
Sebastian Hetman
Po kilku dniach przerwy wracam z małą porcją koszykówki akademickiej. Pan Kwiatkowski na tyle dobrze gościł mnie w stolicy naszego kraju, że dopiero dzisiaj czuję się w miarę wyspany mimo, że od siódmej nadaję na „nielegalu” z pracy. W Warszawie było klawo, a na dzień dzisiejszy we Wrocławiu brakuje mi kompana do oglądania meczów zza Oceanu. Sami wiecie jak to jest, prawda? Reakcje większej liczby osób przy wsadzie, bloku, czy wymiocinach Gilberta Arenasa są bezcenne. Grupowe „Łooooooooooo!” zastąpiło w stolicy ACTA popularne „Uuułaaa” i wywołało na Saskiej Kępie trzęsienie ziemi, kiedy w mroźną noc Matt Carroll trafił dwie trójki z rzędu... Mogę tylko żałować, że nie zostałem tam do wczoraj, bo grupa ludzi przy wsadzie Blake’a Griffina wyskoczyłaby przez balkon i pobiegła w samych boskerkach na Stadion Narodowy. Najlepszego!
Tymczasem na parkietach NCAA weekend jak zwykle dostarczył sporo emocji, a ja przechodziłem niestety gdzieś obok. Starałem się nadrobić zaległości, w międzyczasie łącząc domowy brak internetu, wypady po przeróżne akcesoria do domu + listwy podłogowe ze schowkiem na kabel. Ha! Dobra rzecz, polecam!
Olek Czyż i Tomek Gielo będą mieli osobny wpis, bo chciałbym podsumować ich grę w styczniu. Trzymajcie się chłopaki!
Drop bombs!
SZOK JAKICH MAŁO: Davidson @ Samford 74:77 (sobota)
Rzadko poruszam tematy ekip z tych nieco słabszych konferencji, ale była drużyna Stephena Curry’ego została zaszokowana przez Samford Bulldogs. Do tej pory Davidson Wildcats przegrali tylko jeden mecz w Konferencji Southern i byli zdecydowanym faworytem tego spotkania. Już po pierwszej połowie nieoczekiwany zryw Bulldogs dał im prowadzenie 42:26 i dopiero druga połowa dostarczyła fanom sporo emocji. De’Mon Brooks zdobył dla Davidson 20 punktów i miał 8 zbiórek, zaś rzutami zza łuku pogoń rozpoczął Nik Cochran (18 pkt., 6/9 za trzy). Mecz rozstrzygnął się w końcówce, dopiero przy rzutach wolnych wynik ustalili wspomniany wyżej Cochran i Connor Miller (12 pkt.), którzy trafili wszystkie cztery próby. Co ciekawe, gracze Samford trafili aż 10 trójek na 14 oddanych, zaś spotkanie zakończyli na skuteczności powyżej 52%. Dla Davidson była to pierwsza porażka w tzw. conference games.
SŁABI TEŻ MOGĄ: Notre Dame @ Connecticut 50:48 (niedziela)
Po raz kolejny Fighting Irish zaskoczyli rywala świetną defensywą na obwodzie. Tydzień temu pokonali u siebie Syracuse Orange, którzy wówczas byli rozstawieni z numerem jeden. W niedzielę pojechali na trudny teren w Connecticut, gdzie na kampusie w Storrs Jeremy Lamb i Shabazz Napier mieli robić rzeźnię jak stylowy człowiek Apathy. Lamb grał całkiem przyzwoicie, miał 16 punktów i 5 zbiórek, ale Shabazz Napier zdobył raptem 4 punkty (0/7 z gry) i dodał do tego 4 asysty. Typowany jak Top 3 Draftu, Andre Drummond zakończył mecz z dorobkiem 15 punktów, 11 zbiórek i 4 bloków, dlatego był najbardziej dominującym gościem w niedzielny wieczór. Mike Brey i jego chłopcy z Notre Dame postawili opór na dystansie, ograniczając poczynania Napiera i zatrzymując Huskies na skuteczności 23% za trzy. W ostatnich sekundach trzy rzuty wolne trafił Jerian Grant (11 pkt., 5 zb., 6 ast.), a motorem napędowym w drugiej połowie był Eric Atkins (13 pkt.). Na dzień dzisiejszy Fighting Irish są już czwartą ekipą w Konferencji Big East z bilansem 6-3, a z meczu na mecz grając coraz lepiej i kto wie, może wywalczą awans do NCAA Tournament?
NIE WYWOŁUJ WILKA Z LASU: (8)Kansas @ Iowa State 64:72 (sobota)
To miał być klasowy pojedynek dwóch energicznych skrzydłowych z Konferencji Big 12. Thomas Robinson i Royce White należą do czołówki NCAA, jeśli chodzi o grę w pomalowanym, a faworytem tego spotkania byli Kansas Jayhawks. Inna sprawa, że gracze Iowa State radzą sobie coraz lepiej i są nieoczekiwanie czarnym koniem w Big 12 Conference. O Thomasie Robinsonie mogliście poczytać na łamach naszego bloga, ale historia Royce’a White’a jest równie imponująca. Myron Medcalf z ESPN przedstawił sylwetkę wschodzącej gwiazdy i chłopaka, który panicznie boi się latać samolotami, a jego talent chciał sprowadzić do Kentucky sam John Calipari. White w sobotnim spotkaniu miał 18 punktów, 9 zbiórek i 5 asyst. Przyćmił występ Robinsona (13 pkt., 7 zb., 5 strat), zaś Jayhawks od początku tego spotkania nie mogli znaleźć recepty na popularnych Cyclones, którzy tego dnia grali rewelację na tablicach (wygrali zbiórkę 34-19). Melvin Ejim i Scott Christopherson dodali odpowiednio 15 i 14 punktów. Przy słabej dyspozycji Robinsona ciężar gry chciał brać na siebie gorący ostatnio Tyshawn Taylor (16 pkt., 10 ast.), ale nie uchronił Kansas przed czwartą porażką w tym sezonie. Obserwujcie Royce’a White’a, który w swoim pełnym pierwszym sezonie w NCAA gra na poziomie 14 ppg, 9 rpg, 5 apg, 1 spg, 1 bpg. Kolejny utalentowany all-around guy...
BRUDNE POŁUDNIE: (4)Missouri @ Texas 67:66 (poniedziałek)
Michael Dixon rzucił z ławki 21 punktów dla Mizzou, a ostatnie dwie minuty w jego wykonaniu dostarczyły sporo nerwów jego kolegom. Najpierw Dixon zaliczył faul niesportowy, a potem trafił layup dający prowadzenie Tigers, którego nie oddali już do końca. Miejscowi Longhorns byli już w tym meczu na -13, ale świetny J’Covan Brown dał sygnał do odrabiania strat. Brown w całym spotkaniu uzbierał 20 punktów i miał szansę trafić zwycięski rzut, ale szczelna defensywa Tigers po raz kolejny zdała egzamin. Mecze w Konferencji Big 12 stają się coraz ciekawsze, dlatego jeżeli będziecie mieli okazję, oglądajcie!
ONE MAN SHOW NIE POMÓGŁ: St. John’s @ (7)Duke 76:83 (sobota)
Moe Harkless (30 pkt., 13 zb., 13/21 z gry) rozegrał jedno z najlepszych spotkań w karierze, ale jego świetna dyspozycja nie wystarczyła do sprawienia niespodzianki w Cameron Indoor Stadium. Blue Devils mimo szalonej pogoni Red Storm wytrzymali do końca spotkania. Obok Harklesaa szalał D’Angelo Harrison (21 pkt. 3/8 za trzy), który trafił trójkę na stan 79:75 w końcówce. Red Storm mogli stać się pierwszą ekipą od 2000 roku z poza Konferencji ACC, która mogła wygrać na terenie Duke. Serię 94 takich zwycięstw przedłużyli dla Coacha K Mason Plumlee (15 pkt., 17 zb.) i Ryan Kelly (16 pkt., 9 zb.), którzy byli fantastyczni w pomalowanym. Austin Rivers miał 12 punktów, zaś Andre Dawkins standardowo sprawdzał się na dystansie (16 pkt., 4/10 za trzy). Blue Devils po pierwszej połowie prowadzili już 45:29, ale fenomenalny Harkless momentami robił wszystko w ofensywie. A paczka niczego sobie...
HIT KONFERENCJI: West Virginia @ (2)Syracuse 61:63 (sobota)
Dwa celne rzuty wolne Brandona Triche’a (18 pkt., 7/12 z gry) na ponad minutę przed końcem spotkania dały kolejne zwycięstwo ekipie Jima Boeheima. Orange po raz kolejny zagrali bez swojego środkowego Faba Melo, który boryka się z problemami na uczelni. Pod nieobecność czołowego shot blockera ligi szalał Kevin Jones, który uzbierał na Mountaineers 20 punktów i 8 zbiórek. Ekipa West Virginii opanowała totalnie w tym spotkaniu deski (36-20), na których zazwyczaj popularni Orange walczą i w tym elemencie brak Faba Melo dał się także we znaki. ‘Cuse trafili raptem 4 trojki z 20 oddanych, ale mieli tylko 6 strat i 11 przechwytów, które umożliwiały łatwe zdobycze z kontr. Oprócz Jonesa po stronie WVU punktować próbował Darryl Bryant (12 pkt.), ale na szczęście dla Syracuse, miał tylko 4/11 z gry. Obecnie w Konferencji Big East Syracuse nadal są liderem (bilans 9-1), zaś West Virginia plasuje się dopiero na ósmym miejscu z bilansem 5-5.
Świeży ranking Top 25 AP (w nawiasie bilans ogólny, po przecinku bilans w konferencji):
1. Kentucky (21-1, 8-0)
2. Syracuse (22-1, 9-1)
3. Ohio State (19-3, 7-2)
4. Missouri (20-2, 7-2)
5. North Carolina (18-3, 6-1)
6. Baylor (19-2, 6-2)
7. Duke (18-3, 5-1)
8. Kansas (17-4, 7-1)
9. Michigan State (17-4, 6-3)
10. Murray State (21-0, 9-0)
11. UNLV (20-3, 4-1)
12. Florida (17-4, 5-1)
13. Creighton (20-2, 10-1)
14. Georgetown (16-4, 6-3)
15. Marquette (18-4, 8-2)
16. Virginia (17-3, 5-2)
17. San Diego State (18-3, 4-1)
18. Saint Mary’s (21-2, 10-0)
19. Wisconsin (17-5, 7-3)
20. Indiana (17-5, 5-5)
21. Florida State (14-6, 5-1)
22. Mississippi State (17-5, 4-3)
23. Michigan (16-6, 6-3)
24. Gonzaga (17-3, 7-1)
25. Vanderbilt (16-5, 5-2)
Co warto obejrzeć w tym tygodniu?
Odsyłam do wpisu Kosiego TUTAJ!
Maciej Kwiatkowski
Blake Griffin dzisiaj nie grał, ale każdego innego tygodnia ten wsad Paula George'a mógłby być nr 1... George miał career-high 24 punkty przy 11 oddanych rzutach z gry w zwycięstwie z Nets, wzorowo łącząc efektywność z efektownością, zobaczcie:

Marek Dziuba
Wsady to niejako esencja koszykówki. Robią wrażenie na wszystkich, bez wyjątku. Można je porównać do przewrotki w piłce nożnej, siatkarskiego gwóździa czy bomby z dystansu w piłce ręcznej. Wyobrażacie sobie koszykówkę bez dunków? A uczciwych polityków? Ja też nie. (dopóki w nią nie gram)
Od trzech dni dyskusje na temat wsadów opanowały nasz świat, ale to naturalna rekacja łańcuchowa, kiedy jednego dnia LeBron dosłownie przeskakuje swoją 'przeszkodę' w drodze do kosza, a kilkanaście godzin później Blake Griffin sprawia, że Kendrick Perkins już nigdy się nie uśmiechnie. Człowiek zadaje sobie pytanie w takich sytuacjach, czy grawitacja na halach NBA na pewno istnieje. Skoro jesteśmy przy Jamesie, niezawodny Brian Windhorst podszedł do niego, gdy ten siedział samotnie w szatni po wygranej nad Hornets i poprosił, aby wytypował pięć ulubionych wsadów ze swojej kariery. Przeskok nad Johnem Lucasem III znalazł się w notowaniu "Króla". Co dalej?
4. "Widziałem tylko, jak Boobie wyrzuca piłkę nad głową Antonio Danielsa. Była w c*** wysoko!"
3."Nie sądzę, że kiedykolwiek to powtórzę."
2. "To ten wsad, gdy KG pchnął mnie i nie odgwizdano faulu?"
1. "Wsad nad Damonem to był klasyk"
Marek Dziuba
Całe to podekscytowanie Rickym Rubio jest uzasadnione, a moja radość przeogromna, gdy pomyślę sobie, że do NBA trafił nowy prawdziwy rozgrywający wyznający zasadę "podanie ponad rzut" aż do bólu. Zbliżający się nieuchronnie zachód karier Jasona Kidda czy Steve'a Nasha nagle nie wydaje się taki straszny w epoce, gdy ten gatunek jedynek niestety wymiera, a takie Brandony Jenningsy trafiają do ligi niemal rokrocznie.
Cały szum wokół Hiszpana nie może nam jednak przysłaniać oczu co do tego, kto w tym momencie faktycznie przoduje w wyścigu po nagrodę debiutanta sezonu, a nie jest to wbrew pozorom fałszywy rookie Minnesoty, a... Kyrie Irving.
Herbata (jak nazwał go pewien fan w Polsce, good one!) to oczywiście całkowicie inaczej usposobiony point guard. Tutaj zamiast przedrostka "true" wstawiamy "scoring". To dokładnie to, czego potrzebowali Cleveland Cavaliers po odejściu LeBrona Jamesa, który poczynania drużyny z północnego Ohio zwłaszcza w ataku uzależnił od siebie niczym najmocniejszy narkotyk. Dlatego właśnie tak strasznie ciężko było przekonać się do zobaczenia jakiegokolwiek meczu Cavaliers w tragicznym poprzednim sezonie, gdy 'byli na odwyku', nie mając absolutnie żadnego gracza dla którego warto było wstać w nocy i przysypiać w szkole, pracy. Dość powiedzieć, że, gdy grali z Lakers Phil Jackson otwarcie mówił, że nie zna większości graczy w winno-złotych uniformach. "Eyenga, Hollins, kto?"
W nagrodę Cleveland zesłano nowego bohatera. Piszę to już bez większych złudzeń i wątpliwości związanych z jego skromnym dorobkiem meczowym w koledżu. Kyrie ma na koncie już więcej spotkań w NBA i zadziwiająco szybko puka do drzwi elity rozgrywających, zresztą sprawdzcie sobie jego PER (22.88, 14. wynik w lidze, wśród PG tylko za Paulem i Rose'm). Przed nim pewnie niejeden wzlot i upadek, w końcu to pierwszoroczniak (i to taki, którego spotkał lockout), ale banalnie ujmując, kwestią czasu wydaje się jego skok jakościowy. Herbata musi się przecież zaparzyć, zanim osiągnie odpowiedni smak...
Więcej czasu na boisku Irving otrzyma w każdym razie dopiero, jak podkreślił Byron Scott, gdy wychowanek Duke poprawi się w defensywie. To nie tak, że Irving gra słabo w D, ale Scott chce rozsądnie szkolić chłopaka, krok po kroku, by nie za szybko poczuł się zbyt pewnie. Mi się to podoba.
