
Rafał Niewiadomski
Nigdy nie przepadałem za Knicksami. Zawsze był jakiś powód. Na początku bo byli wrogami Jordana w czasach pierwszego 3-peatu, później bo odesłali z kwitkiem Bulls bez Jordana w PO’94 a następnie walczyli z Rockets w finałach, w których bliżej mi było do Rakiet i Olajuwona niż do Knicks. Swoją drogą to były świetne finały. Następnie Knicks byli wrogami „moich” Magic, później ograli Lakers w niedziele na TVNie i tyle powodów mi wystarczyło by za nimi nie przepadać. W późniejszych czasach był Isaiah Thomas i Stephon Marbury ale przez nich zacząłem inaczej patrzeć na Knicksów i nawet zacząłem tęsknić za tymi twardymi nowojorczykami.
W historii tej ligi, zresztą w całej historii sportu, trafiają się od czasu do czasu takie drużyny, czy zawodnicy, którzy są underdogami i nie można im nie kibicować. To dlatego w USA takim wielkim zainteresowaniem cieszą się rozgrywki uniwersyteckie, bo tylko tam dzięki 1 meczowi Kopciuszek może wywalić Goliata za burtę. Tak było w ostatnich latach z uczelniami George Mason University czy Robert Morris Univ. Ci pierwsi doszli nawet do Final Four 3 lata temu, a ich historię śledziła cała Ameryka. Nie o uniwersytetach miało jednak być. W NBA takimi kopciuszkami, którym wszyscy kibicowali byli ostatnio Houston Rockets (09) oraz Golden State Warriors (07) jednak obie ekipy zakończyły swoje przygody już na drugiej rundzie Playoffs. Co innego Knicks’99…
Sezon 1998/99 był bardzo dziwnym sezonem. Przez lockout skrócono do 50 spotkań. W zasadzie miał się już nie odbyć i nie wszyscy gracze serio potraktowali tamte rozgrywki. Phil Jackson przez to przy tytule Spurs’99 zawsze stawiał gwiazdkę i mówił, że to takie niepełne mistrzostwo i nie powinno się liczyć. Być może dlatego mieliśmy do czynienia z tym co się na Wschodzie NBA wtedy stało. Dla Knicks to był ważny sezon, ponieważ wiadomo było, że dla ich ikony, Patricka Ewinga może być to ostatni dzwonek na zdobycie mistrzostwa NBA. Jordan wreszcie zakończył karierę, Shaq był już na Zachodzie, a Olajuwona i Rockets nazywano Jurajskim Parkiem. Włodarzom nowojorczyków udało się sprowadzić Latrella Spreewella z Warriors oraz pozyskać z Raptors Marcusa Camby’ego. Podpisano także umowę z wolnym agentem Kurtem Thomasem. Oczywiście nie ma nic za darmo. Z drużyną pożegnały się 2 ikony Knicksów w osobach Charlesa Oakleya oraz Johna Starksa jednak wydawało się, że zgromadzono na tyle dużo talentu, że zespół będzie w stanie powalczyć o mistrzostwo dla Pata.

Sprawa nie była prosta, bo tak samo zmotywowani na Wschodzie byli jeszcze mocni Miami Heat oraz Indiana Pacers, nie wspominając już o takich potęgach Zachodu jak Jazz, Blazers, Spurs czy Lakers. Niemniej Knicks mieli naprawdę spore szanse na to by dokonać tego czego im się nie udało w wcześniej.
Sezon rozpoczęli nienajlepiej wygrywając zaledwie 10 z pierwszych 18 spotkań. Można to było jednak tłumaczyć dłuższymi wakacjami. Przez lockout wielu zawodników w ogóle nie doszło do formy w tym sezonie a niektórzy zjawili się tak otyli, ze kluby nakazały im kuracje odchudzające (Shawn Kemp, Vin Baker). Na chwilę stracili Paricka Ewinga za sprawą kontuzji Achillesa, jednak po 11 dniach „King Kong” wrócił do gry, jak się jednak później okaże, ten uraz będzie kluczowy dla losów całego sezonu. Drużyna wciąż nie zachwycała. Wciąż wygrywali praktycznie tylko co drugie spotkanie i sezon zakończyli z wynikiem 27 zwycięstw i 23 porażki. To dało im ósme miejsce w Konferencji Wschodniej premiowane awansem do Playoffs ale perspektywy grania z nr 1, czyli Miami Heat, którzy odprawili ich z kwitkiem w poprzednich Playoffs nie były wcale fajne. Trenerem Żarów był wtedy jeszcze brylantowy Pat (Riley), który jak mało kto znał minusy Knicksów i seria miała być tylko kwestią 3 spotkań. Choć obie ekipy miały już na pieńku…
Tu jednak do gry wkracza z ławki Latrell Sprewell, na którego nie była przygotowana defensywa Heat. Spree już w pierwszym meczu serii rzucił 22 punkty i Knicksi odnieśli najważniejsze w ej serii, 20-punktowe zwycięstwo (95-75) na jej otwarcie. Heat drugi mecz już wygrali, jednak to Knicks zadawali cały czas pierwszy cios. U siebie w game 3 nowojorczycy ponownie pokonali wysoko Żary i ponownie Riley nie miał odpowiedzi na Sprewella, który zdobywając 22 punkty, był najlepszym strzelcem swojej ekipy, wciąż grając z ławki. Heat zdołali doprowadzić do wyrównania serii wygrywając pewnie game 4, i o wszystkim decydować miał mecz na Florydzie (serie w 1 rundzie grane były wtedy do 3 zwycięstw). Mecz był bardzo nerwowy. Pod względem ataku nie było to piękne spotkanie. Czuć było o co grają te drużyny i wierzcie mi to było coś więcej niż tylko decydujący mecz serii. Heat na 20 sekund przed końcem prowadzili 77-76 i grę wznawiali z połowy goście. Przez 15 sekund nie byli w stanie zagrać nic sensownego i Sprewell prawie stracił piłkę. Zresztą zobaczcie sami, bo tego nie da się opisać.
