Bloog Wirtualna Polska
Są 938 432 bloogi | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS


KALENDARIUM: HAPPY B-DAY MANU GINO!

wtorek, 28 lipca 2009 13:56

                                                                                                                                          źródło: nike.com


Piotr Kolanowski


Naszym dzisiejszym solenizantem jest Emanuel Ginobili z San Antonio Spurs. Argentyńczyk kończy 32 lata. Manu to z pewnością jeden z lepszych (jeśli nie najlepszych) graczy w historii wybranych w drugiej rundzie draftu. Ginobili miał dopiero 57. numer w naborze roku 1999. Do NBA trafił jednak z trzyletnim opóźnieniem, w sezonie 2002/2003 jako świeżo upieczony wicemistrz świata z turnieju w Indianapolis. Wcześniej był absolutną gwiazdą zespołu Kinder Bolonia, z którym zdobył mistrzostwo Euroligi w 2001 roku. Swoją przygodę w najlepszej lidze świata również rozpoczął bardzo udanie. Już w swoim debiutanckim sezonie został wraz ze Spurs mistrzem NBA.

Rok później Manu był członkiem reprezentacji Argentyny na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach, z którą uzyskał złoty medal. Kolejny sezon w NBA (04/05) to także pasmo sukcesów. Spurs ponownie zdobywają mistrzostwo, a Ginobili za swoją świetną grę zostaje nagrodzony nominacją do lutowego Meczu Gwiazd. "Ostrogom" nie udaje się jednak obronić tytułu i na kolejny pierścień Manu musi czekać do 2007 roku. Sezon później zostaje najlepszym rezerwowym w NBA. Nieźle jak na gościa z Ameryki Południowej...





Podziel się:

komentarze (16) | dodaj komentarz

KALENDARIUM: TRAGEDIA CELTICS I "CO BY BYŁO, GDYBY..."?

poniedziałek, 27 lipca 2009 22:01


                                                                                                                       źródło: nba.com

Piotr Kolanowski


Było już sporo o różnych urodzinach, dziś czas na nieco smutniejszą rocznicę. Dokładnie 16 lat temu niespodziewanie na zawał serca zmarł Reggie Lewis. Stało się to właściwie w najgorszym dla Celtics momencie. Dopiero co swoje kariery pokończyli Larry Bird oraz Kevin McHale i wszyscy widzieli w Lewisie nowego lidera ekipy bostońskiej. Reggie był dopiero u szczytu swoich możliwości, ledwie rok wcześniej wystąpił w słynnym dzięki Magicowi Johnsonowi All-Star Game w Orlando. Tymczasem po jego śmierci "Celtowie" długo nie mogli się pozbierać i stanęli na nogi dopiero za czasów duetu Antoine Walker - Paul Pierce.

Jakby tego było mało C's wciąż mieli przecież w pamięci śmierć Lena Biasa, który nie zdążył dla nich zagrać ani jednego meczu. Kto wie jak wyglądałaby gra Celtics po odejściu Birda i McHale'a, gdyby Bias i Lewis pozostali wśród żywych...

Teraz czas na kilka faktów z życia Lewisa. Reggie urodził się 21 listopada 1965 roku w Baltimore. Uczęszczał do szkoły średniej Dunbar wraz z kilkoma innymi przyszłymi graczami NBA: Davidem Wingate'm, Reggie Williamsem oraz słynnym Tyrone'm "Muggsy" Boguesem. W swoich ostatnich dwóch sezonach Dunbar High School nie przegrała żadnego z 60 (!) spotkań i była klasyfikowana jako drużyna licealna nr 1 w całych Stanach. Później Lewis wstąpił na Northeastern University w Bostonie. Wreszcie w 1987 roku Reggie trafił do "miejscowych" Celtics, po tym jak ci wybrali go w drafcie z nr 22.

Po pierwszym niezbyt udanym sezonie (śr. 4,5 pkt w nieco ponad 8 min. gry), nastąpiła prawdziwa eksplozja jego talentu. Jako drugoroczniak zdobywał już przeciętnie 18,5 pkt i 4,7 zb. Był bardzo ważnym uzupełniem nieco już podstarzałej wielkiej trójki Bostonu. Jego najlepsze lata w NBA to właśnie jego dwa ostatnie sezony. Notował wówczas niespełna 21 punktów i ponad 4 zebrane piłki. Wielka szkoda... Wykorzystując nieco fakt, że w tym samym roku (dokładnie 7 czerwca) tragicznie zginął również Drażen Petrović, wrzucam filmik upamiętniający obu graczy.




Podziel się:

komentarze (10) | dodaj komentarz

KALENDARIUM: POTĘŻNY LISTONOSZ

piątek, 24 lipca 2009 8:55

 

                                                                                                          źródło: ESPN



Piotr Kolanowski

Po urodzinach Gary'ego Paytona przyszedł czas na święto kolejnej legendy NBA, która była jednym z symboli ligi lat 90-tych. Karl Malone kończy dziś 46 lat, ale znając jego wzorową etykę pracy pewnie wciąż byłby w stanie utrzeć nosa niejednemu młodemu skrzydłowemu.

"Mailman" przez wielu jest uważany za najlepszego power forwarda w historii (chociaż moim zdaniem tytuł ten należy się jednak Timowi Duncanowi). Mimo iż Malone nigdy nie był mistrzem NBA, o jego pozostałych osiągnięciach wielu innych skrzydłowych może co najwyżej pomarzyć. W ciągu imponujących 19 lat spędzonych na parkietach NBA zdobył łącznie 36 942 punkty i pod tym względem ustępuje tylko samemu Kareemowi Abdul-Jabbarowi. Malone był też dwukrotnie wybierany MVP ligi w swojej karierze (lata 97 i 99). Za drugim razem pobił nawet rekord NBA, stając się najstarszym laureatem tej nagrody w historii. W sumie aż 14 razy trafiał do All-NBA Teams (z czego 11 nominacji do pierwszego składu). Podobnie jak wspomniany wczoraj Payton, Malone trzykrotnie grał w finale NBA, a także dwukrotnie zdobywał złoty medal Igrzysk Olimpijskich.

Kiedy mówi się o "Mailmanie", nie sposób nie wspomnieć oczywiście o Johnie Stocktonie. Ten duet był czymś niespotykanym nie tylko na parkietach NBA, ale chyba w ogóle w zawodowym sporcie. Grali ze sobą razem aż przez 18 (!) sezonów i do absolutnej perfekcji opanowali zagrywkę pick&roll. Przyznam się bez bicia, że jako bardzo młody chłopak nie przepadałem za Utah Jazz (a także za Chicago Bulls, przez co finały 97 i 98 były dla mnie wówczas prawdziwą udręką), ale dziś z chęcią wracam do meczów sprzed lat właśnie z udziałem "Jazzmenów". Wniosek z tego taki (kieruję te słowa do młodszych czytelników), że naprawdę nie warto żyć niechęcią do konkretnych graczy czy wręcz całych zespołów. Trzeba umieć doceniać ich klasę zawczasu, aby po latach nie mieć wrażenia, że straciło się coś naprawdę wielkiego...  


UPDATE: Dzisiaj swoje 70. urodziny obchodzi również Walt Bellamy - jeden z najlepszych centrów NBA lat 60-tych i 70-tych.

 




Podziel się:

komentarze (22) | dodaj komentarz

KALENDARIUM: CZŁOWIEK ZWANY "RĘKAWICĄ"

czwartek, 23 lipca 2009 16:54


                                                                                                         2.bp.blogspot.com

Piotr Kolanowski

Kontynuujemy wakacyjną edycję naszego kalendarium. Dziś przypominamy sylwetkę dobrze znanego wszystkim Gary'ego Paytona, który obchodzi właśnie swoje 41. urodziny. Z pewnością wielu z Was pamięta "The Glove" jeszcze z poprzedniej dekady kiedy w barwach Seattle Supersonics wraz z Shawnem Kempem stworzył jeden z najefektowniejszych duetów w historii koszykówki. Sam z ogromnym sentymentem wspominam tamte czasy i od czasu do czasu włączam sobie dla tej dwójki stare mecze "Ponadźwiękowców".

Payton to gracz, którego akurat nie trzeba chyba specjalnie opisywać. Należał do absolutnej czołówki rozgrywających lat 90-tych (osobiście stawiam go tuż za Stocktonem). W czasach swojej świetności był rewelacyjnym defensorem i prawdziwym mistrzem w przechwytach. W 1996 r. otrzymał nawet nagrodę dla najlepszego obrońcy sezonu. Dwukrotnie wygrywał złoto na Igrzyskach Olimpijskich - w Atlancie oraz w Sydney. W 2006 r. zdobył mistrzostwo NBA z Miami Heat, a jego rzut w końcówce meczu nr 3 zapewnił ekipie z Florydy kluczowe zwycięstwo. Porażka w tamtym spotkaniu stawiałaby Heat w sytuacji pod przysłowiową ścianą, przegrywając 0-3... Payton był również czołowym "trash talkerem" ligi. Wielkim prowokatorem i człowiekiem często udzielającym ciekawych wypowiedzi. Można by wymienić dla przykładu chociażby jego pamiętne stwierdzenie po przegranym finale z Chicago Bulls w 1996 r., że mimo niepowodzenia Sonics są lepszą drużyną... Wszystkiego najlepszego, Gary!


    




A na deser taka mała ciekawostka. Dziś rano dość przypadkowo przypomniałem sobie o jeszcze jednej bardzo ważnej rocznicy, która dotyczy zresztą historii polskiej koszykówki. Mianowicie wczoraj minęło dokładnie 7 lat od momentu podpisania pierwszego kontraktu między polskim koszykarzem, a klubem NBA. 22 lipca 2002 r. Cezary Trybański został oficjalnie graczem Memphis Grizzlies, a Jerry West popełnił - powiedzmy sobie to szczerze - największą gafę w swojej menadżerskiej karierze, oferując mu trzyletnią umowę na blisko 5 mln dolarów... 

 



Podziel się:

komentarze (10) | dodaj komentarz

KALENDARIUM: PAMIĘTACIE RODA STRICKLANDA?

sobota, 11 lipca 2009 14:25

Rod Strickland



Piotr Kolanowski

Jakiś czas temu Maciek zaproponował mi utworzenie na blogu swego rodzaju kalendarium. Będą to krótkie wpisy mówiące o tym co ważnego lub ciekawego wydarzyło się w NBA danego dnia w przeszłości. I tak przed kilkoma dniami mieliśmy np. trzecią rocznicę pierwszego w historii ligi letniej przypadku, w którym gracz zszedł z boiska za faule (Andrea Bargnani był tym szczęśliwcem - 10 przewinień w jednym meczu). Uznałem jednak, że nie jest to jakiś super fakt, od którego należałoby rozpocząć ten cykl. Za to dzisiejszy dzień o wiele lepiej nadaje się na inaugurację. Dokładnie 13 lat temu Charlotte Hornets sprzedali Kobe'go Bryanta do Los Angeles Lakers w zamian za Vlade Divaca. Z kolei 11 lipca 1966 roku w nowojorskiej dzielnicy Bronx na świat przyszedł jeden ze zdecydowanie lepszych rozgrywających poprzedniej dekady - Rod Strickland. I to właśnie on jest bohaterem dzisiejszego kalendarium.

Dla tych, którzy nie mieli okazji "na żywo" śledzić kariery Stricklanda, przytaczam najważniejsze fakty z jego aż 17-letniej (1988-2005; w sumie 1094 rozegrane spotkania) kariery:

Punkty: 14463 (śr. 13,2)
Zbiórki: 4084 (śr. 3,7)
Asysty: 7987 (śr. 7,3)

- Był w drugim składzie All-Rookie Team w rozgrywkach 88/89,
- Lider NBA w asystach w sezonie 97/98 (śr. 10,5 w meczu); w tym samym roku wybrany do drugiego składu All-NBA Team,
- Zajmuje ósme miejsce na liście najlepiej podających graczy w historii,
- Grał w aż 9 klubach: New York Knicks, San Antonio Spurs, Portland Trail Blazers, Washington Bullets/Wizards, Miami Heat, Minnesota Timberwolves, Orlando Magic, Toronto Raptors i Houston Rockets. 



Podziel się:

komentarze (26) | dodaj komentarz

WILT CHAMBERLAIN: MDE czy może MAE?

sobota, 04 lipca 2009 18:50



Piotr Kolanowski


Wilt Chamberlain to postać, która jest – a przynajmniej powinna być – dobrze znana wszystkim fanom koszykówki na świecie. Wielu uważa go za najlepszego centra w historii NBA, a są nawet i tacy co w ogóle za najlepszego gracza w dziejach. Jego niektóre rekordy (pamiętne 100 pkt w jednym meczu czy też 55 zb. w innym spotkaniu) zapewne nigdy nie zostaną pobite. Nie zamierzam jednak tutaj specjalnie rozpisywać się nad koszykarską wielkością Chamberlaina i jego dokonaniami. To co budzi we mnie być może największe uznanie dla Wilta to fakt jak niezwykłym był sportowcem.


W ostatnich latach niemal wszyscy – w tym również ja – zachwycamy się wręcz nadludzkim atletyzmem LeBrona Jamesa. Niebywałe połączenie szybkości, siły i skoczności w ważącym ponad 110 kg ciele budzi niewątpliwy respekt. Ci którzy są pod wrażeniem Jamesa powinni jednak wiedzieć, że LBJ to nie pierwszy w NBA super atleta i super koszykarz w jednym. Przed wieloma laty (czyt. wiele metod treningowych i nowych rodzajów suplementów temu) był gracz, który również budził u przeciwników postrach między innymi. z powodu swoich niezwykłych fizycznych możliwości. Nazywał się Wilton Norman Chamberlain.


Chamberlain przyszedł  na świat 21 sierpnia 1936 r. w Filadelfii. Od samego początku wyróżniał się na tle rówieśników nie tylko wzrostem (w wieku zaledwie 10 lat miał już ponad 180 cm), ale także niebywałą sprawnością. Wilt bardzo szybko zainteresował się sportem i we wczesnej młodości uprawiał szereg różnych dyscyplin. Był rewelacyjnym lekkoatletą (a przy okazji naprawdę niezłym uczniem) i wielokrotnie zwyciężał w różnego rodzaju mitingach. W szkole średniej Overbrook Wilt skakał wzwyż (najlepszy wynik – 198 cm i to osiągnięty tzw. techniką nożycową), w dal (6,7 m), pchał kulą (rekord – 16,23 m) uprawiał trójskok (rekord – nieco ponad 15 m) oraz biegał i to na różnych dystansach: 440 jardów (ok. 396 m – najlepszy wynik to równe 49 sekund) i 880 jardów (rekord 1:58.3). Świetnie grał też w siatkówkę i przewidywano mu światową karierę w tym sporcie. Na szczęście Wilt postawił na „siatkę” dopiero po zakończeniu przygody z NBA, występując w latach 1975-1979 w zawodowej (koedukacyjnej zresztą) lidze International Volleyball Association.


Fakt, iż „Big Dipper”  był tak szybki i sprawny przy swoim wzroście był wprost niespotykany. Były trener zespołu NFL Kansas City Chiefs, Hank Stram wspominał jak Chamberlain wziął raz gościnny udział w treningu jego drużyny. Stram postanowił sprawdzić szybkość Chamberlaina w wyścigu na 40 jardów z Curtisem McClintonem, członkiem Hall of Fame ligi NFL. McClinton, który grał na pozycji running backa, ustępował swojemu rywali różnicą ok. 25 cm i ponad 20 kg, co czyniło go wręcz pewnym faworytem. Mimo to wyraźnie przegrał wyścig… 


Chamberlain był jednak przede wszystkim znany ze swojej ogromnej siły fizycznej. Szczególnie w nieco późniejszym okresie swojej kariery, gdy ważył w granicach 300 funtów (ok. 135 kg). Do tej pory istnieje cała masa anegdot na ten temat. Słynne są historie, że po niektórych wsadach Wilta piłka odbijała się od parkietu wyżej niż była zamocowana obręcz czy też fakt - co jest jeszcze bardziej niesamowite – że co najmniej kilku graczy połamało sobie palce zarówno rąk jak i nóg przy próbach powstrzymania pod koszem Chamberlaina. Jednym z poszkodowanych był między innymi śp. Johnny „Red” Kerr. 


Wilt imponował formą  nawet długo po zakończeniu kariery sportowej. W przeciwieństwie bowiem do wielu innych ex-zawodników, nigdy tak naprawdę nie przestał trenować. Regularnie odwiedzał siłownię i uczestniczył nawet w maratonach. Chamberlain na pewno nie miał kompleksów związanych z muskulaturą przy Arnoldzie Schwarzennegerze w pamiętnym  „Conanie Niszczycielu”, mimo iż w momencie kręcenia filmu miał już na karku 48 lat. Podobno gdy skończył pięćdziesiątkę istniała nawet realna możliwość jego powrotu do NBA. Szalony pomysł? Niekoniecznie, jeśli przypomnimy sobie o znacznie mniej atletycznym Robercie Parishu. O fenomenie niezwykłej siły fizycznej Chamberlaina przekonali się w połowie lat 90-tych młodzi koszykarze znanej uczelni Stanford. Wilt został zaproszony na jeden z przedsezonowych treningów zespołu i zadziwiał wszystkich podczas ćwiczeń na siłowni. Na oczach m.in. filigranowego Brevina Knighta, Chamberlain, wówczas blisko 60-letni, kilkukrotnie wycisnął na ławeczce ciężar ponad 210 kg! Pomijając kwestię wieku, należy tu też wspomnieć o imponującej rozpiętości ramion Wilta – 234 cm, która dodatkowo utrudnia osiąganie tak świetnych wyników przy tym akurat ćwiczeniu. 


Z perspektywy czasu ciężko jest rozstrzygnąć czy Wilt Chamberlain był faktycznie najbardziej dominującym koszykarzem w dziejach (słynne Most Dominant Ever), czy też może „tytuł” ten należy się Shaquille’owi O’Nealowi. Obaj trafili bowiem do NBA w zupełnie różnych epokach. Najbezpieczniej byłoby chyba po prostu powiedzieć, że zarówno Wilt jak i Shaq byli prawdziwymi Herkulesami na swoich pozycjach, których w pojedynkę praktycznie nikt nie mógł powstrzymać (tak, nawet Bill Russell był wielokrotnie „niszczony” przez Wilta). Obaj swoją grą wymusili także zmiany w przepisach. 


Zaczynam za to coraz bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że Chamberlain mógł  być najlepszym atletą w historii NBA. Najdoskonalszym połączeniem siły, szybkości i skoczności umieszczonym dodatkowo w ogromnym ciele (swoistym Most Athletic Ever). Człowiekiem urodzonym wręcz do zawodowego uprawiania sportu, który mógłby odnieść ogromny sukces niemal w każdej dyscyplinie, jaką zacząłby trenować. Był również chyba jednym z nielicznych graczy z tych dawnych lat, których moglibyśmy żywcem wyjąć z tamtej epoki, dać do obecnej NBA i być wręcz pewni, że dalej byłby absolutnie czołowym (nawet najlepszym) centrem w lidze. W przeciwieństwie bowiem do wielu innych legendarnych koszykarzy, którzy biegali po parkietach 40 czy 50 lat temu, Wilt wciąż mógłby dominować nad zdecydowaną większością dzisiejszych zawodników ze swojej pozycji.

        



Podziel się:

komentarze (40) | dodaj komentarz

PETE MARAVICH: TO MUSIAŁY BYĆ WŁOSY!

środa, 17 czerwca 2009 14:00

Piotr Kolanowski


Jakiś czas temu miałem okazję przeczytać bardzo interesującą biografię Pete'a Maravicha. Większość kiedy słyszy to nazwisko, myśli o pierwszym prawdziwym showmanie w NBA, który miał niesamowity talent rzutowy oraz panowanie nad piłką, i który niestety zmarł przedwcześnie w wieku zaledwie 40 lat. Przymierzając się do tej książki ( Pistol - The Life Of Pete Maravich - autorstwa Marka Kriegela) chciałem się tak naprawdę dowiedzieć czegoś więcej o jego poza boiskowych problemach (uzależnienie od alkoholu), które miały znaczący wpływ na przebieg jego kariery. Tymczasem uświadomiła mi ona jak chyba mimo wszystko niedoceniany jest „Pistol" Pete na tle innych legend NBA.


Kiedy myślimy o najlepszych obrońcach w historii, nie licząc obecnych graczy, nasuwają nam się nazwiska Jordana, Magica, Stocktona, Jerry'ego Westa, Oscara Robertsona, Isiah Thomasa czy może Juliusa Ervinga. Pewnie niejeden nie umieściłby Maravicha nawet w Top 10 guardów. Co więcej! Gdyby ktoś spytał jakiegoś fana NBA, który ma  pojęcie o jej historii, o wymienienie powiedzmy trójki najlepszych białych zawodników w dziejach, być może również pominięto by Maravicha kosztem chociażby wyżej wspomnianego Westa, Birda czy Ricka Barry'ego. I jeśli spojrzeć na dokonania wszystkich wymienionych przeze mnie graczy i porównać je z osiągnięciami Pistol Pete'a, nie byłoby w tym tak naprawdę nic dziwnego czy szokującego. W końcu Maravich (głównie z powodu kontuzji) spędził w NBA zaledwie 10 lat, w czasie których tylko 4 razy awansował do playoffs (rozegrał w nich w sumie 26 spotkań). Jednak gdyby odłożyć na bok sukcesy zespołowe i skupić się wyłącznie na indywidualnych umiejętnościach, Pistol byłby absolutnie w ścisłej czołówce.


Urodzony 22 czerwca 1947 r. Maravich niemal od kołyski był wychowywany na przyszłą gwiazdę koszykówki. Wszystko za sprawą jego ojca - wybitnego trener Pressa Maravicha. Press, o czym niewiele osób być może wie, był za młodu naprawdę rewelacyjnym koszykarzem i pech chciał, że część lat swojej świetności zamiast na koszykarskich boiskach, spędził walcząc na II Wojnie Światowej. Po powrocie do Stanów Maravich grał jeszcze krótko w Youngstown Bears w lidze NBL oraz zespole Pittsburgh Ironmen w półzawodowej lidze BAA (poprzedniczki NBA), po czym zakończył karierę i niedługo potem został trenerem. Swoje niespełnione marzenia i ambicje Press postanowił zatem zrealizować poprzez swojego syna Pete'a, który co ciekawe przyszedł na świat w momencie rozgrywania przez Pressa jednego ze swoich ostatnich spotkań w roli zawodnika. Myliłby się jednak ten, który myśli, że młody Maravich był siłą zmuszany do gry w koszykówkę. Pete, mając ledwie kilka lat był już bowiem całkowicie zakochany w tym sporcie. Jako dziecko praktycznie nie rozstawał się z piłką i potrafił spędzać na boisku nawet 8-10 godzin dziennie. Już jako kilkulatek uwielbiał oddawać rzuty ze sporych odległości i z racji, że był za mały aby w "normalny" sposób w ogóle dorzucić do obręczy, oddawał rzuty niejako spod biodra, dzięki czemu zaczęto nazywać go "Pistol" (nawet jego ojciec bardzo często zwracał się do niego w ten sposób). Przymierzający się do rzucania Maravich wyglądał ponoć niczym rewolwerowiec, przygotowujący się do pojedynku. Pete miał też od samego początku ogromne możliwości, jeśli chodzi o panowanie nad piłką. Z tego powodu Press lubił wymyślać synowi coraz to nowsze ćwiczenia-konkurencje, które nie tylko dodatkowo poprawiały jego i tak już świetny ballhandling, ale również wprawiały w osłupienie wszystkich, którzy obserwowali w akcji małego Maravicha (m.in. samego trenera Johna Woodena - wieloletniego przyjaciela Pressa). Do dziś wielu pamięta, że Pistol już we wczesnej młodości lubił się zakładać z ludźmi (i raczej nie zdarzało mu się przegrywać), jeżeli chodzi o konkurencje związane z koszykówką, np. kilkugodzinne kręcenie piłki na palcach, czy też trafienie jak największej ilości rzutów wolnych z rzędu (serie przekraczały nawet 150 udanych prób!). 


W miarę upływu czasu talent Maravicha coraz bardziej się rozwijał. Kiedy miał 14 lat był już jednym z kluczowych graczy swojej szkoły średniej Daniel High w Południowej Karolinie. Pistol grał wówczas przeciwko zawodnikom starszym od siebie i był idealnym uzupełnieniem dla ówczesnego lidera zespołu, a prywatnie swojego przyrodniego brata - Ronniego Montiniego. W międzyczasie Press był szkoleniowcem miejscowego uniwersytetu Clemson i często zabierał swojego młodszego syna na treningi drużyny "Tigers". Pete już wtedy (na życzenie ojca) rozgrywał mecze 1 na 1 z czołowymi graczami Clemson. Mimo zdecydowanej różnicy wieku i bardzo niskiego wówczas wzrostu Pistol prawie zawsze wygrywał te pojedynki. Miał jednak nad swoimi przeciwnikami sporą przewagę. Koszykarze Tigers nie mogli bowiem faulować Pete'a, ani nawet blokować jego rzutów. Jednak w ataku nie mieli żadnych ograniczeń.  


W 1963 roku Press otrzymał stanowisko trenera uczelni North Carolina State i cała rodzina Maravichów przeprowadziła się do Północnej Karoliny. Tam Pistol dokończył swoją karierę licealną w Needham Broughton High School. Dalej grywał z podopiecznymi swojego ojca (tym razem byli to gracze "Wolfpack") jednak nie miał już wtedy żadnych ulg w ofensywie. Mimo to dominował nad nimi. Po ukończeniu szkoły średniej Pete wstąpił do Edwards Military Institute. Wybór wojskowej szkoły policealnej spowodowany był w głównej mierze faktem, iż Maravich miał ogromne problemy w nauce i nie mógł początkowo zdobyć wymaganych minimum 800 punktów na egzaminie SAT (Scholastic Aptitude Test). Dodatkowo Press chciał, aby jego syn wykorzystał rok przerwy przed grą w NCAA na przybranie masy mięśniowej (w tym czasie Pistol przy wzroście 196 cm ważył tylko nieco ponad 70 kg).


Po zaliczeniu SAT Pete miał zamiar wybrać grę na uczelni West Virginia, w której kilkanaście lat wcześniej występował sam Jerry West. W tym samym czasie Press został mianowany głównym szkoleniowcem dość mało cenionej wtedy LSU. Władze uniwersytetu ze stanu Lousiana bardzo chciały, aby Press ściągnął ze sobą swojego utalentowanego syna. Mimo, iż starszy z Maravichów wielokrotnie wcześniej powtarzał, że nie chce być trenerem Pete'a to jednak ostatecznie zmienił zdanie. Uznał, że w ten sposób będzie mieć pewność, iż kariera Pistol Pete'a rozwija się po jego myśli. Młody Maravich początkowo nie chciał wprawdzie grać pod wodzą ojca w zdominowanej przez futbol amerykański LSU, ale ostatecznie dał się przekonać. Press, który nie ukrywał, że uważa swojego syna za najlepszego koszykarza w NCAA, miał teraz zamiar udowodnić to całemu koszykarskiemu światu. Trener Maravich rekrutował do swojego zespołu niemal wyłącznie zawodników zadaniowych, którzy nie mieli specjalnych ambicji strzeleckich. To pozwoliło podporządkować praktycznie całą taktykę ofensywną wokół Pete'a. Pistol był praktycznie zwolniony z zadań defensywnych tylko po to, aby miał wystarczająco dużo sił na często samodzielną grę w ataku. Ta niecodzienna i co by nie mówić, nieco nienormalna sytuacja doprowadziła do fali krytyki pod adresem Pressa. Ten jednak nie przejmował się tym zbytnio. Nie przejmowały się też tym władze LSU. Dzięki niesamowitym wyczynom Pete'a Maravicha o uczelni LSU znowu zrobiło się głośno na cały kraj. Pistol, dzięki swojemu niesamowicie efektownemu stylowi i imponującym zdobyczom punktowym stał się bożyszczem fanów w całych Stanach. Kibice drużyn przeciwnych często wygwizdywali swoich ulubieńców kiedy ci, nie mając pomysłu na powstrzymanie Maravicha po prostu go faulowali. Nie trzeba również dodawać, iż często były to faule bardzo brutalne, wynikające z czystej frustracji po kolejnych fantastycznych zagraniach Pistol Pete'a. Maravich regularnie oddawał po 30, 40, a nawet 50 rzutów w meczu. Jego skuteczność rzadko kiedy przekraczała 50%. Wynikało to z tego, iż Pistol oddawał masę rzutów z odległości czasami nawet i 10 metrów, i było to na długo przed wprowadzeniem linii rzutów za trzy punkty. Średnie punktowe Maravicha zwalały z nóg i do dziś wydają sie całkowicie nieosiągalne dla nikogo. W swoim ostatnim sezonie w barwach LSU (1969/1970) Pistol osiągnął swój najlepszy wynik - 46,6 pkt w każdym spotkaniu! Jego najgorszy mecz ofensywny z tamtych rozgrywek to wygrane starcie 71:59 z Tennessee, w którym trafił 12 z 23 rzutów i rzucił "zaledwie" 29 punktów, notując też 9 asyst. W sumie zdobył on aż 3 667 punktów, co pozwoliło mu awansować na pierwsze miejsce na liście najlepszych strzelców w historii NCAA kosztem Oscara Robertsona.


Maravich był kuszony przez kluby nowej ligi ABA, lecz mimo teoretycznie mniejszych zarobków zdecydował się ostatecznie wstąpić do NBA. W drafcie 1970 roku został wybrany z nr 3 przez Atlantę Hawks tylko za Bobem Lanierem (Detroit Pistons) oraz Rudym Tomjanovichem (Houston Rockets). Pistol od samego początku wywołał ogromne kontrowersje. Jego 5-letni kontrakt był wart blisko 2 mln dolarów. Była to kwota niewyobrażalna jak na tamte czasy i z miejsca uczyniła Maravicha jednym z najlepiej opłacanych zawodników w lidze. Dodatkowo klub przed każdym sezonem był zobowiązany kupować mu nowy samochód (z reguły były to auta marki Porsche) oraz płacić mu 50 dolarów miesięcznie na benzynę (w tamtych czasach galon kosztował w okolicach 36 centów). Hawks zakupili mu także luksusowy apartament i wynajęli specjalnych asystentów. Nie trzeba dodawać, że Maravich na długo przed rozegraniem swojego pierwszego meczu w NBA narobił sobie przez to wrogów nie tylko w samej lidze, ale przede wszystkim we własnym zespole... Oliwy do ognia dolewał jeszcze fakt, że Hawks byli w tamtym czasie drużyną złożoną niemal wyłącznie z ciemnoskórych koszykarzy. Czołowy zawodnik "Jastrzębi" Joe Caldwell zażądał natychmiastowej podwyżki od władz klubu. Kiedy mu odmówiono, postanowił odejść do ekipy Carolina Cougars z ligi ABA (która zresztą wcześniej kusiła Maravicha wieloletnią umową na 2,5 mln dolarów). Początki Maravicha w NBA nie były, mówiąc delikatnie, usłane różami. Pete miał już spore problemy z nauczeniem się taktyki gry zespołu podczas obozu przygotowawczego. Sam sezon również zaczął się nieciekawie. Pistol zaczynał mecze na ławce rezerwowych, a kiedy już pojawiał się na parkiecie koledzy rzadko podawali mu piłkę. Pech chciał, że dodatkowo już na początku rozgrywek Hawks zaliczyli starcia z czołowymi ekipami w lidze. Żadne z nich nie było dla Maravicha zbyt udane. Przeciwko Boston Celtics zanotował ponad 10 strat natomiast w spotkaniu przeciwko L.A. Lakers Jerry West rzucił mu w bezpośrednim pojedynku 36 punktów. Z biegiem czasu Maravich zaczął jednak przypominać o swoich niezwykłych umiejętnościach. Dzięki jego świetnej grze szczególnie w drugiej części rozgrywek Hawks awansowali nawet do playoffs, a Pistol był bliski zdobycia nagrody Rookie Of The Year. 

 

 

W międzyczasie Maravich popadał w coraz większy problem z alkoholem. Nieustanna presja, która na nim spoczywała sprawiała, że Pete często zaglądał  do kieliszka jeszcze w czasach gry na uczelni w LSU. Teraz jednak problem stawał się coraz poważniejszy. Maravich kilkakrotnie wywoływał awantury w hotelowych barach i wszczynał bójki nawet z kolegami z zespołu. Pistol nie był zresztą osamotniony w swojej rodzinie, jeśli chodzi o uzależnienie od alkoholu. Od wielu lat ten sam problem dotykał jego matkę Helen, która popełniła samobójstwo w 1974 roku. Był to bardzo zły okres w życiu Maravicha. Jego pozaboiskowe "wyczyny" sprawiły, że Hawks stracili do niego cierpliwość i sprzedali go na krótko przed śmiercią matki do nowego zespołu, New Orleans Jazz. Poszukujący swojego miejsca w życiu Pistol zaczął podejmować dość nietypowe próby zachowania formy. Przeszedł na wegetarianizm i zaczął trenować karate. Z ekipą Jazz Maravich nie miał co liczyć na walkę o najwyższe cele. Zresztą tak naprawdę nikogo w Nowym Orleanie to chyba nie interesowało. Pistol miał być swoistą twarzą zespołu, a jego efektowne rzuty oraz podania miały przede wszystkim przyciagać widzów na trybuny. Maravich faktycznie grał tak jak tego oczekiwano, lecz mimo to Jazz byli niemal na samym dnie ligi. Sezon 77/78 na zawsze zmienił karierę Pistol Pete'a. W starciu przeciwko Buffalo Braves podczas próby efektownego podania w kontrze Maravich zerwał więzadło w kolanie. Kontuzja ta przytrafiła mu się u szczytu jego możliwości. Jeszcze rok wcześniej Pistol był liderem NBA na liście strzelców ze średnią ponad 31 punktów w meczu. Spędzający od tej pory więcej czasu poza boiskiem niż na nim, Maravich coraz bardziej pogrążał się w swoim uzależnieniu od alkoholu. Dodatkowo jego paniczny strach przed operacją kontuzjowanego kolana jeszcze bardziej pogarszał jego stan. Pistol wierzył bowiem w swoisty przesąd, że wszelkie interwencje chirurgiczne w organiźmie człowieka mogą prowadzić do chorób nowotworowych...


Pistol nigdy nie powrócił już do formy sprzed kontuzji. Był przede wszystkim sporo wolniejszy i nie mógł już wykonywać tak efektownych zagrań. Maravich był załamany i popadł w depresję. Z tego powodu rzadko kiedy w tamtym czasie był trzeźwy. Nie pomagał nawet fakt, iż w 1979 roku po raz pierwszy został ojcem. Jazz  - również z powodu braku swojej największej gwiazdy - przeżywali problemy finansowe. Władze klubu zdecydowały się zatem na przenosiny do Salt Lake City. Maravich zdał sobie sprawę, że jest to ostatni dzwonek, aby wreszcie spróbować zawalczyć o mistrzostwo z inną drużyną. Doszedł do porozumienia z "Jazzmenami" w sprawie wykupienia kontraktu i w styczniu 1980 roku został wolnym agentem. Na horyzoncie pojawiły dwa mocarne kluby, które bardzo chciały go w swoich szeregach - Philadelphia 76ers oraz Boston Celtics. Z początku wydawało się, że Pistol jest bliższy przejścia do "Szóstek" jednak na kilka dni przed oficjalnym podpisaniem umowy, rozmyślił się i wybrał bostońskich "Celtów". Zadecydowała postać Reda Auerbacha, który od zawsze był wielkim fanem talentu Maravicha i marzył, że pewnego dnia stanie się on jego graczem. Pistol po raz pierwszy w karierze miał być typowym zawodnikiem zadaniowym, wchodzącym z ławki. W swoim epizodzie z Celtics miewał wzloty i upadki (częste konflikty z trenerem Billem Fitchem), ale generalnie spełniał oczekiwania. Zaliczył nawet kilka występów, w których jako zmiennik rzucał po ponad 30 punktów. Sezon regularny był bardzo obiecujący po zanotowaniu aż 61 zwycięstw. Jednak w playoffs Boston przegrał 1-4 w półfinale konferencji jak na ironię właśnie z Philadelphią 76ers. Co było najbardziej bolesne to fakt, iz Fitch praktycznie zrezygnował w tej serii z Maravicha na rzecz bardzo zawodzącego wówczas Chrisa Forda.


Mimo porażki Pistol był zdeterminowany powrócić na jeszcze jeden sezon, aby walczyć z Celtics o mistrzostwo. Maravich bardzo solidnie przepracował lato, sporo czasu spędzając na siłowni oraz na przygotowaniu kondycyjnym. Był w najlepszej formie od lat. Marzenia o tytule legły jednak w gruzach już podczas obozu przygotowawczego. Pistol wdał się w awanturę z Fitchem na jednym z treningów i opuścił zespół. Zdecydował się oficjalnie zakończyć karierę. Kilka miesięcy później Boston zdobył mistrzostwo, o którym tak bardzo marzył Pete.


Kolejne lata to okres swego rodzaju zdziwaczenia Maravicha. Potrafił całymi tygodniami nie wychodzić z domu i spędzać czas w samotności. Zaczął się bardzo interesować cywilizacjami pozaziemskimi. Koszykówka po raz pierwszy w życiu przestała go w ogóle obchodzić. Którejś nocy nastąpił jednak przełom. Pete twierdził, że Bóg przyszedł do niego we śnie i nakazał mu zmienić swoje dotychczasowe życie. Maravich ostatecznie zerwał z alkoholizmem i zaczął studiować Biblię. Ponownie zajął się też sportem. Wraz z ojcem organizował letnie obozy koszykarskie dla dzieci. W 1987 r. Press Maravich zmarł po długiej walce z rakiem. Około 9 miesięcy później w dość niezwykłych okolicznościach odszedł też sam Pistol Pete. Zmarł podczas gry w koszykówkę, gdy wraz ze znajomymi brał udział w meczu 3 na 3. Podczas przerwy w grze odbył krótką rozmowę z innym uczestnikiem spotkania - dr Jamesem Dobsonem. Dobson wspominał, iż ostatnie pytanie jakie zadał Maravichowi przed śmiercią dotyczyło jego aktualnego samopoczucia. Pete uskarżał się bowiem wcześniej na bolące ramię jednak tego dnia nic mu nie dokuczało. Pistol odpowiedział więc, że czuje się świetnie. Kiedy dr Dobson odwrócił się, Maravich runął na ziemię. Mimo natychmiastowej reanimacji, zmarł kilka minut później. Było to 5 stycznia 1988 roku. Później okazało się, że przyczyną zgonu była wrodzona wada pracy serca, której o dziwo nigdy wcześniej u niego nie wykryto. 


Historia śmierci i w ogóle życia Maravicha jest o tyle niezwykła, jeśli przypomnieć fragment wywiadu jakiego Pistol udzielił w 1974 r. niejakiemu Andy'emu Nuzzo. Powiedział wówczas, iż nie chciałby grać w NBA 10 sezonów i umrzeć na zawał w wieku 40 lat. A dokładnie tak się przecież stało.


Maravich był graczem niezwykłym. Jego umiejętności zdecydowanie wyprzedzały epokę, w której grał. Pistol był praktycznie nie do zatrzymania w ataku. Najboleśniej przekonywał się o tym być może najlepszy defensor dekady lat 70-tych, słynny Walt Frazier z New York Knicks. Maravich zaliczył conajmniej kilka świetnych występów w bezpośrednim starciu z Frazierem. Jego najbardziej pamiętnym meczem przeciwko Knicks jest oczywiście spotkanie z sezonu 1976/1977, w którym rzucił rekordowe w karierze 68 punktów. Fakt, iż Pistol szczególnie motywował się na mecze przeciwko Waltowi "Clyde" Frazierowi również nie jest przypadkowy. Kiedy Pete grał jeszcze na uczelni LSU, jego drużyna brała udział w nowojorskim turnieju dla drużyn uczelnianych NIT (National Invitation Tournament). Po jednym z meczów Maravichowi pozwolono na skorzystanie z gabinetu odnowy biologicznej w Madison Square Garden, który na codzień był do dyspozycji dla graczy Knicks. Pete spotkał się tam przypadkowo z Frazierem, który po krótkiej wymianie zdań dał mu jasno do zrozumienia, że jego gra nie sprawdzi się w NBA i że pokaże mu na czym polega prawdziwa defensywa. Spotkanie z 25 lutego 1977 r. było zdecydowanie najgorszym pokazem defensywy w karierze rozgrywającego Knicks.

  

Jak więc ocenić Maravicha na tle innych wielkich graczy z przeszłości? Indywidualista? Showman? Czy może jednak niespełniony talent i to być może największy niespełniony spośród tych największych legend? Jak potoczyła by się jego kariera, gdyby nie problemy alkoholowe, załamanie nerwowe, czy wreszcie bardzo poważna kontuzja kolana, która w tamtych czasach oznaczała niemal koniec kariery? O ile przychylniej patrzono by z perspektywy czasu na jego dokonania, gdyby udało mu się jednak zdobyć tytuł z Celtics? Oczywiście dziś możemy jedynie bawić się w różnego rodzaju przypuszczenia. Dla mnie Maravich to absolutna czołówka najlepszych zawodników w dziejach. Nigdy nie był wprawdzie nawet dobrym obrońcą (chociaż jego długie i szybkie ręce pozwalały mu na częste przechwyty), ale jego gra w ataku była naprawdę niesamowita, a w dodatku efektowna i jedyna w swoim rodzaju. Pistol był postacią unikatową, na której umiejętnościach będzie można się wiecznie wzorować. A jego włosy nie na darmo były nazywane wówczas przez znaną markę szamponu najlepszymi w lidze.



Podziel się:

komentarze (20) | dodaj komentarz

20 LAT TEMU...

czwartek, 07 maja 2009 23:03



20 lat temu, 7 maja 1989 roku Michael Jordan trafił swój pierwszy wielki rzut. Rzut, który otworzył mu drogę do wielkiej kariery. Najpierw znałem zdjęcie - potem dopiero zobaczyłem to w pierwszej połowie lat 90-tych. Pamiętam, że najpierw było zdjęcie czy plakat z jakiejś zagranicznej gazety. Chodzi oczywście o ...double-pump clutch buzzer-beater, zawisając w powietrzu nad szybciej spadającym Craigem Ehlo. Piąty mecz, pierwsza runda przeciwko Cleveland Cavaliers - 44 punkty, 9 zbiórek, 6 asyst. Z tej okazji postanowiliśmy przypomnieć 10 Najważniejszych Akcji Michaela Jordana - wszystkie pod presją upływającego czasu.



Podziel się:

komentarze (6) | dodaj komentarz

Z DETROIT DO LOS ANGELES

czwartek, 30 kwietnia 2009 20:12


Los Angeles Times na swoich stronach zamieścił wczoraj późnym wieczorem niezwykle interesujący artykuł o człowieku, który stał za ruchami kadrowymi i sprowadził Lakers w latach 40-tych do Minneapolis, skąd dopiero potem trafili do Los Angeles.


89-letni Sid Hartman był 60 lat temu felietonistą (i do dzisiaj jest!) w działającym do dzisiaj największym dzienniku w Minnesocie "Star Tribune". I to on stał za tym, by w 1947 roku kupić zespół ...Detroit Gems i przenieść go do Minneapolis.

Hartman opowiada też o tym jak to ówcześni Lakers byli bliscy pozyskania Billa Russella i zadaje pytanie retoryczne. Czy jeśli Russell grałby w Minneapolis Lakers to czy ten klub kiedykolwiek przeniósłby się do Kaliforni?

Oto link do artykułu dla zainteresowanych.


Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  17 060 691 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   





[ Copy this | Start New | Full Size ]





















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u