Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS




KLAWA SERIA TRWA, A CP3 TO GAME CHANGER

niedziela, 06 maja 2012 10:01

Sebastian Hetman

 

 

(1-2) MEMPHIS GRIZZLIES @ (2-1) LOS ANGELES CLIPPERS  86:87

 

 

To była bardzo fajna sobota, a wieczór zacząłem od meczu Śląska ze Stalą we wrocławskiej Kosynierce, oczywiście o awans do pierwszej ligi.

 

Tak moi drodzy, nadal internet u Hetmana ssie kulki, ale jakże zacny Canal + Sport zaoferował w sobotę mecz Clippers z Grizzlies.

 

Jeszcze w zapowiedziach Playoffs pisałem, że będzie to najciekawsza seria w pierwszej rundzie, ale jakoś moje 5-6 zdań nie zostało opublikowanych, bo losowo tak wyszło. Mniejsza z tym…

 

Dobrze było zobaczyć jak sinusoida koszykarska zjada powoli Staples Center, bo najpierw Clippers zanotowali run 18-1, kiedy Mo Williams był w gazie i rzucił 8 szybkich punktów. W tym fragmencie Clipps grali świetny transition offense, a kiedy gracze Grizz wracali szybciej do obrony, Del Negro sam zaskakiwał siebie i grał swingiem.  Po czasie wziętym przez Hollinsa Memphis zaliczyli run 11-0, a Zach Randolph (17 pkt., 6 zb.) siłował się z Blakem Griffinem (17 pkt., 7/13 z gry). Z-Bo chciał zaprosić Blake’a na grilla, łapiąc go w pół i pakując do swojej podręcznej walizki ze skóry aligatora, jednak ten jakimś cudem rozpieprzył zamek i wydostał się na powierzchnię.

 

 

 

 

Było dużo brudnej gry, a w tym wszystkim DeAndre Jordan siedział na ławce, łapiąc szybkie cztery faule. W sumie może i wyszło na dobre, bo Griffin i Evans jeszcze w pierwszej połowie grali przemiennie na piątce, a uszy Niedźwiedzi nadgryzał Kenyon Martin.

 

Do końca trzeciej kwarty, w której Rudy Gay (24 pkt., 7 zb.) rzucił 9 oczek, Marc Gasol grał z czterema faulami, a ostatecznie w cruchtime zaliczył piąty, lecz zdołał uzbierać 11 punktów, 10 zbiórek i 3 bloki. Nie wiem gdzie w tym wszystkim był Z-Bo, który jakoś w defensywie mnie nie przekonywał, ale przecież zawsze był słabym obrońcą i było kilka akcji na pick’n’roll, kiedy Randolph stał w miejscu niczym świeżo posadzona sosna.

 

Wydaje mi się, że takim cichym x-faktorem był drugi unit Los Angeles, pomijając oczywiście świetnego startera Foye’a, który był 4/5 za trzy i skończył mecz z dorobkiem 16 punktów. Eric Bledsoe, Kenyon Martin i Reggie Evans (11 zb.) robili momentami rzeźnię w defensywie, szczególnie w czwartej kwarcie, a dwaj wysocy Clipps zebrali 5 piłek w ataku.

 

Chris Paul (24 pkt., 11 ast., 4 przech.) po raz kolejny w crunchtime przejął mecz, zaliczając w ostatnie trzy minuty 2 asysty, 2 przechwyty i 4 punkty, robiąc nagle wynik 86:80 dla Clippers. Było po wszystkim, tak przynajmniej mi się wydawało, ale podczas ostatnich 20 sekund Evans i Bledsoe nie trafili w sumie sześciu pięciu wolnych, a Rudy Gay zafudnował dwie naprawdę grube trójki, z czego trzecia nie znalazła drogi do kosza, a mogła w niesamowity sposób zniszczyć wyczyn Paula w Staples Center.

 

To będzie naprawdę długa seria, w której Chris Paul pokazuje swoje talenty przywódcze, a Clippers potrafią grać kawał dobrej defensywy, jeżeli tylko chcą, a Del Negro eksperymentuje ze składem. Grizzlies mieli 3/16 z gry w ostatniej kwarcie, przypominając nieco swoim fanom o meczu numer jeden, kiedy Blake Griffin i spółka przeszli do historii.

 

CP3 zmienił ten zespół przede wszystkim mentalnie. Sprawił, że każdy chce walczyć do ostatniego gwizdka, a nawet Vinny Del Negro odnalazł się w tym całym bałaganie. Nick Young po transferze z Wizards dorasta, z każdym meczem, podobnie jak JaValee McGee. Paul musi być liderem, bo nie będzie nim jeszcze Blake Griffin, któremu sporo brakuje do miana gracza kompletnego. Było to widać wczoraj, kiedy Zach Randolph lekceważył go na 4-5 metrze. Griffin oprócz dunków, dobitek i akcji w kontrze potrafi tak naprawdę grać tylko na piwotach, zrobić shot fake i liczyć na akcję 2+1 lub mocny faul. Nic więcej… Powinien być kimś innym za 2-3 sezony, musi.