- Laik łatwo przyzna, widząc go na boisku, że jest jednym z najlepszych rozgrywających w lidze, ale ja go widzę codziennie i wiem, że ma jeszcze przed sobą dużo pracy po obu stronach boiska. Czy sądzę, że ma potencjał na stanie się kimś w tej lidze? Tak jak powiedziałem przed sezonem, wszystko w jego rękach. Widzę jego słabości, wiem nad czym musi pracować. Na razie zmierza w odpowiednim kierunku. - B.Scott
Irving jest specyficznym przypadkiem, który nie doczeka podobnego poklasku do Rubio, bo najzwyczajniej w świecie nie czaruje podaniami i nie kończy pod koszem akcji tak efektownie jak choćby Russell Westbrook czy Derrick Rose. Wszystko dlatego, że jego największą zaletą i to w zaledwie w wieku 19 lat już jest niespotykana efektywność i mądrość w grze. Nie jest to magiczne, bez większych fajerwerków dla widza, ale bardzo skuteczne. Przyznam, że lubię to porównanie do Chrisa Paula w jego przypadku, tym bardziej, że życie tworzy piękne historie i mentorem Irvinga jest dawny mistrz CP3, z którym już nawiązał przyjazną relację.
Statystyki:
Irving: 28 minut na mecz, 17.9 punktów, 4.8 asyst, 3.4 zbiórek, 3.3 strat, 51.6% z gry, 40.7% za trzy, 80.6% za 1
Paul (rookie): 36 minut na mecz, 16.1 punktów, 7.8 asyst, 5.1 zbiórek, 2.3 strat, 43% z gry, 28.2% za trzy, 84.7% za 1
Oczywiście jest różnica, Irving gra mniej, ale rzuca więcej punktów i na lepszej skuteczności (poza osobistymi). Traci jednak więcej piłek, ma mniej asyst i zbiórek, lecz gdyby dodać mu te 8 minut wyglądałoby to u niego jeszcze korzystniej. Odpuszczę to sobie, bo przeliczenia statystyk na minutę nie bardzo mnie przekonują, skoro są one tylko wirtualne. Załóżmy, że zebrałbym 4 piłki w ciągu 8 minut i zszedł z boiska. PER-36 wynosiłoby 18 zbiórek, a normalnie skończyłbym mecz z 5 jak Brook Lopez. Tak na to spoglądam. Nieważne.
Wracając do Irvinga. Wierzę w niego od początku i mimo kompletnego falstartu przeciwko Toronto Raptors w spotkaniu inaguracyjnym z każdym kolejnym występem udowadniał dlaczego bez namysłu Cavs poświęcili na niego pierwszy pick Draftu. Prawdziwy przebłysk talentu Kyrie'go mogliśmy oglądać w minionym tygodniu przeciwko Nets, gdzie rzucił rekordowe 32 punkty (21 w czwartej kwarcie!) i ostatnio przeciwko Celtics (23pkt., 10-14, 6as., 4zb.,). W Bostonie liczyło się jednak coś więcej.
Irving pokazał, że ma to "coś", by pełnić rolę go-to-guy'a.
- Kiedy mecz jest na styku, domaga się piłki. Nie wiem czy to takie nastawienie czy ma to po prostu w swoim DNA. Iskierki w tamtej chwili zaczynają się pojawiać w jego oczach i nie boi się pełnić rolę GOAT'a, nie obawia się tego, że może zostać bohaterem - B.Scott
Żeby nie było tak kolorowo. Przygoda z zaciętą końcówką rozpoczęła się boleśnie, bo od minimalnie chybionego lay-upu przeciwko Pacers, który zapewniłby Cavs wygraną równo z syreną. Irving miał tak łatwą pozycję, że nie trafił chyba jedynie przez zdziwienie, jakie go przez to dopadło. W starciu z C's foruna zakręciła się już na jego korzyść. Piłka wpadła, a Kyrie stał się - uwaga - trzecim najmłodszym zawodnikiem od sezonu 2002/03, który trafił o zwycięstwo obok LeBrona Jamesa i Kobe'go Bryanta. Kiedy ja się tu zachwycam nad niebiosa, on z kolei przyjmuje to zupełnie na chłodno, zupełnie jak 30-letni weteran.

- To był tylko rzut. To już za mną. [...] Kiedy oddajesz takie rzuty, nie ma presji, chyba, że jesteś nieprzygotowany. Ćwiczymy takie rzuty, manewry bez przerwy. Wszystko jest jak rachunek prawdopodobieństwa. Raz trafisz, a raz nie. Kiedy pudłujesz, mówisz sobie "Trafię następnym razem".
Zdrowe podejście, czyż nie?
Cavaliers dzisiaj ponownie grają z Celtics, tym razem u siebie. Czy Kyrie znów będzie musiał trafić w końcówce? Jedno jest pewne... nie będzie bał się tego wyzwania, a zawodnicy, którzy nie wymiękają w crunchtime - podobnie jak prawdziwi rozgrywający - nie rosną na drzewach. Swoją drogą, Cavs zaskakująco liczą się w walce o Playoffy, a słaby Wschód robi im przysługę. Moja opinia? Lepiej będzie dla nich jeśli raz jeszcze zanurkują, by w hucznym' drafcie 2012 ściągnąć kolejny cenny element do tej układanki, w międzyczasie obserwując rozwój Irvinga i Tristiana Thompsona. Wbrew sportowemu duchowi walki, idąc za rozumem: pierwsza runda nie jest tego warta.
Michał Górny
... na ekrany.