Knicks stali się drugą, po Denver Nuggets’94, ekipą z 8 seeda która wyeliminowała 1 seed. Już przeszli do historii, jednak na tym nie miało się skończyć.

W drugiej rundzie trafili na Atlantę Hawks i trafili chyba najlepiej jak mogli. Jastrzębie choć rozegrały świetny sezon regularny (31-19!) nie były dostatecznie doświadczoną drużyną by wyeliminować nowojorczyków. Natomiast Knicks, podbudowani wygraniem serii z Heat, urośli w oczach o dobre 10cm każdy (szczególnie Sprewell, który z ławki rzucił w pierwszych dwóch meczach w ATL łącznie 62 punkty!) i zesweepowali Atlantę, która naprawdę nie miała nic do powiedzenia w tej serii. To dodało Knicksom kolejne 2-3 cm i w starciu z Indianą Pacers nie byli bez szans. Nie mieli nic do stracenia, z meczu na mecz wyglądali coraz lepiej i na pewno nie wyglądali jak drużyna z ósmego seedu.
Pacers to już nie były jednak przelewki. Rik Smiths, Chris Mullin, Jalen Rose, Davisowie, Travis Best, Mark Jackson, Sam Perkins, Derrick McKey, czy młodzi Austin Croshere i Al Harrington. No I oczywiście Reggie Miller.

To była ta sama ekipa, która rok wcześniej poległa dopiero w 7 meczach z wielkimi Bykami Jordana. To była drużyna, która była najbliżej pokonania Bulls w tamtym okresie i mając HCA byli wielkimi faworytami tej serii. Dla Knicks to jednak nic nie znaczyło. Już na dzień dobry w pierwszym meczu serii, dzięki siewnej defensywie zdołali doprowadzić do zaciętej końcówki i zwyciężyć 93-90, zabierając Indianie atut przewagi własnego parkietu. W drugim meczu serii, Knicks przegrali po zacietej końcówce, na domiar złego Ewingowi odnowiła się kontuzja Achillesa.
Od czego był jednak Marcus Camby. Camby zagrał prawie jak Pat (21-11-2bl-4prz), jednak na 11 sekund przed końcem spotkania, Pacers wciąż pewnie prowadzili 3 punktami (91-88) i choć piłkę mieli Knicks, wydawało się, że nic złego się nie stanie i gracze z Indiany przywrócą sobie przewagę własnego parkietu. Tego dnia, swój dzień miał nie tylko Camby. Był jeszcze Larry „Babka” Johnson, który popisał się prawdopodobnie najsłynniejszą 4-punktową akcją w historii NBA.
Kocham tą akcję. Słyszycie jak chwilę wcześniej Bill Walton mówi „byle by Pacers nie faulowali przy rzucie za 3”? Dzięki tej akcji Knicks urośli o kolejne 2-3cm, Pacers zdołali wyrównać jeszcze serię na 2-2, jednak nie byli wstanie powstrzymać Knicks a w szczególności Marcusa Camby’ego, który w game 5 z ławki rzucił 21 punktów, zebrał 13 piłek i zaliczył 6 bloków, wyłączając jednocześnie z gry Rika Smithsa, który pod nieobecność Ewinga miał być kluczem do wygrania tej serii przez Pacers. Swoje zrobili także Houston i Sprewell, którzy rzucili prawie 50 punktów, dzięki czemu Knicks zwyciężyli 101-94 i wracali do mekki koszykówki, by zakończyć serię w 6 meczach. Takiej okazji nie mogli wypuścić z rąk. Tym razem z gry wyłączony został Reggie Miller (1/8 za 3, 3/18 z gry) i Pacers polegli 90-82. Ponownie punktował duet Houston-Sprewell (52 punkty), a pod koszem rządził Camby. Drugi awans do Finałów w latach 90. stał się faktem.