 

Z innej beczki: Gilbert Arenas pojawił się na ostatnie 8 sekund, zebrał piłkę, po której Mike Conley wyprowadził ostatnią akcję, podając do wychodzącego na 45 stopniu Gaya. To tylko tak z innej beczki, dla fanów Agenta Zero, o ile jeszcze jacyś w Polsce mieszkają…


 

 


Podziel się

ŻAR ROZPUŚCIŁ KARMEL

niedziela, 29 kwietnia 2012 8:29

 

 

Sebastian Hetman

 

Tak, nadal będę skazany na mecze w Canal + Sport, bo Internet z TP SA przyjdzie do mnie może w wakacje. Sorry, z Orange, bo przecież TP SA przeszło do Orange. Nieważne…

 

Po dość dziwnym meczu w amatorce, gdzie sędziowie robili wielkie rzeczy, a stolikowy Maciek skojarzył mnie z kuzynem Nikoli Pekovica (siemasz!), postanowiłem odpuścić grilla, odpalić Cyfrę + i obejrzeć starcie Heat z Knicks.

 

Nie kibicuję jednym i drugim, ale po pierwszej kwarcie byłem zaskoczony Baronem Davisem. Drewniany B-Diddy przez pierwsze 9-10 minut  był gościem przed duże G, jednak późniejsza defensywa Heat zrobiła miazgę, szczególnie z Carmelo Anthony’ego, którego wybrałem w D2TF, bo był jednym z tym HOT PICKS na sobotni wieczór.

 

Rzeczywiście, Anthony podczas regular season rozegrał jedno ze swoich najlepszych spotkań właśnie z Miami, kiedy 15 kwietnia miał 42 punkty, 9 zbiórek i 5 asyst przy 14/27 z gry. Ale to było w MSG…

 

Wczoraj izolacje Melo z Lebronem wyglądały naprawdę nieudolnie, a szkoda, bo liczyłem na fajny pojedynek utalentowanych gości. Anthony skończył mecz następująco:

 

11 punktów

10 zbiórek

3 asysty

3/15 z gry

4 straty

-35 w opcji +/-

 

Heat by 33…

 

Doskonale zdaję sobie sprawę, że „morderca o twarzy pogryzionej przez pszczoły” zagra o wiele lepiej w Nowym Jorku, ale nawet Pan Wojtek M. przetłumaczył słowa Jaffa Van Gundy’ego, który słusznie zauważył, że Knicks przeciwko Heat muszą grać cały czas piłką.

 

Ball movement być może był jedynym lekarstwem na zdobywanie punktów, bo nawet w izolacjach obwodowi Knicks byli od razu podwajani. Dodajmy do tego sporo fauli ofensywnych i tutaj wychodzi opcja, po co Heat zatrudnili Shane’a Battiera.

 

Poza tym Knicks stracili Imana Shumperta, podobnie jak Bulls Derricka Rose’a, a ta druga opcja znacznie zmienia obraz Playoffs na Wschodzie, szczególnie gdy Heat już w pierwszym meczu serii dosłownie roztopili nowojorski karmel.

 

Dzisiaj pewnie obejrzę Lakers z Nuggets, bo takie spotkanie oferuje C+ Sport, a może do wakacji cholerny świat sprezentuje mi porządny net, bo rzekomo inwestycja na moje osiedle ruszyła. Rzekomo…

 

Wracając jeszcze do NBA, Playoffs ruszyły pełną gębą (game winner Duranta, porażka Pacers) i należy się tylko cieszyć, że podczas weekendu majowego większość z nas będzie mogła obejrzeć sporą ilość spotkań chyba, że w grę wchodzi czterodniowa kuracja alkoholowa zagryzana kiełbasami z grilla, na grillu u Zacha Randolpha.

 

Nie idźcie tą drogą dzieciaki! Carmelo poszedł, był 3/15 z gry, a Mike Woodson powiedział po pierwszej kwarcie, że będzie to długa seria…

 

 


 


Podziel się

DWIGHT JEDZIE NA RYBY

piątek, 29 kwietnia 2011 17:37

 

Image and video hosting by TinyPic

 

Przemek Kujawiński

 

Powiedzmy sobie wprost. Nie unikniemy tego tematu. Dwight Howard obok Chrisa Paula będzie największym nazwiskiem wśród wolnych agentów AD 2012 i dyskusja nad tym, co zdecyduje się zrobić będzie trwała w najlepsze. A zaczyna się już dziś.

 

Magic przegrali z Hawks 2-4 serię, o której wszyscy chcielibyśmy zapomnieć na Florydzie chcieliby zapomnieć. Serię, w której Dwight Howard wzniósł się na wyżyny swojej dominacji i dowiedział się, że w tym systemie i tak nie będzie w stanie zwyciężać, gdy otaczający go strzelcy pudłują. Serię, której najbardziej emocjonującym momentem był rzut za trzy o tablice Jamala Crawforda i spięcie pomiędzy Zazą Pachulią i Jasonem Richardsonem.

 

Ostatnie spotkanie? Właściwie było całą serią w pigułce:

 

Dwight Howard zmuszony był grać 48 minut -dominował pod koszami i tracił piłki (33 w 6 meczach)


Magic trafiali poniżej 30% zza łuku i jeśli nawet umieli sobie wykreować pozycje do rzutu, to pudłowali (spudłowany rzut z 6 metra po wyjściu z piłką zza zasłony powinien być od dzisiaj nazywany 'Hedo'. Na przykład: Derrick Rose znów grał mnóstwo pick'n'rolli ze swoim wysokimi - niestety większość z nich kończyła się Hedo.)


Orlando w meczu zakończonym różnicą 3 punktów, w którym największa różnica w jednej kwarcie wynosiła 5 punktów, nie prowadzili ani razu. Ani sekundy i chyba to zdanie najlepiej oddaje to, co działo się w tym starciu i w całej serii.

 

Hawks dla odmiany mają najlepszy duet ISO-guardów w lidze, który wystarczył do tego, by przejść tę rundę. Dopiero w tym momencie fanom Orlando powinno zrobić się smutno. Magic nie przegrali bowiem z dobrym zespołem. Przegrali z drużyną z chyba najsłabszym trenerem w playoffach (gdyby nie jego decyzje, seria ta mogła zakończyć się sweepem), w której zawodnicy z największymi przewagami na swoich pozycjach, albo grali tak, jakby byli na podwórku z kolegami (Josh Smith), albo w minimalnym stopniu byli w ogóle wykorzystywani (Al Horford). Magic przegrali z zespołem kompletnie niepoukładanym, który w ofensywie był w stanie trzymać sie systemu gry może przez 2 kwarty w 6 meczach. 

 

Pamiętam jeden z komentarzy pod zapowiedzią tej serii, którego autor stwierdził, że jeśli Jason Collins ma być kluczową postacią w tym starciu, to idzie postawić pieniądze na Orlando. Chyba przegrał...

 

Jason Collins miał 8 punktów, 11 zbiórek i 2 bloki... w 6 meczach. Do tego grał średnio tylko 17 minut i wciąż był czynnikiem X w tej serii. Oczywiście słowa uznania należą się Zazie Pachulii, czy nawet Hiltonowi Armstrongowi, który miał swoje 3 minuty dominacji na Dwightem, ale to Collins robił największą różnicę. Jak dużą? W czasie trwania serii furorę robiła statystyka, wedle której Hawks z Collinsem na boisku zatrzymują poniżej 80 punktów na 100 posiadań. Zgodnie z tym, co twierdzi strona basketball value w całej serii efektywność ofensywna Orlando, gdy na boisku był Collins spadała do 83 punktów na 100 posiadań, kiedy go nie było wynosiła 113. Inna sprawa, że tym samym czasie podobne skoki notowała efektywność Hawks, ale to tylko świadczy o tym, jak bardzo Collins zmieniał dynamikę gry. Podobne wyniki (choć w przecinym kierunku) miał jedynie Jamal Crawford.

 

Lepszą różnicą między efektywnością defensywną drużyny, pomiędzy czasem, gdy byli na boisku i gdy siedzieli na ławce zaliczyli w pierwszej rundzie tylko Luol Deng i Joel Anthony. Jamal Crawford jest oczywiście po drugiej stronie tabeli, a tam wyprzeda go jedynie z niesamowitą różnicą 52 punktów... LaMarcus Aldridge. 

 

Do tego jak będą wyglądali Hawks w serii z Chicago jeszcze wrócimy. Póki co bardziej interesujące są dalsze losy Orlando. Jak już wczoraj pisałem Stan Van Gundy i Otis Smith dostali zapewnienie, że zachowają swe posady. Jeśli faktycznie tak się stanie, to spodziewajcie się wielkiego przemeblowania latem na Florydzie - coś w końcu musi zmienić się w zespole, który stoczył się poziomu pierwszej rundy. Oczywiście nie będzie to łatwe lato dla Otisa Smitha, bo trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógłby się skusić na fatalne kontrakty Gilberta Arenasa i Hedo Turkoglu. Jestem naprawdę bardzo ciekawy, co się wydarzy w tej organizacji przed nowym sezonem. Z pewnością temat ten będzie wracał wraz z kolejnymi plotkami o transferze Howarda. Playoffy w toku, ale to są własnie tematy, którymi zaczynamy karmić się od czerwca. 

 

Maciek Kwiatkowski napisał więcej o Atlancie Hawks.


 

 


Podziel się

LAKERS VS. HORNETS (4-2) GDZIE LAKERS ZNOWU TO ZROBILI

piątek, 29 kwietnia 2011 9:01

 

 

RN

 

LAKERS @ HORNETS 98:80 (Stan serii 4:2, awans Lakers)

 

Im bliżej było do końca tej serii, tym przewagi Lakers coraz mocniej się uwypuklały. Jeziorowcy z meczu na mecz wyglądają coraz lepiej i duża w tym zasługa właśnie Hornets. Szerszenie zrobiły w tej serii więcej niż ktokolwiek się spodziewał. Dawano im max 1 wygraną. Oni, a w zasadzie Chris Paul, tą jedną wygraną wyrwali już w pierwszym spotkaniu. Później zrobili to ponownie w Game 4 i dzięki temu mieliśmy serię przez duże "S". Zanim napiszemy co Lakers mogą z tej serii wynieść skróćmy Game 6.

 

Od pierwszych minut to była błotna koszykówka. Dość wolna gra, dużo fizycznej walki pod koszami, Lakers kiedy tylko mogli próbowali wykorzystywać granie przez środek i to przynosiło efekt. Po 17 minutach gry był remis po 26, żadna ze stron do tego momentu nie objęła wyższego prowadzenia niż 4 punkty. Andrew Bynum do tego momentu miał 12 punktów, 7 zbiórek i to on był tym, który robił różnicę na parkiecie. Chris Paul znajdował się za to na drugim biegunie będąc po raz pierwszy w tej serii skutecznie wyłączonym z gry. Paul w pierwszej połowie oddał tylko 2 rzuty z gry i miał zaledwie 4 asysty. Swój pierwszy rzut trafił dopiero w 24 minucie meczu. Duża w tym zasługa Dereka Fishera, który przeciskał się na zasłonach i nie pozwalał CP3 na stworzenie jakiejkolwiek przewagi w ataku.

W momencie zejścia Bynuma z boiska nastapił pierwszy run punktowy dla Lakers, który ustawił to spotkanie. to dziwne, że stało się to po zejściu Bynuma, bo tak jak pisałem do tego momentu Bynum był najjaśniejszym punktem na parkiecie. Lakers zaliczyli run 12-4, zatrzymali Hornets w 5 kolejnych akcjach bez punktów i choć CP3 swoim trafieniem uspokoił nieco sytuacje to Lakers fragemnt gry bez swojego środkowego wygrali 14-8, co w tym meczu, tej błotnej koszykówce gdzie zdobywanie punktów przychodziło z ogromnym trudem, znaczyło mniej więcej tyle co run 15-0. Hornets do przerwy mieli na swoim koncie 34 punkty, przy 40 Lakers.


Po przerwie Monty Williams szukał sposobu na to jak uruchomić Paula w ataku. W kilku akcjach Paul próbował grać jako fałszywy SG, Ariza próbował rozgrywać ale tego dnia defensywa Lakersów była krok przed każdym rozwiązaniem ofensywnym Hornets. Po niezłym poczatku gospodarzy (2 razy szybciej udało im się przejść do ataku, co zaowocowało 4 łatwymi punktami), doszli na 42-40 i od tego momentu defensywa Lakers po raz kolejny przypomniała o sobie. Hornets w ofensywie stali w miejscu, bez pomysłu,  odcięci od penetracji. Przestali trafiać kolejne jumpshoty. Do tego faule nr 3 i 4 złapał Okafor i Lakers mogli zacząć rozjeżdżać Szerszenie. Gasol zaczął trafiać rzuty z półdystansu, Bynum zbierał na atakowanej desce, Lakers zakończyli punktami 7 z 9 posiadań, co dało run 12-2 i to był początek końca Szerszeni.

 

CP mógł tylko zerkać na Monty'ego Williamsa, który wprowadzając kolejnych rezerowych próbował rozruszać Hornets przynajmniej w ataku, to jednak nie przynosiło skutku. Nie pomogła także zmienna defensywa. Krycie na 3/4 obrońców Lakers, przejścia do strefy itd. W Game 1 te wyjścia na całym przyniosły skutek w postaci kilku strat Lakers pod własnym koszem i łatwymi punktami dla Hornets. Teraz tego zabrakło.

 

Hornets nie trafiali kolejnych rzutów, Lakers wymuszali straty, blokowali rzuty i doprowadzali do błędu 24 sekund. Był jeszcze moment w 3 kwarcie, kiedy po zmianie Bynuma, gra Lakers... spowolniła, CP wyprowadził 2 szybkie kontry, które dały łatwe punkty, jednak wtedy czas wziął Phil Jackson i po raz pierwszy od długiego czasu widziałem jak zrugał jednego ze swoich podopiecznych (chodziło o Odoma). To faktycznie pomogło. Końcówka kwarty należała do Artesta, który najpierw pod koszem Szerszeni zabrał piłkę CP3 i zdobył punkty przy Smicie, w nastepnej akcji zablokował Smitha, co dało kontrę Lakers i 2 kolejny punkty z wolnych dla gości.

 

Na poczatku 4 kwarty 7 szybkich punktów zdobył duet Bynum-Odom i chwilę później prowadzenie wynosiło 20 punktów (82-62) i było już po meczu. Do tego Lakers powtórzyli dominację w tych aspektach gry, kktóre gwarantowały sukces w tej serii. Oprócz wspomnianych zbiórek, 21-4 - tyle wygrali "punkty drugiej szansy", natomiast ławka Lakers okazała się lepsza w punktach 30-21 (Odom 14 punktów, 8 zbiórek).

 

W ten sposób Jeziorowcy wygrali po raz 5 w 6 przypadkach, w których po 5 meczach prowadzili 3-2 i grali na terenie rywala. Dopisują w ten sposób kolejne miasto do swojej listy. Co najważniejsze dla ich fanów, nareszcie zaczęli grać tak, jak grali w marcu tego roku, co napawa sporym optymizmem przed serią z Dallas.

 

Hornets zagrali naprawdę świetną serię. Wielkie słowa uznania w kierunku CP3 i Monty Williamsa, którzy we dwójkę wyrwali te 2 mecze w tej serii. Hornets zagrali świetnie w defensywie, uprzykrzyli mocno życie Lakersom, zmuszając ich do wielu usprawnień. Na konferencji prasowej zwrócił uwagę na to m.in. Phil Jackson. Lakers mieli okazję mocno przećwiczyć w tej serii defensywę na zasłonach i trzeba przyznać, że w 2 ostatnich meczach wychodziło to już bardzo dobrze. Zamknąć Chrisa Paula w 10 punktach (4/9 z gry) i 11 asystach to spora sztuka. Paul zebrał jeszcze 8 piłek, i choć statystycznie wygląda to świetnie, to w tym meczu Paul został praktycznie wyłączony z meczu. Chris przyznał, że wielka w tym zasługa Dereka Fishera, który faktycznie dzisiaj wykonał wielką robotę, przechodzac nad zasłoną i nie odstepując Paula na krok w defensywie.

 

Swoje zrobił dziś Kobe (24 punkty), który trafił tylko 6 z 16 rzutów z gry ale aż 10 razy stawał na linii rzutów wolnych, wymusił podwojenia, dzięki czemu otwierały się pozycja dla Gasola czy Bynuma pod koszem. Jednak X-Factorem tej serii i być może nawet jej MVP jest Andrew Bynum. Dziś 18 punktów, 12 zbiórek (8 w ataku, 7 na atakowanej desce miał cały zespół gospodarzy), 2 bloki, 8/13 z gry. Bynum był tym, który narzucił twarde warunki grania pod koszem, nie tylko w tym spotkaniu ale i całej serii. Lakers w poniedziałek rozpoczynaja serię z Dallas Mavericks i nie sądzę by postawa AB była w tej serii mniej kluczowa.

 


 

Hornets kończa sezon, który był dla nich całkiem pechowy. Problemy z właścicielem ,frekwencją na trybunach, później kontuzja Davida Westa. Z drugiej strony kończą ten sezon z podniesionymi głowami. Świetnie rozpoczeli sezon, grali bardzo dobrze w defensywie. ciekawą osobowością wydaje siębyć coach Monty Williams, CP3 udowodnił, że jest wciąż jednym z najlepszych rozgrywajacych w lidze, jednak przyszłość tego klubu nie jest niestety tak kolorowa, jak chciałbym by była. Jeszcze słowa uznania dla Trevora Arizy i Carla Landry'ego. Pierwszy zagrał przełomową serię i grał niegorzej niż w Playoffs'09. Drugi natomiast wykorzystał swoją szansę, zaliczając bardzo dobra serię przeciwko, jak by nie było, najlepszemu frontcourtowi w tej lidze.

 

 


Podziel się

VAN GUNDY I SMITH ZOSTAJĄ NIEZALEŻNIE OD WYNIKU

czwartek, 28 kwietnia 2011 16:49

 

Przemek Kujawiński

 

Parampam pam (w tym miejscu musicie sobie wyobrazić Jose Torresa walącego w bongosy po dobrym żarcie).

 

No więc nie będzie zmian na górze w Orlando, nawet jeśli Magic polegną dziś lub w sobotę w meczu z Hawks. Oczywiście na ile słowa Boba Vander Weide w wywiadzie prasowym można traktować jako gwarancję, a pewnie można:

 

"Jesteśmy zadowoleni z Otisa i Stana. Praca żadnego z nich nie jest zagrożona. Jestem w tej lidze od 20 lat i mam pojęcie o umiejętnościach innych ludzi i wiem, że Otis i Stan są tak dobrym zespołem jak żaden w tej lidze."

 

No więc fani Orlando, nie ma co się łudzić, również w przyszłym sezonie będziecie oglądać radosny styl gry swoich ulubieńców, w którym wskaźnik szans na zwycięstwo jest wprost proporcjonalny do skuteczności zza łuku.

 

No chyba, że Otis Smith nakłamał, że jest w stanie wymienić Gilberta Arenasa na Chrisa Paula.

 

Sam nie wiem, co o tym myśleć. Przyznaję się szczerze, że nie jestem fanem Stana Van Gundy'ego. Widzę też, że Otis Smith nie wychodzi dobrze na wymianach, które przeprowadził w grudniu, ale w jego przypadku mam trochę większy kredyt zaufania, bo po prostu wiem, że nie był innego wyjścia. To była decyzja w stylu Steve'a Kerra, po której zostaje się geniuszem lub idiotą.

 

Z drugiej strony, kto wie, czy brak zmian nie jest częścią szerszej strategii, mającej pomóc w zatrzymaniu Dwighta Howarda. Komu bowiem powierzyć zadanie przekonania go do pozostania w Magic? Ludziom, których lubi i którym ufa, czy komuś nowemu? Dwight chce wygrywać, ale chce wygrywać z tymi ludźmi i to może okazać się kluczem do podpisania z nim nowej umowy.

 

No chyba, że zupełnie błędnie oceniamy Howarda przez pryzmat uśmiechów, a tak naprawdę widzi on, że z drużyną w takim kształcie i prowadzoną w ten sposób nie jest w stanie wygrać mistrzostwa. Mało tego od czasów finałów w 2009 roku z każdym sezonem się od niego oddala. Co za tym idzie nie będzie miał sentymentów i sam zażąda wreszcie zmian.

 

Z zupełnie innej beczki. Hawks wracając dziś do domu po klęsce w meczu numer 5 i choć na boisku jest to  być może najmniej budząca emocje seria, to bitwa pomiędzy obiema zespołami objęła już nawet dziennikarzy piszących dla lokalnych gazet.

 

Mike Bianchi z Orlando Sentinel po ostatnim spotkaniu napisał, że Magic wygrają tę serię i zmienią Jastrzębie w ptasie móżdżki. Określenie to dotarło do szatni Hawks, którzy podobno są dzięki niemu jeszcze bardziej zmotywowani. Chociaż może słowo "dotarło" jest za bardzo ogólne, bo artykuł Bianchiego przyniósł tam... beat writer Hawks Michael Cunningham, który nie pożałował sobie okazji, by  na swoim blogu zaatakować swojego kolegę z Florydy.

 

Dzieje się, dzieje. Szkoda, że nie na boisku.


 

 


Podziel się

KKWP: MANU SIĘ NIE OSZUKUJE

czwartek, 28 kwietnia 2011 15:56

 

"Nie wydaje mi się, żebyśmy pokazali serce mistrzów. Mieliśmy szczęście."

 

- Manu Ginobili

 



Podziel się

MANU GINOBILI I GARY NEAL URATOWALI SEZON DLA SPURS

czwartek, 28 kwietnia 2011 7:35

 

 

 

Maciej Kwiatkowski

 

Zach Randolph zdobył sześć punktów w ostatnie 13 sekund czwartej kwarty. Spurs rzucili siedem i będzie jeszcze mecz nr 6 w Memphis. Gary Neal trafił buzzer-beatera za trzy, który doprowadził San Antonio do dogrywki, w której Tony Parker trafił kilka rzutów z mid-range i Spurs wygrali 110:103.


Rzut Manu Ginobiliego? Jeden z najtrudniejszych jakie trafił w tym sezonie, choć ostatecznie miał stopę na linii rzutów za trzy.. Buzzer-beater Neala? Być może jeszcze cięższy.

 

Ktoś czuwa nad San Antonio i nie da im jeszcze tak szybko odejść. Po meczu nr 5 napisałem, że kibicom Spurs została wiara - to było mniej więcej to, co wydarzyło się w crunch-time czwartej kwarty.

 


Podziel się

GDZIE DURANT I IBAKA ZACZAPOWALI NUGGETS NA ŚMIERĆ

czwartek, 28 kwietnia 2011 7:01

 

 Marek Dziuba

 

 

DENVER @ OKLAHOMA CITY 97:100 (Stan serii 1:4, awans Thunder)

 

 

 Postawieni pod ścianą gracze Nuggets byli o włos od doprowadzenia do meczu numer 6 w Denver, lecz trasa powrotna do stanu Kolorado została bezlitośnie zablokowana.


Dosłownie.


Serge Ibaka nie pozwalał dzisiaj wyjątkowo na odwiedziny gości w swoim domu koszu i rozdał aż 9 czap! Wierzcie mi lub nie, ale zabrakło mu ledwie jednej do rekordu Playoffs. To naprawdę robi wrażenie. Szczególnie istotna była ta 9. na Nene, która nie pozwoliła podkoszowemu Nuggets na łatwe punkty w końcówce, choć swoją drogą  samemu Brazylijczykowi  zabrakło troszkę szczęścia, sił przy nieudanej próbie wsadu.


Thunder odrobili dziewięć punktów straty w decydujących 4 minutach spotkania, a zrobili to skutecznie, bo piłka powędrowała w ręcę Kevina Duranta, który rzucił 16 z ostatnich 20 punktów swojej  drużyny, a łącznie 41. Nuggets nie mieli na niego żadnej odpowiedzi, zresztą jak od samego początku  rywalizacji. Kevin złapał ogień w crunchtime i wygrał ten - zapowiadający się długo na stracony mecz - dla "Grzmotów" w sposób godny wybitnych, pieczętując wszystko kluczowym trafieniem, gdy na zegarze było 12 sekund. Zakończył tą serię, bo nie miał zamiaru wracać do Denver:



- Po prostu nie chciałem znów jechać do Denver. Było tam zimno i deszczowo, a miejscowi fani nie mówili o nas zbyt miłych rzeczy, dlatego nie chciałem tam wracać. Koledzy podeszli do mnie powiedzieli "przejmił mecz, to twój czas".



Przez najbliższy czas żaden z zawodników Nuggets bez wątpienia nie będzie chciał słyszeć nazwiska  Durant. Obok najważniejszych punktów, przed którymi nieco wcześniej omal nie popełnił błędu połowy  (sędzia najpierw zagwizdał, ale potem zmienił decyzję) KD zaliczył też najważniejszy blok, kiedy zgasił J.R. Smitha na 9 sekund przed końcem, a OKC już do końcowej syreny nie dali Denver szansy na dogodny rzut  i zawodnicy George'a Karla przypatrywali się tylko jak kończy się ich żywot w Playoffs równo z nieudaną próbą Arrona Afflalo (15 punktów).



- Durant oddał kilka niesamowicie trudnych rzutów. Nieważne ilu graczy na niego poślesz, on prawdopodobnie i tak trafi. - mówił bezradny George Karl.



Fajnie było zobaczyć, że Russell Westbrook, który dzisiaj znów nie potrafił się wstrzelić (3/15 z gry) przestał forsować rzuty w decydującym fragmencie i sam dał zielone światło Kevinowi, by rozpoczął swoje show. Jeśli pogodzi się z tym, że Kevin Durant jest tam numerem uno na dłuższą metę przed Thunder świetlana przyszłość. Teraz, po raz pierwszy od przeprowadzki z Seattle, Thunder zagoszczą w drugiej rundzie, gdzie spokojnie czekają na kogoś z pary San Antonio Spurs/Memphis Grizzlies.

 

 

 

 

Tymczasem Nuggets rozpoczynają wakacje. Pozostaje pewien niesmak, bo to bez wątpienia mogła być dłuższa seria, Game1 czy właśnie ten dzisiejszy mógł mieć zupełnie inne zakończenie.  Trzeba w każdym razie spojrzeć prawdzie w oczy: Thunder byli po prostu lepsi.


Słaba postawa Denver na linii rzutów osobistych, brak wyraźnego lidera, niemożność ograniczenia poczynań Duranta, regularnie przegrywane deski i ograniczenie przez  defense ich rywala tego, co lubią najbardziej, czyli szybkiej gry po kontrze nie mogły ostatecznie wyjść na dobre. Tak czy inaczej "Bryłkom" należy się duży szacunek za to, że mimo odejścia Carmelo Anthony'ego nie posypały się i dalej były drużyną, która stanowiła spore zagrożenie. Zagrożenie, które dla Thunder nie okazało się jednak zbyt dużą przeszkodą.

 

 

Moja seria dobiegła końca. Dzięki za uwagę. Teraz czekam (ok, ok - odsypiam), kto okaże się przeciwnikiem OKC w II rundzie, a tam nasza ekipa prawdopodobnie znów w pewien sposób się podzieli. Niewykluczone, że jeszcze się usłyszymy.


Podziel się

GDZIE W ORLANDO ZNÓW BYŁ 2010

czwartek, 28 kwietnia 2011 1:51

 

Przemek Kujawiński

 

ATLANTA @ ORLANDO 76:101

 

Właściwie powinienem zamiast relacji z tego meczu przekleić fragmenty tego, co pisaliśmy o tej serii w zeszłym roku. Na przykład tu, tu i tu. Zamiast 'Vince Carter' i 'Rashard Lewis' wstawcie sobie jedynie w odpowiednich miejscach 'Jason Richardson', 'Ryan Anderson', czy "J.J. Redick'.

 

Przyznam się szczerze, że tak jak obejrzałem od deski do deski wszystkie cztery poprzednie spotkania, nawet jeśli każde kolejne było gorsze od poprzedniego, tak wczorajszej nocy wyłączyłem się na początku 4 kwarty. Hawks nie mieli Brandona Roya, więc nie było powodów, żeby się martwić, że rano będę pluł sobie w brodę. 

 

Jedyną rzeczą wartą odnotowania, poza tym, że Magic byli znów "tymi" Magic była gra J.J. Redicka w ostatnich 3,5 minutach pierwszej kwarty. J.J. rzucił wtedy 11 punktów z rzędu i wyglądał jak gwiazda NBA. Serio, był tak gorący, że Jameer Nelson oddawał mu piłkę już na swojej połowie, by ten mógł rzucać po dryblingu. 

 

Nie wiem, czy tak sekwencja nie była w ogóle najlepszą jaką widziałem w wykonaniu Orlando w całej tej serii.

 

Poza tym cofnęliśmy się w czasie. Magic znów trafiali ponad 40% swoich trójek. Dwight Howard (8/8) nie musiał być centralną postacią zespołu (nawet nie wąchał piłki). Szkoda tylko, że aby Magic coś grali muszą iść całkowicie, w którąś z opcji w ataku, jednocześnie zabijając drugą. Trafiają strzelcy? Ignorujemy Dwighta. Nie trafiają strzelcy? Wszystko zrzucamy na Dwighta. Gdyby tak kiedyś oba elementy zaczęły funkcjonować obok siebie...

 

Inna sprawa, że Hawks trochę ułatwili Magic "rozbujanie się" w tym meczu, bardzo szybko odpuszczając wszelką walkę. Kto wie, czy ten brak energii nie zmieni nagle momentum (mądre słowo) tej serii. Pewność siebie jaką strzelcy Orlando właśnie zdobyli może jeszcze Atlantę zgubić.

 

Mecz numer 6 już... ziew... w... ziew... czwartek. Płonę z niecierpliwości.

 

W między czasie: Fear the beard.



 

 


Podziel się

SPOTKANIE NIEGODNE SERII, CZYLI BULLS ŁATWO SKOŃCZYLI Z PACERS

czwartek, 28 kwietnia 2011 1:46

 

 

 

Michał Górny

 

PACERS @ BULLS (89 - 116) (1 - 4 Awans Bulls)

 

Spotkanie numer pięć w tej parze byłO spotkaniem, które zaprzeczało całej dotychczas rozegranej serii. Pacers od spotkania numer jeden postawili "bykom" wysoko zawieszoną poprzeczkę. To nie była drużyna, która teoretycznie była najgorsza z najlepszej szesnastki ligi NBA. Była to drużyna, która potrafi w jednej z najgłośniejszych hal w NBA walczyć jak równy z równym z najlepszą ekipą w lidze (jeśli chodzi o bilans po RS oczywiście). W czterech pierwszych spotkaniach Pacers wyciągnęli na wierzch praktycznie wszystkie słabości Bulls.

 

Jednak w spotkaniu numer pięć Bulls zagrali tak, jak przewidywano przebieg całej serii przed jej rozpoczęciem. Skutecznie, dobrze w obronie, utrzymując inicjatywę przez całe spotkanie. Właśnie tak wyglądało ten mecz. Derrick Rose i spółka od pierwszych minut spotkania dawali ton grze nie pozostawiając Pacers, jak to miało miejsce w poprzednich spotkaniach, nawet najmniejszych szans na przejęcie chociaż na chwilę przewagi. W pierwszej kwarcie Bulls rzucili 36 punktów, co jest najlepszą kwartą w całej serii przeciwko Indianie.

 

Bulls nie oddali nawet na chwilę prowadzenia, które oscylowało w granicach 16 - 10 punktów przez większą część spotkania. W czwartej kwarcie spotkania gracze Franka Vogela pogubili się jeszcze bardziej, zaczęły puszczać im nerwy (w hali United Center nie jest to specjalne trudne) i zaczęła się coraz bardziej udzielać presja publiki. W rezultacie z 19 punktów straty na początku ostatniej części spotkania pod koniec zrobiło się 27 punktów różnicy.

 

Trudno tutaj jednoznacznie podkreślić co przyczyniło się do tak długo oczekiwanego występu Bulls w roli liderów ligi i jednej z najlepszych ekip, a nie równego partnera dla drużyny z 8th seed. Czy to wreszcie skuteczność z gry zespołu ? Zwłaszcza w liczbie celnych trójek ! (14 trafień za trzy punkty jest nowym rekordem organizacji z Chicago w playoffs). Kwestia dobrego występu Derricka Rose'a, który razem z Dengiem zdobył 49 punktów ? Keith Bogans (5/7 za trzy punkty) wreszcie trafiający "trójki" bez krycia ? Kontuzja Carlosa Boozera, która otworzyła drogę dla Taja Gibsona (10 punktów, 7 zbiórek) ? Przybycie dziadka Joakima Noah wraz z siostrą centra Bulls ? A może obrona Bulls "udusiła" Pacers ? Ciężko powiedzieć. Może zadziałało tutaj wszystko na raz ?

 

Pacers pomimo wszelkich starań nie mogli w tym spotkaniu nawiązać równorzędnej walki. Teraz podopieczni Franka Vogela wiedzą co, oznaczają Bulls przed własną publicznością, kiedy gospodzarze bronią i dobrze rzucają (rzuty z gry 48.2 % w tym rzutów za trzy punkty 45.2 %). Szkoda, że to spotkanie miało charakter "blowoutu". Na koniec takiej rywalizacji powinno dziać się trochę więcej niż Josh McRoberts i Joakim Noah w walce o zbiórce, kiedy piłka już dawno poza ich polem widzenia. Nie będę tutaj pisał frazesów jak Pacers dzielnie walczyli i jak już byli blisko Bulls im "odjeźdzali". Bulls oddalali się stopniowo i konsekwentnie przez cały mecz, bez najmniejszych śladów po zbliżających się Pacers.

 

Bulls zgodnie z przewidywaniami przeszli dalej. Jednak, czy to oznacza, że mordercze pięć spotkań plus jedno łatwe zostawi jakiś ślad na dalszych losach "byków" ? Pacers obnażyli wiele problemów z jakimi borykają się "byki", pokazując jednocześnie, że nie trzeba mieć w swoim składzie Wielkiej Trójcy czy "czwórcy" by popsuć im szyki.

 

Druga runda rusza w najbliższy poniedziałek. Bulls czekają na rozstrzygnięcie serii Orlando Magic - Atlanta Hawks, które może nastąpić już za niewiele ponad dobę. Stay tuned !

 

 


Podziel się

Licznik odwiedzin:  18 767 472  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      






[ Copy this | Start New | Full Size ]






















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 18767472

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u

Wyniki ankiety

Czy Golden State Warriors awansują do playoffów?

Tak : 0%
Nie: 0%

Łączna liczba głosów: 0