Bloog Wirtualna Polska
Są 1 229 693 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS




PO IGRZYSKACH

poniedziałek, 13 sierpnia 2012 23:54

Przemek Kujawiński

 

Uff, po miesiącu przerwy od bloga czuję się zardzewiały, jak Michael Jordan wracający z drugiej emerytury. Tyle dobrego, że wracam w starych barwach, bo Maciek wciąż nie stracił do mnie cierpliwości i nie odesłał mnie na blogową emeryturę do jakiegoś serwisu o Wizards.

 

Zrobiłem sobie sporo odpoczynku od pisania, ale koszykarsko nie próżnowałem, bo spełniłem moje pierwsze małe marzenia i po raz pierwszy udało mi się zobaczyć na żywo kilku gwiazdorów NBA Sergem Ibaką LeBronem Jamesem grzejącym się w dobrym (tym bliższym mi) narożniku parkietu na czele. Mecze Amerykanów w Barcelonie były szczególne również dlatego, że miałem okazję poznać niektórych z was. Wielkie dzięki dla wszystkich, którzy odezwali się i wpadli choćby na chwilę, by się przywitać. Spotkałem w tych dniach łącznie ponad 40 osób i wychodząc z hali po meczu z Hiszpanią, czułem się wręcz jak w Polsce, co chwilę słysząc "cześć". Nie będę ukrywał, że było mi bardzo miło. O naszym małym zlocie jeszcze trochę pewnie przeczytacie (zwłaszcza, że mamy kilka fotek pod intrygującymi tytułami: "Kobe na spacerze", "Pierścień Pata Rileya", czy "Chris Mullin na siłowni"), póki co jednak chciałem nawiązać jedynie do jednego z tamtych lipcowych wieczorów.

 

Otóż wieczorne spotkania przy grillu i piwie wśród fanów koszykówki mają to do siebie, że kończą się na długich dyskusjach o koszykówce właśnie. Szczególnie gdy zrobi się już trochę później i zaczynamy być sentymentalni, chętnie wracamy do naszych pierwszych wspomnień i tak właśnie udało nam się dotrzeć do dnia, w którym Polska poznała Tima Duncana.

 

Wszystko, co zostało w mojej pamięci, to zdjęcie, które widzicie z boku. Niezrównany mistrz mnemotechnik i znawca bydgoskiej koszykówki - Piotr Kolanowski (który pewnie pisze swoje artykuły do MVP nie musząc sięgać do źródeł), szybko wyrecytował jednak numer ProBasketu, w którym poświęcono stronę Timmiemu, dodając do tego fakt, że wywróżono mu na tej stronie Davida Robinsona. Piotrek był też na tyle miły, by wygrzebać dla mnie te strony ze swojego archiwum.

 

Były to czasy, gdy ProBasket kosztował 5,95 (59,500) zł, a Juwan Howard miał 23 lata. Artykuł traktował o potencjalnym składzie Amerykanów na Igrzyska w Sydney, a jego nieznany mi autor (ktoś ma pojęcie, kto wtedy pisał do ProBasketu i Magic Basketball?) pisał:

 

"A więc słyszeliście o Timie Duncanie, czy nie?"

 

Nie słyszeliśmy. Słyszeliśmy za to o innych "wybrańcach", którzy z 4-letnim wyprzedzeniem typowani byli do olimpijskiego złota. Prowadzić do sukcesów tę kolejną Drużynę Marzeń mieli Penny Hardaway i Grant Hill. Na środku obok Duncana zobaczyć mieliśmy Shaqa i Zo Mourninga. Na skrzydłach szaleć mieli Juwan Howard, Shawn Kemp i Kevin Garnett, wspierani z obwodu przez Jasona Kidda, Allena Iversona, Allana Houstona i Jerry'ego Stackhouse'a.

 

Zgadnijcie bez szukania w sieci, kto z tej 12 ostatecznie znalazł się w kadrze AD 2000.

 

Przypomniała mi się ta rozmowa i ten artykuł raz jeszcze, gdy dziś po dłuższej przerwie odpaliłem swój czytnik google i dałem zasypać się artykułami i postami na temat przyszłości reprezentacji USA. Naprawdę korzystajcie z tego, że macie informacje na wyciągnięcie ręki (i tu przesłanie do młodzieży sponsorowane przez ministerstwo edukacji), kiedyś, by zobaczyć twarz Juwana Howarda, gdzieś na startym VHS-ie trzeba było przysuwać twarz na 5 centymetrów do telewizora, co kończyło się wyładowaniami elektrycznymi na brwiach (kto przeżył, ten pamięta).

 

Oczywiście na kolejnych Igrzyskach nie zobaczymy już Kobego Bryanta. Nie będzie z nami też Mike'a Krzyzewskiego. Kto więc będzie? Dużo zależeć będzie od tego, czy David Stern dopnie swego i zdegraduje koszykówkę na Igrzyskach do poziomu piłki nożnej na Igrzyskach (Viva Mexico!). Dużo zależeć będzie też od kolejnych mistrzostwa świata, które odbędą się w 2014. Podejrzewam, że podobnie, jak dwa lata temu wykazać będą się tam mogli młodsi zawodnicy tym razem z Kyriem Irvingiem w miejsce Kevina Duranta na czele. Amerykanów da się pokonać i jeśli to się wydarzy, to w Rio spodziewajcie się znów całej czołówki. 

 

Kolejnym czynnikiem będzie też z pewnością nowy trener. Myślę, że Docowi Riversowi, czy Greggowi Popovichowi nie będzie trudno przekonać do siebie największe gwiazdy. No chyba, że kadrę przejmie Stan Van Gundy... Swoją drogą, miło byłoby zobaczyć Amerykanów grających jakiekolwiek zagrywki. Coach K, przy mojej całej sympatii i szacunku dla niego, mordował mi ten turniej w przerwach, gdy akurat Carmelo/LeBron/Durant/Kobe (niepotrzebne skreślić) nie grali hero-ball.

 

Załóżmy jednak, że Ameryka po raz kolejny uniesie na patriotycznym podmuchu przy dźwiękach Gwieździstego Sztandaru, a młodzi gracze będą chcieli iść w ślady Kobego i LeBrona, którzy swoim zaangażowaniem w ten projekt uratowali kadrę. Kogo w takim wypadku możemy się spodziewać w tym zespole? Skoro ProBasket mógł bawić się w takie typowania 16 lat temu, możemy i my.

 

Z obecnej kadry, poza Kobem, wszyscy reprezentanci za 4 lata będę wciąż w znośnym do gry wieku. Z klucza odrzucić możemy raczej Tysona Chandlera, którego przyćmi kilku młodych wysokich i Andre Iguodalę, który nie będzie już tak dobrym obrońcą. Kto zajmie ich miejsca? Dziś pewniakiem do roli "defensywnego centra" wydaje się Anthony Davis, nowym Iguodalą mógłby być natomiast Michael Kidd-Gilchrist.

 

Dużo trudniej wymienić kogoś z pozostałej dziewiątki. Jestem przekonany, że nowy trener kadry chciałby zostawić kogoś z dwójki Deron Williams i Chris Paul, by pełnił rolę lidera (podobnie jak Jason Kidd i Chauncey Billups w poprzednich składach). Jeśli któryś z panów będzie chętny i zdrowy, to miejsce się dla niego znajdzie. CP3 jest młodszy, ale jego historia urazów nie daje wiele nadziei. Deron Williams jest do tego dużo bardziej uniwersalny i będzie pojawiał się na dwójce koło, któregoś z młodych. Miejsce Chrisa Paula zajmie natomiast Kyrie Irving.

 

Nie ma większych wątpliwości, że gwiazdą zespołu nadal będzie Kevin Durant (28 lat w 2016) wchodzący właśnie w swój prime i demolujący w pojedynkę pomniejsze kontynenty. W tym samym wieku będzie też Russell Westbrook, ale obawiam się, że władze ekipy zdecydują się jednak wziąć w jego miejsce Derricka Rose'a, który będzie miał ogromną motywację, by zdobyć swoje złoto. W podobnej sytuacji Kevin Love odda swoje miejsce Blake'owi Griffinowi. James Harden, świeżo po trudnym rozstaniu z Thunder, zachowa swoje miejsce, będzie musiał się jednak liczyć po raz kolejny z rolą zmiennika Erica Gordona, który już od dwóch sezonów będzie zdrowy i wskoczy na miejsce Kobego Bryanta.

 

Do roli pierwszego centra przymierzany będzie Dwight Howard (grający w opasce Wilta Chamberlaine'a), ale center Lakers postanowi, że poświęci lato swojej roli w filmie Kazaam 2. W jego miejsce na obozie przygotowawczym pojawi się Andrew Bynum, jednak już po tygodniu złamię rękę na gokartach. Ostatecznie Amerykanie postanowią zaufać DeMarcusowi Cousinsowi, który po 2-letniej diecie, zrezygnuje dla reprezentacji z własnego programu kulinarnego.

 

Irving, Williams, Gordon, Harden, Durant, Griffin, Davis, Kidd-Gilchrist, Rose, Cousin. To już 10.

 

Ostatnie dwa miejsca przypadną wracającym Carmelo Anthony'emu (który po tułaczce po 5 klubach w poprzednich 2 sezonach postanowi reanimować swoją karierę na szczeblu międzynarodowym - na Igrzyskach pojawią się skauci z Izraela) i LeBronowi Jamesowi, który swoją decyzję ogłosi w kolejnym szeroko dyskutowanym programie telewizyjnym...

 

Uff, rdza wychodzi bokami, ale czasem łatwo odpłynąć w opary absurdu. Tak całkiem na serio, możliwe pojawienie się LeBrona na czwartych kolejnych Igrzyskach będzie z pewnością gorącym tematem w kolejnych latach. James tak bardzo polubił w tym roku wygrywanie, że w październiku wpadnie jeszcze pewnie do waszej szkoły, by sprzątnąć ci sprzed nosa nagrodę MVP spartakiady - 4 lata mogą jednak dużo zmienić. Rzeczą, na którą LeBron może mieć apetyt będzie być może rekord punktów reprezentacji USA na Igrzyskach, do którego (David Robinson) brakuje mu raptem 7 oczek. Dla reprezentacji zaś pojawianie się najlepszego koszykarza w kadrze na najważniejszych imprezach ma zaś z pewnością ogromny wymiar promocyjny. Gdzieś na podwórkach Indiany mali chłopcy marzą już nie tylko o mistrzostwie NBA, ale też o złotym medalu olimpijskim.

 

A kto znajdzie się w waszej reprezentacji w Rio? Kto trafi wszystkich, może za 4 lata liczyć na nagrodę. W tym czasie powinienem być już bogaty. Jak my wszyscy, prawda?


 


Podziel się

DREAM TEAM, AMERYKAŃSKA DUMA I 20 LAT PÓŹNIEJ

środa, 18 lipca 2012 1:05

Przemek Kujawiński

 

Słowa Kobego o tym, że obecna reprezentacja mogłaby pokonać oryginalny Dream Team były absurdalne. Nie dlatego, że byłoby to niemożliwe - bo właściwie dlaczego nie? Ten zespół naprawdę złożony jest mieszanką atletycznych wybryków natury i absolutnych geniuszy na swoich pozycjach, więc nie widzę powodu, dla którego nie mógłby toczyć wyrównanej walki w "wirtualnej rzeczywistości" z tamtą drużyną. Słowa Kobego są absurdalne, bo naprawdę nie me sensu ruszać tego typu tematów i rozpoczynać dyskusji.. Raz, że nigdy nie dowiemy się, kto by wygrał i nie pomogą tu nawet argumenty o 11 Hall-of-famerach, bo na ile dobrze pamiętam w 1992 roku reprezentacja USA nie miała w składzie żadnego...  Dwa, że pewnych świętości nie warto ruszać. Zwłaszcza tych przydatnych świętości.

 

Dream Team jest najlepszą drużyną koszykarską wszech czasów. Michael Jordan jest najlepszym koszykarzem wszech czasów. To nikomu nie robi krzywdy, za to daje nam - fanom koszykówki - pewne poczucie wspólnoty. W czymś się zgadzamy. Zostawmy to w spokoju. Kobe Bryant może być lepszy od Jordana w zaciszu zabałaganionych pokojów nastolatków, a Bill Russell w bujanych fotelach ich dziadków. 

 

Kobe Bryant ma prawo sądzić, że obecni zawodnicy postawiliby się Jordanowi i spółce i mieć rację. Nie może natomiast powiedzieć jednego, mianowicie, że nikt inny nie jest się w stanie postawić Amerykanom. Po meczu z Brazylią, nawet dla amerykańskich dziennikarzy, stało się jasne, że ten zespół jest do pokonania. Miejmy nadzieję, że to przekonanie doda animuszu innym ekipom, a Amerykanów zmotywuje do pokazania najlepszego, co mają. Oczywiście nie jest potrzebny dogłębny skauting, by wiedzieć, że USA brakuje po prostu wzrostu, a przynajmniej dwie inne ekipy w turnieju olimpijskim będą mogły wystawić frontcourt złożony z graczy NBA. Dodajcie do tego strefę, ucięcie strat i 40 minut na wysokiej intensywności i macie przepis na porażkę Stanów Zjednocznonych.

 

Nie chcę tu jednak analizować szans Amerykanów, bo równie jasne jest, że w większości spotkań praktycznie w każdym momencie meczu będą mieli 5 najlepszych graczy na parkiecie. Istotne jest to, że pomimo tego jednak każdy jeden spośród ich przeciwników będzie miał nadzieję na sprawienie niespodzianki. 20 lat temu gracze przeciwnych drużyn nie mieli nadziei. W zamian przeżywali ekscytację związaną z poznaniem ich idoli. Podejrzewam, że podobną ekscytację, którą ja przeżywam obecnie czekając na turniej przedolimpijski w Barcelonie. Niech będzie, opuszczę nawet moją przytulną grotę nad morzem i ruszę na Ramblę, by ścigać jakiegoś Christiana Laettnera.

 

Oczywiście w dwudziestą rocznicę powstania Dream Teamu po Internecie krążą tysiącę anegdot związanych z tą drużyną i Igrzyskami w Barcelonie (polecam cykl na True Hoop ze wspomnieniami Jacka McCalluma), ale nawet gdy wydaje ci się, że czytałeś już wszystko, zawsze pojawia się coś nowego. Peter Finney na łamach Times-Picayune przytacza cytaty Victorinio Cunha, który w 1992 roku prowadził drużynę Angoli - jak zapewne pamiętacie - pierwszego rywala Dream Teamu na Igrzyskach. Warto poczytać, bo jego słowa naprawdę pokazują, jak wielka przepaść dzieliła w "tamtych czasach" USA od reszty świata.

 

20 lat temu byłem "pięknym 8-letnim", który nigdy nie przypuszczał, że w pewnym momencie zamieszka, gdzieś na drugim końcu Europy. 20 lat temu Amerykanie nigdy nie przypuszczali, że ktoś będzie w stanie wygrać z nimi w koszykówkę. A jednak stało się to szybciej niż przypuszczali. Dziś jednak są ponownie w czasach prosperity i powoli zaczynają czuć, że odzyskali prymat w tym sporcie. Mam wrażenie, że dla amerykańskiej dumy bolesne będą nawet kilkupunktowe wygrane. Ten zespół (jako całość liczona od Igrzysk w Pekinie) po prostu ma wskrzesić ducha Drużyny Marzeń.

 

Tak się jednak nie stanie.

 

Dream Team był jeden i innego już nie będzie. Igrzyska w Barcelonie już się nie powtórzą. Rywale Amerykanów już nie będą prosili o autografy na parkiecie. Czasy się zmieniły. W dużej mierze dzięki tamtej drużynie. Dzięki Michaelowi, Magicow, Larry'emu i całej reszcie. Oni otworzyli nam - dzieciakom z małych i większych miasteczek - oczy i serca. I jakkolwiek pompatycznie by to brzmiało wierzę, że Dream Team odegrał niebagatelną rolę w rozprzestrzenieniu się koszykówki na całym świecie.

 

Dlatego dzisiaj idąc każdego na moje barcelońskie Venice Beach i spotykając tam Amerykanów, zamiast pytać o to jak gra się Stanach, chce im skopać tyłki. A nawet gdy się nie da, ćwiczę trash talk (Hey, you speak like american, but play like english), bo płaczą jak dzieci przy każdym kontakcie. I nie chcę tu tworzyć jakiejś sztucznej paraleli pomiędzy najlepszymi koszykarzami świata, a przypadkowymi chłopakami z NY, Miami, czy Kentucky. Po prostu dobrze jest wiedzieć, że koszykówka jest sportem dla wszystkich i fakt, że jestem z małego miasteczka (nie mam w dupie małych miasteczek) nie zmienia faktu,  że mogę grać jak równy z równy z tą całą ferajną z wszystkich zakątków świata (wbrew pozorom w Barcelonie najlepiej w kosza grają chłopaki z Dominikany). I to jest zasługa Dream Teamu.

 

Dlatego Kobe, ani LeBron nigdy nie wygraliby z Drużyną Marzeń. Ten wirtualny mecz przegraliby poza parkietem. 


 


Podziel się

20 LAT PÓŹNIEJ

wtorek, 05 czerwca 2012 21:24

 

Przemek Kujawiński

 

Pomyśleć, że 20 lat temu, dziecięciem będąc, emocjonowałem się bardziej Andrzejem Juskowiakiem i Wojciechem Kowalczykiem. Swoją drogą dziś w czasie obiadu, gość z pracy przypomniał mi z satysfakcją bramkę Kiko na 3-2...

 

To już 20 lat od kiedy zebrano najlepszą - albo ujmując to inaczej - najbardziej wypakowaną gwiazdami w historii drużynę koszykówki. Drużynę  absolutnych legend tego sportu. Drużynę z najlepszą jedynką, dwójką trójką i (być może) trójką w historii tej gry. Drużynę 15 nagród MVP i 16 mistrzostw. Drużynę 11 hall-of-famerów i Christiana Laettnera.

 

Każdy kto choć trochę interesuje się tym sportem, wie ile dla koszykówki oznaczał Dream Team. To był początek wielkiej ekspansji NBA na całym świecie. Kibice z każdej części globu mieli okazję zobaczyć w akcji największe nazwiska złotej ery basketu i Christiana Laettnera.

 

Trudno uwierzyć, że tamte czasy są już tak odległą historią. To, co jednak dobre w dobrych historiach, to wspomnienia, które po nich pozostają. Prawie dokładnie 20 lat po Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie ukazuje się film dokumentalny o Drużynie Marzeń. Pozycja obowiązkowa dla każdego. Premiera już 13 czerwca.

 

22 i 24 lipca zaś reprezentacja USA powróci do Barcelony, by w ramach przygotowań do Igrzysk w Londynie (i obchodów 20-lecia Dream Teamu), rozegrać spotkania z Hiszpanią i Argentyną. Będę na trybunach pałacu San Jordi i już cieszę się jak dziecko. Rząd za mną zasiądą powszechnie znany Piotrek Kolanowski i Czarek Szwarc z polskiej strefy fanów Cavs. Jeśli tak się składa, że również wybieracie się na to spotkanie, zapraszam do siebie na małe spotkanie opłatkowo-citronowe (tylko +18) w gronie fanów koszykówki. W razie czego piszcie na maila. Na ile się orientuję, bilety wciąż można dostać.

 

Po cichu zaś liczę, że organizatorzy turnieju przygotują dla nas jakąś małą niespodziankę i ściągną do Barcelony choćby jednego z tamtej dwunastki. A niech tam, może być nawet Christian Laettner.


Podziel się

CHRIS MULLIN BYŁ WYJĄTKOWYM GRACZEM

wtorek, 20 marca 2012 11:20

 

 

Maciej Kwiatkowski

 

Późną wiosną 1992 roku, zanim Dream Team w Barcelonie stał się niedoścignioną po 20 latach drużyną koszykówki, w polskich księgarniach można było dostać zaskakująco niemały wybór kolorowych wydawnictw traktujących o NBA. Nie pamiętam, ale to mógł być pierwszy rzut książek o NBA z kolorowymi zdjęciami jaki zaczął wychodzić w Polsce. To był dobry czas. Igrzyska oglądałem na kampingu pod Bytowem, w zamrażarkach były niemieckie lody, a w kawiarni frytki i cola.

 

W tamtym roku na wiosnę ojciec kupił rozmiaru A-4 album przedstawiający i pokrótce opisujący każdego z 12 reprezentantów Dream Teamu. Były w nim statystyki graczy z ich kariery, na podstawie których zacząłem pierwsze w życiu próby wyznaczenia swojego "Evalu". Miałem 10 lat i pamiętam, że znałem wtedy lepiej Christiana Laettnera (jako "Tego, który sprawił, że nie będzie Shaqa na igrzyskach") niż tego innego białego, wyglądającego na trochę starszego, gościa z facjatą irlandzkiego boksera.  

 

To był Chris Mullin. Lefty. Później, gdy oglądałem go w akcji w drugiej połowie lat 90-tych nie był już tak dobry jak kilka lat wcześniej na przełomie lat 80-tych i 90-tych Kontuzje spowolniły jego karierę  po 1993 roku. 

 

Wcześniej jednak ten jeden z najlepszych koszykarzy w historii Nowego Jorku, grając jako niski skrzydłowy, zaliczył siedem sezonów z rzędu, w których rzucał 50%  gry i pięć, w których zdobywał więcej niż 25 punktów. Oto był gość nienajszybszy na stopach, który umiał zrobić wszystko, grał po obu stronach parkietu i zawsze był jednym z najtwardszych zawodników w lidze. Niektórzy wspominają go głównie jako shootera, owszem miał świetny nadgarstek (4 sezony z rzędu powyżej 88% za 1), ale dla tych oczu przede wszystkim był jednym z najlepszych, najmądrzejszych zawodników rozumiejących czym są ścięcia w koszykówce, zarówno samemu to robiąc, jak i wtedy gdy rzucał szybkie podania z obwodu pod kosz. 

 

Dla przypomnienia dziś kim był Chris Mullin, Hall-of-Famer z Klasy 2011, którego nr 17 został wczoraj podwieszony pod kopułę hali Golden State Warriors:

 

  



 

 

 


Podziel się

JASTRZĄB DOSKONAŁY - BOB PETTIT

czwartek, 08 marca 2012 17:44

Michał Kajzerek

 

Jastrzębie w swej naturze są najbardziej nieokrzesanym ptactwem. W rodzinie tego gatunku stanowią drapieżny niezależny oddział lubiący udowadniać swoją siłę, szybkość i sprawność. Nastroszone stanowią poważnie zagrożenie; spokojne - są dumne i niezwykle pewne swojej przewagi. Latający mordercy na zlecenia, drapieżne do ostatniej kropli krwi. Jednocześnie piękne, ale nie uznające żadnej władzy nadrzędnej ptaki. Niebo nad Atlantą jest dzisiaj przejrzyste jak tafla spokojnego morza. Jastrzębie odfrunęły, przestały tu polować, pozostał symbol. Niegdyś towarzyszyły „Hawks” w Milwaukee, czy St. Louis, a ich żywicielem był niejaki Bob Pettit. 

 

W życiowej ucieczce od sztampy nie będę z iście chronologiczną precyzją podawał wam dat, liczb, numerów, nazwisk, imion, statystyk, które stworzyły Boba Pettita od a do z. Moim zadaniem jest Was zaintrygować, odsłonić obraz mozaikowy, który jest zaledwie częścią głębszej historii. Prawdę będę dozował, ale to nie oznacza, że jest przekłamana. W tym konkretnym przypadku możecie mi zaufać, bo będę traktował o Hawks. Chwila, chwila – czekajcie. Tacy nie bądźcie i dajcie im szansę. Swego czasu działy się w tej organizacji rzeczy na tyle frapujące, że tworzyły historie będące ciekawą lekturą na „piękną polską wiosnę".

 

W 1955 Ben Kerner – właściciel Hawks, miał kaprys oparty na intuicji, aby zespołowi nadać nowej tożsamości. Biznes spakował do walizki i z Milwaukee przeniósł go do St. Louis, gdzie pięć lat wcześniej z mapy koszykarskiego świata znikneli Bombers grający w BAA. Kernera sen o mistrzostwie teraz zobrazowalibyśmy dążeniem do tego samego celu Marka Cubana: silna osobowość, przywiązana do osób, które bezpośrednio pracowały na jego sukces, człowiek z głową na karku i gotówką w ręce. Uśmiechu używał jako swojej wizytówki, był na polu właścicieli graczem; prawdziwym rasowym szachistą z dobrym przeglądem pola. Bob Pettit wybrany z drugim numerem w drafcie ‘54 postanowił wsiąść do tego samego wózka. Stanowił w tej samej chwili dla Kernera kamień węgielny i niepowtarzalną szansę by sięgnąć gwiazd.

 

Wysoki, smukły center, który nigdy się nie przepracowywał miał dostać w NBA solidną szkołę życia. Za czasów colleg’u warunki fizyczne jakimi dysponował były adekwatne do poziomu rywalizacji. Trzykrotnie wybierany do drużyny All-SEC (Southeastern Conference) ze średnią 27,8 punktu przez okres gry w Louisiana State University. Teraz nazwalibyśmy go prospektem z dobrymi szansami na karierę w NBA, choć był nietuzinkowy na swojej pozycji. Biały, chudy i wysoki środkowy wzbudzał niewyjaśnione poczucie niepewności, co do bezpośrednich starć na parkietach – już - NBA. Karty w lidze rozdawali wówczas urodzeni zwycięzcy - Dolph Schayes z Syracuse Nationals, Clyde Lovellete z Minneapolis Lakers, Harry Gallatin z New York Knicks, a także Neil Johnston z Philadelphia Warriors.

 

Dysproporcje między ówczesnymi centrami pod względem ich fizyczności były niewielkie. Przewagę nad rywalem determinowało doświadczenie i boiskowe IQ, dlatego Pettit miał być dla Hawks interesem mocno rozciągniętym na osi czasu. Kerner doskonale wiedział, co robi, lecz do końca nie był świadom, że trafił na prawdziwą żyłę złota. Pragnął hermetycznej rotacji, opartej na mozolnej pracy dopasowywania części składowych. Pettit z kolei nie widział potrzeby działania na podstawie takiej metodologii, dlatego już w debiutanckim sezonie silnym chwytek ręki złapał ligę za kark, zdobywając średnio 20,4 punktu i 13,8 zbiórki, zapewniając sobie przy okazji wyróżnienie rookie of the year. Niestety słaby sezon Hawks grających jeszcze w Milwaukee był małym otrzeźwieniem dla osamotnionego Pettita. Sceptycy negujący jego doświadczenie mimo to pluli sobie w brodę. Bob wtargnął bez ceregieli i zachował tą ambicjonalną etykę pracy, która w dzisiejszych czasach dla młodych graczy stanowi codzienne wyzwanie.

 

 

Nie było czasu na opieszałość. Tak samo jak inni gracze ligi, Pettit spoglądał na koszykówkę częściej przez pryzmat rywalizacji niż zabawy. Szklanka była zawsze w połowie pusta, jeżeli błysk pierścienia do tej pory nie oślepiał oczu Twoich rywali. Pierwszy sezon utemperował go jako gracza profesjonalnej ligi, gdzie na koniec dnia to kunszt i zawodowstwo decyduje o zwycięstwie. Po przenosinach Jastrzębi do St. Louis Bob nie był już tak przekornie i naiwnie pewny siebie. Nie straciły na tym jego umiejętności ani nie zmalało zaangażowanie w grę. Wręcz przeciwnie. Pettit chwycił w rozgrywkach 1955/1956 pana Boga za nogi zdobywając nagrodę MVP rok po tym, gdy został debiutantem sezonu. Jego kariera rozwijała się w oszałamiającym tempie, nawet dla niego samego. W tym sezonie był liderem w punktach (25,7 pkt.), a także zbiórkach (16,2 zb.), ściągając tym samym na Hawks więcej uwagi niż kiedykolwiek temu zespołowi poświęcano.

 

Nie bez powodu. W kolejnym sezonie zespół był rozszczepiony w różnych filozofiach, bowiem trzykrotnie zmieniano trenera. Gdy zostało trzydzieści jeden spotkań do końca rozgrywek, Hawks z łatwo wyczuwalną dozą desperacji - oddali stery w ręce grającego jeszcze Alexa Hanuuma, podejmując w rozgrywkach 1956/1957 pierwszą dobrą decyzję. Patrząc z perspektywy czasu wybór nowego trenera, mimo, że podyktowany przez chaotyczne koleje losu – był dla Jastrzębi z St. Louis niczym gitara dla B.B. Kinga. Perfect Match. „Gdy on [Pettit] debiutował, ja byłem już sportowym weteranem” –mówi po latach Hanuum odnośnie błyszczącego Pettita. „Szybko zauważyłem w nim wielkiego gracza. Był zwycięzcą, bez względu na to, co miał w kartach, czy na parkiecie. Zawsze mówiłem, że gra z nim w pokera nie sprawiała nikomu radości, bo on zawsze dążył do zwycięstwa, nie robił tego dla zabawy”- dodał zmarły w 2002 roku Hall Of Famer. Hawks dotarli do samego finału, lecz jeszcze nie byli gotowi by stawić czoła Celtics.

 

Liga szybko przekonała się, że Pettit to coś więcej, bardziej poważnie i mniej żartobliwie. Na NBA-owskim niebie pojawiła się nowa jaskrawo święcąca gwiazda. Jastrzębie z St. Louis odnalazły w swoim gronie osobnika alfa, zdolnego do poprowadzenia Hawks przez trudy sezonu aż po sam finał. Z nowym – oswojonym – trenerem, silnym centrem i relatywnie dobrym otoczeniem wokół niego, wysoka forma Hawks w sezonie 1957/1958 została odebrana jako naturalna kolej rzeczy. Już wtedy byli gotowi do walki o mistrzostwo, mimo tego, że prezentowali się dość… kuriozalnie. Zbudowani w oparciu nie o filozofię, a presję czasu, nie o ideę składu idealnego, a w oparciu o talent Pettita. To właśnie Bob miał być perłą w koronie tej organizacji, lecz czy mogli oczekiwać, że tą drogą otworzą sobie bramy do elity i dokładnie ją za sobą zamkną?

 

Na zachodzie byli niezaprzeczalnie najlepsi, wchodząc do fazy rozgrywek posezonowych z pierwszego miejsca (41-31). Po drugiej stronie kontynentu swoich przeciwników znaleźli w Nationals (41-31) i Celtics (49-23). Wówczas najlepsze zespoły z obu konferencji nie były zobligowane do gry w półfinałach i czekały na przeciwnika już w finale. Drudzy na zachodzie Pistons pokonali w dwóch meczach Cincinnati Royals i czekało ich co najmniej 4-meczowe starcie z Hawks. Ekipie z St. Louis szczególnie zależało na awansie do finału, bowiem przeciwko C’s mieli pewne niedokończone interesy. Rok wcześniej po siedmiu starciach wracali z Bostonu na tarczy. Tym razem grę naznaczoną pisklęcymi ułomnościami mieli zastąpić szarżą nieposkromionych, rozwiniętych Jastrzębi, gotowych odebrać to, co zostało im niegdyś odebrane. Tłoki większych oporów nie stawiały, wszystko szło po myśli Hanuuma. W pięciu meczach oddali Hawks przywilej dalszej gry i to samo stało się na wschodzie z Philadelphią Warriors, która była tylko przypadkową i konieczną ofiarą na drodze do klasycznego finału St. Louis Hawks przeciwko Boston Celtics.

 

Bill Russell, Bob Cousy, Tom Heinsohn, Bill Sharam, Frank Ramsey to nazwiska pobudzające wyobraźnie. Hawks oswoili się z nimi już w poprzednim sezonie, dostając przy okazji pragmatyczną lekcję. De facto na koniec dnia zwycięstwo odnosi drużyna, ale ten slogan nie był mimo wszystko wystarczającą motywacją. Celtics mieli w połowie lat 50-tych pakę profesjonalistów w każdym calu. Bob Pettit potrzebował dodatkowej pary nóg – gotowej stanąć z nim w szranki przeciwko tak bezkonkurencyjnie prezentującym się Celtom. Wyzwanie podjęli Ed Macauley oraz Cliff Hagan, którzy grali wtenczas drugie skrzypce w ekipie Jastrzębi.

 

Pierwsze spotkanie zapowiedziało obiecującą serię zarówno dla zawodników, jak i fanów oczekujących walki na krawędzi. Hawks po wzlotach i upadkach odnieśli zwycięstwo 104:102 w Boston Garden. Pettit i Hagan zdobyli razem 63 punkty. Tymczasem lider Celtów – Bob Cousy, trafił 7/23 FG i był wyraźnie na bakier z formą, lecz jego ofensywne braki starał się nadrobić Sharam. Duet C’s z 52 punktami nie miał możliwości, aby odeprzeć zmasowany atak tandemu z St. Louis. Miłe złego początki? Już w kolejnym meczu Celtics znieśli z parkietu nieprzytomnych Hawks po wygranej 112:136. To był festiwal strzelecki Celtów z – ponownie – Sharmanem i Cousym na czele. Pettit ograniczony pod koszem trafił 8/20 FG, rolę tymczasowego lidera objął zatem Hagan, który w pierwszych dwóch spotkaniach finału zdobył 70 punktów. Szok drugim meczem w Boston Garden nie zostawił jednak na psychice Hawks żadnego urazu. W pierwszym starciu u siebie odzyskali prowadzenie po bardzo dobrej drugiej połowie. Celtics w grze wszystkimi siłami starał się utrzymać Frank Ramsey (29 punktów, 9/10 FG). Rozdrażniony niepowodzeniem w drugim meczu Pettit grubą kreską przekreślił rodzące się wątpliwości zdobywając 32 punkty (10/12 FG). Zwrotny punkt w serii? Jeszcze nie teraz.

 

Bob jeszcze nie czuł się pewnie grając przeciw rywalowi o tak silnej pozycji w amerykańskiej koszykówce. Celtics to chwała, Celtics to pierścienie i w końcu Celtics to zwycięzcy. W kolejnym pojedynku pozorna siła tych stereotypów skutecznie wyperswadowała Hawks podjęcie skutecznej walki z rywalem tak cholernie bezbłędnym w momentach newralgicznych.

 

Mecz piąty, powrót na tereny Nowej Anglii, gdzie Celtics mieli ostatecznie i definitywnie obudzić Hawks ze snu o mistrzostwie. Pettit, Hagan i Slater Martin byli mimo wszystko w pełni świadomi, gdy zdobywali te 79 punktów przeciw C’s. Boston Garden nie przygotowywało się na porażkę, ale ostatecznie przełknęło jej gorycz – przegrywając z gości z St. Louis zaledwie dwoma punktami (102:100). Bob miał już więcej nie poddawać w wątpliwość swojej gotowości i zagrać dwa mecze na granicy swoich możliwości. Kroku w Game 5 starał się mu dotrzymać Celt - Frank Ramsey, lecz jego 30 punktów na nic się zdało. Pettit nie miał pod koszem rywala, wiec Red Auerbach upatrzył szans na jego powstrzymanie w faulach. Center St. Louis wiedział, co się święci i trafił 19/22 FT (33 punkty).

 

Prowadzenie 3-2 i powrót na szósty mecz finałowej serii do St. Louis. Nie do końca w ten sposób Celtowie wyobrażali sobie plan wykończenia Hawks. Dostali solidną lekcję we własnej piaskownicy, musieli zatem wyciągnąć wnioski. Z kolei Jastrzębie do kwestii ewentualnego zwycięstwa podchodziły z dystansem, aby przypadkiem nie rzucać słów na wiatr. Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że była to jedna z najbardziej wyrównanych mistrzowskich serii, a szósty mecz traktowany jest jako clou istoty zdrowej rywalizacji. Pettit i Hagan, z naciskiem na tego pierwszego – doskonale wiedzieli, że to może być ich jedyna szansa. Celtics byli za to doświadczeni, nie potrzebowali motywacji z zewnątrz. Z powodu kontuzji drugi mecz z rzędu miał opuścić Bill Russell, co było jednoznaczne z osłabieniem strefy podkoszowej C’s. Bob obrócił to na swoją korzyść już w meczu piątym, chciał jednak wyciągnąć z tej przewagi jeszcze więcej. Auerbach mimo swojego trenerskiego kunsztu, tej dziury nie załatał i w szóstym meczu Pettit wyrównał ówczesny rekord fazy rozgrywek posezonowych notując 50 punktów! Najważniejsze było to, że spełnił swoją obietnicę i Hawks wygrali to starcie 109:110! Zawodnik dotarł na szczyt, z którego była tylko droga z powrotem. Dla Hawks to nadal jedyny sezon w historii, gdy byli bezwzględnie najlepsi, a Pettit? Wisi na ścianach w Springfield parafowany tytułem mistrza.


Podziel się

BYLIŚCIE TEGO ŚWIADKAMI CZ. 1

czwartek, 19 stycznia 2012 20:21

Michał Kajzerek

 

(Opowiadanie, w którym fikcją jest wszystko oprócz dwóch postaci – legend koszykówki. Pozwoliłem sobie także nagiąć oś czasu i zlekceważyć nieco fakty historyczne. Jako, że napisane głównie w celach „zaliczeniowych” – na początku bałem się publikacji dla szerszego grona. Każdy kto znajdzie ochotę na przeczytanie – musi podejść do tego z wielkim dystansem, stronę merytoryczną zostawiając trochę na uboczu, bowiem istotą jest dialog i to, co z niego wynika. Jeszcze jedna uwaga – nie polecam osobom, które nie lubią czytać książek, ani nie mają w sobie ani odrobiny fascynacji prozą. Pierwsza część.)

 

Gołoledź w Kansas zabiera rocznie życiu kilkunastu osobom. Najczęstszą przyczyną zgonu jest mocne uderzenie głową o ziemię. Lokalne gazety cierpiały na deficyt informacji, więc w niemal każdej poruszanej historii chwytały się brzytwy. Czasami myślimy, że nasza czaszka kryje w sobie sacrum, które przybliżyć ludzkości chcieli Freud, Jung, Schopenhauer, Nietzsche czy Hegel. Jest ono jednak chronione przez cienką strukturę kostną, próżne więc było przekonywanie jednostek słabych i ustawicznie manipulowanych do wielkiej siły schowanej gdzieś za ich czołem. Phog Allen roztrząsał tę sprawę niemal za każdym razem, gdy siadał z żoną razem do kolacji. W istocie rozplątywał mu się język, a gdy małżonka wyraźnie miała dość rozprawek męża i chwytała za kostki u nóg delikatnie je masując – ten niemal natychmiast powracał do wątku Jamesa Naismitha. Zaczynał mówić z nieskrępowanym pietyzmem, wypowiadać słowa w zupełnie innej tonacji, niż jego naturalny głos. Nie spoglądał w oczy Alice, wyraźnie zaintrygowanej ekstatycznym zachowaniem męża. Allen łapiąc tego dnia drugi oddech – skupiał swój wzrok na skórzanej piłce do koszykówki schowanej tuż obok kuwety ich golden-retrievera.

 

- Opowiadałem Ci już tę historię o…

 

- Tak, tak kochany mężu, opowiadałeś – bez skrupułów przerwała mu Alice. – Właśnie dlatego uczysz te dzieciaki, czy nie to chciałeś mi zaraz powiedzieć? – spytała, oczekując już tylko na kiwnięcie głową Phoga.

 

- Przepraszam. Masz rację, za dużo o tym myślę, ale gdyby nie Naismith, te dzieciaki nie wiedziałyby, co ze sobą zrobić. Siermiężna piłka i koszyk z dziurą w dnie uratowały im życie, uwierzysz w to?

 

Myślisz, że to znaczy coś więcej? Mam wrażenie, że mówisz o tym, jak gdyby przetrwać to miało kolejne stulecie. Powinieneś skupić się na swojej pracy doktorskiej, pamiętaj, że ten spadek od Twojego ojca, ten dom i te samochody, o i ten cholerny pies – to wszystko utrzyma się, bo Ty będziesz uczył ludzi rzucać do kosza? – spytala Alice, wyrażając całą głębie swoich wątpliwości.

 

Skonfrontowany z rzeczywistością Phog obudził się jakby z ręką w nocniku. Zawsze ciężko przeżywał upadek ze schodów ambicji. Czuł w klatce przeszywający ból. Zanim zdążył się zlęknąć, ból ustał, lecz gorzkie słowa Alice wytargały z niego cały prostoduszny zapał.

 

Dopóki nie uda mi się porozmawiać z Jamesem, nie zrezygnuje, przepraszam Alice – odparł żonie, zdobywając się na niebywałą odwagę. – Położę się już spać, czuję, że nogi mi drętwieją. Możesz piłkę zapakować mi do mojej skórzanej torby? Nie chciałbym, aby psina ją obgryzła, rano będzie mi potrzebna – podnosząc się z krzesła poczuł w trzewiach, że dzień skończył się dla niego jakieś dwadzieścia minut temu. Pewnie o tym nie myślał, ale gdyby dzisiaj nastąpić miał koniec świata – byłby najokrutniej potraktowanym przez los człowiekiem na ziemi.

 

Potężny drewniany zegar, który pod koniec XIX wieku został sprowadzony ze środkowej Europy przez dziadka Allena, naraz wybił godzinę 23:00; całe Kansas pogrążone było już w mroku diamentowej nocy. Upiorny dźwięk zegara rozniósł się po otwartych przestrzeniach domu, niczym powietrze wpuszczone do próżni. Phog zawsze uparcie powtarzała Alice, że pewnego dnia serce wyskoczy mu z piersi, jeżeli ten rzecznik czasu – jak  nazywał zegar, w końcu nie spróchnieje bądź nie zostanie pozostawiony opiece dwóch 7-letnich gryzoni. Andrew i Jacob byli atrakcją tego domu. Phog jako dumny ojciec robił wszystko, by synom przekazać swoją pasję do rodzącego się dopiero fenomenu koszykówki. Po latach mówił, iż była to syzyfowa praca. Bracia zostali światowej sławy ekonomistami, którzy mieli swój udział w wyciąganiu świata z bagna po ‘29. Pewnie dlatego nie czuł do nich żalu za ich oporny stosunek do jego dyscypliny, po latach już do nikogo nie czuł żalu; żalu nie czuł w ogóle.

 

Kansas obite białym puchem śniegu może być dla wielu najsympatyczniejszym miejscem na ziemi. Obraz rozciągający się przed oczami niejednokrotnie okazuje się kurtyną dla prawdziwego turpizmu ukrytego w ludziach. Phog otwierając oczy o poranku, przyciskał palec do splotu słonecznego i mocno naciskał, by pobudzić krążenie. Wstawał zawsze przepełniony energią, jego organizm po mniej więcej sześciu godzinach snu czuł się jeszcze dobrze w młodym ciele. Problematyczny był tylko ten ucisk w klatce, gdy wstawał rano. Przepracowanie było najkorzystniejszą wymówką. Krył w sobie małego dziwaka - obawiał się rutyny, dlatego każdego dnia próbował zmieniać uliczki idąc do pracy, właśnie tak sobie z tym radził. Gdy opuszczał mieszkanie Alice jeszcze spała, to było nienaturalne, ale ona zawsze spała dłużej od niego. Wychodząc na pusty zaśnieżony ganek przypominał sobie wczorajszą rozmowę. Mówisz o tym, jak gdyby przetrwać to miało kolejne stulecie – to zdanie małżonki wierciło mu w głowie tak ogromną dziurę, że w połowie drogi do pracy poczuł obezwładniające przygnębienie. Kawa i ciastko z przydrożnego – niezwykle odstręczającego - bufetu poprawiły mu humor, uwielbiał świadomie oszukiwać własne ja, uwielbiał swoje alter-ego człowieka uciekiniera, który w razie możliwości wsadziłby wszystkie problemy świata w butelkę i posłał na dno oceanu. Koszykówka było jego panaceum, lecz z każdym dniem wiary w sukces ubywało niczym piasku w klepsydrze. 23 stycznia 1912 – jeszcze raz spojrzał na kalendarza wiszący na ścianie w jego przyciasnawym gabinecie – 23 stycznia 1912. Kolejny dzień reszty jego życia.

 

Niewystarczające zasoby żywności w Kansas podczas srogich zim, zmuszały rodziców do odejmowania sobie od buzi na rzecz dzieci, które gorzej znosiły mroźne wieczory. Alice jadła mało, czasami tak mało, że wymiotowała po wykonaniu najprostszych domowych czynności. Phog powtarzał ciągle, że ona sama jest najlepszym katem dla swojego organizmu. Ze względu na niecodzienną – latynoską - urodę, dbała także o sylwetkę swojego ciała. Phog mimo to nigdy nie zdołał je przekonać do wspólnej gry w jakikolwiek sport, panicznie bała się uderzenia z ciężkiej piłki w swoją podłużną acz urokliwie małą głowę. Sąsiedzi często przynosili drewno do domu Allenów nie pytając nawet czy potrzeba. Marny pretekst tutejszych Rockefellerów. Mówiono, że Alice to najwierniejsza żona na świecie, Phog ufał jej bezgranicznie. Około południa – niespodziewanie – do drzwi zapukało dwóch dobrze wyglądających mężczyzn noszących kremowe francuskie płaszcze i kapelusze świadczące o biurokratyzacji ich umysłów. Prawdopodobnie byli w wieku jej męża, ich spojrzenie przeszywało dogłębnie wszystkich, z którymi mieli do czynienia. Zajęta pisaniem kolejnego beletrystycznego dramatu, Alice nie usłyszała sugestywnego pukania do drzwi. Nieustraszeni Andrew i Jacob, nie mogli się długo zastanawiać, czy podjąć to wyzwanie i otworzyć samodzielnie drzwi - powoli nacisnęli klamkę i jednym okiem wyjrzeli, kto stoi na zewnątrz. Wtedy Alice dopiero otrząsnęła się z twórczego letargu i usłyszała hałas na dole. Postanowiła iść sprawdzić, czy bracia znów nie wybili śnieżką szyby sąsiada. 

 

- Pani Alice Allen? – spytał jeden z mężczyzn widząc kobietę idącą po schodach…

 

- Tak, kim panowie są? Czy moi synowie znów coś nabroili? – uśmiechnęła się kącikami ust, jakby przyzwyczajona do ustawicznych skarg na dwójkę urwisów.

 

- Nie, nie z ich powodu tu jesteśmy… - na twarzy Alice zaczęło malować się zaniepokojenie. Gdy już miała o coś spytać, mężczyzna, który do tej pory się nie odzywał przełamał bezsilność nim kierującą i bardzo stłumionym głosem ze smutkiem w oczach powiedział:

 

- Jesteśmy tu z powodu Phoga, to znaczy - pani męża. Dzisiaj rano, gdy siedział w swoim biurze doszło do pewnego nieprzyjemnego zdarzenia - westchnął głęboko mężczyzna, zasłaniając oczy kapeluszem. Chrząknął głośno dwa razy, by nagle wydusić z siebie wszystko, co targało nim od kilkudziesięciu sekund – Phog miał zawał. Leży w szpitalu, jest w ciężkim stanie, niech pani jedzie z nami… teraz!

 

Płytki, szybki oddech Alice spowodował, że znów zrobiło się jej słabo. Próbowała utrzymywać otwarty umysł, ale to, co bezustannie przychodziło jej do głowy zaburzało świat wokół, była przerażona i z trudem formułowała słowa. Obok niej siedział jeden z mężczyzn. Miał wyraźnie zafrasowaną minę, wyglądał na przygnębionego i zakłopotanego całą tą sytuacją. Panowała kompletna cisza, a w tle słychać było tylko odgłosy pracującego silnika Forda T. Myśli Alice krążyły wokół Phoga, intuicyjnie malowała w głowie obrazy fragmentów życia ze współmałżonkiem, podświadomie i z dozą absurdalności - uśmiechając się do siebie. Kansas Heart Hospital było po drugiej stronie miasta, droga jaka dzieliła ją od Phoga była dla niej niczym spacer po kamienistej plaży, znów każdy oddech rozciągający żebra sprawiał jej niewyobrażalny ból. Nie miała nawet sił panikować, Phog żyje – świat nie kończy się po zawale serca. Po krótkiej chwili zza chmur wyszło rażące w oczy słońce, Alice potraktowała to jako dobry znak. Po dotarciu pod szpital znów zakręciło jej się w głowie. Oswojona z kaprysami jej organizmu, szybko doszła do siebie. Kierowca widząc, że z Alice wszystko już w porządku - wyjątkowo niesympatycznym – urzędowym - tonem polecił jej wejście do budynku.

 

Część druga już wkrótce...


Podziel się

KEVIN LOVE - Z MIŁOŚCI DO KOSZYKÓWKI

środa, 04 stycznia 2012 8:14

Sebastian Hetman

 

 

Minnesota lub jak kto woli Minneapolis – miasto leżące w krainie wielkich jezior, tam gdzie raczej nie jeździ się na wakacje z rodziną. W mieście o dość nieprzyjaznym klimacie żyło i pracowało dwóch Kevinów. Jeden gra teraz w Boston Celtics i za jego sprawą Wolves mogli grać przez kilka lat w Playoffs. Drugi grał kiedyś w „Zielonym Mieście”, z takimi gośćmi jak Larry Bird i Robert Parrish. Znany był ze swoich „znakomitych” transferów i obecnie żaden kibic nie wspomina dobrze jego rządów w klubie, który wszystko zaczyna od początku. Pewnego dnia zespół z krainy wielkich jezior przywitał w swoim gronie trzeciego Kevina. I ten trzeci Kevin może stać się jednym z najlepszych graczy w historii klubu i nie tylko...

 

 

Kevin Wesley Love, bo o nim mowa urodził się dopiero 7 września 1988 roku w Santa Monica (Kalifornia) i jest kimś wyjątkowym jak na swój młody wiek. Ojciec Stan, zawodowy gracz NBA w latach 1971-75 wie o koszykówce wszystko i talent do rozumienia gry przekazał w genach swojemu potomkowi. Studiujący na uniwersytecie Oregon (1968-71) miał zaszczyt rozegrać 4 sezony na parkietach najlepszej ligi świata, by 13 lat później stworzyć kogoś nieprzewidywalnego.

 

 

Kevin od urodzenia był „skazany” na koszykówkę. Warunki fizyczne pozwoliły mu rozwinąć skrzydła już przed szkołą średnią, kiedy to jego ojciec trenował z nim codziennie, uczył gry tyłem do kosza i kazał robić pompki na palcach. Puszczał mu sporo filmów z instruktarzem gry takich gwiazd jak Hakeem Olajuwon, Charles Barkley czy David Robinson. Bratanek członka legendarnej grupy Beach Boys (Mike’a Love) zakochał się w koszykówce od „pierwszego wejrzenia” i chyba w rytm legendarnego kawałka „Surffin’ USA” zabrał się za wyczynowe uprawianie koszykówki. Drugie imię (Wesley) odziedziczył w hołdzie dla legendarnego Wesa Unsleda, prywatnie przyjaciela rodziny i znanego centra Washington Bullets w latach siedemdziesiątych…

 

 

W szkole średniej Love reprezentował barwy Lake Oswego HS ze stanu Oregon. Pod jego wodzą aż 3 razy pod rząd zagrali w finale stanowym (lata 2005-2007) i tylko w raz udało im się wygrać championship game. W pamiętnym roku 2006 pokonali ekipę South Medford 59-57, prowadzoną wtedy przez obecnego gwiazdora Duke Blue Devils, Kyle’a Singlera. Love swój ostatni sezon w Lake Oswego zakończył ze średnimi 34 punktów, 17 zbiórek i 4 asyst w każdym spotkaniu. Grał na poziomie All-American, a w swoim stanie był najlepszy. Każdy pamięta także jego wsad na ostatnim roku szkoły średniej, po którym tablica po prostu rozsypała się na kawałki. Ot co, niepozorny i misiowaty skrzydłowy. Został rozstawiony w pierwszej piątce najlepszych graczy klasy 2007 (wg. ESPN znalazł się na pierwszym miejscu z oceną 99/100) i sam zadecydował o swojej karierze akademickiej.

 

Love wybrał uczelnię UCLA rezygnując z takich uniwersytetów jak North Carolina, Kansas czy chociażby Oregon. Fani legendarnych Ducks do tej pory nie wybaczyli mu jego decyzji. Kevin nie poszedł w ślady ojca i przez jeden sezon spędzony w Kalifornii musiał borykać się z wieloma niekorzystnymi komentarzami, szczególnie w stanie Oregon, gdzie nawet kilkakrotnie grożono mu śmiercią. Pamiętam pierwsze spotkanie UCLA, kiedy to legendarni Bruins w składzie z Russellem Westbrookiem i Darrenem Collisonem gościli w hali Oregon Ducks.  Dawno nie widziałem takiej nienawiści na trybunach biorąc pod uwagę poziom NCAA. Love zakończył spotkanie z dorobkiem 26 punktów i 18 zbiórek, zaś Bruins wygrali całe spotkanie 80-75. Potem było już tylko lepiej. Kevin zgarniał nagrody i wyróżnienia m.in. All-American Team, PAC-10 Player of The Year i PAC-10 Freshman of The Year. Doszedł nawet ze swoją ekipą do Final Four 2008, ale w półfinale lepsi okazali się gracze Memphis Tigers, którymi dowodził Derrick Rose.

 

 

Draft 2008 urodził sporo młodych talentów takich jak wspominany wcześniej Rose, Michael Beasley, OJ Mayo, Russel Westbrook, Brook Lopez czy Eric Gordon i Danillo Gallinari. Kevin Love został wybrany z numerem 5 przez Memphis Grizzlies i w zasadzie wtedy wszystko potoczyło się na jego korzyść. Nielubiany w Minneapolis McHale, który wówczas był głównym menagerem Wilków zaproponował wymianę, na zasadzie której Wolves oddali Mayo (pick 3) w zamian za gracza z UCLA.

 

 

Czy jest to historia godna rewelacyjnego sportowca? Kto wie, ale od roku 2008 Kevin Love poczynił ogromne postępy i znienawidzony McHale miał nosa. Postawił na gracza o niezbyt przyzwoitym atletyzmie. Kevin Love nie był dłużny i od razu chciał zapłacić za swoją szansę.  W rookie season zanotował aż 29 double-doubles, ustanawiając w ten sposób rekord klubu z Minnesoty jako debiutant. W latach 2009-10 Love musiał znosić trudy sezonu na ławce i z powodu kontuzji nadgarstka rozegrał tylko 60 spotkań. Determinację i ciężką pracę zauważył trener Mike Krzyzewski, który powołał reprezentanta Minnesoty na Mistrzostwa Świata w Turcji, gdzie Amerykanie zdobyli złoto, a sam Love nauczył się sporo od starszych kolegów.

 

 

Podczas minionych wakacji Kevin „The Dude” rozwinął się nie tylko koszykarsko. Mentalnie stał się mężczyzną twardo stąpającym po ziemi. Jest także normalnym, młodym gościem o wielkim poczuciu humoru, wystylizowanym zaroście i z lekkimi zakolami, który lubi gry wideo. Sam był twarzą na okładce NCAA Basketball 2009, do której EA Sports wykorzystało m.in.  jego ruchy. Elegancko się ubiera i ceni sobie prywatność. W wolnych chwilach może godzinami rozmawiać o koszykówce. Już jako młody gracz udzielał się na słynnym nowojorskim boisku Rucker Park w przerwach letnich. Wystąpił także w filmie „Gunnin’ For That #1 Spot” w reżyserii Adama Yaucha, członka legendarnej grupy Beastie Boys. Film opowiada o ośmiu najlepszych graczach ze szkół średnich w USA, a nakręcony został na przełomie lat 2006-2007. Można zobaczyć także fragmenty spotkań z Boost Mobile Elite 24 Hoops Classic, które były rozgrywane w Harlemie przy udziale takich graczy jak Michael Beasley czy Tyreke Evans.

 

 

„Grubasek” jest wygadany, potrafi się składnie wypowiedzieć i jest po prostu tzw. „ziomalem”. Biały „ziomal” zaskarbił sobie fanów Wolves, stołeczne media i społeczność. O ile w Oregonie nadal chcieliby mu wyrwać serce albo powiększyć zakola, o tyle w Minneapolis ludzie traktują go jak „swego”. A wiemy, że na ogół panujący tam klimat ogranicza się do powiedzeń typu: „Jeżeli nie jesteś stąd i nie lubisz Minnesota Vikings to lepiej skocz z mostu, zanim Cię dorwiemy”. Młodziakowi z Kalifornii nie przeszkadza zimny klimat (w przeciwieństwie do Rubio), nie przeszkadzają mu klubowe problemy i nawet zamarznięte jeziora. „Kev” czerpie radość z życia i jak sam twierdzi, nie ma i nie może na coś narzekać. Z dnia na dzień stara się żyć normalnie, z pokorą i samozaparciem iść przez marketingową papkę, jaką jest otoczka wokół ligi NBA.

 

 

Teraz najważniejsze pytanie. Czy Kevin Love jest dzisiaj graczem kompletnym? Trudno oceniać kogoś kto do tej pory rozegrał dwa sezony w NBA i jest w trakcie trzeciego. Na pewno jest graczem wartościowym, produktywnym, który zaczął tworzyć nową historię. 12 listopada 2010 roku Wolves podejmowali u siebie New York Knicks. Love rzucił 31 punktów i zebrał aż 31 piłek! Od czasów Mosesa Malone’a, który 18 lat temu przeciwko Sonics miał 38 punktów i 32 zbiórki nikt nie osiągnął takich wyników. Za mało? W samym listopadzie „Mr Class Cleaner” zaliczył 4 występy z co najmniej 20 punktami i 20 zbiórkami. Ostatni raz aż 4 takie mecze w miesiącu zaliczył Kevin Willis w 1991 roku. Kiedy kończę pisać ten akapit Kevin Love ma na swoim koncie 5 spotkań pokroju 20/20. Rekord klubu to 6 takich występów, który  należy do Kevina Garnetta (sezon 2003/04), zaś rekord NBA na przełomie ostatnich dwudziestu lat to 12 spotkań w wykonaniu Kevina Willisa (sezon 1991/92).

 

 

Po tworzeniu nowej historii starter Wolves zaczął dostawać regularne 35 minut od trenera Rambisa. Starter, którego średnia zbiórek do tej pory wynosi 15,6 w każdym spotkaniu. Na przełomie ostatnich dwudziestu lat średnią powyżej piętnastu zbiórek po całym sezonie regularnym mieli tylko Ben Wallace (15,4 w 2002/03) oraz Dennis Rodman (kilkakrotnie nawet powyżej 16,0). Wolves i Love mają do rozegrania jeszcze 57 spotkań w sezonie regularnym, więc kto wie czym zaskoczy nas jeszcze "Mr. Glass Cleaner"

 


Nie mam pojęcia jakim mianem określić fenomen skrzydłowego z Minnnesoty. Dzisiaj wiem na pewno, że dość długo nie było takiego gracza na parkietach najlepszej ligi świata. Pragnienie i wola walki oraz umiejętność ustawienia się pod koszem stworzyły z białego, niezbyt atletycznego chłopaka gracza kompletnego. Kompletnego w walce na tablicach o sporych umiejętnościach i aspiracjach do tzw. „bumping game”. Ofensywnie również Kevin Love rozwija skrzydła. Zdobywa ponad 20 punktów w każdym spotkaniu. Zmysł do kalkulowania gdzie spadnie piłka po niecelnym rzucie przejął być może po ojcu, ale również nauczył się tej sztuki chociażby od Billa Russela, czy wspomnianego wcześniej Kevin McHale’a, który codziennie pracował z młokosem podczas jego rookie season. Ciężko go przepchnąć, jeszcze trudniej zastawić. On sam prawdopodobnie zdaje sobie z tego sprawę i dzień w dzień doskonali swój warsztat pracy. Jerry Zgoda z Minnesota Star Tribune napisał niedawno, iż Love może być najlepszym graczem w historii ekipy Timberwolves. On i Michael Beasley mogą stworzyć w przyszłości niesamowity trzon zespołu z Minneapolis, to fakt.

 

 

Czy Kevin Love będzie lepszym graczem niż Kevin Garnett? Nie można ich porównywać w takich samych kategoriach, chociaż w krainie wielkich jezior nikt już za KG nie tęskni.  Wiem natomiast jedno. Białego skrzydłowego już dzisiaj można zaliczyć do grona „franchise players” i „game changera”, który za 2-3 lata doszczętnie zdominuje grę na desce.

 

 

Na pytanie dlaczego taką wagę przywiązuje do zbiórek odpowiada: „Robię to z miłości do koszykówki. Przecież w spotkaniu nie liczą się tylko punkty. Mecze wygrywa się zbiórkami”. Tak Panie Kevin – z miłości do koszykówki...

 

 

Artykuł mojego autorstwa pochodzi z MVP Magazyn, Styczeń 2010 (nr 13)

 

 

 


Dzisiaj zastanawiam się tylko nad przyszłością Timberwolves, którzy mają już w zasadzie swojego franchise-playera. Kevin Love to nie tylko cyferki, ale przede wszystkim ogromna wiedza o koszykówce jak na gościa, który rocznikowo ma dopiero 24 lata. W tym wszystkim można się dopatrzeć solidnej ręki ojca i ogromnego doświadczenia, które Stan Love chciał przekazać swojemu synowi.

 

 

Skrzydłowy Minnesoty podczas lokautu schudł 11 kg, zaczął ćwiczyć jogę i zbilansował swoją grę po obu stronach parkietu, aczkolwiek na dzień dzisiejszy nie jest super defensorem i może nim nigdy nie być. Nie posiada nie wiadomo jakich warunków fizycznych, ale ma dwie jakże ważne cechy: koszykarskie IQ i pewność siebie, która rzadko towarzyszy białym zawodnikom, szczególnie na jego pozycji, bo zazwyczaj w pomalowanym wszystko przejmują czarnoskórzy i mega atletyczni gracze. Kevin Love znalazł swoje miejsce w NBA i potwierdził to chociażby w poniedziałek, kiedy Wolves ograli faworyzowanych Spurs.

 

 

Nie będę prorokował i twardo stał przy stanowisku, że Wolves już za dwa lata zdobędą Mistrzostwo NBA, bo to totalna bzdura, a spotkałem się już z takim twierdzeniem. Przebudowa zespołu jeszcze trochę potrwa, zaś wielkim sukcesem byłby awans do Playoffs na przełomie trzech najbliższych lat. Na dzień dzisiejszy mają w składzie cholernie sporo talentu i gracza, który już jest w Top 15 najlepszych zawodników ligi, a jego dalszy rozwój to tylko kwestia czasu...

 

 

Kevin Love w NBA:

 

Sezon 2008/09: 11,1 ppg, 9,1 rpg, 1,0 apg, 0,4 spg, 46% FG, 10,5% 3P

Sezon 2009/10: 14,0 ppg, 11,0 rpg, 2,3 apg, 0,7 spg, 45% FG, 33% 3P

Sezon 2010/11: 20,2 ppg, 15,2 rpg, 2,5 apg, 0,6 spg, 47% FG, 41,7% 3P

Sezon 2011/12: 25,4 ppg, 15,2 rpg, 2,4 apg, 1,4 spg, 47,6 FG, 44% 3P


 

 

 

 

 

 


Podziel się

PEJA STOJAKOVIC ZAKOŃCZYŁ KARIERĘ

poniedziałek, 19 grudnia 2011 23:22

Maciej Kwiatkowski

 

Już w trakcie sezonu 2009/10 Peja, nie mogąc znieść problemów z plecami, rozważał zakończenie kariery latem 2010. Pamiętamy go świeżo z mistrzowskiego runu Mavericks, ale Peja opuścił 21 spotkań w 08/09, 20 w 09/10, a w 10/11 zagrał zaledwie w 33. Bóle pleców, problemy z kolanami - Peja już w wieku 17 lat jako Predrag Kinis był gwiazdą w Europie. 

 

Dziś po 17 latach Peja kończy karierę jako jeden z ulubionych graczy drugiego planu. Jestem pewien, że każdy chciałby mieć w składzie kogoś takiego kto był po prostu automatem wypuszczającym piłki z dystansu, które potem robiły tylko sweesh. Może w ostatnich sezonach to już nie było tak widoczne, ale za każdym razem, gdy Peja rzucał nawet z 8 metra - miała wpaść, szła idealnie na kosz, no musi wpaść!.

 

W czasach gry w Sacramento był absolutnie na innym poziomie niż cała liga jeśli chodzi o to jakim był spot-up shooterem. Miał też wtedy trochę post-up game. Czasem wykorzystywał pump-fake, wchodził od linii i kończył autentycznymi dunkami. Sezon 2003/04 był jego najlepszym w karierze: 24.3 punktów, 6.3 zbiórek, 1.3 asysty, 43% za 3, 48% z gry i 93% z linii. Zresztą robił podobne rzeczy choćby w 2007/08 w trakcie runu New Orleans Hornets niemal do Finału Konferencji, a gdy Chris Paul znajdował Peję na dystansie w early-offense... Stan Van Gundy płakał na kolanach do ekranu. 

 

Nie musimy się jednak cofać do czasów Sacto czy Hornets. 8 maja 2011 roku Peja trafił każdą z sześciu trójek i rzucił 21 punktów, kończąc w czwartym meczu tych samych Lakers, którzy dziewięć lat temu w kontrowersyjnych okolicznościach odebrali mu szanse na tytuł.

 

Teraz może o sobie powiedzieć, że kończy karierę jako mistrz NBA i tego nikt mu nie odbierze. Dzięki Peja - grałeś w dwóch z pięciu moich ulubionych teamów ever (Sacramento 01/02, Dallas 10/11), a dzięki Tobie dla wszystkich ta gra stawała się łatwiejsza. Kilku trenerów odetchnie z ulgą, gdy nie przyjdzie już im ustawiać swojej pick/roll defense przeciwko Tobie stojącemu w lewym czy prawym rogu boiska.

 



 

 


Podziel się

O BRANDONIE, KTÓRY NIE CHCIAŁ PŁAKAĆ

poniedziałek, 12 grudnia 2011 22:30

Image and video hosting by TinyPic

 

Przemek Kujawiński

 

Cóż, plotki okazały się prawdziwe. Brandon Roy naprawdę uznał, że zdrowie jest ważniejsze niż koszykówka. 27 lat, 5 sezonów w NBA - o tym już pisałem. Zgodnie z obietnicą przeklejam więc artykuł z majowego numeru Magazynu MVP, który przybliży wam trochę gracza, którego znaciego jako "tego gościa bez kolan z Portland".


 

Gina Roy patrzyła z niepokojem na lekarza. Mały Brandon spoczywał w jego rękach, ale wciąż nie wydał z siebie dźwięku. Przecież powinien zapłakać, dzieci zawsze płaczą po urodzeniu, prawda? Brandon nie płakał – oddychał, ale nie chciał płakać. Doktor uderzył go w pośladki, mając nadzieję, że tym zmusi upartego malucha do wydania z siebie głosu. Bez powodzenia.


 

Jesienne chłody zaczęły dawać się już we znaki. Mieszkańcy Seattle z niechęcią wygrzebywali się z łóżek. Brandon budził się o świcie. W drodze do samochodu opatulał się szczelniej kurtką. Przystań portowa z pewnością nie była wymarzonym miejscem do spędzania poranków. Wiatr i wilgoć wdzierały się pod ubrania, a smród ścieków zatykał nos. On jednak nie miał wyjścia. O 7 rano zaczynał pracę przy rozładunku. 11 dolarów za godzinę to nie tak źle... chyba, że miało się być gwiazdą koszykówki.


Brandon myślał o tym, że właśnie mógłby zaczynać sezon w barwach któregoś z klubów NBA. Może na początku nie zarabiałby wielkich pieniędzy, ale z pewnością byłoby to lepsze od marznięcia w porcie. Zawsze szybko odsuwał takie myśli od siebie. W końcu w najlepszym wypadku zostałby wybrany w drugiej rundzie i wcale nie byłoby pewne, że w ogóle udałoby mu się zadebiutować na zawodowych parkietach. Przychodząc do najlepszej ligi świata prosto po szkole średniej nie można liczyć na wiele. O nie, on chciał czegoś więcej. Chciał być wymieniany jednym tchem z najlepszymi. Chciał być porównywanym z Michaelem Jordanem i mierzyć się z drugim ze swoich idoli Rayem Allenem.


Nie, tak naprawdę nie żałował, że nie przystąpił do draftu. W szkole średniej był jedną z największych gwiazd w swoim stanie, co zapewniło mu kilka dobrych ofert z drużyn uniwersyteckich – w tym od miejscowych Huskies. Mógłby nie tylko grać w koszykówkę, ale też jako pierwszy w rodzinie skończyć studia wyższe. Szybkie przejście na zawodowstwo, to szybkie pieniądze, ale rodzice zapewnili go, że sobie poradzą, a pobyt na uczelni może się dla niego okazać ważniejszy. Te myśli były dużo groźniejsze, bo przypominały mu o tym, dlaczego nie zaczynał właśnie sezonu w NCAA i smutną historię swojego brata – świetnego futbolisty, który z powodu spowodowanych dysleksją problemów w nauce nigdy nie był w stanie spróbować swoich sił w profesjonalnym sporcie.


Brandon pytał sam siebie, czy czeka go to samo. Pierwsze dwa podejścia do egzaminu SAT zdawanego po szkole średniej zakończyły się fiaskiem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie był głupi – po prostu nie potrafił czytać tak szybko jak inni i zrozumienie każdego pytania na egzaminie zabierało mu kilka razy więcej czasu niż rówieśnikom. Wcześniej tego lata stanął przed wyborem, czy spróbować jeszcze raz zimą, czy porzucić na razie marzenia o grze w NCAA i pójść do dwuletniego koledżu.


Niespodziewane wsparcie znalazł wśród innych pracowników w dokach, którzy pytali go, czy naprawdę chce spędzić całe życie pracując w ten sposób, czy może jednak podejmie walkę. Każdego dnia jechał więc po pracy na korepetycje, by przygotować się do następnego podejścia do egzaminu. Postanowił walczyć.


 

Słowa które usłyszał wstrząsnęły nim. Poczułby się gorzej jedynie, gdyby coś stało się komuś z jego rodziny - jego świeżo poślubionej żonie i ich 3-letniemu synkowi. Pamiętał jak dziś, gdy po wielu latach wreszcie poprosił Tianę o rękę. Była w innym pokoju jego przestronnego domu gwiazdy NBA, gdy wysłał jej wiadomość: "Przeszukaj szuflady. Możesz zatrzymać to, co tam znajdziesz". Na dnie jednej z nich znalazła pierścionek, a on uklęknął i z Brandonem juniorem na rękach i powiedział: „BJ pyta, czy wyjdziesz za jego tatę.”


Tak, w jego życiu prywatnym wszystko było w najlepszym porządku, to jego kariera stanęła właśnie pod znakiem zapytania. Jak powiedział lekarz, ból kolana, który dokuczał mu już od dawna nigdy nie minie. Brandon dowiedział się, że ma kolana, które nie nadają się już nawet do operacji, bo nie została w nich nawet odrobina chrząstki. Ból będzie wracał, bo kość trze o kość i z każdą chwilą na boisku może być tylko gorzej. Dowiedział się, że ma kolana 40-latka po latach na zawodowych parkietach, tymczasem miał dopiero 26 lat i najlepsze dni jeszcze przed sobą. Tak mu się przynajmniej wydawało.


Brandon w swoim piątym sezonie był już uznaną gwiazdą i twarzą Portland Trail Blazers. Pod jego panowaniem kibice w Oregonie zaczęli zapominać o czasach, gdy najważniejsze informacje przed rozgrywkami dotyczyły aresztowań kolejnych graczy ich zespołu. Tytuł debiutanta roku i kolejne powołania do Meczu Gwiazd sprawiły, że wreszcie poczuł, że jest w miejscu, do którego dążył – wśród najlepszych.


Sam jednak nie był typową gwiazdą. Kiedy po zarobieniu pierwszych dużych pieniędzy kupił biżuterię, którą widywał w telewizji na swoich idolach, dowiedział się o sobie czegoś nowego – to nie była wcale istotna część jego życia. Później mówił o tej chwili: „Kupiłem sobie łańcuch, usiadłem i pomyślałem. Nie czuję niczego wyjątkowego. To nic dla mnie nie znaczy, a skoro tak, to nie chcę tego więcej.” Pensję wolał przeznaczać na swoją rodzinę niż na nowe błyskotki. Nigdy też nie zrobił sobie tatuażu, bo jak twierdził, w lidze, w której wszyscy je mieli nie czyniłyby go nikim specjalnym.


Ważniejsze było uznanie innych – od swoich najbliższych, aż po innych graczy, (w tym uznane gwiazdy jak Kobe Bryant, czy Ron Artest, którzy jeszcze niedawno wskazywali go jako najtrudniejszego do zatrzymania zawodnika w lidze) i ekspertów, którzy podziwiali to z jaką łatwością przychodziła mu gra w koszykówkę. Wszystko to miało się skończyć?


Gdy na trzecim roku studiów zmuszony był poddać się poważnej operacji kolana, nie tylko wrócił na parkiet wcześniej niż ktokolwiek się spodziewał – nie zdecydował się nawet wspomagać środkami przeciwbólowymi. Kiedy kilka miesięcy wcześniej wracał do gry, by wspomóc drużynę w meczach playoffs przeciw Phoenix Suns zaledwie osiem dni po artroskopii kolana, wszyscy pukali się w głowę. Może więc i tym razem się uda?


 

Po kilku długich sekundach, w czasie których Brandon nadal nie wydał dźwięku lekarz spojrzał z niepokojem na jego coraz bardziej zdenerwowaną matkę po czym uderzył po raz drugi.


 

Siedział w szatni na Uniwersytecie w Seattle i czekał na rozmowę z trenerem. Zamyślony, wciąż zastanawiał się, czy podejmuje dobrą decyzję. Po trzech latach gry w barwach Huskies miał już wyrobioną markę i był pewny tego, że wybrany w drugiej rundzie draftu już teraz mógłby dostać się do NBA. Tylko, czy to było właściwie to czego chciał? Większość czasu grał w cieniu swoich kolegów Nate’a Robinsona, czy Martella Webstera, którzy właśnie zdecydowali się przejść na zawodowstwo. On sam wymieniany był jedynie jako ich całkiem utalentowany partner z drużyny. Zadawał sobie pytanie, czy to dla takich chwil trenował od czasów szkoły podstawowej - gdy podczas jednego wyjazdu z drużyną trener uświadomił mu do jakich wyrzeczeń zmuszeni są jego rodzice, by mógł być tam gdzie jest - czy może chciał czegoś więcej?


Trochę ponad 3 lata wcześniej również spędzał popołudnie samotnie w tej samej szatni, czekając na spotkanie z trenerem Lorenzo Romarem. Był zimny styczniowy dzień, a on miał dowiedzieć się jak będzie wyglądała jego przyszłość. Trzecie podejście do egzaminu SAT również skończyło się niepowodzeniem. Miał jeszcze tylko jedną szansę. Miesiąc wcześniej po raz czwarty zajął więc miejsce przed arkuszem z pytaniami i dziś miał dowiedzieć się jakie były wyniki jego starań. Kiedy Romar wreszcie zawołał go do swojego gabinetu, długo nie spuszczał z niego oczu, przeciągając tę chwilę w nieskończoność po czym powiedział: „Zastanawiam się jak będziesz wyglądał w naszym stroju.” Trzy lata później Brandon nie musiał już na nic czekać, sam musiał podjąć decyzję. Wziąć to, co przynosi mu los, czy uwierzyć, że należy mu się więcej.

 


Brandon wyszedł z szatni. Zły, rozżalony, rozczarowany. Sam nie umiał nazwać tego uczucia. Jego Trail Blazers przegrali właśnie drugi mecz w pierwszej rundzie playoffs przeciwko Dallas Mavericks, a on nie mógł pomóc... bo spędził na boisku raptem 8 minut. Wiedział, że w meczu numer 1 grał słabo, ale był pewny, że stać go na więcej i wszyscy w Portland po 5 latach z drużyną powinni to wiedzieć. Łącznie z trenerem.


Z Natem McMillanem poznali się w Seattle, gdy ten był jeszcze zawodnikiem miejscowych Supersonics i prowadził warsztaty dla młodych graczy - takich jak Brandon. Po latach gdy los znów ich zetknął, McMillan twierdził, że nigdy nie zdarzyło mu się wtedy pomyśleć, że Roy może być w przyszłości aż tak dobry. Właściwie w tamtych czasach niewiele osób do końca zdawało sobie sprawę z jego potencjału, bo po prostu nie przywykł pokazywać go w całości. Podczas gdy inni gracze starali się wyróżnić efektownymi zagraniami, on robił tylko tyle ile było potrzeba i tylko w wyjątkowych sytuacjach korzystał ze swojego ponad metrowego wyskoku, czy pełnej szybkości. Częściej radził sobie na parkiecie dzięki swojej boiskowej inteligencji i technice.


Trener, któremu już raz udowodnił, do czego jest zdolny zwątpił w niego w takim momencie. To jeszcze potęgowało uczucie żalu. Dziennikarze pojawili się znienacka. Po kilku miesiącach Brandon przyzwyczaił się już, że to jego koledzy jak LaMarcus Aldridge, czy Andre Miller przykuwają teraz więcej uwagi. W gruncie rzeczy nauczył się godzić ze swoją nową rolą rezerwowego, choć wciąż czuł, że stać go na więcej. Pytanie o to, jak się czuje grając tylko 8 minut poruszyło wrażliwą strunę.


Jeszcze 3 lata wcześniej zapewniał w wywiadach, że nie boi się kontuzji i tylko od niego zależy jak długo będzie grał. Teraz rozważał jednak, czy warto jeszcze wychodzić na parkiet. Kiedy dopadli go dziennikarze powiedział więc po prostu to, co czuł w tym momencie. Powiedział, że sądził, że będzie lepiej traktowany i że był bliski płaczu wchodząc z ławki jako ostatni rezerwowy za wszystkimi ze swoich kolegów. Szybko też zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo.


Tak samo jak zawsze w tego typu sytuacjach postanowił oczyścić atmosferę. Tak jak wtedy, gdy wyraził swoje wątpliwości, czy Andre Miller jest odpowiednim rozgrywającym dla jego zespołu lub gdy wystąpił w teledysku starych znajomych ze Seattle nieświadomy tego, że pojawiają się w nim również narkotyki. Również w tym wypadku Brandon nie miał intencji nikogo obrazić, więc przeprosił za swoje słowa. Po prostu zbierająca się w nim od miesięcy frustracja wreszcie znalazła swoje ujście.


Wielu kibiców Portland odebrało jego zachowanie negatywnie i przed trzecim meczem serii, która przeniosła się właśnie do Rose Garden media spodziewały się, że były już gwiazdor zespołu nie będzie mógł oczekiwać ciepłego przyjęcia. Tuż przed meczem Brandon rozgrzewał się przy ławce rezerwowych, gdy realizatorzy zdecydowali się wreszcie wyświetlić jego twarz na telebimie...


 

Mały Brandon wciąż milczał. Lekarz zastanawiał się, co teraz zrobić. Przymierzył się do trzeciego uderzenia, po czym cofnął rękę i powiedział do matki: "Mamy pewność, że żyje, nie ma potrzeby dawać kolejnego klapsa." Brandon postawił na swoim i nie zapłakał w dzień swoich urodzin.


 

Stojąc na scenie i ściskając rękę Davida Sterna, wiedział, że wreszcie dotarł do pierwszego celu swojej podróży. Decyzja o tym, by pozostać na Uniwersytecie na jeszcze jeden rok była słuszna. Po odejściu Nate'a Robinsona i Martella Webstera szybko stał się gwiazdą zespołu. Kiedy w pierwszych dwóch spotkaniach sezonu zdobył po 35 punktów, oczy całego kraju zwróciły się na niego. Szybko przesuwał się w kolejnych prognozach przed draftem i zaczęto przewidywać, że zostanie wybrany z jednym z czołowych numerów. Trail Blazers upatrzyli go sobie jeszcze przed dniem naboru, a Brandon odwzajemniał tę sympatię, licząc na to, że będzie mógł grać stosunkowo blisko domu. Ostatecznie sięgnęli po niego z numerem szóstym Minnesota Timberwolves jednak szybko za sprawą Kevina Pritcharda Blazers pozyskali go w wymianie za Randy'ego Foye'a.


Brandon jeszcze przed draftem mówił, że ścigał to uczucie przez całe życie. Już niebawem miało się okazać, że to dopiero początek. Po raz pierwszy zachwycił już podczas ligi letniej i do końca roku nie schodził z nagłówków gazet ostatecznie prawie jednogłośnie zdobywając nagrodę dla najlepszego debiutanta. Wtedy nie przejmował się jeszcze kontuzjami, które wyraźnie skróciły jego sezon, bo świat właśnie stanął przed nim otworem.



Do końca kwarty zostało kilka sekund, nie pozostało mu nic innego jak rzucić za 3 punkty przez ręce. Piłka odbiła się kilkukrotnie od obręczy po czym wpadła do kosza wraz z końcową syreną. W tym momencie Blazers przegrywali 18 punktami, a do zakończenia meczu numer 4 z Mavericks pozostało jedynie 12 minut. Niewiele osób w Portland wciąż wierzyło, że uda się wygrać.


Brandon wiedział, że nie ma nic do stracenia. Chwilę wcześniej jego zespół przegrywał nawet 23 punktami i dzięki jego akcjom zdołał zmniejszyć tę stratę. Dlaczego więc nie spróbować postawić wszystkiego na jedną kartę? Przypomniał sobie poprzednie spotkanie. Gdy kamery pokazały jego twarz hala zaniosła się oklaskami. Zdał sobie sprawę, że w Rose Garden wciąż jest u siebie, a kibice pamiętają ile znaczy dla tego klubu. W tamtym spotkaniu zdobył 16 punktów, prawie nie pudłując.


Kiedy rozpoczęła się czwarta kwarta okazało się, że tego wieczora obręcze również mu sprzyjają. Rzut za rzutem wpadał do kosza, a on znów niósł na swoich barkach cały zespół. Dzwoniło mu w uszach od hałasu jaki robili jego kibice po każdym trafieniu. Przewaga rywali topniała z każdą minutą. 16, 15, 13, 11, 9, 7, 6, 4...


Brandon po raz kolejny wyszedł górę, chwilę później poczuł, że jest faulowany, ale piłka mimo wszystko po raz kolejny wpadła do kosza. 3 punkty i szansa na wyrównanie z linii rzutów wolnych. Leżąc na ziemi pomyślał, że to właśnie jedno z tych spotkań, które pamięta się całe życie. Nie było możliwości, żeby spudłował. Kilkadziesiąt sekund później znów miał piłkę w ręku - nie wszystko układało się po jego myśli i dobra obrona zmusiła go do oddania kiepskiego rzutu. Jak powie później, w tym momencie miał nadzieję, że trafi w obręcz i uda mu się jeszcze raz dopaść do piłki, ale koszykarscy bogowie byli tej nocy po jego stronie. Piłka niesiona chyba tylko jego siłą woli odbiła się od tablicy i wpadła do kosza. To ostatnie punkty w tym meczu. Brandon w samej czwartej kwarcie zanotował 18 oczek i 4 zbiórki prowadząc Trail Blazers do jednego z najbardziej efektownych powrotów w historii playoffów.


"Był czas, że nie wiedziałem, czy jeszcze zagram w koszykówkę" powiedział po meczu. Chwilę wcześniej zniknął w objęciach swoich partnerów z zespołu. Kamery wychwyciły momenty, gdy chowa twarz w dłoniach. Płakał? Być może. Jeśli wreszcie zapłakał, to tej nocy miał do tego prawo.


 

 


Podziel się

ALL-NBA DRAFT. RUNDA 5. PICK 5. MANU GINOBILI

wtorek, 29 listopada 2011 11:25

Rafal Niewiadomski

 

 

 

Sam nie wierzę w to, że biorę gracza Spurs ale trzeba oddać cesarzowi, co cesarskie, Manu wielkim graczem jest i posiada wszystko to, co potrzebuję w moim zespole na pozycji SG. Po pierwsze, jest produktywny bez piłki. Z reguły to było kluczem przy wyborze moich zawodników, ponieważ wychodziłem z założenia, że nie w tym rzecz, by stworzyć Dream Team z nazwisk, tylko by zbudować świetnie uzupełniający się skład a dzielenie się piłką i umiejętność usunięia się w cień są kluczem do tego.

 

Co daje mi Manu? Spejsng, wjazdy, trójki, grę bęz piłki, dzielenie się piłką, bardzo wysokie boiskowe IQ, świetne bieganie do kontry, clutch, obronę, wymuszanie fauli ofensywnych itd, itd. Manu w zasadzie nie ma wad poza kontuzjogennością. Potrafi wykreować partnerów, zdobywać seryjnie punkty, rozbijać defensywę rywali swoimi wjazdami i przejąć grę, gdy jest to niezbędne. Najważniejsze jednak, że Manu równie dobrze gra bez piłki, jak i z nią, dzięki temu, że ma koszykarski szósty zmysł. Przewiduje często zagrania do przodu, wie gdzie zbiec, kiedy uciec za plecy obrońcy, gdzie stanąć, czy jak zachowa się defensywa. I jest urodzonym zwycięzcą, czego dowodem są tytuły mistrzowskie oraz trofea międzynarodowe.

 

Posiadanie takiego gracza to skarb, o czym wiedzą nie tylko fani Spurs.

 

W tym momencie zakończyłem kompletowanie mojego składu. Mam lidera, który potrafi wszystko, dwóch graczy świetnie wykorzystujących zasłony, dwóch świetnie je stawiających, 3 trzelców z dystansu, dwóch w typie "clutch", dwóch największych (?) atletów w historii ligi, scorera, bęstię pod koszem, maszynkę do zbiórek, bardzo dobrze broniący zespół i jeszcze lepiej biegający do ataku. Wydaje mi się, że udało mi się stworzyć w pełni zbilansowany zespół bez większych wad, mogący grać zarówno uptempo jak i atak pozycyjny i nikt mi się nie zabije z powodu braku piłki. Z defensywą nie powinno być również problemu, każdy z moich graczy to fighter z krwi i kości a dwa najmocniejsze ogniwa tej defensywy to Jason Kidd i Dwight Howard. Jak dodamy do tego świetnie myślących i ustawiających się w obronie Birda i Manu, to obrona tej drużyny może być jej największym niedocenionym aspektem gry. A jest przecież jeszcze Karl Malone.  Co wy o tym sądzicie?



nr 1 - Sławek Mróz - Bill Walton
 
nr 2 - Michał Górny - Clyde Drexler
 
nr 3 - Bartek Tomczak - Gary Payton
 
nr 4 - Maciek Kwiatkowski - Alonzo Mourning
 
nr 5 - Rafał Niewiadomski –  Manu Ginobili
 
nr 6 - Piotr Kolanowski – 
 
nr 7 - Marek Dziuba - 
 
nr 8 - Przemek Kujawiński -
 
nr 9 - Sebastian Hetman -


 

DO TEJ PORY

Sławek Mróz: Michael Jordan, Jerry West, Kevin Garnett, Walt Frazier, Bill Walton


Michał Górny: Wilt Chamberlain, Moses Malone, John Stockton, Rick Barry, Clyde Drexler

Bartek Tomczak: Kobe Bryant, Charles Barkley, David Robinson, John Havlicek, Gary Payton

Maciek Kwiatkowski: Magic Johnson, Scottie Pippen, Dennis Rodman, Kevin Durant, Alonzo Mourning

Rafał Niewiadomski: Larry Bird, Karl Malone, Jason Kidd, Dwight Howard, Manu Ginobili

Piotr Kolanowski: Oscar Robertson, Shaquille O’Neal, Kevin McHale, Michael Cooper


Marek Dziuba: Bill Russell, Dirk Nowitzki, LeBron James, Reggie Miller

Przemek Kujawiński: Kareem Abdul-Jabbar, Tim Duncan, Julius Erving, Chris Paul


Sebastian Hetman: Hakeem Olajuwon, Isiah Thomas, Bill Laimbeer, Ray Allen



 

 


Podziel się

Licznik odwiedzin:  18 718 125  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728     






[ Copy this | Start New | Full Size ]






















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 18718125

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u

Wyniki ankiety

Czy Golden State Warriors awansują do playoffów?

Tak : 0%
Nie: 0%

Łączna liczba głosów: 0