Bloog Wirtualna Polska
Jest 938 421 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS


PRZERWA NA ŻĄDANIE (06.05.2012)

poniedziałek, 07 maja 2012 11:31

 

Bartek Tomczak

 

Kolejny dzień play-offowej rywalizacji z Przerwą na Żądanie.

 

Program dostępny w lepszej jakości, po przestawieniu na 720p.

 



Podziel się:

komentarze (1) | dodaj komentarz

KOBIETA WBIEGŁA NA PARKIET PODCZAS MECZU LAKERS-NUGGETS

poniedziałek, 07 maja 2012 10:45

Maciej Kwiatkowski

 

Los Angeles Lakers pokonali minionej nocy Denver Nuggets 92:88, po tym jak Kobe Bryant podał do Steve'a Blake w kluczowej akcji na 18 sek. przed końcem. Rzecz jeszcze bardziej dziwna wydarzyła się pod koniec pierwszej połowy. 

 

Ty Lawson wprowadzał piłkę do ataku pozycyjnego, Ramon Sessions był przed nim dwa metry za połową boiska, gdy nagle zza linii bocznej wbiegła na parkiet czarnoskóra kobieta, rozpoznana potem jako 20-letnia Savannah McMillan-Christmas. 

 

Na początku trudno było określić czy usiłowała pomóc Lakers w obronie pick/roll, poderwać Sessionsa czy zganić Lawsona za przesadzanie z kozłem. Sędziowie przerwali mecz, ochrona usunęła dziewczynę z parkietu i po meczu Marc Spears z Yahoo! Sports przeprowadził dochodzenie. 

 

Okazało się, że dziewczyna poszukiwała ...Kenyona Martina. Ten jak wiemy nie rozegrał w tym sezonie ani jednego meczu dla Denver Nuggets, ale był zawodnikiem Nuggets od 2004 do 2011 roku. Kobieta ponoć krzyczała wcześniej w kierunku ławki rezerwowych George'a Karla: "Where's Kenyon?!". Opuściła halę rozedrgana i przytrzymywana przez matkę, z którą przyszła na mecz. 

 

Spears dowiedział się też, że ponoć w przeszłości McMillan-Christmas nachodziła K-Marta. Co jest urocze, niebezpieczne, ryzykowne dla niej. Pozostałe skreślić. 

 

 

 

Cóż, dziewczyna była ponoć mocno zdezorientowana całą tą sytuacją. Nie wiemy póki co czy podążyła do Staples Center, gdzie Clippers zagrają dzisiaj z Memphis Grizzlies. Całe zdarzenie faktycznie łatwo obrócić w żart, ale za tą dziwną sytuację może stać bardzo nieprzyjemna historia. Mam nadzieję, że Savannah odnajdzie Kenyona i wyjaśnią sobie wszystko. Napiszę o tym, gdy tylko się czegoś dowiem.

 

 

 



Podziel się:

komentarze (9) | dodaj komentarz

DAY-TO-DAY: JAMES HARDEN I CHRIS PAUL PRZEJMUJĄ MECZE, SERIE, SERCA I KONTYNENTY

niedziela, 06 maja 2012 13:12

 

 

Maciej Kwiatkowski

 

 

ORLANDO MAGIC, INDIANA PACERS 99:101 (1-3)

 

Indiana Pacers po raz drugi w tej serii wykazali tendencję do oddawania wygranych meczów, zamiast skończyć to wczoraj i zacząć już przygotowania do zatrzymania LeBrona Jamesa i Dwyane'a Wade'a. W meczu nr 1 prowadzili siedmioma punktami na 4 minuty przed końcem, wczoraj mieli 19 punktów przewagi w czwartej kwarcie, ale wygrali dopiero po dogrywce. Kto wie czy w ogóle by do niej doszło, gdyby nie przytomność Franka Vogela w ostatniej akcji czwartej kwarty. 

 

Roy Hibbert (14 pkt, 11 zb. 30 min.) tracił Glena Davisa (24 pkt, 11 zb., 10/18 FG) w obronie pick/roll, aż w końcu Vogel posadził go na ławce. Stan Van Gundy rozrysował w crunch-time dwie akcje po wznowieniach z autu na dwie trójki Jasona Richardsona (25 pkt, 4/12 za 3) i J.J'a Redicka. Znalazł też w końcu kogoś kto spowolni Davida Westa (26 pkt, 12 zb.), który dawał wycisk Magic grającym bez Dwighta Howarda. W pierwszym meczu Van Gundy też rozrysował zagrywki na kluczowe trójki i przeszkolił Vogela. Wczoraj w ostatniej akcji czwartej kwarty Vogel wystawił Leandro Barbosę do krycia ...Davisa, wiedząc, że Van Gundy zagra pick/roll Jameer Nelson (12 pkt, 11 as., 4/15 FG) - Davis. Barbosa zmienił krycie na picku, został na Nelsonie i ten nie trafił.

 

Magic trafiali tylko 40% rzutów z gry i co gorsza 9/29 za trzy - to nie przejdzie. Mnóstwo dodatkowej pracy na wypracowanie sobie pozycji - coraz bardziej widać w tej serii ile kosztuje Magic brak Howarda i jak szybko spada wartość nowego kontraktu dla Ryana Andersona, błagającego niemal o jakieś czyste trójki. 

 

West zdobył 26 punktów, rzucając 16 z tych punktów po akcjach w post-up (8/11). Jeżeli Pacers wygrają tę serię - możemy w nawiasie dopisać: West wygrał swój match-up z Andersonem. Po obu stronach boiska. Robi to analogicznie do tego co robił Kevin Garnett z Antawnem Jamisonem w playoffach 2010: wykorzystywanie przewagi fizycznej w post-up i obrona do linii za trzy. West jest liderem Pacers w tym momencie - dobrze wydanymi 20 milionami dolarów za dwa kolejne sezony, rok po poważnej kontuzji kolana.

 

Najpierw West dochodził tyłem do swojej klepki, obracał się i trafiał nad MIP sezonu regularnego. Potem gdy Andersona zmienił Earl Clark śmignął obok niego dwa razy w trzeciej kwarcie, by za chwilę obrócić się i mając już Clarka pół metra od siebie, trafić nad nim jumper. Dopiero Hedo Turkoglu (11 pkt, 40 min.), ze wszystkich ludzi w Amway Center, znalazł sposób, by zatrzymać go w czwartej kwarcie. To jednak nie trwało długo - dwie pierwsze akcje dogrywki, dwa dogrania do Westa, cztery punkty i faul Turkoglu.  

 

Po fatalnych sześciu ostatnich minutach czwartej kwarty, gdy Danny Granger (21 pkt, 9/18 FG) i Paul George bawili się w hero-ball (2/12 za 3), Pacers wrócili w dogrywce szybko do egzekucji. George Hill, inny z najlepszych graczy Indiany w tej serii, wszedł w buty lidera - prawdopodobnie dlatego, że jest jedynym graczem pierwszej piątki, który potrafi zrobić w jednej akcji więcej niż dwa kozły w kierunku kosza - i Pacers znaleźli rzut Grangera w pick/roll 1/3 przy lewej linii bocznej, a potem Hill trafił ciężki, ale wypracowany po timeoucie push-shot a'la Derrick Rose (tęsknię) na 36 sek. przed końcem. 

 

Na koniec jeszcze Nelson ostatecznie przegrał playoffy dla Magic, gdy on i jego lewe ramię przestali żyć jak jeden organizm. Był zbyt agresywny w obronie ostatniej akcji, zostawił rękę na mijającym go Hillu i proszę bardzo - Indiana George został closerem Pacers, trafiając dwa rzuty wolne na 2 sek. przed końcem i rozstrzygając mecz. 

 

Świetna zmiana Darrena Collisona i jego najlepszy mecz z ławki w tym sezonie. W 18 minut kradł piłki i głównie w kontratakach wyprodukował 11 punktów i 9 asyst. Nie wiem czy Pacers trafią wystarczająco rzutów i czy ich drugi line-up jest już gotowy, odkąd Collison prowadzi go dopiero od kwietnia. Jeśli marzą o tym, aby wygrać serię z Heat, która ze względu na matchupy na skrzydłąch może być bardziej zacięta niż to się wielu pewnie wydaje, West i Hibbert muszą grać jak All-Stars - nic poniżej.

 

 

LOS ANGELES CLIPPERS, MEMPHIS GRIZZLIES 87:86 (2-1)

 

Zach Randolph (17 pkt, 6 zb., 6/13 FG) rok temu był closerem Memphis i nie chcieliśmy zdejmować jego twarzy z banera nad blogiem. Tej wiosny jest nieobecny w crunch-time i po 1/14 w czwartej kwarcie meczu nr 1, Grizzlies rozpoczęli czwartą kwartę w meczu nr 3 od 1/13, zanim Rudy Gay (24 pkt, 12/15 FT) prawie wygrał wszystko w ostatniej sekundzie-skreśl-Mike Conley nie zdecydował się wygrać meczu penetracją i oddał piłkę na rzut przez ręce Gay'owi przy jednym punkcie straty - ostatnia akcja meczu.  

 

Pierwszy mecz - run 28-3 na koniec spotkania i Nick Young z Nikjangowa (hej, Young i JaVale McGee WYGRALI  już po jednym meczu w tych playoffach). Drugi mecz - Totalny Grizziness, czyli punkty po stratach i zbiórki w ataku. Trzeci mecz - Chris Paul "Taking Over"... i Randy Foye (16 pkt, 4/5 za 3) zaczął w końcu trafiać, bo gra u siebie.

 

Jestem pewien, że oglądacie tę serię. Nie możecie mnie zawieść. Jeśli nie, tracicie jedną z najlepszych części tego sezonu i kluczowe straty Marca Gasola (11 pkt, 10 zb., 3/5 FG) w ostatnich minutach meczów nr 1 i 3. 

 

Tu prawie mogło być już 3-0 dla Grizzlies. Teraz Clippers prowadzą 2-1 i Chris Paul zaczyna decydować o wszystkim - 24 punkty i 11 asyst wczoraj. Udział przy 19 z 33 posiadań kończonych celnym rzutem z gry i ręce na 7 z 13 celnych rzutów wolnych dla swojego teamu.

 

Clippers zaliczyli 56 strat w trzech meczach z Grizzlies, Blake Griffin nie trafił jeszcze jump-shotu i mimo tego Clippers prowadzą 2-1. To akurat wróży więcej dobrego dla Grizzlies niż dla Clippers w tej serii, ale - pytanie nr 1 sprzed playoffów i powód, przez który typowałem 4-2 dla Clipps - czy Memphis będzie w stanie zdobywać wystarczającą ilość punktów, nie mając Randolpha w pełni formy? Wczoraj dodatkowo nie byli sobą w kontratakach, zdobywając tylko 8 punktów z 17 strat Clippers.  

 

Wczoraj... to był praktycznie CP3 Show. Najpierw pokonujący dobry defense O.J.'a Mayo i trafiający jumper z pomalowanego z nim na plecach - klasyka. Za chwilę Paul wybijający z tyłu piłkę Marcowi. A za moment Paul ogrywający Mayo po koźle i znajdujący Griffinowi pierwsze łatwe punkty w ataku pozycyjnym od meczu nr 1. Trzy akcje - od 2.03 do 1.23 min. do końca. Z 80:80 na 84:80. Game-ball. 

 

Przed playoffami mieliśmy dwie narracje: 1) Paul będzie wygrywał mecze dla Clippers 2) Clippers będą przegrywać je rzutami wolnymi. Wczoraj trafili zaledwie 13 z 30 i nie przegrali, bo Paul wygrał - coś w ten deseń. Teraz mamy jednak trzecią narrację dla Clippers: Reggie Evans jest narracją. Jeden z najgorszych graczy NBA w statystykach on/off court w sezonie regularnym, a zarazem najbardziej klejący się (macający?) obrońca w NBA , który wygląda na idealny match-up na Grizziness.

 

Wczoraj drugi raz w tej serii był ogromny i póki co wymienia fizyczność z Gasolem i Zachem Randolphem. Małe brawo dla Vinny'ego Del Negro, że też to widzi... Druga broda wczorajszego wieczoru - tylko po Hardenie - zebrała 11 piłek w 24 minuty, w tym dwie ofensywne w czwartej kwarcie po rzutach wolnych. Tak, po rzutach wolnych. Marreese Speights miał długą noc i kilka głupich błędów w całym meczu. Lionel Hollins natomiast prawdopodobnie nie powinien był sadzać Gasola z piątym faulem na pięć minut przed końcem.  

 

Mayo chciał być wielki w swoim rodzinnym mieście, ale gubił się w izolacjach, tracił piłkę w pick/rollu, spudłował 7 z 8 rzutów, miał 5 strat i 6 fauli, zabijając Grizzlies najbardziej. Mike Conley trafił tylko 3 z 10 rzutów. Obaj zatrzymali Paula na 8/19 z gry, Mayo wpakował mu nawet ot tak kolano w prawą, kontuzjowaną pachwinę. Tylko, że w drugą stronę było 4/18 od duetu guardów Memphis.

 

Zawsze jest "w drugą stronę" - to koszykówka i pytanie pozostaje czy Grizzlies będą w stanie zdobywać wystarczająco dużo punktów, aby pokonać Clippers w tej serii?

 

Zbliżamy się do momentu, w którym poniedziałkowy mecz w Staples Center to dla Grizzlies must-win. Z Paulem na parkiecie mogą nie wygrać bowiem trzech meczów z rzędu, jeśli przegrywać będą 1-3.

 

DALLAS MAVERICKS, OKLAHOMA CITY THUNDER 97:103 (0-4)

 

3-0, czwarty mecz serii, czyli nie jakiś must-win... To mówisz Scotty, że nie pomyślisz, aby np w meczu nr 1 czy 2 kolejnej rundy oddać piłkę w ręce Jamesa Hardena raz jeszcze?

 

NBA: uwaga. Może w końcu na to wpadną, bo nie robili tego w sezonie regularnym. Mówimy tu o znikomym USG% w crunch-time najefektywniejszego strzelecko obwodowego w NBA. Pisałem o tym tuż przed play-offami. Poza festiwalem rzutów z półdystansu, Thunder nie byli wcale źli w crunch-time w sezonie regularnym, ale wiemy, że jednej opcji nie używali kompletnie: proszę zamień decyzje Russella Westbrooka (12 pkt, 6 as., 3/12 FG) na decyzje Hardena i możesz mieć potwora, Scotty - przy takim catch&shooterze jak Kevin Durant (24 pkt, 11 zb., 9/18 FG). 

 

Do licha - ten jeden mecz zwiększył szanse Thunder na mistrzostwo NBA o jakieś 5%, jeżeli spróbują jeszcze kiedyś w tych playoffach pójść za ciosem. W czwartej kwarcie Oklahoma-skreśl-Harden pozostawili w lesie obronę Mavericks grając w kółko TO samo. 16 razy - Harden jako kreator. 15 punktów i 4 asysty w czwartej kwarcie. Pick/roll na prawym skrzydle, ostatecznie izolacja, zawsze w lewo. Game-winner? Jak game-winner to w prawo. James Harden, fantastyczny mecz: 29 punktów i 5 asyst na skut. 69 procent w 34 minuty gry.

 

Jedna z tych czwartych kwart, które spokojnie wejdą do Top10 występów w tych playoffach. 

 

A to wszystko od -13 na 9,5 min przed końcem w meczu, w którym Thunder wyglądali jakby nie chcieli go wygrać. Dirk Nowitzki (34 pkt, 10/25 FG, 13/13 FT) rzucał sobie za to raz za razem w lewym post-up nad Serge'm Ibaką (10 pkt, 6 zb., 3 blk) , bo Kendrick Perkins opuścił parkiet w szóstej minucie z urazem biodra i już nie wrócił. Nowitzki zdobył 34 punkty, Mavericks trafili 10 z 19 trójek, ale to wciąż było za mało.

 

Zakończyli sezon w Świecie wg Bearda, przy prowadzeniu +13 na 10 minut przed końcem. Od razu polecam puentę:

 

Raz - najpierw Brendan Haywood swoje żelkowe odnóża rzucił w prawo do obrony pick/rolla. Harden poszedł w drugą stronę, ostatecznie przeszedł między, because he's Manu Ginobili i skończył z faulem. 76-86, 9.29 min. do końca.

 

Dwa - Harden odwołał pick Ibaki i poprosił spokojnie o zasłonę Nicka Collisona, bo... bo to Coliisona krył akurat Haywood. Zanim Haywood przywlókł na obwód swoje kończyny huśtające się na korpusie, Harden wszedł pod Delonte Westa i trafił floater na wprost kosza, 78-86, 8.33 min. 

 

Trzy - Haywood, Haywood, Haywood.... Haywood wyszedł tym razem za Ibaką do picka, więc Harden zaskoczył go w rozkroku i wszedł pod obręcz. 80-86, 8.09 min. Za chwilę podał do Duranta ze środka na prawe skrzydło, 83-86.

 

Cztery.... Cztery i pół - Rick Carlisle zdjął Haywooda. Wszedł Ian Mahinmi i od razu oczywiście kompletnie pomylił stronę, po której ma wyjść do obrony pick/roll. Ibaka postawił go po prawej stronie stojącego tyłem do kosza Westa, Mahinmi poszedł na lewą, do linii bocznej, hej... Harden wszedł pod kosz i skończył wsadem. 85-86, 6.42 

 

W tym momencie Rick Carlisle zrezygnował z centra (Mark Cuban zrezygnował z centra przed sezonem), bo wyglądało to raz jeszcze na serię z San Antonio Spurs AD 2010, gdy Tony Parker i Manu Ginobili robili głupków z Haywooda i Ericka Dampiera. 

 

Co zrobił Harden bez centra? Środek był wolny - Nowitzki był centrem Dallas... Najpierw Harden pokonał po koźle z prawego skrzydła Shawna Mariona i wszedł w lewo - bez zasłony. A potem przy 100-97, na 10 sek. przed końcem śmignął obok Jasona Kidda (16 pkt, 8 as., 7 zb.) - tym razem w prawo, bez zasłony również. 

 

Pod koszem nie było przecież shot-blockera. To Mavericks 2011/12. Nie było wysokiego, który przerwie w końcu show Hardena rozumnym kryciem, komunikacją i ustawianiem obrony pick/roll... To był ostatni mecz Dallas Mavericks tej wiosny i nie pamiętam w tym sezonie sekwencji, w której bardziej brakowało im Tysona Chandlera. Symboliczny koniec sezonu.

 

Poza tym - San Antonio Spurs wygrali trzeci mecz z Utah i było to ich 13 zwycięstwo z rzędu. Dla tych oczu Tony Parker i Spurs to  team-to-beat w Konferencji Zachodniej: 40% Spurs, 30% Thunder, 30% pozostali - Lakers, Clippers i Grizzlies.

 

 

 



Podziel się:

komentarze (17) | dodaj komentarz

PRZERWA NA ŻĄDANIE (05.05.2012)

niedziela, 06 maja 2012 10:54

 

Bartek Tomczak

 

Podsumowanie wszystkich czterech spotkań minionej nocy, w najnowszej Przerwie na Żądanie.

 

Program dostępny w lepszej jakości, po przestawienu na 720p.

 



Podziel się:

komentarze (1) | dodaj komentarz

KLAWA SERIA TRWA, A CP3 TO GAME CHANGER

niedziela, 06 maja 2012 10:01

Sebastian Hetman

 

 

(1-2) MEMPHIS GRIZZLIES @ (2-1) LOS ANGELES CLIPPERS  86:87

 

 

To była bardzo fajna sobota, a wieczór zacząłem od meczu Śląska ze Stalą we wrocławskiej Kosynierce, oczywiście o awans do pierwszej ligi.

 

Tak moi drodzy, nadal internet u Hetmana ssie kulki, ale jakże zacny Canal + Sport zaoferował w sobotę mecz Clippers z Grizzlies.

 

Jeszcze w zapowiedziach Playoffs pisałem, że będzie to najciekawsza seria w pierwszej rundzie, ale jakoś moje 5-6 zdań nie zostało opublikowanych, bo losowo tak wyszło. Mniejsza z tym…

 

Dobrze było zobaczyć jak sinusoida koszykarska zjada powoli Staples Center, bo najpierw Clippers zanotowali run 18-1, kiedy Mo Williams był w gazie i rzucił 8 szybkich punktów. W tym fragmencie Clipps grali świetny transition offense, a kiedy gracze Grizz wracali szybciej do obrony, Del Negro sam zaskakiwał siebie i grał swingiem.  Po czasie wziętym przez Hollinsa Memphis zaliczyli run 11-0, a Zach Randolph (17 pkt., 6 zb.) siłował się z Blakem Griffinem (17 pkt., 7/13 z gry). Z-Bo chciał zaprosić Blake’a na grilla, łapiąc go w pół i pakując do swojej podręcznej walizki ze skóry aligatora, jednak ten jakimś cudem rozpieprzył zamek i wydostał się na powierzchnię.

 

 

 

 

Było dużo brudnej gry, a w tym wszystkim DeAndre Jordan siedział na ławce, łapiąc szybkie cztery faule. W sumie może i wyszło na dobre, bo Griffin i Evans jeszcze w pierwszej połowie grali przemiennie na piątce, a uszy Niedźwiedzi nadgryzał Kenyon Martin.

 

Do końca trzeciej kwarty, w której Rudy Gay (24 pkt., 7 zb.) rzucił 9 oczek, Marc Gasol grał z czterema faulami, a ostatecznie w cruchtime zaliczył piąty, lecz zdołał uzbierać 11 punktów, 10 zbiórek i 3 bloki. Nie wiem gdzie w tym wszystkim był Z-Bo, który jakoś w defensywie mnie nie przekonywał, ale przecież zawsze był słabym obrońcą i było kilka akcji na pick’n’roll, kiedy Randolph stał w miejscu niczym świeżo posadzona sosna.

 

Wydaje mi się, że takim cichym x-faktorem był drugi unit Los Angeles, pomijając oczywiście świetnego startera Foye’a, który był 4/5 za trzy i skończył mecz z dorobkiem 16 punktów. Eric Bledsoe, Kenyon Martin i Reggie Evans (11 zb.) robili momentami rzeźnię w defensywie, szczególnie w czwartej kwarcie, a dwaj wysocy Clipps zebrali 5 piłek w ataku.

 

Chris Paul (24 pkt., 11 ast., 4 przech.) po raz kolejny w crunchtime przejął mecz, zaliczając w ostatnie trzy minuty 2 asysty, 2 przechwyty i 4 punkty, robiąc nagle wynik 86:80 dla Clippers. Było po wszystkim, tak przynajmniej mi się wydawało, ale podczas ostatnich 20 sekund Evans i Bledsoe nie trafili w sumie sześciu pięciu wolnych, a Rudy Gay zafudnował dwie naprawdę grube trójki, z czego trzecia nie znalazła drogi do kosza, a mogła w niesamowity sposób zniszczyć wyczyn Paula w Staples Center.

 

To będzie naprawdę długa seria, w której Chris Paul pokazuje swoje talenty przywódcze, a Clippers potrafią grać kawał dobrej defensywy, jeżeli tylko chcą, a Del Negro eksperymentuje ze składem. Grizzlies mieli 3/16 z gry w ostatniej kwarcie, przypominając nieco swoim fanom o meczu numer jeden, kiedy Blake Griffin i spółka przeszli do historii.

 

CP3 zmienił ten zespół przede wszystkim mentalnie. Sprawił, że każdy chce walczyć do ostatniego gwizdka, a nawet Vinny Del Negro odnalazł się w tym całym bałaganie. Nick Young po transferze z Wizards dorasta, z każdym meczem, podobnie jak JaValee McGee. Paul musi być liderem, bo nie będzie nim jeszcze Blake Griffin, któremu sporo brakuje do miana gracza kompletnego. Było to widać wczoraj, kiedy Zach Randolph lekceważył go na 4-5 metrze. Griffin oprócz dunków, dobitek i akcji w kontrze potrafi tak naprawdę grać tylko na piwotach, zrobić shot fake i liczyć na akcję 2+1 lub mocny faul. Nic więcej… Powinien być kimś innym za 2-3 sezony, musi.

 

Z innej beczki: Gilbert Arenas pojawił się na ostatnie 8 sekund, zebrał piłkę, po której Mike Conley wyprowadził ostatnią akcję, podając do wychodzącego na 45 stopniu Gaya. To tylko tak z innej beczki, dla fanów Agenta Zero, o ile jeszcze jacyś w Polsce mieszkają…


 

 



Podziel się:

komentarze (10) | dodaj komentarz

THIBODEAU POPEŁNIA BŁĘDY

sobota, 05 maja 2012 15:02

 

Michał Kajzerek

 

Trzy ostatnie spotkania Bulls stanowią bardzo dobrą i konkretną odpowiedź na to, dlaczego Tom Thibodeau nie zdobył drugi raz z rzędu nagrody najlepszego trenera roku. Podczas sezonu regularnego wielu mówiło o tym, że Thibs co prawda rozwinął się jako ofensywny coach, ale przez swoje defensywne preferencje widzi poszczególne części, lecz nie całość, przez co Byki grają schematycznie i bardzo przewidywalnie. Takich głosów byłoby znacznie mniej, gdyby kontuzje nie dopadły Derricka Rose’a i Richarda Hamiltona.

 

Obaj mieli stanowić komplementarny ofensywny produkt mający ściśle określony cel do spełnienia. Hamilton jako rozwiązanie na dwójce ze swoim umiejętnościami w grze off-screen i Rose jako narzędzie do rozbijania obrony po penetracjach. Bogowie koszykówki nie byli jednak wystarczająco szczodrzy, aby pozwolić im rozwinąć współpracę.

 

Thibodeau wpadł zatem w tarapaty, z których ratować miało go zaimplementowanie flex-offense ala Jerry Sloan z Jazz. Kyle Korver, Ronnie Brewer i Carlos Boozer doskonale wiedzieli, z której strony to ugryź, bardzo dobrze (lub po prostu dobrze) - poradzili sobie z tym Hamilton i Deng – gracze niemal stworzeni do gry po zasłonach. Problemem pozostawała jedynka, bowiem brak Rose’a oznaczał chimerycznego Watsona i nieokiełznanego Lucasa III, z kolei gdy Derrick grał, to był zbyt zardzewiały, aby wykorzystać cały potencjał ofensywny swój, czy kolegów z zespołu. Podczas sezonu regularnego Byki miały trzynastą ofensywę w lidze, zdobywając średnio 0,91 punktu na posiadanie.

 

To wystarczyło, aby w połączeniu z drugą defensywą ligi obronić się przed Miami Heat i zakończyć rozgrywki na szczycie wschodniej konferencji. Niemniej kontuzje zaczynały coraz bardziej ciążyć zespołowi. Thibodeau zarzucano brak zdrowego rozsądku, gdy grał zawodnikami o wątpliwym zdrowiu nawet wówczas, gdy mecz wydawał się być przesądzony. Tak było, gdy przednie więzadło w kolanie zerwał Rose na inaugurację playoffów. Byki prowadziły 12-punktami na minutę przed końcem. To miała być indywidualna akcja zakończona floaterem z prawej ręki. Podobnym zresztą do tego, który na początek sezonu dał Bykom zwycięstwo nad Lakers.

 

Osłabione ciało Rose’a nie wytrzymało nacisku. Dziennikarze podnieśli zaraz larum, iż Thibodeau ma w nosie zdrowie swoich graczy. Chicago przeżywało jednak większą tragedię, więc temat przeminął z wiatrem gdzieś między Madison Street a Michigan Avenue. Front-court Bulls był nienaruszony, więc to na Noah, Boozerze i Gibsonie miały się głównie opierać ofensywne schematy zespołu z Windy City. Tak szybko, jak w swoje ręce piłkę dostał John Lucas III, jakiekolwiek plany i intencje Bulls zamieniły się w śmieszny żart. W Game 2 Lucas zdobył 15 punktów, był 7/12 FG, ale pozostawał jeźdźcem bez głowy. Sytuację starał się naprawić Joakim Noah – 10/11 FG, 21 punktów, 8 zbiórek, 5 asyst. Zdecydowanie najlepszy gracz Chicago w tej serii…

 

Kurczyły się natomiast minuty Ronniego Brewera. Czołowy defensor Bulls i jeden z najlepiej biegających graczy wzdłuż base-line utknął gdzieś w rotacji. Thibodeau nie widział dla niego żadnego zastosowania w match-upie z jakimkolwiek graczem Sixers, a w międzyczasie Richard Hamilton był demolowany w pojedynkach 1na1 przez Evana Turnera. Wyjazd do Filadelfii na Game 3 i kolejna redukcja minut Ronniego – tym razem nie zagrał w ogóle. Jego miejsce w rotacji zajął rookie – Jimmy Butler, a Turner w izolacji z RIP-em wykorzystywał swoje zdrowe nogi. Brewer spytany po meczu o powód takiej decyzji coacha, skierował dziennikarzy do Toma, bo nie znał odpowiedzi.

 

To samo uczynił C.J. Watson, gdy miał wyjaśnić dlaczego nie wyszedł na parkiet nawet na minutę w czwartej kwarcie, gdy Bulls roztrwonili 14-punktową przewagę. Wszystko zostało w rękach największego ball-hoggera tego meczu – Johna Lucasa III. Skąd taka decyzja? „Musimy znaleźć inny sposób na zdobywanie punktów i to szybko”- mówił Thibodeau na konferencji prasowej po przegranym w czwartej kwarcie meczu.

 

Bulls najprawdopodobniej stracili – o czym wcześniej wspominałem – najlepszego gracza tej serii. Joakim Noah nie boi się biegać coast-to-coast, a jego koślawa, choć wyjątkowa motoryka ciała stawia go u boku najbardziej atletycznych środkowych w lidze. Jo jest wojownikiem, lecz jego powrót na parkiet po dość drastycznym skręceniu kostki był prawdopodobnie najbardziej krótkowzroczną decyzją Thibodeau w tym sezonie – mówiąc eufemistycznie. Gość przed chwilą stanął na swojej kostce i wrzeszczał, jak kot, któremu ktoś nadepnął na ogon. „Chciał spróbować” – tłumaczy się coach.

 

Tom, najwyraźniej dopadła Cię Twoja karma. 


 

 



Podziel się:

komentarze (13) | dodaj komentarz

PRZERWA NA ŻĄDANIE (04.05.2012)

sobota, 05 maja 2012 13:01

 

Bartek Tomczak

 

Pierwsza dogrywka w tegorocznych Playoffs, comeback 76ers i mecz do jednego kosza w Denver. Wszystko to w dzisiejszej Przerwie na Żądanie.

 

Program dostępny w lepszej jakości, po przestawieniu na 720p.

 



Podziel się:

komentarze (1) | dodaj komentarz

DAY-TO-DAY: CHICAGO BULLS POWOLI TO TRACĄ, CELTICS PRAWIE STRACILI

sobota, 05 maja 2012 12:48

 

Maciej Kwiatkowski


PHILADELPHIA 76ERS, CHICAGO BULLS 79:74 (2-1)

 

Derrick Rose czeka na operację, Joakim Noah (12 pkt, 7 zb., 26 min.) prawdopodobnie nie powinien był kończyć meczu na poważnie skręconej kostce, Taj Gibson (6 pkt, 7 zb.) prawie rozwalił kolano, a Luol Deng (5 pkt, 2/7) zgubił rzut, grając z kontuzją nadgarstka. Czterech z sześciu najlepszych graczy Bulls nie jest w pełni sił i mimo tego, że przez większość meczu ich atak pozycyjny wyglądał lepiej niż 76ers - byli też zupełnie rozbici w pomysłach na wygranie meczu w czwartej kwarcie przeciwko zdrowym jak górski poranek 76ers. 

 

W drugim meczu z rzędu Bulls przegrali go w jednej kwarcie, tym razem w czwartej (14-28) i teraz potrzebują wygrać 3 z 4 kolejnych spotkań bez Rose'a, aby awansować dalej. Carlos Boozer był najlepszym graczem, Bulls, ale zdobył tylko 18 punktów z 17 rzutów. Z Dengiem rzucającym tylko 5 punktów, Bulls potrzebują używać jednego z nich aby tworzyć przewagi. Boozer stał się przez dwa ostatnie sezony głównie graczem pick/pop - tymczasem teraz Bulls potrzebują inside-outside, bo nie maję też penetracji i odegrań od zaginionego w akcji C.J.'a Watsona (0/4) i Johna Lucasa III (4/12), który nie widzi powyżej kolan Jrue Holiday'a (17 pkt, 6 as., 6 zb., 5/10).

 

22 asysty, ale i 15 strat, bo 76ers bez Rose'a mogą bronić Richarda Hamiltona (17 pkt, 7 as., 4/15) i Kyle'a Korvera z większą presją na piłce wzdłuż linii końcowej, nie obawiając się o penetracje. Podania Hamiltona do wysokich po wyjściach na jego ukochane łokcie, to obecnie opcja nr 1 Chicago, jak też i pełne zestawy podwójnych, potrójnych zasłon dla w.w dwójki. 

 

Nikt w zasadzie nie gra przez post-up w tej serii, więc ręce, nogi i ciała graczy latają wszędzie z dużą presją na piłce. 76ers mają jednak więcej opcji (wg mnie o jedną za dużo, co jest kompleksowym problemem tego teamu, ale to historia na po sezonie), używając Holiday'a, Evana Turnera (16 pkt, 9 zb., 6/12) i Lou Williamsa (14 pkt) do wymyślania sobie rzutów i dostawania się pod obręcz - całe trio 17/21 z linii. Więcej talentu i to robi różnicę. Niewielką, bo 76ers wygrali trafiając 34,2% z gry, ale teraz, gdy tych trzech drugi mecz z rzędu punktuje regularnie, wystarczył jeden Spencer Hawes (21 pkt, 9 zb.) w czwartej kwarcie, aby przechylić szalę zwycięstwa.

 

Brawo dla Douga Collinsa za wstawienie Hawesa ponownie do gry po tym jak rzucał lay-upy z zamkniętymi oczami w pierwszej połowie. Czułem nosem Tony'ego Battie, a tego 76ers nie chcą w tej serii.

 

76ers są ubodzy w strzelców z dystansu - Bulls mają ich kilku więcej. Oba zespoły są w Top3 najlepiej broniących w lidze, ale oba też mają kłopoty w ataku. Jeżeli jednak Bulls będą tracić ludzi w takim tempie, to Lucas i Brian Scalabrine mogą dla nich kończyć kolejne mecze.

 

 

BOSTON CELTICS, ATLANTA HAWKS 90:84 (2-1)

 

To nie jest piękna seria, ale czego mieliśmy się spodziewać? Celtics to 24 zespół w efektywności ofensywnej, nawet pomimo dobrego runu w drugiej części sezonu. Hawks skończyli na 14., ale zaliczali ogromną negatywnę dysproporcję przeciwko topowym drużynom. W dodatku grają bez swoich dwóch najlepszych graczy.

 

Żaden team nie przekroczył jeszcze bariery 90 punktów, nawet pomimo wczorajszej dogrywki. Celtics nie potrafili wykorzystać tego, że Hawks bez Josha Smitha i Ala Horforda walczyliby pewnie o miejsce w Top7 loterii draftu. Hawks szukali kolejny raz łatwych punktów z Jeffem Teague'm (23 pkt, 6 as., 4 zb.) w kontrataku i ponownie robili to do przerwy, zanim w drugiej połowie wypompowali się z sił i zeszli do swojego chleba powszedniego - izolacji i rzutów za trzy.

 

Joe Johnson (29 pkt, 8 zb., 11/28) trafił kilka i znienacka doszło do dogrywki. Celtics pomogły jednak powroty Rajona Rondo (17 pkt, 14 zb., 12 as., 6 strat) i Ray'a Allena (13 pkt, 6/12). Rondo miał triple-double w taką sobie noc i wciąż niesamowite ile dobrego potrafi wyprodukować pudłując wszystkie z ośmiu rzutów z półdystansu. 

 

To Allen jednak ułatwił grę wszystkim. Kevin Garnett (20 pkt, 13 zb., 4 blk) pudłował swoje rzuty w pick/pop, Paul Pierce (21 pkt) patrzył na Rondo i trafił tylko 3/12 ale KG kilka razy zabił Marvina Williamsa w post-up, nie dostając podwojenia, a Pierce niepodwajany dostawał się pod kosz w zagraniach jeden na jednego i trafił kluczowe 14/14 z linii - dwa więcej niż Hawks. Z Allenem i Mickaelem Pietrusem na parkiecie Celtics powoli zaczynali mieć widoczną gołym okiem przewagę w tej serii, zanim zaczęli grać w chodzonego i prawie przegrali. W całym meczu nie trafili żadnej trójki w kontrataku. 

 

W ataku pozycyjnym Hawks tak jednak obawiali się odegrań Rondo, że zostawiali mu wolną drogę do kosza, gdzie ten kończył lay-upy - 50 procent, ale trafił siedem. Z drugiej strony boiska Celtics podwajali Teague'a w pick/rollu, zostawiając zupełnie bez krycia Jasona Collinsa, Ericka Dampiera i Ivana Johnsona, czyli czwartego, piątego i szóstego podkoszowego w rotacji Hawks. Wczoraj to trio było nr 1, nr 2 i nr 3 zaliczając razem 54 minuty. Hawks mieli jednak więcej strat (17), niż asyst (15), bo bez świetnie podających outside-in Smitha i Ala Horforda, brakuje im nie tylko podających pod kosz, ale i finiszerów pod nim. Po prostu brakuje im niekontuzjowanych graczy, jezu... 

 

Marvin Williams jest jednym z najgorszych w tych play-offach. Nawet Willie Green zagrał wczoraj lepiej, a Tracy McGrady (12 pkt, 9 zb., 5/14) po wojażach w post-up do przerwy skręcił swoją zmurszałą kostkę i był tylko statystą w drugiej połowie, grając przez 41 minut, po których może się już nie podnieść w tej serii. Szkoda, bo to mógł być równie dobrze jego mecz. 

 

Celtics nie potrafili jednak wykorzystać TEGO wszystkiego i przy +11 w czwartej kwarcie prawie zamienili Johnsona w bohatera i lidera, którym po prostu nie jest. Doceniamy to, ale come on. Nie powinni się cieszyć ze swojej dyspozycji. 

 

Może nie być już jednak lepiej dla Hawks w tej serii, bo podkręcenie rzepki przez Smitha, to raczej coś nad czym powinien się poważnie zastanowić, zanim zdecyduje się wrócić do gry na mecz nr 4. Celtics zagrali z Allenem po raz pierwszy od trzech tygodni, ale być może stracili Avery'ego Bradley'a. Z dnia na dzień szanse Philadelphii 76ers na dotarcie do Finału zaczynają wyglądać na coraz bardziej realne.

 

Patrząc na to co dzieje się na Wschodzie, nie możemy opuścić serii Miami-Indiana, bo może być najlepszą, jeśli Celtics nie zaczną grać lepiej.



DENVER NUGGETS, LOS ANGELES LAKERS 99:84 (1-2) 

 

Jeśli spojrzeć na ostatni run w czwartej kwarcie meczu nr 2 i początek meczu nr 3 (38-14), Nuggets mogliby pozytywnie patrzeć na rozwój losów tej serii. Ta seria jednak cały czas zależy od i należy do Los Angeles Lakers - mają więcej opcji, przewag w match-upach i jeszcze nie wykorzystali tak naprawdę nawet Pau Gasola (16 pkt, 7 zb., 4 as., 7/13) w post-up na kimkolwiek. 

 

Nuggets znaleźli jeden match-up, gdy nie muszą podwajać Andrew Bynuma (18 pkt, 12 zb., 8/8 ft) - słowa uznania dla zdeterminowanej mamy Pameli McGee. Jej syn JaVale McGee (16 pkt, 15 zb., 3 blk, 8/12) pokazał wczoraj potencjał, przez który po prostu nie możemy się z niego śmiać. Śmiać to możemy się z Timofieja Mozgowa. McGee zdobył 8 ze swoich 16 punktów grając 1-on-1 z jednego i drugiego post-up. 

 


 

Bynum miał na sobie dodatkowych obrońców, gdy nie krył go McGee, role-players Lakers nie zabrali rzutu ze Staples Center (Ebanks, Barnes, Blake - 5/18), a Kobe Bryant (22 pkt, 6 zb., 6 as., 6 strat, 7/23) czekał aż mecz przyjdzie do niego. Nuggets w tym czasie użyli ludzkiej torpedy, czyli Ty'a Lawsona (25 pkt, 7 as., 0 strat) i ten pozostał liderem z meczu nr 2, w kontrataku czy z lewego skrzydła upokarzając Blake'a w penetracjach. Lawson zdobył pierwszych 16 z 41 punktów Nuggets, gdy ci prowadzili już 41-17.  

 

W pierwszych dwóch meczach Lakers używali dużo zagrań pick/roll 1/2, między Ramonem Sessionsem (15 pkt, 9 zb., 6 as., 5/13) a Bryantem. Są one szczególnie trudne, bo Sessions ma nos do zmieniania tempa wyjścia po pick/rollu. Nuggets muszą wybrać to co wolą oddać - switch niższego Lawsona i Andre Millera (13 pkt, 6 zb., 5 as., 5/12) na o pół głowy wyższym Bryancie, czy wejście Sessionsa w pole trzech sekund i odegrania do linii końcowej czy lobem nad obręcz. Wczoraj Lakers odeszli od tego, a Bynuma znaleźli dopiero w trzeciej kwarcie. W drugiej kwestii pomógł McGee, ale w pierwszej - tylko Lakers. W dodatku Steve Blake nie może grać 28 minut i trafiać 1 z 4 rzutów z gry, tracąc na sobie punkty za każdym razem, gdy jest przed nim Lawson. 

 

'We dont want to run plays, we want to play basketball' - mówi George Karl i można się uśmiechnąć pod nosem. Wiemy, który team ma co najmniej cztery opcje do wyboru, a który w zasadzie nie ma żadnej. Nawet Lawson w kontrataku jest uzależniony bardziej od tego jak stracą piłkę Lakers, niż jak przechwycą ją Nuggets, tzn Nuggsies.

 

Ale to jest Nuggsies. McGee i Kenneth Faried (12 pkt, 15 zb.) zbierający 30 piłek, Lawson atakujący obręcz i x-faktor tej serii dla Nuggets, Miller będący +22 w trzech meczach. Tu wychodzi brak Metta World Peace'a, który mógłby kryć Millera, a tak Mike Brown musi się babrać wystawiając na duet Lawson/Miller duet Sessions/Blake. 

 

Zobaczymy czy złamanie nosa Ala Harringtona przeszkodzi mu w powrocie i jak wpłynie na jego dziabniętą już przez kontuzję kolana grę - choć miał wczoraj ładny fake i penetrację pod Pau Gasolem. Tylko mając taki wkład ławki rezerwowych jak wczoraj (39-9) Nuggets mogą doprowadzić tu do sześciu lub więcej spotkań. 

 

Lakers mają wciąż wszystkie pytania, czy guziki do naciśnięcia - Bryant w izolacjach, pick/roll 1-2, Bynum tyłem do kosza czy w końcu Gasol na Fariedzie czy Harringtonie. Mike Brown ma więcej asów w rękawie, ale Lakers nie mogą się dać rozkojarzyć. Ten zespół ma za mały margines błędu, aby pozwolić sobie na bimbanie w pierwszych rundach jak za dawnych lat.

 

Nawet jednak i to może im wyjść na dobre. World Peace ma jeszcze trzy mecze zawieszenia, czyli wróci najpóźniej na ewentualny drugi mecz z Oklahomą, albo na pierwszy. Wszystko w rękach i głowach Lakers.


 

 



Podziel się:

komentarze (9) | dodaj komentarz

TOP 5 AKCJI: 3 MAJA

piątek, 04 maja 2012 10:21

DAY-TO-DAY: POWIEDZ PAPA MISTRZOM

piątek, 04 maja 2012 8:53

 

Maciej Kwiatkowski

 

DALLAS MAVERICKS, OKLAHOMA CITY THUNDER 79:95 (0-3)

 

Mark Cuban przewidział to wszystko w lipcu zeszłego roku. Ostatnie siedem minut meczu nr 3 z pustymi trybunami, kibicami ścigającymi się do miejsc parkingowych w American Airlines Center i Dirk Nowitzki (17 pkt, 9 zb., 6/15) na ostatnich nogach nie będący w stanie udźwignąć ofensywnej impotencji Mavericks (34.2% z gry) i fizycznego krycia od piłki Kendricka Perkinsa. 

 

Bez Tysona Chandlera zabrakło kogoś kto będzie wykorzystywał pod koszem to jak dobrze Mavericks podają tam piłkę. Bez J.J.'a Barei brakowało kogoś kto wyjdzie po pick/rollu i zrobi dwa kozły w kierunku pola trzech sekund. Wrócili starzy "dobrzy" Mavs, team rzucający z półdystansu i wyglądający znakomicie gdy Jason Terry (11 pkt, 3/10) trafia powyżej 50% z gry.

 

W tej konkretnej serii zabrakło nawet DeShawna Stevensona, aby zatkać dwóch z pięciu najlepszych strzelców tej ligi. 

 

Jest tylko jeden Shawn Marion (6 pkt, 10 zb.) i nie mógł kryć zarówno Kevina Duranta (31 pkt, 11/15, 4/6 za 3), jak i Russella Westbrooka (20 pkt, 3 prz., 8/19). Jason Kidd (12 pkt, 4 as.) był po prostu za stary i daje Westbrookowi w tej serii każdy rzut jaki chce, a Delonte West tyle mógł zrobić co zatrzymać się przed nim, gdy Westbrook szedł do góry i trzeci mecz z rzędu trafiał powyżej 50% z rzutów na wprost kosza z okolic linii osobistych. To jego klepka i Mavericks w przeciwieństwie do San Antonio Spurs, nie potrafili zepchnąć go ani w prawo, ani w lewo, czy sposobem w jaki bronili pick/rolle zmusić go do krótkich jump-shotów z trzech metrów na wprost kosza. Tych jump-shotów, które wyglądają tak źle, gdy nie wchodzą.

 

W sezonie regularnym Westbrook trafiał 32% na wprost kosza krok za linią wolnych, 30% dale niż z szóstego metra i ...46% z 5-6 metrów. To jest coś pod co warto ustawiać obronę. W tej serii Westbrook trafia 49% z gry, grając przez wysokie pick/rolle dopóki nie wejdzie na swoją klepkę. Mavericks zdecydowali się odebrać penetrację.

 

Kiedy w trzeciej kwarcie Marion po raz pierwszy w tej serii zaczął go kryć, Durant miał asystę z podwojenia do Serge'a Ibaki (10 pkt, 11 zb., 4 blk) i zaraz rzut nad o głowę niższym Westem. Szybkie cztery punkty. Gdy Marion wrócił od razu na Duranta, Westbrook trafił kolejny jumper przed Kiddem i od tego momentu trzeciej kwarty Mavericks nie byli już w meczu. Thunder rozciągnęli potem match-up zonę do rogów i trafili 12 z 28 rzutów za trzy w meczu, w tym 6 z 11 po przerwie, prowadząc już 86:60 po trzeciej trójce Daequana Cooka.

 

Na koniec sezonu Nowitzki musiał grać jako center, nawet jeśli przez cały sezon Rick Carlisle próbował to ukryć. Brandon Wright nie istnieje w tej serii. To jest/był ten matchup, w którym Lamar Odom mógłby stworzyć frontline z Nowitzkim i Marionem. To prawdopodobonie była też jedyna opcja, aby zachować coś po stracie Tysona Chandlera, nie trafić na Andrew Bynuma i przedrzeć się z powrotem do Finałów.

 

Tymczasem Mavericks wyglądali staro. Nawet Derek Fisher trafiał floatery o tablicę, trójki z rogów czy wchodził wzdłuż baseline kończąc lay-upy.

 

Thunder trafiali trójki jak nie Thunder, znajdując strzelców w rogach przeciwko zonie nie wysuniętej aż tak daleko. Z Nowitzkim grającym duże minuty na pozycji centra Mavericks musieli też oddać możliwość penetracji po przerwie. W końcu oddali jedno i drugie i to był prawdopodobnie koniec serii, przedostatni mecz.

 

NEW YORK KNICKS, MIAMI HEAT 70:87 (0-3)

 

W trzecim meczu Miami Heat kryli Carmelo Anthony'ego (22 pkt, 5 strat, 7/23) pięcioma graczami. Głównie Shane Battier, ale to był tzw "slugfest" - mecz, w którym kłopoty w ataku mieszały się z bardzo dobrą obroną i czasem nie można było odróżnić co z czego wynika. Steve Novak nigdy tak naprawdę nie widział kosza, oddał jeden rzut za trzy w 22 minuty gry w pierwszej piątce i cała ofensywa Knicks sprowadzała się do tego by zabić Anthony'ego w izolacji. Dogrywać mu piłki sześć metrów od kosza przy linii bocznej, nie ścinać, stać i czekać.

 


 


Więc może Knicks potrzebują jednak Amare Stoudemire'a? Prawodpodobnie nie, ale w tym meczu potrzebowali czegoś więcej niż Mike Bibby stojący za linią za trzy jak nad brzegiem morza i obserwujący jak zachodzi jego kariera. J.R. Smith był nie do znalezienia, gdy mowa o użyciu pick/rolla jako opcji, by nakręcić ruch piłki. Ten bardzo dobry ruch piłki w końcówce sezonu sprawiał, że Knicks przez kilka tygodni wyglądali jak jeden z pięciu najlepszych teamów konferencji. Na koniec sezonu zabrakło im po prostu graczy.

 

W drugiej połowie ich atak pozycyjny zakopał się w błocie. Obrona Heat była szybciej w miejscu docelowym niż podania i w trzecim kolejnym meczu Knicks nie mogli otworzyć się z dystansu (4/20). Nie mieli nawet dobrych pozycji do rzutu. Gdyby mieli tyle ile Battier ma w tej serii, to mecz mógłby wyglądać inaczej. A tak po raz drugi nie wyszli z 70 punktów.

 

Po najgorszej w sezonie pierwszej połowie Heat, LeBron James (32 pkt, 8 strat) rzucił 17 punktów w czwartej kwarcie wygrywając z Knicks sam w ostatnich 12 minutach, 17-14. Madison Square Garden trzymało chant "asshole" na specjalną okazję, pierwszy mecz Jamesa w playoffach w MSG i James wziął to pod uwagę. Grał coraz gorzej i gorzej po dobrym starcie, najpierw tracąc piłki w drugiej kwarcie, a potem popełniając 4 faul już w piątej minucie drugiej połowy. 

 

Potem James wrócił na parkiet i obrócił mecz w pierwszych 86 sekundach czwartej kwarty, rzucając 8 punktów, w tym trójkę ze stopami obróconymi o 45 stopni w kierunku rzutu. Potem zrobił to raz jeszcze i widać było gdzie są Knicks w tej serii.  I to był koniec, w czasie gdy Knicks wyczerpali całą swoją energię, by uratować się bez trzech graczy pierwszej piątki w składzie. Możesz używać w końcu zdrowego w tej serii Tysona Chandlera (10 pkt, 15 zb.) aby wykrzykiwał rozkazy za twoimi plecami, ale jeśli rzucasz 31.9% z gry w najważniejszym meczu sezonu, to jedna mocna kwarta Jamesa i jedna mocna kwarta Dwyane'a Wade'a (20 pkt, 5 prz., 8/17) to za dużo. 

 

"Dwyane Wayne" czy po prostu "Dwyade", jak mówi Reggie Miller, kontynuując swoją dziwną awersję do Heat, trafił dwie trójki w trzeciej kwarcie, gdy James był na ławce, Mario Chalmers (19 pkt, 5/8 za 3) trzy w czwartej i przez ostatnich 15 minut Heat wyleźli z bagna, w które Knicks wciągneli ich przed przerwą.  

 

 

Nie stała za tym tylko defensywa po obu stronach boiska, ale pospieszne podania Heat, 17 strat i ball-movement Knicks rozkojarzony JUŻ w drugiej akcji meczu. Już w drugiej akcji Knicks nie wiedzieli co mają zagrać. Melo stał z piłką i patrzył się o co chodzi. Brakowało kreatorów importowanych z Tajwanu, Baron Davis miał jedną penetrację w meczu i nie było możliwości, aby bez kilku trójek mogli wygrać mecz i serię.  

 

Heat mają teraz dużą szansę zakończyć to w niedzielę, bo Jeremy Lin najwyraźniej nie wróci i nie będziemy robić tego znowu i znowu z New York Knicks, opisując ich cudowny come-back, powrót Linsanity, rzeczy legendarne i 4-3 dla Knicks. Niezły show od nich w tym sezonie - coś jak cztery różne drużyny, zastępujące cztery o których nie pisaliśmy przez cały sezon.

 

Dziękujemy, co teraz? Próbując na mid-level złowić Steve'a Nasha i nie stracić zastrzeżonego Lina, sprowadzić Phila Jacksona, jeszcze do końca sezonu usłyszymy o wymianach z udziałem Amare jakie prawdopodobnie nigdy nie dojdą do skutku.

 

 

 



Podziel się:

komentarze (15) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  17 060 250 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   





[ Copy this | Start New | Full Size ]





















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u