Knicks trafili jednak tym razem najgorzej jak mogli. San Antonio Spurs dysponowali nie jedną, a dwiema wieżami(Duncan i Robinson), które trzeba było ograniczyć. Tamci Knicks, będący w takim gazie, będący tak nieobliczalni mogli pokonać każdego ale nie tych Spurs. Tym bardziej, że Ewing na pewno miał nie wrócić do gry, nawet gdyby doszło do game 7. Finały stojące pod znakiem defensywy (tylko raz w pięciu meczach zespół przekroczył 90 punktów, byli to Spurs w game 4- zdobyli 96 pts) wygrały oczywiście Ostrogi. W San Antonio, w obecności ponad 36 tys. widzów zgromadzonych w footballowej hali Alamodome, Spurs pozwoliły Knicksom na zdobycie łącznie zaledwie 144 punktów w 2 pierwszych meczach, co pozwoliło na objęcie prowadzenia 2-0 w serii. W Madison Square Garden Nowojorczycy byli w stanie wygrać jedynie game 3 (89-81) dzięki heroicznemu występowi tria Houston (34 punkty), Sprewell (24 punkty) i Johnson (16 punktów). W szczególności ten trzeci, razem z Kurtem Thomasem, podjął rękawicę rzuconą przez wysokich Spurs i spowodował, że Duncan i Robinson musieli ostro zapracować na wszystkie punkty i zbiórki. Niestety to było wszystko, na co było stać Knickerbockers, w kolejnym meczu polegli, a w game 5 załatwił ich „Maly Generał”, dzięki czemu David Robinson stał się pierwszym wielkim graczem tamtych czasów, który po Jordanie i Hakeemie posmakował mistrzostwa. Już nikt nigdy nie mógł wrzucić go do tego samego worka co Malone’a, Paytona, Millera czy… Ewinga, którzy nigdy nie zdobyli mistrzostwa. Szczególnie tragiczna jest to historia dla Ewinga, który nie tylko nie zdobył tytułu, ale mógł tylko z boku przyglądać się jak jego partnerzy przegrywają mu tytuł. Z drugiej strony, czy on sam chciałby zdobyć tytuł siedząc na ławce? Pewnie do końca życie byłoby mu to wypominane tak samo jak nie wygranie mistrzostwa…
Rok później niemal, drużyna w niemal niezmienionym składzie przegrała w Finałach Konferencji z Indiana Pacers 4-2. Później był transfer Ewinga, transfery kolejnych zawodników aż Knicks spadli na dno, z którego podnoszą się niestety do dzisiaj.
Michał Górny
Pozwolę sobie wtrącić, że to jedna z moich ulubionych w mojej *kolekcji*. I w dodatku znaleziona za 80 zł....Bezcenne!!



Rafał Niewiadomski
Będzie trochę o Bobkach, bo mają ładne stroje i grają ostatnio dobrze, jednak więcej o Stephenie Jacksonie, który zasłużył na Koszulkę Tygodnia. Stephen to jeden z moich ulubionych graczy w tej lidze, zawsze lubiłem go oglądać bo zostawia na parkiecie 110%, ma świetną trójkę i gra twardo w defensywie. Jest nieprzewidywalny, owszem ale jeszcze bardziej jest niedoceniany. Nic w karierze nie zostało mu dane za darmo. Przeszedł długą drogę zanim znalazł swoje miejsce w lidze i choć jest jednym z niewielu graczy w tej lidze, którzy potrafią na tak samo wysokim poziomie grac zarówno w ataku jak i obronie, nie zobaczymy go często w highlightach czy reklamówkach ligi, bo jest dla niej trochę jak wrzód na… wiecie gdzie. To jednak wystarczy by go mieć go na swojej liście ulubionych zawodników.
Capitan Jack (nie cierpię tej ksywy! Powiedziałby Klakier) to idealny przykład na to, że życie nie jest usłane różami. Od małego miał przechlapane. Stał się taką różą, która wyrosła na betonie (wiadomo, biedna rodzina, czarny kolor skóry, źli koledzy z sąsiedztwa, standardowa historia), choć bardzo ciernistą, ponieważ wielu się na niej skaleczyło, począwszy od władz NBA, właścicieli klubów (także NBA), partnerów z drużyny jak i przeciwników, choć Stephen ma też ludzką twarz. W ogóle robi dużo poza basketem, od fundacji pomagającej biednym dzieciakom, po kupowanie kibicom biletów (S-Jax miał swój 6 Squad w Oakland), jednak o tym rzadziej się mówi, bo wiecie jak jest. Niemniej jako dzieciak musiał zarabiać na siebie pracując u dziadka w restauracji na… zmywaku. Od małego przejawiał niesamowity talent do koszykówki i futbolu amerykańskiego (nie mogę znaleźć potwierdzenia ale jestem pewien, że widziałem podczas jakiegoś meczu w TV, zdjęcie młodego S-Jaxa w kasku). Wybrał oczywiście koszykówkę, jednak nie był graczem, którego łatwo dało się prowadzić. Dlatego trafił do Oak Hill Academy, która słynie z tego, że bierze pod swoje skrzydła głównie utalentowanych graczy z problemami, dla których OHA to ostatnia i w zasadzie jedyna deska ratunku. I faktycznie, Jackson pod okiem uznanych szkoleniowców dobrze się rozwijał. W 1996 roku wystąpił w meczu All American McDonald’sa, w którym występują najlepsi gracze szkół średnich. Jackson rzucił najwięcej punktów w tym spotkaniu, choć wzięły w nim udział takie gwiazdy jak Kobe Bryant, Jermaine O’Neal czy Tim Thomas. Następnym krokiem miał być uniwersytet. Wybrał uniwerek Arizony, jednak tutaj wyszła niechęć Jacksona do edukacji. Nie zdobył wystarczającej ilości punktów w testach i swoją naukę (a raczej karierę koszykarską) musiał kontynuować w Butler Community College. Z takiej szkoły dostanie się do NBA graniczyło z cudem. Stephen jednak zaryzykował (nie miał innego wyjścia) i po roku udało się. W 97 roku wybrali go… Phoenix Suns, z odległym 43.(!?) numerem, jednak w ich barwach nie zagrał ani jednego spotkania. Przez następne 3 lata widywano go w halach CBA, Australii, Dominikany oraz Wenezueli, dzięki czemu dziś Jackson biegle mówi po hiszpańsku.
Dopiero w sezonie 2000/01 szansę postanowili dać mu New Jersey Nets, gdzie Point Guardem był jego kumpel… Stephon Marbury. W Siatkach zaliczył całkiem niezły sezon (8 punktów na mecz, plus solidna defensywa), którego ukoronowaniem był udział w Meczu Debiutantów podczas All Star Weekend w Oakland. W wakacje po Stephena zgłosili się San Antonio Spurs, szukający taniego walczaka na pozycje 2-3 na ławkę. Jackson to był strzał w „10” jednak wg sztabu szkoleniowego musiał dojrzeć. Pomimo, iż był najciężej pracującym zawodnikiem w zespole, oraz pierwszym który przybijał piątki i wspierał kolegów, większość tego sezonu spędził na liście kontuzjowanych (nieaktywnych). Nasz bohater nie bardzo był w stanie to zrozumieć, dlaczego pomimo tego, iż uważany był przez swoich trenerów za najbardziej utalentowanego zawodnika w drużynie, siedział głównie na ławce bądź był nieaktywny. Jednak Popovich wiedział co robił. To wszystko tylko dopingowało Jacksona do cięższej pracy i w sezonie 2002/03 stał się już ważnym zawodnikiem w rotacji, rozpoczynając aż 70% spotkań Spurs w pierwszym składzie. W Playoffs był już 3. opcją drużyny w ataku. Dodawał do tego bardzo dobrą defensywę, niejednokrotnie będąc X-factorem. Spurs dość nieoczekiwanie przełamali hegemonię Los Angeles Lakers i zdobyli swój drugi tytuł mistrzowski. Jackson dołożył do tego bardzo dużą cegłę, choć pod względem zarobków był 12. w zespole (niespełna 700 tys. $!).
W wakacje Jackson nie dogadał się w kwestiach finansowych z Ostrogami i poszedł grać za 1 mln do Atlanta Hawks, gdzie mógł spokojnie zapracować na pierwszy wysoki kontrakt. Faktycznie Jacksonowi wśród Jastrzębi dużo łatwiej było się wypromować. Swoje statystyki wyśrubował do 18 punktów na mecz i prawie 5 zbiórek, dokładając tradycyjnie świetną defensywę. Do przerwy na All Star Game, ze średnią ponad 24 punktów na mecz, był przez pewien moment nawet 6. Strzelcem ligi. To musiało zaowocować tłustym kontraktem. Może nie tak tłustym, jak chciał tego S-Jax, jednak udało mu się podpisać Mid Level Exception (nieco ponad 5 mln $ na sezon) i zamienić Atlantę, dzięki Sign&Trade, na Indianę, gdzie zbudowano wokół Reggiego Millera młodą, defensywnie grającą ekipę, która pozwoliłaby Reggiemu zdobyć w końcu upragnione mistrzostwo NBA.
Jermaine O’Neal, Ron Artest, Jonathan Bender, Austin Croshere, Jamal Tinsley, Fred Jones, Anthony Johnson, Jeff Foster, Dale Davis, James Jones, David Harrison czy Scot Pollard. To był zespół, który jak najbardziej stać było na zdobycie mistrzostwa. Sezon zaczęli nieźle (6-2) jednak to 9. mecz sezonu przeciwko ich katom z poprzednich playoffs i jednocześnie obrońcom tytułu- Detroit Pistons, na ich terenie, miał pokazać czy ten zespół będzie stać na wygranie całej ligi. Co się wtedy stało wszyscy wiemy. Pacers upokorzyli Tłoki na ich terenie wygrywając 97-82, jednak bójka do której doszło była początkiem końca wielkiej koszykówki w Indianapolis. Jackson oczywiście nie mógł być bierny, gdy widział, że biją jego kumpla z drużyny na trybunach, toteż doczekał się 30- meczowej dyskwalifikacji. Pacers bez Artesta w playoffs polegli z Pistons ponownie. Zespół się rozpadł, karierę skończył Miller, zaś Ron zażądał transferu. Jackson przejął rolę ciągnącego ten wózek razem z Jermaine’m O’Nealem, doszedł nawet z Pacers do playoffs jednak szybko odpadł po 6 meczach.
Sezon 2006/07 stał pod znakiem kolejnych problemów poza boiskowych Jacksona. Brał udział w strzelaninie w klubie nocnym. To wszystko doprowadziło do transferu i w połowie sezonu Stephen był już Wojownikiem (razem z Alem Harringtonem). Przenosiny dobrze mu zrobiły, bo mógł skoncentrować się ponownie na koszykówce. Styl gry Wojowników nie był ulubionym stylem gry naszego bohatera, jednak dzięki temu, że w zespole znalazł się specjalista od defensywy, jednocześnie pasujący do koncepcji gry w ataku trenera Nelsona (Stephen świetnie rzuca trójki i biega, więc choćby posiadał tylko 1 rękę, pasuje do koncepcji gry Nelsona), na transferze skorzystały obydwie strony. Warriors stali się drużyną jeszcze bardziej nieobliczalną i utalentowaną a Stephen mógł robić na parkiecie w zasadzie to co chciał. Sezon zakończyli wygraniem 9 z 10 ostatnich spotkań i rzutem na taśmę awansowali do playoffs, gdzie sprawili bodaj największą niespodziankę ostatniego 10- lecia, jak nie całej historii ligi. Ich ofiarą padli Dallas Mavericks, zespół który w sezonie regularnym grał niemal idealną koszykówkę, wygrywając 67 spotkań. W zasadzie, gdyby nie to, że w końcówce sezonu trener Avery Johnson postanowił dać odpocząć swoim starterom, Mavs mogli wygrać nawet 71 spotkań. W playoffs trafili jednak najgorzej jak mogli, na będących w gazie Golden State Warriors, grających totalny chaos w ataku, mających na ławce byłego trenera Mavs, znającego ich wszystkie słabe punkty, będącego jednocześnie w wielkim konflikcie z właścicielem drużyny z Dallas, za sprawą niewypłaconej jakiejśtam kwoty z kontraktu. Także powodów do wygrania Nelson miał wiele. Żeby było zabawniej, Wojownicy w sezonie regularnym 3- krotnie w 3 meczach pokonywali Mavericks, będąc jednocześnie jedyną drużyną, której w tamtym sezonie Mavs nie pokonali w RS. Seria przebiegała tak jak się wszyscy spodziewali. Było nieprzewidywalnie. Wojownicy już na dzień dobry, w pierwszym meczu serii, pokonali zespół z Dallas na ich terenie. Dalej już było tylko gorzej dla Mavericks i sensacja stała się faktem. Po 5 meczach Wojownicy byli w 2. rundzie.

W drugiej rundzie Warriors ulegli fizycznie grającym Jazz 4-1 jednak przeszli do historii po tym czego dokonali.
Wróćmy do naszego bohatera. Jackson ze średnią 20 punktów na mecz był bardzo ważnym elementem tej układanki. Nie tylko dawał trochę szaleństwa w ataku, w defensywie uprzykrzał momentami życie Dirkowi Nowitzkiemu do tego stopnia, że ten zapamięta tą serię do końca życia. W kolejnych latach nie było już tak różowo. Zespół najpierw opuścił Jason Richardson.
Wojowników zabrakło w następnych playoffs, zespół opuścili kolejni gracze jak Al Harrington czy Matt Barnes. Nie miało to wpływu na grę S-Jaxa, bo ten zaliczył 2 sezony pod rząd, w których rzucał średnio minimum 20 punktów na mecz. Zaowocowało to podpisaniem 40 milionowego, 4- letniego kontraktu, który trzeba traktować w ramach wyrównania rachunku za to, iż przez całą swoja karierę grał za mniejsze pieniądze niż był naprawdę wart. I kiedy wydawało się, że będzie wszystko normalnie Jackson pokłócił się z trenerem. Nie widział się w tej koncepcji zespołu i zażądał transferu. Stał się bardzo ciekawym kąskiem na rynku. Być może z wysokim kontraktem i ciężkim charakterem ale dla niektórych ekip taki zawodnik to jest brakujący element. Warriors w zamian nie wymagali wiele. Potrzebowali spadającego kontraktu. Z miejsca Jacksona połączono z Cleveland Cavaliers. W druga stronę powędrowałby Zydrunas Ilgauskas. Wszyscy chcieli tego transferu, jednak gdy Cavs wciąż się zastanawiali czy warto, zgłosili się Charlotte Bobcats. W drugą stronę powędrowali Vladimir Radmanovic oraz Raja Bell.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Bobcats z ekipy, która wygrała tylko 3 mecze w pierwszych 12, nagle wygrała 7 w kolejnych 12 spotkaniach i stała się drużyną, z którą trzeba się liczyć. Potrafili pokonać Denver Nuggets oraz pechowo ulec Dallas Mavericks. Posiadają defensywnych Chandlera, Wallace’a i Jacksona, dzięki czemu są w czubie ligi pod względem obrony. Sezon zapowiada się dla Bobków bardzo ciekawie. Moim zdaniem zobaczymy ich w playoffs, gdzie stać ich na sprawienie sporej niespodzianki. Oczywiście wiele przed nimi pracy ale dopóki „miesiąc miodowy” ze Stephenem trwa ten zespół jest pozytywnie nieobliczalny. Co najważniejsze, Bobcats miło się w tym momencie ogląda. Świetna defensywa plus dość spora dawka efektywnych akcji w ataku sprawia, że można już na dłuższą chwilę zawiesić oko na ich grze. To zespół atletycznych walczaków, a tacy pod kierownictwem trenera Larry’ego Browna zawsze osiągali sukcesy. Zresztą wydaje się, że nareszcie Brown ma w Charlotte odpowiednie narzędzia do tego by jego zespół zaczął grać Koszykówkę, a sam Stephen, personalnie jest ciekawym wyzwaniem dla niego.
Jak to wszystko się skończy? Nie wiemy. Obstawiam, że jeżeli Bobki będą robili postępy, to Jackson może nawet zakończyć karierę jako Bobcat. Jeśli jednak postępów zabraknie, Jackson pewnie spróbuje zdobyć ponownie tytuł z jakimś lepszym zespołem. Choć niekoniecznie przed wygaśnięciem obowiązującego go kontraktu. Jackson ma już mistrzowski pierścień, jako ważna część zespołu zatem nie ma aż tak dużego ciśnienia by za wszelką cenę zdobyć mistrzostwo. Ale S-Jax to zawodnik lubiący wyzwania, do tego ma trochę przerośnięte ego. To powoduje, że stać go np. na wypowiedzenie wojny Kobemu. Przed jednym ze spotkań tegorocznego pre season, Stephen powiedział, że jest lepszy od Black Mamby. Kobe oczywiście dał mu nauczkę ale możemy być pewni, że Jackson nie popuści Bryantowi. Nie popuści nikomu. I to jest cały Stephen Jackson. Za to jedni go kochają, inni nienawidzą. Ale to powoduje, że wszędzie gdzie się pojawiał były lepsze wyniki. Dlatego przyjrzyjcie się grze Bobków w tym sezonie. Mają naprawdę fajne stroje a posiadając Jacksona w swoim składzie, stają się z miejsca drużyną z wyższej półki. Czy to wystarczy im na playoffy? Oby.

źródło: flickr.com
Nowy strój New Orleans Hornets swoją premierę będzie miał w lutym. Tylko i aż czterokrotnie, z okazji Mardi Gras. Z przodu strój będzie granatowy, natomiast z tyłu zielony. Po bokach - żółty. Żółte będa również napisy i cyfry.
- Wikipedia
Piotr Makulec
Póki co nie znalazłem oficjalnej informacji o tym, że Atlanta Hawks wprowadzają nowe alternatywne stroje, ale w ich klubowym sklepie można już kupić takie oto czerwone jersey'e (za 80$)...

Hawks zagrają w nich w tym sezonie (info: Pepis):
11.12.09 z Toronto Raptors
4.01.10 z Miami Heat
18.01.10 z Oklahoma City Thunder
6.02.10 z Washington Wizards
1.03.10 z Chicago Bulls
26.03.10 z Philadelphia 76ers
2.04.10 z Cleveland Cavaliers

Wczoraj u George’a Lopeza miała miejsce premiera nowych butów Kobego. Po zeszłorocznym dużym sukcesie czwórek, Nike i Kobe doszli do wniosku, że pójdą dalej w wyznaczonym przez czwórki kierunku. Nowe Kobe Zoomy także są niskie, i prawdopodobnie jeszcze lżejsze od czwórek.


Przypominają mi bardziej buty do tenisa. Z profilu widzę pewne podobieństwo z AJ XIV. Większa, szersza jest podeszwa, natomiast góra buta wydaje się zminimalizowana do ...maksimum. Podeszwy wydają się dobrze wyprofilowane. Po zewnętrznej stronie stopy jest ich więcej, po to by przy wirażach i zwrotach buty lepiej trzymały się parkietu. Generalnie prezentują się nieźle. Można doczepić się do wersji kolorystycznych, ale dokonano pewnej rewolucji, bo 2 lata temu gdy myślałem o low’ach i koszu, o nie potrafiłem tego połączyć. Dziś widzę duże zmiany w tej kwestii. Finansowo podobno cała seria czwórek, wraz z ciuchami okazała się dla Nike bardzo dobrym interesem, także w USA. Stąd tak dużo nowych wersji kolorystycznych. Wprowadzono nawet na Nike.com możliwość zrobienia sobie czwórek wg własnego wzoru. Nike - Kobe objęli swoim patronatem dwie szkoły Rice oraz USC.


źródło: sneakerfiles.com
Zobaczymy kto będzie grał w KZ V. W czwórkach występuje już całkiem pokaźne grono na parkietach NBA i Euroligi. W NBA są to oprócz Jeziorowców (Odom, Brown, Powell, Vujacic swego czasu), ex-Lakers Turiaf i Ariza, a także Nate Robinson czy kilku innych graczy NBA. Ostatnio umowę z Nike na granie wyłącznie w Kobe Zoomach podpisał DeMar DeRozan, grający wcześniej w USC.
Premiera tej wersji kolorystycznej bialo-czarno-jaskrawozielonej przewidziana jest na 26 grudnia. Same buty premierę będą chyba miały wcześniej. Moje doświadczenia z wszystkimi KZ były bardzo pozytywne, zobaczymy jak wyjdzie z tymi. Jeżeli będą faktycznie lżejsze od czwórek, to zacznę się zastanawiać, gdzie jest granica. Do Polski także buty powinny dotrzeć, także z częścią ciuchów. Pozostaje zatem czekać.
źródło: sbnation.com
Piotr Makulec
Dzisiaj po południu władze Minnesoty Timberwolves ogłosiły, że w sezonie 2009-10 sześciokrotnie wystąpią w oldschoolowych trykotach które widzicie powyżej. Stroje te były pierwszymi w krótkiej historii klubu. Używano ich między sezonami 1989/90 - 1995/96 i do tej pory uważane są za jedne z najładniejszych w historii NBA.
Wilki zagrają w nich...
w sobotę 5 grudnia przeciwko Utah Jazz
w sobotę 26 grudnia przeciwko Washington Wizards
w piątek 22 stycznia przeciwko New Orleans Hornets
w piątek 19 lutego przeciwko Chicago Bulls
w sobotę 27 lutego przeciwko Portland Trail Blazers
w niedzielę 28 marca przeciwko Phoenix Suns
Rafał Niewiadomski
Trochę mało ostatnio pisałem, o Lakers też nie widzę materiałów, więc pora się przypomnieć. A jest ku temu dobra okazja. Lakers w ubiegłym tygodniu odwiedzili, a raczej wrócili do hali, w której jakby nie było, zdobyli 6 tytułów mistrzowskich. The Great Western Forum, bo o niej mowa, kojarzona jest z efektywnym i szybkim graniem i tak już pozostanie na zawsze.
Powód odwiedzin prosty. Po pierwsze Lakers obchodzą 50- lecie przenosin do Los Angeles, po drugie, mija właśnie 10 lat odkąd po raz ostatni wystąpili w Forum. Miało to miejsce w preseason 1999/00. 10 lat to szmat czasu. Lakers w tym czasie zdobyli kolejne 4 tytuły, w międzyczasie przebudowując drużynę i zaliczając sezon bez playoffs. Niewielu pamięta Forum, nawet spośród kibiców, szczególnie tych najmłodszych. Spośród obecnych zawodników drużyny, jedynie Kobe Bryant i Derek Fisher pamiętają halę. Dla obu, spotkanie z Warriors, było bardzo wartościową podróżą w czasie. Kiedy po raz ostatni grali tam Lakers, Gasol był w Hiszpanii, Artest był drugoroczniakiem na St. John’s a Bynum nie zaczął nawet szkoły średniej. Kobe był w szoku, że tak niewiele się zmieniło. Te same korytarze, szatnie, pomarańczowe krzesełka czy zapach hali.
„Historia tej hali jest minimum tak wielka, jak historia osób, które miały okazję zagrać na tym parkiecie (West, Chamberlain, Baylor, Johnson to tylko niektóre z nazwisk wielkich Jeziorowców przyp. autor). Ten budynek ma dusze i osobowość. Niewiele hal sportowych może to o sobie teraz powiedzieć”- mówi Derek Fisher.

Celtics mieli swoje Boston Garden, Lakers mieli swoje Forum. Swego czasu Forum było twierdzą nie do zdobycia, kiedy to w sezonie 1971/72 Lakers odnosili 69 zwycięstw w sezonie regularnym. I choć faktycznie nie osiągnęli w niej tak wiele jak C’s w Garden, to jednak tamci Lakers będą zawsze kojarzeni z Forum, a samo Forum będzie synonimem szybkiego grania i wyzwolonych kibiców. W Forum nawet słabi personalnie Lakers grali w pewnym stylu przypominającym Showtime, kiedy na parkiecie nie biegali już Johnson z Worthy’m tylko Cebballos, Van Exel czy Eddie Jones.
Phil Jackson również kojarzy Forum i to raczej pozytywnie. To w Forum zdobył swój pierwszy tytuł mistrza NBA, jako trener Bulls. Jednak poza finałami 1991 roku ciężko wygrywało się w tej hali, ponieważ jako coach Bulls zaliczył bilans 4-4, nie licząc meczów ze wspomnianego finału. Zapytany o to co się zmieniło, odpowiedział: „Nic. Nawet hot-dogi są takie same.”
Całość przedsięwzięcia nie była łatwym zadaniem. Do tego był to kosztowny powrót, ponieważ właścicielem Forum jest już prywatny inwestor, który trochę pozmieniał w środku. Trzeba było sprowadzić ze Staples Center parkiet, kosze, a nawet telebimy. Zawodnicy po meczu nie mogli wziąć prysznicu, więc podstawione autobusy przewiozły po spotkaniu obydwa zespoły do ośrodka treningowego Lakers w El Segundo, by tam gracze mogli poddać się spokojnie kąpielom regeneracyjnym.
Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Powrót do Forum okazał się strzałem w „10”, czytając opinie kibiców i komentatorów w internecie. Być może takie jedno spotkanie w tej hali wejdzie na stałe do kalendarza przedsezonowego Jeziorowców, tak jak wypady do Las Vegas, Anaheim czy San Jose. Swoją drogą Lakers prawdopodobnie odwiedzą w przyszłe wakacje Europę. Zagraliby 2 spotkania, po 1 w Londynie i… oczywiście w Barcelonie. Wypad Lakers do Barcelony jest planowany przez włodarzy FC Barcelony, Jeziorowców i Sterna od 1 lutego 2008 roku, czyli od dnia, w którym Pau Gasol stał się graczem Lakers. Latem 2010 roku prawdopodobnie nareszcie uda się to życzenie wielu kibiców spełnić. Choć nie mam pojęcia jak Bryant i Gasol przeżyją przyszłoroczne lato. W planach obaj mają walkę o obronę mistrzostwa NBA, później walkę o Mistrzostwo Świata w Turcji (Kobe) bądź jego obronę (Pau), do tego wypad na NBA Live Europe Tour w trakcie przygotowań… Jeżeli jakimś cudem obroniliby mistrzostwo NBA, a później pokusili się o 3-Peat, to o spokojnie moglibyśmy porównać ich do Bulls 1996-98. Ale w tym momencie skończę pisanie co by się nie narazić niektórym.
Ps. Lakers ulegli we wspomnianym meczu Wojownikom 110-91. Warriors chyba są w gazie, bo dzień po meczu w Forum, pokonali na otwartym powietrzu Suns. Phil do tego spotkania podszedł bardzo treningowo, bo na boisku pojawiło się aż 16 Jeziorowców. Dla porównania, Wojowników wystąpiło tylko 10. Właściwie 9, bo Stephen Jackson dość szybko został usunięty z boiska i zawieszony przez swój klub, nie wystąpił z Suns wczoraj. Skoro już piszę, to trzech Lakers zostało odesłanych do domu (Gelabale, Monds i Fey). Skład liczy teraz 15 zawodników, wśród nich Thomas Kelati (tak, ten Thomas Kelati z Turowa) oraz Tony Gaffney, skrzydłowy walczak z UMass. Nie przewiduję jednak tego, by stali się pełnoprawnymi Lakersami w tym sezonie. Obcięcie 3 zawodników oznacza, że Phil coraz poważniej będzie traktował mecze przedsezonowe, ale bez przesady. Nastąpi to jednak, tak jak co roku, dopiero od przyszło weekendowego mini turnieju w Staples z udziałem 4 drużyn m.in. Lakers i Clippers.
Licznik odwiedzin: 17 067 365 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||




Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: