Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS




PRZED MECZEM NR 7 THUNDER - GRIZZLIES

sobota, 14 maja 2011 20:18

 

 

Maciej Kwiatkowski

 

Drużyna uniwersytetu Oklahoma, którego barwy reprezentował m.in. Blake Griffin, nazywa się "Sooners". Ich starsi (lub "starsi") bracia z NBA powinni zmienić nazwę z "Thunder" na "Too Soooners".

 


Jeff Van Gundy komentując piątkowy mecz nr 6 przynajmniej dwa razy podkreślił znaczenie nastawienia mentalnego Zacha Randolpha do gry w koszykówkę, porównując je - po prostu - z Michaelem Jordanem, Kobe'm Bryantem i każdym, który myśli, że po prostu jest nie do zatrzymania. Kiedy Z-Bo dostaje piłkę w izolacji na lewym skrzydle, wie, że nie ma obrońcy, który mógłby go zatrzymać. Jeśli zauważyć, że musi zmagać się z takimi defensorami jak Kendrick Perkins, Nick Collison czy Serge Ibaka, to w gruncie rzeczy wg logicznego myślenia Grizzlies nie powinno już być w play-offach.

 


Ale są, bo "Z-Bo" kompletnie zdominował środkową część czwartej kwarty meczu nr 6, a w końcówce rzuty O.J.'a Mayo i Mike'a Conley'a zamroziły wynik. Mecz został zresztą już wcześniej zamrożony, gdy nie mógł odmrozić się Kevin Durant, który zdobył tylko 5 punktów przez trzy ostatnie kwarty.

 


Thunder rzucili tylko 29 punktów po pierwszej połowie, w której wyglądali znakomicie, pomimo braku punktów od Duranta. Russell Westbrook miał fantastyczną, szybką drugą kwartę na spółkę z Jamesem Hardenem i Thunder prowadzili dziesięcioma punktami. Po przerwie odniosłem jednak wrażenie, że Oklahoma zbyt mocno skupiła się na tym by uruchomić Duranta, raz jeszcze pokazując jak ograniczony ofensywnie jest ich startujący line-up. 

 


Durant usiłował się wstrzelić na półdystansie i dystansie, aż 13 rzutów (3/13) oddając spoza pomalowanego, a tylko jeden stamtąd (0/1, 4/6 na linii). Tony Allen miał kilka złych fauli, ale zrobił solidną pracę, nie dając się mijać, natomiast Shane Battier agresywnie krył go w post-up, wypychając Duranta dwa metry dalej od miejsc, w których chciał otrzymać piłkę. Duże znaczenie miało też prawdopodobnie to, że po 6 punktach w cztery pierwsze minuty, Durant złapał drugi faul na siedem minut przed końcem pierwszej kwarty. Faul zresztą najgorszego gatunku, gdy wymuszono na nim faul ofensywny cztery metry przed koszem, po tym jak zdążył już pozbyć się piłki i odegrać ją do rogu. 

 


Jedna rzecz - jedną z kwestii, która wg mnie kosztowała Thunder porażkę było to jak usilnie w trzeciej kwarcie Thunder próbowali dostarczyć piłkę Durantowi. Myślę, że to był mecz, w którym krytykowany w tych play-offach Westbrook miał pełne prawo dociągnięcia spotkania jako opcja nr 1 i naciskania tempa praktycznie za każdym razem. W drugiej połowie żaden gracz Thunder nie miał pulsu ofensywnego, podczas gdy kilka wejść Westbrooka pod kosz było najzwyczajniej jakby poruszał się szybciej niż płynący czas. Wyjąć Westbrooka z drugiej połowy i Oklahoma trafiła 23 procent z gry (6/26).

 


Westbrook, przy całej krytyce jaką otrzymuje, cierpi też z tego powodu, ze jego trener nie potrafi wprowadzać usprawnień w trakcie meczu i w trakcie serii. Po prostu oglądamy cały czas ten sam zespół Oklahomy, który miewa momenty euforii jak dzieci po szampanie, ale bywa też często, że stoi bez pomysłu, jakby ktoś nie chciał im sprzedać piwa przy kasie. Niestety Brooks w tym wszystkim wygląda jak Benjamin Button.

 


Myślę, że jest jeszcze za wcześnie dla Thunder, żeby zdobyć mistrzostwo. Nawet po odpadnięciu San Antonio i Los Angeles. Przed Durantem tygodnie pracy na siłowni, aby mógł znajdować pozycje zdecydowanie bliżej kosza, a przed Westbrookiem godziny spędzone w sali wideo nad studiowaniem swojej gry i decyzji podejmowanych przez najlepszych rozgrywających ligi. Kilka strat popełnionych przez niego w pierwszej i czwartej kwarcie było po prostu niedopuszczalnych.

 


Warto zauważyć kolejny, fatalny start Oklahomy i aż 17 strat popełnionych w pierwszych kwartach dwóch ostatnich spotkań. W poważnym dołku strzeleckim jest natomiast Mike Conley, który spudłował aż 33 z ostatnich 41 rzutów w trzech ostatnich meczach. Westbrook przechodzi po prostu pod zasłonami, przy pick/rollach Oklahomy, zostawiając mu czyste pozycje do trafień z mid-range. O ile Conley trafiał te rzuty przeciwko Spurs, tak w tej serii wyraźnie stracił już pewność, podobnie jak Sam Young.  

 


W meczu nr 7 sposób na zatrzymanie Grizzlies wydaje się być prosty. Normalny mecz Duranta + podwajanie Randolpha. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego Scott Brooks nie zrobił tego wczoraj, gdy Randolph zaczął przejmować mecz na osiem minut przed końcem. Grizzlies dogrywali mu każdą piłkę, a ten zdobył 10 punktów w sześciu kolejnych akcjach. 

 


Siadłem do wczorajszego meczu z myślą "Chcę przekonać się Oklahomę, że stać na walkę o mistrzostwo w tym roku". Obojętnie co wydarzy się w meczu nr 7 i w ewentualnej, kolejnej serii - skład jest dobry, skład ma potencjał mistrzowski, ale Westbrook, Durant i Harden najzwyczajniej muszą stać się lepszymi graczami, żeby pociągnąć resztę naprawdę mistrzowskiej klasy role-players pokroju Ibaki, Collisona, Perkinsa, Thabo Sefoloshy czy nawet Erica Maynora, który jest jednym z najpewniejszych back-upów w tej lidze. 

 

Grizzlies? Nadal tu są i Lionel Hollins pracuje na porządny, nowy kontrakt po tych playoffach. Wstawienie do piątki O.J.'a Mayo było dobrym ruchem, bo Mayo jest w zasadzie jedynym w Memphis, który na koniec tej serii czuje swój rzut z dystansu.

 

Mecz nr 7 w niedzielę, godz. 21.30. Kto wygra?


 

 


Podziel się

PLAYOFFS BABY!

sobota, 14 maja 2011 6:17

Image and video hosting by TinyPic

 

Image and video hosting by TinyPic


Podziel się

JASTRZĘBIE W KLATCE, BULLS IDĄ NA RUSZT

piątek, 13 maja 2011 15:07

 

 

 

Michał Górny

 

CHICAGO @ ATLANTA 93:73 (Stan serii  4-2, awans Bulls)

 

Miektórzy liczyli, że stanie się dopiero w niedzielę w United Center. Kibice zebrani w Phillips Arena ubrani w koszulki z napisem "Believe" czekali na taki właśnie obrót wydarzeń. Niestety od pierwszej kwarty musieli coraz bardziej liczyć się z tym, że Hawks wreszcie rozpoczną (odwlekane jakiś czas) wakacje. W trzech kolejnych kwartach Hawks nie byli w stanie zdobyć więcej niż 18 punktów. W czwartej dopiero "wystrzelili" na całe 20 "oczek" w 12 minut.

 

Niewątpliwie takie ograniczenie Hawks jest efektem dobrej obrony, ale też wreszcie zdywersyfikowanego ataku. Derrick Rose nie był już jedyną opcją ataku, mało tego nie był nawet pierwszym strzelcem drużyny. Rose oddał "tylko" 14 rzutów trafiając 8 (19 punktów) i wreszcie miał "kogo" obsługiwać podaniami. Teraz padnie nazwisko zawodnika, którego nie podejrzewałem o to, by konieczne było chwalić jego występ z własnej nieprzymuszonej woli. Tak moi drodzy - Carlos Boozer. 23 punkty, 10 zbiórek, 5 asyst, 1 przechwyt. 10/16 w rzutach z gry, z czego 5/8 z dystansu. To właśnie jego 9 punktów (4/5 z gry) pomogło osiągnąć 10 punktów przewagi po pierwszych 12 minutach  Jak pokazywał ESPN, ten kto wygrał pierwszą kwartę w tej serii, ten wygrywał cały mecz.

 

"Jastrzębie" dziś nie pokazały niczego wartego odnotowania. Gdyby nie Josh Smith (7/15 z gry, 0/3 za trzy punkty) i Joe Johnson (7/18 z gry, 1/4 za trzy punkty) drużyna Larry'ego Drew miałaby kłopoty by wyjść z 50 punktów. Ławka rezerwowych z Jamalem Crawfordem na czele rzucała ze "skutecznością" 30.4 % (7/23). 

 

To chyba tyle o spotkaniu numer sześć. Cieszę się niezmiernie, że ta seria wreszcie dobiegła końca. Po pierwsze dlatego, że pomimo emocjonujących momentów wszystkie spotkania ogólnie były nudne i momentami wręcz przewidywalne. Po drugie, że Bulls są w ECF pierwszy raz od 12 lat (1997/1998). Po trzecie w kilku spotkaniach mogłem podziwiać Jeffa Teague'a, który następnych dwóch sezonach może bić się z Rose'em jak równy z równym. Po czwarte, moje podejście do transferu Carlosa Boozera znalazło swoje potwierdzenie w PO 2011. Z małym wyjątkiem na spotkanie numer sześć rzecz jasna.

 

Finały Konferencji Wschodniej startują w niedzielę. Pełny terminarz ECF znajdziecie pod tym adresem.

 

Czy Bulls "wystoją" przeciwnika?

 

Czy Heat zmasakrują Bulls w drodze do Finału NBA?

 

Derrick Rose and friends vs. Big Three without them?

 

Derrick Rose vs. Joel Anthony (MVP Watch)?

 

 

Free Throw 1/1:

 

Bulls zebrali tyle samo piłek co przeciwnicy, jednak bardziej dzielili się piłką asystując 34 razy przy 41 trafionych rzutach z gry. Jest to najlepszy wynik w ostatnich 15. sezonach.


Podziel się

GDZIE BOHATEROWIE SĄ ZMĘCZENI, A NOWA ERA NADCHODZI BARDZO SZYBKO

czwartek, 12 maja 2011 16:47

 

 

Maciej Kwiatkowski

 

MEMPHIS @ OKLAHOMA CITY 72:99 (2-3)

 

Tylko 44 godziny dzieliły mecz nr 4 od meczu nr 5 tej serii i to zrobiło różnicę we wczorajszym spotkaniu, zwłaszcza dla Zacha Randolpha i Marca Gasola, którzy ciągną Grizzlies przez te play-offy: 9 punktów Zacha, 5 zbiórek Marca.

 

Thunder stracili aż 11 piłek w pierwszej kwarcie (wg recapu AP, bo myślę, że było ich jednak 9), ale był remis 17-17, bo nogi nie niosły już w każdej akcji Grizzlies, i punkty z kontrataków i po stratach nie przychodziły już tak łatwo.

 

Grizzlies mieli szansę prowadzić nawet +10, ale pudłowali layupy (14/27), a w całym meczu trafili tylko 6 z 29 rzutów spoza pola trzech sekund. 



Zach Randolph był wyraźnie przemęczony, bez ikry i gdy z czwartym faulem opuszczał parkiet w połowie trzeciej kwarty, miał na koncie tylko 5 punktów. Mike Conley rzuca 6/27 z gry w dwóch ostatnich meczach i wczoraj trafił 2/8 z pomalowanego i 2/8 spoza pola trzech sekund. 


Różnicę tak ewidentną, że aż trudną do opisania zrobił brak energii Randolpha i Memphis, co przełożyło się na przegrane tam gdzie zwykle Memphis wygrywają w tej serii. To Grizzlies w tej serii są od zagarniania bezpańskich piłek, wymuszania strat i zbiórek ofensywnych. Tym razem Thunder zebrali 38 procent piłek na desce Memphis, wygrali 18-9 punkty drugiej szansy i 46-42 punkty z pomalowanego przeciwko najlepszej w tym względzie drużynie ligi.


Było 28:28 w połowie drugiej kwarty, ale o wyniku przesądził run 15-2 na koniec połowy, w trakcie którego punkty zdobywali wszyscy gracze Oklahomy obecni wtedy na parkiecie: Russell Westbrook z półdystansu i za trzy, James Harden, wulkan energii w tym meczu miał kolejny dunk, po siedmiu punktach w pierwsezj kwarcie. W końcu Serge Ibaka i Kendrick Perkins trafiali lay-upy, a swoje dołożył też Kevin Durant.



I było w zasadzie po meczu. Grizzlies najzwyczajniej byli przemęczeni i po odrobieniu łącznie 26 punktów strat z drugich połów meczów nr 3 i 4, tej nie byli już w stanie odrobić.



Thunder prowadzą w tej serii 95-55 w punktach zdobywanych z kontrataków. Są młodsi, wyglądają na bardziej świeżych. Wczoraj zdobyli 25 punktów z 14 rzutów w transition-offense, nie popełniając w nich żadnej straty - Grizzlies mistrzowsko potrafili przerywać kontry Spurs jeszcze w poprzedniej serii. Harden był +29 w tym meczu, a Daequan Cook trafił 4 z 5 trójek, zdobywając 18 punktów w 18 minut. Rezerwowi OKC wygrali 53-27 i Durant z Westbrookiem nie musieli wychodzić do gry w czwartej kwarcie.



Tu naprawdę nie ma o czym pisać, poza tym, że Nick Collison, dzięki swojej obronie na Randolphie, może mieć po tej serii może ksywę "Party-stopper". Wieczór do zapomnienia dla Grizzlies, a raczej kac.



Memphis wróci na mecz nr 6 na pewno z większą energią i na jeszcze jeden 'run' po zwycięstwo. Kłopot w tym, że w przeciwieństwie do serii Celtics/Heat, która miała mieć dwa dni przerwy między meczami nr 6 i nr 7, Grizzlies znów będą mieli tylko czterdzieści kilka godzin przed ewentualnym ostatnim meczem w Oklahomie.


Konkluzja: jeszcze dwa miesiące temu myśleliśmy o nich jak o zespołach nowej ery. Tymczasem ta nowa era dzieje się już teraz: Miami Heat już są, a Thunder i Chicago Bulls dzieli tylko jedno zwycięstwo od awansu do finałów konferencji. Po tym co pokazywali nam Lakers i Celtics w ostatnich trzech latach (czy jeszcze San Antonio w poprzednich), obserwujemy zespoły, w których 30 rzutów na mecz od największych gwiazd (albo 20 rzutów i 15 wycieczek na linię) to chleb powszedni. Definitywnie idzie nowe w NBA. Jesteście gotowi? Jeśli niezupełnie, to nie jesteście w tym sami.

 



Podziel się

GDZIE MIAMI HEAT STANĘLI NA GÓR SZCZYCIE

czwartek, 12 maja 2011 15:05

 

 

Maciej Kwiatkowski

 

 

BOSTON CELTICS @ MIAMI HEAT 87:97 (1-4)


Dwyane Wade rzucał po 30 punktów w tej serii i nie było w pierwszej połowie meczu nr 5 rzeczy, której nie mógłby zrobić. Granica błędu dla Miami stawała się jednak coraz cieńsza w tej serii i praktycznie był to drugi z rzędu mecz, który wyciągneli Bostonowi z gardła.

 


Może gdyby Kevin Garnett wybiegł na zasłonę Paulowi Pierce'owi w ostatniej akcji czwartej kwarty meczu nr 4. Może gdyby Pierce nie podał piłki w aut na minutę przed końcem meczu nr 5. Tylko jednak przez jeden moment Celtics uwierzyli w to, że mogą wygrać Game 5 w Miami. Bo kiedy Nenad Krstic na 4 minuty przed końcem trafia z szóstego metra, to musi to być impuls.

 

Celtics prowadzili 87:81 i ...stracili 16 punktów z rzędu, nie zdobywając ani jednego: James Jones za trzy, Wade z linii, Chris Bosh z góry, LeBron James za trzy, James za trzy, James przechwyt i James w kontrze, James po wjeździe. Na końcu: James na kolanie, James doceniający rywala, James przepraszający byłych kolegów z Cleveland. Człowiek, który stanął przed lustrem i przyznał się do swojej słabości, a następnie zrobił to na spółkę z kimś innym. Człowiek, który miał rację.

 

"I knew deep down in my heart, as much as I loved my teammates back in Cleveland and as much as I loved home, I knew it couldn't do it by myself against that team," 


"The way it panned out with all the friends and family and the fans back home, I apologize for the way it happened. I knew this opportunity was once in a lifetime. To be able to come down here and pair with two guys and this organization -- in order for me to move on with my career, that team that we just defeated, we had to go through them."


 

Czy to usprawiedliwia to wszystko co się wydarzyło? Oczywiście, że nie, ale pokazuje, że Decyzja z punktu widzenia tego co chciał osiągnąć James - była jak najbardziej słuszna.

 


Celtics przypominali team z drugiej połowy meczu nr 7 Finałów, który resztkami sił bronił efektywnie, ale w ataku liderzy nie mieli po prostu pary. Heat ciągłym dostawaniem się na linię (38 razy, Boston 20) powoli wymęczali Boston, a zaleceniem Erika Spoelstry było to, żeby w miarę upływu czasu bronić coraz agresywniej jeden na jednego.

 

Dlatego to 10 punktów Jamesa w ostatnie 130 sekund meczu przejdzie do historii tych playoffów i pozostanie jako przykład, że nie taki diabeł straszny (diabeł czyli James, diabeł czyli crunch-time, przeczytajcie to jak chceci). W tym samym jednak czasie defensywna strona parkietu pokazywała prawdziwy, wojowniczy duch Jamesa w meczu nr 5, jak i w meczu nr 4. 

 


17 strat Celtics, po osiemnastu w meczu nr 4. I połowa z nich w zasadzie niewymuszonych, zaczynając już od pierwszej kwarty, co tylko podkreśliło, że Celtics już gdzieś mentalnie wiedzieli, że walczą z tym z czym jeszcze nie walczyli. Wiedzieli, że są rzeczy, których Rajon Rondo w ataku zrobić nie może, albo nawet nie powinien próbować, a gdy Pierce ugina się pod presją młodszych nóg Jamesa, to nie ma komu w Celtics stworzyć okazji do gry jeden na jednego. Kevin Garnett miał fantastyczne pierwsze 7 minut meczu i łatwe do przeoczenia kolejne 41. Ray Allen próbował znaleźć prześwit, ale ubrany był w dobrą obronę Wade'a. Celtics utrzymała na prowadzeniu w drugiej połowie tego meczu ławka rezerwowych: Delonte West miał 10 punktów, Jeff Green 9, Krstic 8, Glen Davis miał przebłyski tego kim był jeszcze przed startem serii z New York Knicks. Nie wiadomo co wydarzyło się z Davisem, że nie potrafił rozwalić mismeczu z Jamesem Jonesem na sobie, ale kudos dla Jonesa, że tak się działo przez całą serię.

 


38 rzutów wolnych Miami, 38-30 na deskach dla Heat, 17 wymuszonych strat, 13 asyst, 24 trafienia z gry Wade'a i Jamesa, 30 rzutów wolnych Big 3. 

 


Heat wymęczyli Boston w tej serii. Wygrali, bo byli młodsi i zainwestowali w scenariusz Erika Spoelstry (memo dla Phila Jacksona: i kto tu jest bezrobotny?), który nie był ani błyskotliwy, ani nie obiecywał nie wiadomo czego. "Wear them down", "Grind" - od pierwszego meczu jak mantrę powtarzał te słowa w trakcie przemówień przed, w trakcie i po spotkaniach.

 

Heat wiedzieli, że Celtics (tym bardziej bez Rondo) w pewnym momencie po prostu pękną, że Pierce, choćby nawet i w najlepszej formie strzeleckiej, będzie miał problemy z wykreowaniem sobie rzutu w końcówce, że Allen nerwowo szukać będzie zasłony Kendricka Perkinsa, że Garnett najprawdopodobniej będzie w opcji "oby mnie podwoili, to będę mógł rozrzucić piłkę". Zabrakło zdrowego Rondo i zabrakło tego pierwiastka, który czyni z Bostonu jednego z kandydatów do tytułu. Trafili na młodszy, dynamiczniejszy team, który miał dwóch najlepszych graczy na parkiecie. 

 


Wade zdobył 34 punkty przy 19 rzutach, miał 10 zbiórek, 5 asyst, 4 przechwyty, tylko trzy straty i miałby 40 punktów, gdyby nie 8/15 z linii.

 


James miał 33 punkty, 7 zbiórek, 6/13 za 2, 5/7 za 3, 6/9 za 1.

 


Bosh miał 14 punktów, 11 zbiórek, 9 rzutów z gry.

 


Pozostali? Sześciu graczy, Little 6: 16 punktów, 10 zbiórek, 2 asysty, 4/21 z gry, 6/8 z linii i tylko jedną stratę. 

 


Wielkie zwycięstwo Jamesa, choć seria nie miała tego napięcia przez to w jaki sposób Heat poradzili sobie z Bostonem w meczach nr 1 i nr 2. Pamiętacie mecz nr 2 - tam było 80:80 w połowie czwartej kwarty, zanim Heat nie zrobili runu 14-0. Mecz nr 4, Heat wygrywają dogrywkę +8. Mecz nr 5 - kończą go runem 16-0.

 

Celtics nie są tak daleko, żeby kontendować w przyszłym roku - tym bardziej, że pierwsze wypowiedzi wskazują na to, że Doc Rivers i Ray Allen zostaną na jeszcze jeden sezon - ale jakie nie będzie nowe CBA, potrzebują znaleźć drugi zasilacz dla tej drużyny, rezerwowego rzucającego obrońcę czy kogoś z szybkością i pomysłem, a także sklonować Tysona Chandlera, pozyskać zbierającego, bo notorycznie przegrywali punkty drugiej szansy w drugiej częśći tego sezonu. Na pewno nie będą jednak faworytem w walce o to, żeby znów dostać się na tą górkę, na której teraz stoją Miami Heat.

 


Ta góra będzie jednak coraz bardziej stroma, bo Miami zamieni Mike'a Bibby'ego na prawdziwego gracza NBA, będzie mieć z powrotem Udonisa Haslema i prawdopodobnie kierując się przykładem stopniowej przemiany Joela Anthony'ego w gorszą wersję Bena Wallace'a, poszuka jeszcze jednego ruchliwego centra.

 

James miał emocjonalną końcówkę wieczoru, powiedział wiele dobrych rzeczy na temat Bostonu, przeprosił Cleveland. Ostatecznie wygrał ten mecz dla Heat runem 10-0, ale dzięki fantastycznej grze Wade'a nie musiał robić wszystkiego przez 48 minut. I oto mu chodziło.


I w gruncie rzeczy nie wiemy co stanie się teraz. Myślę, że seria finałowa Wschodu - o ile zmierzą się w niej z Chicago Bulls - będzie najciekawszym momentem tegorocznej kampanii Miami. To będzie prawdziwy test na to w jakiej kondycji psychicznej są James i Wade, na to ile w nich determinacji i ile motywacji wyzwolą w nich grający dosyć nieprzekonująco Bulls.

 

Celtics, poobijani czy nie, to był najcięższy test dla tak zbudowanego zespołu jak Miami. Team to beat. Teraz gdy zrzucili w końcu goryla z ramienia, stanęli na wzgórzu, ogarnęli wzrokiem całą ziemię przed sobą i... i właśnie zobaczymy co się stanie. Czy uśpieni już poczuli się jej władcami, czy też nadal będą wydrapywać zwycięstwa w obronie, łącząc je z geniuszem pojedynczych akcji Wade'a i rosnącym apetytem Jamesa na mistrzowski pierścień.


Jedno jest pewne: Miami Heat nadchodzą. 

 


 


Podziel się

PLAYOFFS BABY!

czwartek, 12 maja 2011 3:39

 

 

Image and video hosting by TinyPic

 

Image and video hosting by TinyPic

 

Image and video hosting by TinyPic

 

Image and video hosting by TinyPic

 

Image and video hosting by TinyPic


Podziel się

CZWARTA KWARTA WESSAŁA HAWKS !

czwartek, 12 maja 2011 2:31

 

 

 

Michał Górny

 

HAWKS @ BULLS 83:95 (Stan serii: 2-3)

 

Po spotkaniu numer cztery mówiło się o tym, jak Bulls przypominają Cleveland Cavaliers, oczywiście za panowania LeBrona Jamesa. Drużyna polegająca na jednym zawodniku, który nie jest zwykłym zawodnikiem, tylko uber "mutantem" w świecie zawodowej koszykówki ulega drużynom, które po prostu grają zespołowo, a w wolnym tłumaczeniu grają lepiej bo mają zaplecze, nie poważny uskok w stosunku do lidera drużyny. Tak było w Cavs, momentami widać to w grze zawodników z Chicago. Jednak nie jest to spowodowane aż taką różnicą talentów pomiędzy Rose'em, a resztą drużyny.

 

Jest to kwestia tego w jakiej dyspozycji są tacy zawodnicy, jak Luol Deng, Carlos Boozer, Joakim Noah czy też Kyle Korver. Wielokrotnie w tych play-off widzieliśmy, jak Bulls byli dosłownie wleczeni po parkiecie przez Derricka Rose'a, kiedy to Carlos Boozer muczał jak krowa do sędziów "Hey! Jednak był faul" po kolejny rzucie "który normalnie by wpadł". To ograniczenie ofensywy Bulls może aż tak bardzo nie było widoczne w starciu z Pacers, jednak po pięciu spotkaniach z Hawks. Hawks to drużyna, która lubi rzucać (z różnym skutkiem) i w zasadzie to jest ich główna taktyka. Korzystać z okazji, a jeśli jest ich brak stworzyć nowe i rzucać. Dodatkowo deprymującym jest fakt, iż pierwszorzędna obrona Toma Thibodeau nie zawsze wypłaca się "w ofensywie". Second chance points, czyli punkty drugiej szansy to wbrew pozorom bardzo ważna sprawa w kluczowych o losach serii spotkaniach.

 

Po dwunastopunktowej porażce Bulls postarali się, by publiczność w United Center nie obejrzała straty prowadzenia w serii na rzecz Atlanta Hawks. Podopieczni Larry'ego Drew niesieni zwycięstwem w spotkaniu numer cztery, chcieli sprawić niespodziankę w Chicago. Podobną do tej z meczu otwarcia tej serii. Gospodarze jednak zarzucili tak mocne tempo w pierwszej kwarcie spotkania (Bulls prowadzili nawet 15. punktami), iż przeciwnicy zdołali dopiero przebudzić się pod koniec trzeciej kwarty. Wszystko wskazywało wtedy na to, że po raz kolejny będzie obserwować rajd Hawks w ostatnich 12 minutach spotkania. Niestety dla podopiecznych Larry'ego Drew stało się inaczej. W ciągu 4 pierwszy minut 4Q Hawks zdobyli tylko 2 punkty, tracąc 9. Po kolejnych 5 minutach run Bulls wynosił 22:9.

 

W znacznej mierze jest to zasługa Taja Gibsona. Gibson zdobył swoje wszystkie punkty w tym spotkaniu właśnie w ostatniej kwarcie (11 punktów, 5/5 w rzutach z gry). Gibson i Rose zdobyli 22 punkty z 26 zdobytych przez Bulls w tej "ćwiartce". Hawks zatrzymali się na 15 "oczkach" na skuteczności 31% w rzutach z gry. Joe Johnson 2/5, Josh Smith 0/3, Jeff Teague 1/3, Al Horford 1/2 - tak rzucała pierwsza piątka w tej części meczu.

 

Bulls zagrali to, co śmiało można powiedzieć chcieli. Boozer pomimo słabej skuteczności (4/11 z gry) zanotował double-double z 11 punktami i 12 zbiórkach (z czego czterema ofensywnymi) i można nazwać jego występ solidnym. Derrick Rose znowu miał kłopoty z rzutami za trzy punkty, jednak ograniczył liczbę podejść do jedynie pięciu w tym spotkaniu i skupił się na agresywniejszym atakowaniu obręczy. W pewnym momencie Bulls w trzech kolejnych posiadaniach kończyli akcję z Rose'em na linii rzutów wolnych. Luol Deng po świetnej pierwszej kwarcie (11 punktów 4/5 z gry) trochę zaginął, kończąc mecz z 23 punktami (8/18 - 0/4 za trzy).

 

Jeśli nie oglądaliście spotkania i włączyliście sam boxscore (wcale się nie dziwię) to na pewno rzuciły się Wam w oczy statystyki Jeffa Teague'a (21 punktów, 8/11 z gry, z czego 5/5 spod kosza) oraz Ala Horforda (12 punktów, 10 zbiórek). W zasadzie były to dwa plusy po stronie Hawks. Joe Johnson znowu zapomniał, za co bierze pieniądze (15 punktów, 6/15 z gry, 1/5 za trzy punkty), Josh Smith nie był tym samym potworem co we wcześniejszym spotkaniu, Jamal Crawford zbudował murek z 1/9 z gry. 

 

Następne spotkanie już jutro w Phillips Arena. Czy Hawks zakończą swoją przygodę w PO 2011? Czy też dopiero w niedzielę?


 

 

 

 


Podziel się

HEAT VS. CELTICS (3-1): POKONAĆ HISTORIĘ...

środa, 11 maja 2011 10:31

 

 

 

Sebastian Hetman

 

 

Po poniedziałkowej porażce Celtics są w bardzo trudnej sytuacji. Przegrywają z Heat 1-3, a wcześniej wspominałem o historycznych zalążkach takich serii. Na 199 takich serii tylko 8 wygrały zespoły przegrywające 3-1, w tym dwie ekipy Boston Celtics – składy z roku 1968 i 1981.

 

 

W 1968 roku Celtics wygrali serię z 76ers 4-3:

 

@ 76ers: 127-118 (W)

vs. 76ers: 106-115 (L)

@ 76ers: 114-122 (L)

vs. 76ers: 105-110 (L)
@ 76ers: 122-104 (W)

vs. 76ers: 114:106 (W)

@ 76ers: 100-96 (W)

 

Z kolei 1981 roku ponownie ofiarą Zielonych padli 76ers:

 

vs. 76ers: 104:105 (L)

vs. 76ers: 118:99 (W)

@ 76ers: 100-110 (L)

@ 76ers: 105-107 (L)

vs. 76ers: 111-109 (W)

@ 76ers: 100-98 (W)

vs. 76ers: 91:90 (W)

 

 

Ciężko powiedzieć, czy historia zatoczyły koło, jednak szanse Bostonu na ewentualne zwycięstwo całej serii są minimalne. Przynajmniej tak mówią statystyki z lat poprzednich. Weterani mogą jednak doprowadzić do meczu nr 6, aczkolwiek Heat bezapelacyjnie będą chcieli zamknąć wszystko na własnym parkiecie. Nawet jeżeli Celtics wygrają spotkanie numer 5, to historia nadal jest przeciwko ekipie Doca Riversa. Z 241 przypadków kiedy jeden team przegrywał rywalizację 2-3, tylko 35 ekip zdołało wygrać całą serię. To raptem niecałe 15%...

 

 

Od gdybania możemy przejść do pewnych analiz i patrząc na dwa ostatnie spotkania można stwierdzić, że zabrakło jednego gościa po stronie Celtics. Chodzi o Raya Allena, który po niezłym pierwszym meczu w Miami  ukrył się gdzieś w cieniu na South Beach. Sugar Ray oddał 13 rzutów w meczu nr 1 (25 pkt.), by w drugim spotkaniu oddać ich tylko 7. W meczu nr 3 „strzelał” tylko 11 razy, zaś w meczu nr 4 tylko 12 razy. Słowo „tylko” daje do myślenia, ponieważ Allen nie do końca męczył defensywę Heat i biegał bardzo mało po zasłonach, przynajmniej w trzech ostatnich meczach. Nie da się ukryć, że to jeden z najlepszych spot-up shooters w historii NBA i przyszły Hall of Famer. Jednak w ofensywie Doca Riversa duża uwaga w TD Garden skupiała się wokół Paula Pierce’a i Kevina Garnetta. Pierce owszem, miał świetne dwa spotkania w Bostonie. Garnett po wybuchowym wręcz meczu nr 3 przeszedł obok czwartego spotkania. A gdzie był Ray Allen?

 

 

„Mogę powiedzieć, że robią dobrą robotę w defensywie kryjąc mnie.  Nasz sens w ofensywie jest taki, że staramy się przytrzymać nieco piłkę, kiedy nie możemy podać na otwartą pozycję.”

 

 

Trudno się z tym nie zgodzić, ale moim zdaniem za mało było Raya Allena w ataku Celtics, którzy na dzisiejszy wieczór będą potrzebować dosłownie każdego. Paul Pierce nie pociągnie całego zespołu, a robił to praktycznie przez cały mecz nr 4. C’s nie mogą czekać na odblokowanie swojego seryjnego strzelca i Allen będzie z pewnością zmuszany przez Riversa do oddania co najmniej 15-17 rzutów, z których wpaść może teoretycznie 7-10. Nie gra na złej skuteczności w tej serii, ale niecałe 11 prób na mecz to trochę za mało jak na solidnego shootera.

 

 

Nie mam pojęcia co będzie się dzisiaj działo, ale przewiduję raczej ciemny scenariusz dla poobijanych Celtics. W Bostonie przed piątym meczem sporo mówi się o roli Delonte Westa, który ma dobrą serię przeciwko Heat. West nie tylko rozciąga grę na dystansie, ale co najważniejsze trafia, a przy kontuzji Rondo dostanie sporo  minut w okolicach 2-3 kwarty.

 

 

Jakie jest Wasze zdanie? Czy Celtics wyszarpią coś w AmericanAirlines Arena? Czy może Heat zakończą serię z wielkim hukiem?

 

 

Mecz nr 5 rozpocznie się ze środy na czwartek o godz. 01:00 czasu polskiego.

 

Jesteśmy nadal (jeszcze) na łączach. Stay tuned!


Podziel się

GDZIE GRZMOTY WYSZŁY Z OGROMNEJ OPRESJI

środa, 11 maja 2011 0:23

  

 

Marek Dziuba

 

OKLAHOMA CITY @ MEMPHIS 133:123 3OT (Stan serii: 2-2)



Skoro Kevin Durant (9/20 z gry, 35 pkt., 13 zb.) nazywa to swoim największym spotkaniem w karierze, to już wiecie, że przegapiliście lub byliście świadkami czegoś niecodziennego. Jestem skłonny stwierdzić, że był to najlepszy mecz w tegorocznych Playoffs i wielokroć w jego trakcie przez głowę przechodziła mi myśl "czy to się kiedyś skończy?". Ostatni raz dodatkowe 15 minut  gry w najważniejszej fazie rozgrywek mogliśmy oglądać 30 kwietnia 2009 roku, kiedy Bulls pokonali Celtics 128:127.



- To coś o czym ludzie będą  mówić przez jakiś czas. Cieszę się, że mogłem być częścią tego wydarzenia. Zostawiłem na parkiecie wszystko, żeby osiągnąć satysfakcjonujący wynik. Poziom rywalizacji był niesamowity. Było to na pewno jedno z najlepszych spotkań, w których brałem udział. Kiedyś  będę opowiadał o nim  moim dzieciakom.

 


Nie zamierzałem oglądać tego spotkania na żywo, ale miałem to szczęście, że przebudziłem się koło 5:30. Chciałem tylko pójść zrobić siku, zerknąć na wyniki i wrócić do łóżka, bo chcąc nie chcąc mam taki obowiązek jak szkoła, którą w Playoffs traktuję jak sypialnię. Pozdrawiam z tego miejsca moich nauczycieli.



Do Memphis przeniosłem się gdzieś w połowie trzeciej kwarty i tak jak niektórzy w McDonaldzie...  zostałem na dłużej. Wtedy jeszcze przez głowę nie przeszedł mi jednak scenariusz, jaki pisał się w FedExForum przez następne (blisko) 2 godziny i czasami zastanawiałem czy akurat nie śnię. To było jak coś wyciągnięte rodem z gry komputerowej.

 

 

Co się działo? Gdybym miał to streścić w 9 słowach: "trzy dogrywki, szalone rzuty, gigantyczna walka z obu stron". Słowa to mało. Można by napisać największe poetyckie dzieło - lecz w dobie dzisiejszych technologii - zachęcam Was do tego, byście ściągnęli sobie ten mecz i po prostu zobaczyli to na własne oczy.



Thunder walczyli o życie, bo w przypadku porażki wracaliby do Oklahoma City przy stanie 1-3. Historia jest brutalna w takiej sytuacji, bowiem 95% przypadków wkrótce wyjeżdża na wakacje. Grizzlies mieli natomiast możliwość zrobienia wielkiego kroku w stronę Finałów Konferencji. To tylko dodało całemu widowisku  smaczku. I jak to bywa w przypadku takich zażartych pojedynków - zadecydowały detale, choć nie sposób nie wspomnieć też o szczęściu. Koszykarscy bogowie byli dziś po stronie Thunder, którzy ostatecznie wracają do domu z odzyskaną przewagą parkietu, lecz poniekąd mogą mieć do siebie pretensje o nerwówkę, jaką sobie zafundowali przez to, że nie kończyli decydujących akcji równo z syreną, a mieli takie przy każdej dogrywce i jeszcze w regulaminowym czasie. Zarówno Russell Westbrook (15/33 z gry, 40 pkt., 5 as.) jak i Durant nie popisali się.


Tak czy owak w moim odczuciu wygrali ten bój dla Thunder zasłużenie. Od czwartej kwarty Grizzlies ciągle byli tym  zespołem, który musiał gonić. Trzeba przyznać, że wychodziło im to fantastycznie, bo nie straszna była im żadna strata do rywala. Odrabiali każdą, dzięki wielkim rzutom. Takim, kiedy trzeba było zachować zimną krew i liczyć, że piłka będzie tak miła i zagości w koszu. A piłka widocznie miała dobry dzień.

 

 

Co ciekawe w przeciwieństwie do G3, to Memphis miało wysoką, bo sięgającą w drugiej kwarcie nawet 18 punktów przewagę, by następnie popaść w problem z faulami (tak znaczący jak się okazało później), kiedy "Grzmoty" zaczęły grać niskim składem. To był dobry manewr Scotta Brooksa, bo jego drużyna trafiła 15 z kolejnych 17 rzutów i do przerwy zmniejszyła stratę do czterech punktów, 49:53. Po ponad połowie trzeciej kwarty Thunder "odzyskali" prowadzenie po trafieniu Westbrooka - 67:66 - a słowo odzyskali wziąłem w cudzysłów, bo od tej chwili prowadzący zmieniał się trzynastokrotnie. Najciekawsze było dopiero przed nami.


Gdy w czwartej kwarcie wydawało się, że OKC przejęli kontrolę i wyszli na 7-punktowe prowadzenie na niespełna 6 minut przed końcem, Grizzlies zaczęli pogoń. Na 3 sekundy przed syreną brakowało im trójki do remisu. Co na to Mike Conley?

 

 

 


Jego ojciec po tym rzucie prawdpodobnie pobił rekord w trójskoku w drodze po popcorn. W kolejnej akcji równo z syreną spudłował Westbrook, ale był całkiem blisko. 

 

 

Mamy pierwszą dogrywkę. Zaczyna się od czterech punktów z rzędu dla Thunder po osobistych Jamesa Hardena (19 pkt., 7 zb., 7 as.). Na 2 minuty i 12 sekund przed końcem Kevin Durant trafił za trzy na 105:98. To już koniec? Skądże! Trójką odpowiada O.J Mayo,  a Durant tym razem trafia z półdystansu i znowu gasi zapędy Niedźwiedzi. Te wciąż się nie poddają. Mayo ponownie trafia zza łuku, a po osobistych Zacha Randolpha tracą tylko punkt na 16 sekund przed syreną. Chwilę później taktycznie faulują Westbrooka, a boisko przez 6. przewinienie musi opuścić "gorący" Mayo. Kilka sekund wcześniej z tego samego powodu wypadł także Mike Conley. Mały dramat. Kibice Grizzlies wstrzymują oddech. Do tego Russell pewnie trafia dwa osobiste. To już na pewno koniec!

 

Żartujecie? Chwilę później Memphis znalazło nowego bohatera. Greivis Vasquez (14 pkt.) zrobił kuku, a cała Wenezuela stanęła na nogi:


 

 

 

Grzmotom pozostało niecałe 10 sekund na rozrysowanie zwycięskiej akcji, ale znów nie kończą równo z  zerami na zegarze, bo trójki z daaleka nie trafia KD. Druga dogrywka!  A w niej wciąż szaleje Vasquez i po raz pierwszy zapowiada się na to, że Grizzlies rozstrzygną losy potyczki na swoją korzyść. Na minutę i 28 sekund przed końcem publika szaleje bo mało komu znany debiutant z  Maryland trafia z faulem. 117:114 dla Grizzlies. Radość miejscowych fanów nie trwa  jednak długo bo pewnie za 3 przymierzył James Harden, któremu broda podczas meczu zdążyła pewnie podrosnąć o dobre kilka cm. Odpowiedź gospodarzy to dobitka rewelacyjnie grającego Gasola (26 pkt, 21 zb.) po niecelnym rzucie Randolpha. Westbrook wyrównał na 119:119.

 

Pozostało 30 sekund. Duet misiów RAGA w zamieszaniu pod koszem trzy razy stara się dobijać piłkę, lecz bezskutecznie. Thunder przejmują piłkę i znów mogą powiedzieć ostatnie słowo. Mają na to 10 sekund. Co robią? Russell Westbrook w biegu rzuca z półdystansu i... piłka obrzydliwie uderza o obręcz. Bez szans.

 

Trzecia dogrywka!

 

Po miniucie gry wciąż mamy remis, po 121. Thunder wreszcie przełamują ten stan i w ostatnich 120 sekundach po trafieniach żelaznego Ibaki oraz daggerach Duranta wreszcie odskakują na bezpieczny dystans. Memphis jednak... nie, nie... Thunder odskoczyli już na dobre. It's over.

 

 

 

Myśleliśmy, że to zwycięstwo jest nam przeznaczone, ale nic w NBA nie dostanie się za darmo. Trzeba wyjść tam na boisko i postawić na swoim. Dzisiaj nam się to nie udało. - mówił Zach Randolph (9/25 z gry, 16/17 FT, 34 pkt., 16 zb., 5 to). Jego Grizzlies po raz pierwszy w tych Playoffs przegrali na własnym parkiecie, ale nie mogą sobie nic zarzucić, bo zrobili wszystko, co mogli. Tylko czy dalej będą walczyć w podobny sposób po takiej porażce?

 


Kolejny mecz zapowiada się też niezwykle emocjonująco. To już w nocy z środy na czwartek o 3:30. Nie przegapcie.


Podziel się

PLAYOFFS BABY

wtorek, 10 maja 2011 23:13

 

 

Bez fety, bez porywającej gry, ale ciężką pracą i ...odrobiną talentu Miami Heat przejmują kontrolę nad NBA.


Podziel się

Licznik odwiedzin:  18 767 491  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      






[ Copy this | Start New | Full Size ]






















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 18767491

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u

Wyniki ankiety

Czy Golden State Warriors awansują do playoffów?

Tak : 0%
Nie: 0%

Łączna liczba głosów: 0