Jak podaje ESPN Baron Davis sprzedał jednej ze stacji telewizyjnych swój pomysł na sitcom. Tytuł tego dzieła ma brzmieć „I Love Boom” a cała rzecz ma traktować o życiu profesjonalnego koszykarza. Oczywiście w głównej roli Baron Davis. Szczegóły na temat całej obsady oraz dokładnego czasu emisji nie są znane, jednak już teraz można należy podejrzewać, że sprzedanie tego pomysłu spotka się z „fochem” ze strony Amare Stoudemire’a. STAT pod koniec zeszłego roku również widział swoje szanse w świecie komedii.
woją drogą opis projektu Davisa brzmi nader obiecująco, jednak biorąc pod uwagę to, co Baron Davis chce osiągnąć, czyli zabawić się w granie czarnego Hanka Moody’ego z Californication, możemy spodziewać się różnych rezultatów. Co tak naprawdę może przekazać na dzień dzisiejszy? Codzienne wizyty u lekarza? Bądź też nieustanne poszukiwanie swojego „mojo” na treningach? Docinki z ławki rezerwowych? Jednak bądźmy dobrej myśli – za produkcję serialu ma być firma Verso Entertainment (tak, zgadliście Baron Davis jest właścicielem), która debiutowała w 2008 roku (pozytywnie przyjętym przez krytyków) dokumencie Crips and Bloods: Made in America.
Baron Davis podobno z tej okazji zapisał się na lekcje aktorstwa. Może czas wziąć jakieś lekcje by wrócić WRESZCIE do gry?
|
![]()
Przemek Kujawiński
Próbowałem przebić się przez 700 artykułów w moim czytniku google, żeby znaleźć informację o każdej z 30 drużyn ligi, ich filiach w D-League, sprawdzić, co u chłopców od podawania piłek i ciotek masażystów Spurs (bo o Spurs należy pisać), niestety większość ludzi pisała dzisiaj o dunku Blake'a Griffina. Cholernie wybiórczo - szkoda, że tak niszowe informacje jak procent zbiórek ofensywnych Charlotte Bobcats nie sprzedają się tak dobrze.
01:00 NEW JERSEY (7-14) @ INDIANA (13-6)
No więc... Ric Bucher z ESPN wciąż stawia Nets jako pierwszych w kolejce po Dwighta Howarda i dodaje... że jeszcze bardziej zwiększyliby swoje szanse, gdyby dodali do składu Stephena Jacksona. Dwight i Jax są ponoć kumplami i bardzo chcieliby grać razem z Deronem Williamsem. Jackson nie jest szczęśliwy w Bucks i ci nie przedłużą raczej jego kontraktu. Pytanie w jaki sposób Nets mieliby zdobyć Stephena już teraz, a potem mieć jeszcze czym handlować po Dwighta (a następnie wystawić pełną pierwszą piątkę). Może Jay-Z napisze po prostu jakiś kawałek promujący MIlwaukee? Wszyscy byliby zadowoleni.
01:00 BOSTON (9-10) @ CLEVELAND (8-11)
Czy to 2 lata temu ten mecz nie poleciałby w czwartek?
01:00 ATLANTA (15-6) @ TORONTO (7-14)
01:30 DETROIT (4-18) @ NEW YORK (7-13) 02:00 DENVER (14-6) @ MEMPHIS (10-10)
Nie grają 76ers, ale przy okazji meczu innych dwóch drużyn, w których grał Allen Iverson oto wasz must read na dzisiejszy wieczór (dla tych mniej zorientowanych czytelników naszego bloga - tam, gdzie jest na niebiesko znajdziecie link).
04:30 CHARLOTTE (3-18) @ LA LAKERS (12-9)
Kartka z kalendarza. Kiedy prawie 9 lat temu Karl Malone rozważał, gdzie przenieść się po zakończeniu swojej przygody z Utah Jazz zawęził swój wybór do Lakers i Spurs. Zdecydował też, że podpisze kontrakt z zespołem, który... przegra w 2003 roku, żeby nikt nie mógł mu zarzucić, że przechodzi do mistrzowskiego zespołu. Jak dziś twierdzi, chciał pomóc klubowi, w którym będzie występował. Jednocześnie jednak był rozczarowany, bo wolał San Antonio. Ostatecznie dotrzymał danego sobie słowa i podpisał umowę w LA, mimo tego, że Spurs proponowali więcej pieniędzy.
Rok później faktycznie pomógł swojej nowej drużynie uporać się z Spurs, ale jak dobrze pamiętamy pierścienia nie udało mu się zdobyć. San Antonio podpisało w jego zastępstwie Roberta Horry'ego i z nim w składzie wygrało jeszcze dwa razy. Dziwnie toczą się losy w NBA.
Spodziewajcie się tej i wszystkich innych historii w całkiem nowej wersji już niebawem, gdyż Phil Jackson pisze swoją kolejną książkę pod enigmatycznym tytułem: "11 pierścieni". 04:30 SACRAMENTO (6-14) @ GOLDEN STATES (6-12)
Pees: Jutrzejsza Dniówka jest wasza. Pokażcie mi jak należy to robić. Nie wybiórczo i uszczęśliwiając wszystkich. Do 4 zdań na mecz. Macie ciekawy stat? Znaleźliście dobrą historię? Ślijcie: pkujawinski@gmail.com |

Maciej Kwiatkowski
12-9) ORLANDO @ (15-6) PHILADELPHIA 69:74
To obecnie zupełna strata czasu pisać o Orlando.
To przykre, bo Dwight Howard i Stan Van Gundy są jednymi z najlepszych w swoim fachu. Zawsze gdy piszę o Magic nie czuję, że właśnie Van Gundy otrzymuje w Polsce należyty szacunek. Jesteśmy ogółem chyba nieco zbyt subiektywni w ocenianiu Van Gundy'ego, stawiając u podstaw niezrozumiałą z naszego punktu widzenia logikę z jaką traktował on minuty gry dla Marcina Gortata. Trochę zapominając chyba przy tym, że gracz którego zmieniał może być jedynym, który mógłby potwórzyć wyczyn Wilta Chamberlaina i grać po 48 minut na mecz. Nie chcę tutaj robić Adama Michnika i pouczać Polaków za patriotyzm, ale zwyczajnie nie rozumiem dlaczego żyję w świecie, w którym SVG jest przez niektórych uznawany za słabego trenera. I już.
Van Gundy może być krzykliwy, gnuśny i karykaturalny, ale wziął on i wycisnął wszystko co można było wycisnąć z Howarda i graczy jakich miał wokół niego. Zbudował teoretycznie najefektywniejszy ofensywnie system w lidze w oparciu o gościa, którego co roku ktoś bezmyślenie wybiera w pierwszej rundzie mojej ligi fantasy, zapominając jak fatalnym jest wykonawcą rzutów za jeden punkt. Do tego za kilka lat będziemy dziwić się i śmiać jak do Finałów NBA mógł trafić zespół, którego drugim najlepszym graczem był Hedo Turkoglu. Przypomnę tylko, że ten sam zespół rok później był najgorętszą drużyną marca i kwietnia w NBA, zanim Vince Carter nie spudłował dwóch rzutów wolnych w drugim meczu playoffów przeciwko Celtics.
Myślę, że przed Van Gundy'm jeszcze nie jeden Finał Konferencji. Nie piszę tego na kanwie wczorajszego meczu, ale w czerwcu wygasa kontrakt Scotta Brooksa w Oklahoma City Thunder i mogę tylko podejrzewać, że jeden, a może nawet dwóch z braci Van Gundych stanie się kandydatami, aby przejąć po nim to atrakcyjne stanowisko, które - teraz zamiast Michnika robię Phila Jacksona - Brooks może stracić, jeśli Oklahoma nie wygra Zachodu w tym roku. Za chwilę wolne też będzie stanowisko trenera New York Knicks, a kto wie tak naprawdę ile Mike Brown przetrwa w Los Angeles.
Piszę o tym, bo SVG zupełnie nie zasługuje na to co dzieje się w jego zespole. To jest nienormalna sytuacja, w której Twój najlepszy zawodnik rozgrywa sezon i chce aby wszystko kręciło się co najmniej jak dotychczas, równocześne wiedząc że odejdzie po jego zakończeniu. Skoro nie motywuje mnie to nawet do tego, żeby z łaski swojej włączyć mecz Orlando między siedzeniem na fotelu, a siedzeniem na fotelu, to jak ma to motywować cały zespół do rzucania się na parkiet jak robili to Thaddeus Young czy Elton Brand we wczorajszym meczu?
Jameer Nelson rywalizuje w tym sezonie z Derekiem Fisherem o wydawać by się mogło niedoścignione miejsce nr 30 w rankingu starterów na pozycji rozgrywającego. Produktywność Jasona Richardsona spadła o 25% w poprzednim sezonie, gdy opuścił Phoenix i Steve Nash przestał go szukać bez piłki. J.J. Redick i Ryan Anderson to wzorowe produkty Van Gundy'ego i te spisują się w tym sezonie dobrze, ale Magic nie mają większego zaplecza, gdy dwóch z tej czwórki wyłączą z gry kontuzje. Wczoraj Chris Duhon zaczął mecz jako playmaker-skreśl-wyprowadzający-piłkę-z-połowy, a zmieniał go Larry Hughes. Na dwójce/trójce biegał zaś Kukurydz Richardson, któremu coraz bliżej do joggingu w Central Parku niż do bycia wartościowym graczem w NBA. Obok Von Wafer, którego przemilczę, bo się stara, a na czwórce Glen Davis, który stara się być czymś więcej niż "Big Baby" i rzuca w tym sezonie poniżej 40% z gry. Grał jeszcze Earl Clark, z którego Van Gundy urabia zdolnego obrońcę 3/4, a ten w młodym wieku musi oglądać w tym sezonie takie rzeczy.
Jednak nawet w tym składzie Magic rozpoczęli sezon od 11-4. Głównie dzięki efektownemu systemowi, który może ich wyrzucić z każdego meczu, ale wrócić nawet z blowoutu -19 na trzy minuty przed końcem czwartej kwarty - co zdarzyło się wczoraj, chooooć głównie dzięki Dougowi Collinsowi, który zupełnie zdjął wysokich i patrzył jak Anderson dominuje atakowaną deskę jakby niszczył jakąś małą cerkiew. W tym meczu, podobnie jak w ostatnich dwóch z Bostonem, czy w Nowym Orleanie, czy w niedzielę z Indianą - Magic zostali upokorzeni. Biegali wg niewidocznych strzałek na parkiecie i praktycznie przechodzili przez kolejne zagrywki jakby to był ostatni trening przed meczem. W niedzielę zostali za to wybuczeni przez własną publiczność.
To było nieuniknione i dalej może być bardzo brzydko. Howard zrobiłby dobrze - prawdopopodobnie - wszystkim, gdyby odszedł już teraz, a Magic oszczędziliby swoim kibicom oglądania sezonu, którego tak naprawdę nie ma. Za kilka lat spojrzą na niego jak na dziurę wyrwaną przez lokaut, bo będą chcieć wierzyć, że nie oglądali meczów o NIC. Kilku z nich pomyśli nawet za dekadę od teraz, że lokaut JEDNAK anulował cały sezon.
Van Gundy, Redick, Anderson, fani Magic i jedna toaleta na jednego kibica w hali Amway zupełnie nie zasłużyły na coś takiego. Przy okazji tak sobie myślę, że naprawdę musi nas obchodzić LeBron James, skoro Howard nie jest powszechnie nokautowany, disowany, miażdżony za to, że pozwala trwać takiej sytuacji. Kilka dni temu po wizycie w Nowym Orleanie próbował motywować resztę graczy, ale to takie przykre, że nie rozumie zupełnie podstawowych i naturalnych aspektów psychologii sportu, której nie musiałem nawet poświęcać tego jednego zdania gdzieś w akapicie wyżej. Wszyscy rozumieją. Alternatywnie myślę, że rozumie to też Dwight - naprawdę tak myślę - ale po prostu odgrywa swoją rolę. To smutne.
W gruncie rzeczy obyłoby się bez żadnego zdania i bez tego wpisu, w którym chciałem chyba zaznaczyć, że bardziej obecnie zależy mi na Van Gundy'm i tym co stanie się z tym teamem, do którego mamy w Polsce morze szacunku i sympatii. Wszyscy wiedzą co musi się stać, aby sprawy znów zaczęły biec normalnym torem. Oby wydarzyło się to jak najwcześniej.
Bartek Tomczak
Jeśli czekaliście dzisiaj na obiecywaną Przerwę na Żądanie EXTRA, to musicie się uzbroić w cierpliwość. Mieliśmy ją nagrywać wczoraj, ale wyszło tak, że robimy to dopiero za dwie godziny, a to oznacza, że dostaniecie ją do odsłuchania jutro z samego rana.
Dzisiaj natomiast trochę jakby z ławki rezerwowych wchodzi Przerwa na Żądanie. Poniżej macie do dyspozcji podsumowanie minionej nocy, a jeśli chcecie sobie przypomnieć także to co działo się w niedzielę, te wszystkie loty Miami i zacięte końcówki to zapraszam na Dailymotion.com. Niestety YouTube dzisiaj nie wiedzieć czemu nie przyjmował mi programu, oznajmiając, że treść należy do NBA i jest zablokowana na całym świecie poza...Rosją.
Dlatego też w wersji poniżej tylko poniedziałek (i także przez to wrzuciłem to tak późno), ale za to dostępny w dobrej jakości - wystarczy przestawić na 720p.
Mam nadzieję, że to pierwsza i ostatnia taka historia w tym sezonie ;)

(14-8) DALLAS @ (7-13) PHOENIX 122:99
Maciej Kwiatkowski
Postęp Marcina Gortata to w tym momencie jedyna rzecz jaka idzie Phoenix Suns. Steve Nash rozgrywa sezon All-Star, ale płaci za to urazami bioder i nóg. Minęły już czasy, gdy Nash był w stanie wymyślić sobie samemu pozycję do rzutu i w tym sezonie w równym stopniu Gortat korzysta z niego co on z Gortata.
Bez Nasha w składzie Suns prawdopodobnie rozpoczną w środę w Nowym Orleanie serię dziewięciu meczów, które zadecydują o ich sezonie. Siedem z nich rozegrają na wyjeździe i ...tak - powinniśmy być przygotowani na co to zbliża się nieuchronnie, ale z drugiej strony Alvin Gentry w dwóch ostatnich sezonach pokazał, że jego teamy potrzebują czasu, żeby dojrzeć i zacząć grać lepiej. Mam jeszcze trochę cierpliwości. W rzeczy samej tegoroczny team Suns nie jest wcale słabszy niż ten z Vince'm Carterem. Kłopot w tym, że z większą częstotliwością oddaje takie gnioty jak wczoraj czy ostatnio w Portland, nie potrafiąc też wygrywać u siebie z Cleveland, Toronto i New Jersey. Nie ma też wsparcia graczy nr 3 i nr 4, którzy tak regularnie potrafili je dawać w drugiej części poprzedniego sezonu.
Channing Frye i Grant Hill, obaj - niestety - notują sezony do zapomnienia, a im dalej w sezon tym gra Suns coraz częściej sprowadza się do pick/rolli Nasha z Gortatem i starań obydwu, aby coś dobrego z tego wyszło. Frye przeciwko Grizzlies oddał desperacką serię pięciu rzutów w trzy minuty trzeciej kwarty, zszedł z parkietu i już nie wrócił. Wczoraj trafił 1 z 5 i wygląda jakby już sam nie wierzył, że się odblokuje. Hill natomiast o ile wciąż jeszcze przydaje się jako najlepszy obrońca, to w ataku leży na parkiecie przy połowie swoich rzutów z gry i to dla niego prawdopodobnie nie wiemy jaki survival wytrzymać ten sezon, na tych kostkach i na tych kolanach.
Gortat chyba nigdy nie mógł przypuszczać, że w przeciągu roku zamieni bycie hodowcą rybek na Florydzie i dozorcą boiska, na którym gra Dwight Howard na etatową rolę pierwszej opcji ofensywnej w swego czasu najlefektowniejszej drużynie ligi. Nic dziwnego, że nawet Gortat wciąż jeszcze nie może przyzwyczaić się do sytuacji, w której praktycznie powinien domagać się piłki w każdej akcji czy też wyskakiwać do pick/rolli za każdym razem, gdy Nash przeprowadza piłkę przez połowę. To najlepsze obecnie co może spotkać Suns. Scott Williams, którego słuchać już nie mogę, powiedział podczas meczu, że Gortat jest w tym sezonie "in the zone". Jest jak "mogę wszystko". Robi takie rzeczy, że mamy drugi miesiąc sezonu, a portale sportowe już wystrzelały się z nagłówków. Więc zanim za jakieś dwa tygodnie zaczną one pisać o klęskach i pogromach, nie musicie myśleć, że koloryzują. Suns są dosyć przykrzy do oglądania w tym sezonie mecz w mecz.
Wczoraj zabrakło Nasha i ...zabrakło obrony - tak jakby była i jej zabrakło, rozumiecie? To żart. Mavericks zasypali Suns trójkami, a gdy w rezerwowym line-upie wychodzą Delonte West, Jason Terry, Lamar Odom i Ian Mahinmi, to tych czterech plus jeszcze ktoś mogliby teraz mieć 7-13 na Zachodzie jak Suns, gdyby wystawiali team z taką pierwszą piątką. Rezerwowy line-up Mavericks rozstrzygnął-skreśl-rozstrzelał ten mecz. West trafił 5 z 6 trójek, miał 25 punktów i 6 asyst, a Vince Carter trafił 5 z 7 i Suns praktycznie nie byli w grze już od drugiej kwarty.
Gdy zabraknie najlepszego gracza i to takiego, który raczej nie jest znany z niczego więcej niż przytomna obrona i złe warunki fizyczne, aby robić to dobrze w NBA, wtedy właśnie gra w defensywie powinna być jedynym ratunkiem. Czyż nie? Mavericks nie potrzebowali tymczasem nawet Dirka Nowitzkiego (10 pkt w 28 minut) czy Terry'ego (11 pkt) czy Jasona Kidda, który będzie pauzował do końca tygodnia. Inna rzecz, że i Mavericks mieli wczoraj dzień na dystansie, podobnie jak Clippers, i są już zupełnie inną drużyną niż ta z pierwszego tygodnia sezonu. Jeśli cały czas pozostaje w Tobie ta myśl, to musi ewoluować, o czym pisał też Przemek w szaliku we wczorajszej Dniówce z Barcelony. (Saska Kępa, KFC, jedyny gość w zimowej czapce. Czekam aż włączą mi energię w domu. Nie ma lekko. Zastanawialiście się kiedyś co by było gdyby powietrze było tak zimne, że cięłoby twarz? O tych i innych rzeczach możecie pomyśleć obecnie w Polsce)
Tracąc J.J.'a Bareę, Mavericks stracili drugi z czynników, który wcześniej przeszkadzał im wygrywaniu serii play-off. Barea był kreatorem w pick/rollu, jakim? Nie trzeba przypominać. Pytanie czy West, Carter i Rodrigue Beaubois (14 as. w dwóch ostatnich meczach) będą w stanie go zastąpić? West póki co jest jednym z lepiej spisujących się graczy, którzy zmienili kluby przed sezonem. Jak zwykle jednak w jego przypadku najważniejsze jest to jak długo pozostanie na parkiecie. Mavericks wyglądają dobrze - z 50% Nowitzkiego, 40% Odoma i ze 150% Cartera w dwóch ostatnich meczach... Choć nie mogę być taki krytyczny dla Vince'a. Mavericks 11/12 to mądrzejszy team niż Suns 10/11, z o wiele lepszą defensywą - to powinno działać na korzyść Vince'a i tak w rzeczywistości dzieje się w tym sezonie.
Licznik odwiedzin: 15 106 209




Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter

Jego przygoda z NBA rozpoczęła się na początku lat 90-tych, kiedy to po raz pierwszy zobaczył mecz Detroit Pistons z Chicago Bulls, sławnych "Bad Boys" rywalizujących z Michaelem Jordanem. Od tego momentu stał się wielkim fanem "Jego Powietrzności" i Pistons, z którymi jest na dobre i na złe od 1994 roku. Od kwietnia 2007 roku pisze w Probasket.pl, a od 11. lipca 2008 roku także w ZawszePoPierwsze, który założył z Maciejem Kwiatkowskim. Kontrowersyjny i konserwatywny, interesujący się bardziej NBA od kuchni niż opisywaniem meczów (czego nie lubi). Jego marzeniem jest spotkanie się kiedyś z jego koszykarskimi idolami Michaelem Jordanem i Grantem Hillem. twitter

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter

Liczą się dla niego 3 rzeczy: Jeziorowcy, stroje NBA i rodzina. To właśnie pomiędzy te 3 rzeczy próbuje rozdzielić wolny czas po pracy. W żyłach płynie mu prawdopodobnie żółto - fioletowa substancja zamiast krwi, a zegar biologiczny, w dniu meczu Lakersów, przestawiony jest na czas kalifornijski. O Jeziorowcach i koszulkach NBA mógłby gadać godzinami. Swoją miłość do drużyny z Miasta Aniołów przelewa na lakers.com.pl, o koszulkach czasami pisze na jerseye.bloog.pl. Ulubione zajęcie: przeczesywanie ebaya w poszukiwaniu perełek (jakkolwiek to brzmi). Pierwszy jersey wypłakał w 1995 roku mając 11 lat, obecnie nie wie ile posiada koszulek. Na ZP1 od października 2008. Głównie pisze o koszulkach i butach, czasami przemyci coś o Jeziorowcach. Nie uznaje podróbek. Koszulki koszykarskie, ciuchy czy buty: NIE dla podróbek! twitter

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: