwiedził w zeszłym tygodniu jeden z programów radiowych w Salt Lake City i wprost powiedział, że Jazz dali Deronowi Williamsowi zbyt dużo władzy i to było bezpośrednim powodem odejścia Sloana. Po meczu z Chicago, gdy między trenerem i rozgrywającym doszło do kłotni, miało odbyć się spotkanie, na którym GM Kevin O'Connor i właściciel klubu Greg Miller mieli poprzeć Williamsa.
O'Connor kilka dni później pojawił się w tym samym programie, by zdementować słowa Malone'a:
"Karla nie było w tym pokoju. Ja tam byłem. Jedyną rzeczą, którą chcę wam powiedzieć jest, byście zapytali Jerry'ego. (...) W momencie, gdy Jerry powiedział, że odchodzi, powiedzieliśmy: Nie rób tego. (...) Greg [Miller] tam był i zrobił wszystko co w jego mocy, by Jerry został i dokończył sezon".
Nie trzeba było czekać również długo na odpowiedź samego Millera. Warto ją przeczytać w całości, bo właściciel Jazz nie patyczkował się z Malonem. Co ciekawe, ale też bardzo znaczące, najbardziej w tym wszystkim zabolała go jednak inna historia. Karl Malone opowiedział bowiem o tym, jak rok temu będąc w Salt Lake City zmuszony był sam u koników kupić sobie bilet na mecz Jazz, bo klub nie chciał mu zapewnić miejsca.
Samo w sobie wydaje mi się to absurdalne. Chłopie, jesteś Karl Malone. Jesteś żywą legendą tego klubu. Jeśli potrzebujesz biletu, to dzwonisz i go dostajesz. Nie wierzę, że ktokolwiek w organizacji, by ci tego odmówił. A nawet jeśli, to idziesz do Delta Center i wchodzisz. Ot tak, bo jesteś Karl Malone, a jeśli bramkarz-ignorant cię nie poznaje, po prostu pokazujesz palcem na pomnik stojący przed halą.
W każdym wypadku taką historię Malone opowiedział mediom. To musiało ukłuć i ukłuło MIllera, który nie przebierał w słowach:
"Gryzłem się w język za każdym razem, gdy Karl mówił te upokarzające rzeczy. Starałem się mieć na uwadze słowa jednego z moich mentorów, który znał sytuację i mówił: Karl to wrzód na tyłku, ale to nasz wrzód na tyłku".
Miarka się jednak przebrała i Miller na błoto odpowiedział błotem. Przedstawił więc Malone'a jako osobę niegodną zaufania i niezrównoważoną. Mam jednak wrażenie, że próbował zrobić to wszystko choć z odrobiną klasy i by złagodzić nieco swoje słowa wyciąga na końcu do niego rękę.
Nie znam prawdziwej wersji wydarzeń i mogę jedynie spekulować, co wydarzyło się w zeszłym rok w Salt Lake City. Mam jednak wrażenie, że jeśli Karl Malone naprawdę chciałby oddać cześć swojemu mentorowi powinien po prostu się zamknąć i nie brudzić gniazda, z którego wyfrunął. Długo budowany wizerunek, można naprawdę bardzo szybko popsuć.
W tym samym czasie John Stockton był widziany na przydomowym boisku, gdzie razem z synami rzucał do kosza.
Update: Jak donosi Jazz.e-nba.pl cała sprawa ma jeszcze kilka innych wątków. Jeśli jesteście zainteresowani odsyłam pod ten link.
Sebastian Hetman
(8-15) NEW YORK @ (12-10) BOSTON 89:91
To był swego rodzaju rewanż ze pierwszy mecz sezonu, który Celtics przegrali w Madison Square Garden po świetnej czwartej kwarcie Knicks. Obejrzałem ten mecz w opcji on demand (po raz kolejny dzięki Michał!) i w sumie nie żałuję, bo jak nie kochać ESPN, kiedy za słuchawkami siedzą Mike Breen i Jeff Van Gundy. Szczególnie ten drugi momentami bywa killerem i swoimi tekstami kładzie na łopatki Charlesa Barkleya.
Kevin Garnett (15 pkt., 8 zb., 3 ast.) był Bogiem pierwszej kwarty, w której zdobył szybkie 11 punktów (5/6 z gry) i jak ja mogę nie kochać tego gościa? W międzyczasie realizatorzy dali ciekawy stat, bo Garnett jest obecnie trzecim graczem w historii pod względem zebranych piłek defensywnych i może jeszcze w tym sezonie wyprzedzić Roberta Parrisha. Mentalnie to ten sam Kevin Granett, który w 2008 roku zdobywał mistrzostwo, ale fizycznie to weteran, który już w połowie pierwszej kwarty dostaje zmianę od Brandona Bassa. W defensywie gra z taką samą intensywnością jak za dobrych lat, lecz momentami po prostu brakuje drugiego oddechu. Dzięki niemu C’s trzymali się na tablicach, a sam Van Gundy przyznał, że z takim trio jakie ma D’Antoni, Knicks powinni być w czołówce zbierających ekip ligi (20 m. w lidze).
Co jak co, ale Knicks nieźle zaczęli w pomalowanym i podobały mi się opcje, kiedy Tyson Chandler (20 pkt., 11 zb.) był umiejętnie uruchamiany pod koszem. Kilka razy dostawał talerzowe podania od Stoudemire’a i robił wszystko, aby zdominować pole trzech sekund. Połowa ekip tej ligi, które bronią nieco lepiej niż Knicks, zrobiłyby o wiele większy pożytek z Chandlera, który defensywnie marnuje się pod okiem D’Antoniego. Mike D. raczej straci pracę, chociaż Knicks od kilku spotkań pokazują, że chcą.
Ich happy basketball w drugiej kwarcie sprawił, że byli nawet na +11 w tym spotkaniu, a Iman Shumpert (7 pkt., 3 ast., 3/10 z gry) miał niezłe fragmenty w pierwszej połowie i to by było na tyle. Przynajmniej w jego wykonaniu.
Stat meczu:
Jeremy Lin wszedł na 7 minut i wyszedł.
Sasha Pavlovic wszedł na 3 minuty i wyszedł.
W tym całym zamieszaniu Celtics grali naprawdę dobry defense, ale jakoś nie szło im w ofensywie i dopiero Paul Pierce (30 pkt., 7 zb., 5 ast.) zaczął dominować pod koniec drugiej kwarty. Miał tylko 8/21 z gry, ale za to trafił cztery grube trójki. Dopiero wtedy poszło, a ostatnia kwarta była majstersztykiem w wykonaniu jego i Raya Allena (14 pkt.). Ta dwójka zdobyła 16 z 22 punktów Bostonu, a sam Allen miał gorący fragment kiedy machnął 10 z 12 oczek Celtics w jakieś trzy minuty.
Atak pozycyjny wyglądał nieco lepiej z Rajonem Rondo, który wrócił po kontuzji nadgarstka i od razu dostał w twarz od Shumperta przy walce o piłkę. Bilans? Przez cały mecz grał z popularnym limem, ale momentami Doc Rivers rotował składem, wpuszczając często Avery’ego Bradleya. Bradley podczas tych siedmiu startów w piątce stał się pewny siebie, a na piłce jest naprawdę świetnym defensorem. Nie chwaląc już Celtics, którzy w crunch time wykazali więcej efektywności w hustle plays, to wielkie brawa dla Nowego Jorku za podwajania na obwodzie mimo, że Celtics trafili w sumie 10 z 20 trójek.
Jedyne czego nie mogę zrozumieć, to reakcja D’Antoniego na wydarzenia w ostatniej minucie. Carmelo Anthony (26 pkt., 6 ast.) przez ostatnie 6 minut nie zdobył punktów, a rzuty na zwycięstwo zmarnowali gracze drugiego planu. O ile można tak mówić o Stevie Novaku, który odpalił kartofla równo z końcową syreną. Najpierw na ok. 40 sekund przed końcem otwarty bardziej niż prostytutka w Bronxie był Shumpert. Nie trafił trójki z rogu, a potem Landry Fields spudłował z naprzeciwka. Knicks mogli w zasadzie cztery razy wygrać ten mecz, ale zabrakło może swaggera, może zimnej krwi Coacha D + akcji Amare Stoudemire’a (16 pkt., 11 zb.), który tego wieczoru był aktywny po obu stronach boiska.
Przed tym meczem Paul Pierce mówił, że Celtics bez Rondo są teamem na Playoffs, a z nim są tzw. kontenderem. Moim zdaniem ich maks to druga runda PO, bo jednak ich wiek daje się we znaki. Sporo optymizmu dodaje fakt, że przez ostatnie 6 spotkań Boston grał najlepszy defense w lidze i zatrzymywał przeciwnika na 78 punktach, 37% z gry + 27% za trzy. Inna sprawa, że w tych sześciu meczach najpoważniejszymi rywalami dwa razy byli Orlando Magic.
Rywalizacja między Bostonem i Nowym Jorkiem trwa, a te dwa miasta spotkają się już w niedzielę podczas Super Bowl, kiedy New England Patriots zagrają z New York Giants.
Dziękuję, wódka stygnie…
Licznik odwiedzin: 15 106 489
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: