Rafał Niewiadomski
W ostatniej Koszulce Tygodnia opisałem Wam o co chodzi generalnie w koszulkowym świecie. Napisałem o podziale koszulek oraz o tym, jak odróżnić podróbki swingmanów od oryginalnych jerseyów. Zahaczyłem także o autentyki ale po lekturze komentarzy doszedłem do wniosku, że ten nasz poradnik trzeba rozszerzyć, żeby laik po jego lekturze miał pełne rozeznanie tematu.

No to jedziemy. Jak rozróżnić podróbkę autentyka? Opiszę poniżej kilka najczęściej popełnianych błędów przez podrabiających, głównie naszych skośnookich braci. Najczęściej kopiowane jerseye, to te najlepiej sprzedawane. Lakers, Celtics, Nuggets, Magic itd. Tak jak napisałem w poprzedniej KT, wszelkie koszulki w rozmiarze 50, 54 czy 58 to podróbki. Nie spotkałem oryginalnego jerseya w rozmiarze 46, poza autentykami Startera ale jeżeli wy spotkacie to na 99% będzie to fake. Często jednak się zdarza, że koszulka ma poprawny rozmiar, co wtedy? Wtedy proponuję przyjżeć się metkom.
Najczęściej podrabiane to koszulki Adidasa, Reeboka i Nike czyli te produkowane w ostatnich latach. Można jednak również spotkać podróbki Championa, produkowane w latach '90. Metki Adidasa i Reeboka powinny wyglądać mniej więcej tak.
Najłatwiej po metkach rozpoznać podróbki Rbk. Poniżej macie po lewej stronie oryginalne metki, po prawej fake.

Różnica jest w tym jak wyszyty jest rozmiar „48". W oryginalnych, czwórka nie jest "pisana jednym ruchem". Inaczej wygląda także ósemka, która w oryginalnych koszulkach ma duże wcięcia po bokach. Niech Was nie zmyli logo zespołu, którego nie ma w "złej" metce. W pierwszym sezonie, a może nawet 2 latach, Reebok naszywał metki bez logo zespołu NBA. Dodał je w późniejszym okresie, więc nie skreślajcie jerseya, jeśli nie będzie tego logo. Koszulek Nike'a jest bardzo mało na rynku i z reguły nawet podróbki mają bardzo dobrze zrobione metki. Rozpoznać fake można tylko po tym jak wyszyte jest logo zespołu. Adidas? Looknijcie poniżej.
Metki Adidasa również są bardzo dobrze podrabiane. W oryginalnych numery są bardziej... zakręcone, zaokrąglone.

Zwróćcie uwagę na piątkę. W dobrym jerseyu jest ona mniej kanciata i tak powinna wyglądać. Pamiętajcie, że żaden autentyk nie ma metek „przedłużających", które mają m.in. swingmany. Jak zobaczycie koszulki wyszywane z takimi metkami to będą to albo meczówki albo Pro - Cuty ale o tym nizej będzie.
Ok. Druga sprawa to wyszycie jerseyów. Każdy oryginalny jersey jest w pełni wyszywany. Jakie błędy są w tej kwestii popełniane? Np. jeżeli napis składa się z 2-3 kolorów każda warstwa, kolor powinny być osobnymi płachtami materiału. Bardzo często można spotkac numery czy napisy, gdzie jeden kolor jest w całości wyszyty nitkami. Tak ostatnio było przy okazji jerseya Orlando, który mi podesłano.

Jak widzicie po lewej stronie kolor srebrny (szary) jest wyszyty z nici. Po prawej macie oryginalną koszulkę, w której srebrna warstwa jest materiałem. Raz do czynienia miałem z takim materiałem, przy okazji koszulki Minnesoty. Świetna sprawa, bo gdy poświeci się w ten jersey gdy jest ciemno powinny się mienić srebrne nici w tym materiale. Zresztą one się mienią przy kazdym świetle. Jak już jestesmy przy jerseyach Magic, to trzeba też zwrócić uwagę na paski. Na niebieskich koszulkach powinny być szarawe, nie białe i powinny się rozchodzić z przodu. Do tego koszulka z tyłu nie powinna być półokrągła tylko prosta.
Jedziem dalej z kwestą wyszycia. Bardzo często niektóre zespoły wyszywają numery z materiałów ze strukturą. Tak jest np. w przypadku koszulek Nuggets i Jazz. I jedne i drugie mają strukturę choinki, których bardzo często brakuje w podróbkach.

Widać też pewną małą różnicę w piątce. Ta oryginalna jest mniej kanciata(?). I takie różnice w wyszyciu można znaleźć w większości koszulek. Problemy zaczynają się, gdy mamy do czynienia z dośc prostymi koszulkami i chętnie podrabianymi jak Celtics czy Lakers. W jednym i drugim przypadku wyszycie z reguły jest bardzo dobre. Choć w przypadku Lakers, jeżeli jest ono choć trochę krzywe, tzn. że mamy do czynienia z podróbką. Wystarczy, że na napisie „Lakers" jedna płachta materiału jest krzywo w stosunku do drugiej i od razu wiemy, że to fake. Jeżeli jest dobrze wszystko wyszyte, a tak czasami się zdarza w podróbkach, trzeba zobaczyć na krój koszulki i materiał, z którego jest zrobiona. Odkąd Nike przejął koszulki tych ekip, przestano używać w ich przypadku siateczek. Są robione z Dri-fitów. Do tego ważny jest krój koszulek, o którym wspominałem w poprzedniej Koszulce Tygodnia. Podróbki tych koszulek (autentyków) z reguły zrobione są z innych dziwnych materiałów, jak siateczka (C's) czy coś drifitopodobnego, czasami nawet świecącego (Lakers).
To by było na tyle apropos autentyków. Pamietajcie, że ważne są tez rozpierdaki po bokach koszulek. Każdy autentyk powinien je mieć. Teraz o Pro-cutach.

Pro-cuty, to koszulki dostępne w sprzedaży, autentyki w rozmiarze danego zawodnika. Produkował je głównie Nike. W zasadzie nie trafiłem na Pro-cuty innych firm dopuszczone do sprzedaży. Można było swego czasu kupić koszulkę Jordana z Bulls i Wizards w jego rozmiarze 50+4, bądź 52+2, koszulkę Kobego z Lakers w jego rozmiarze(50-52+2), czy Shaqa(56+6). Od autentyków róznią się tylko tym, że rozmiarówka jest już zwiększana co 2 i są to jerseye przedłużane (+ ileśtam) o kilka... długości (cali), o czym swiadczy dodatkowa metka.
Po wewnętrznej stronie mają także metkę z sezonem. Od koszulek meczowych oprócz wyszycia, różni je to, iż posiadają metkę na karku. Koszulki Nike'a można było kupić tylko w Nike Townach w USA. Jak jest z innymi jerseyami nie wiem, bo na nie nie natrafiłem a przynajmniej nie przypominam sobie tego. Raz w życiu, czy dwa trafiłem na podróbkę Pro-cuta.
Wisienką na torcie są koszulki meczowe. W latach '90 wyłączność na produkcję strojów dla graczy miał Champion. Meczówki Championa wyglądają tak, jak koszulka Penny'ego poniżej:

Jak juz jesteśmy przy tych koszulkach, to muszę napisać, że Adidas źle w tym roku skopiował te stroje, które dostali gracze z Orlando w kilku spotkaniach tego sezonu. O ile w koszulkach Championa niektóre napisy i wzory były farbowane, np. napis "Orlando" (poza gwiazdkami, które były wyszywane) czy wszelkie grafiki w strojach piżdżamowych Rockets czy Sonics, o tyle w tych koszulkach, które dostali teraz gracze Magic wszystko było wyszywane, włącznie z napisem.
Powracając do reszty jerseyów Championa, wszystkie koszulki były wyszywane tak samo jak dostępne w sprzedaży autentyki. Różnica była taka, że w meczówkach brakowało metki na karku, do tego rozmiarówka była co 2 od 40 do 60 np. MJ miał 46+3 a młody Shaq 54+4. Do tego była druga metka naszyta na koszulkę, na której było logo drużyny, dla której jersey został zrobiony, sezon oraz przedłużenie koszulki (body lenght). O ile sezon był wyszywany o tyle przedłużenie było... nabijane coś jakby pieczątką. Niektóre, te drugie metki trochę różniły się od tej widocznej na fotce. Inne miały zespoły Jazz, Sonics czy 76ers.
Meczówki robiły też inne firmy jak Puma czy Starter, jednak robiły je tak krótko, że jest ich bardzo mało. Dość spore zmiany nastapiły w 2000 roku kiedy kilka ekip, głównie Nike'a zmieniło krój strojów. Od tego czasu meczówki inaczej wyszywane są niż dostępne w regularnej sprzedaży autentyki. Chodzi mi tu oczywiście o wyszycie numerów i napisów. Różnice przedstawię na wyszyciu w koszulkach Lakers. Jak widać poniżej, po lewej na meczówce doszywane są obwódki napisów, po prawej w autentyku, do koszulki doszyta jest najpierw większa płachta biała, po czym na to naszyta jest mniejsza fioletowa, dzieki czemu wyszywanie wygląda trochę jak budowanie piramidy, warstwa po warstwie.

Co ważne meczówki produkowane są w USA, i jeżeli wywniemy je na lewą stronę, zobaczymy kolejną małą różnicę dzięki czemu po wywinięciu koszulki nie zobaczycie czegoś takiego w autentykach.
Polecam meczówki wszystkim. Na ebayu można na prawde tanio wyrwać czasami taką koszulkę. Czasami są źle podpisane, czasami źle wstawione do kategorii i sprzedawane jako autentyki, dzięki czemu można za rozsądną cenę kupić kawałek historii. Choć przegladając aukcje jednego ze sprzedawców na ebayu, który posiada masę meczówek, doszedłem do wniosku, że gośc dysponuje nie tylko oryginalnymi koszulkami. Część z jego kolekcji to koszulki zrobione z tych meczowych napisów, numerów i koszulek, które mu pozostały dzięki czemu mamy do czynienia z takimi kwiatkami jak koszulka Kobego z 96 roku w rozmiarze Shaqa z nazwiskiem Kobe na plecach. Dlatego przed zakupem/licytacją danej meczówki trzeba się upewnić czy dany rozmiar był w ogóle noszony przez zawodnika. Meczówki są także podrabiane. Strasznie nieudolnie ale jednak, czego efektem jest taka metka. Pewnie z tego powodu, liga zaczęła niedawno współpracowac z MaiGreyGroup, jedną z wielu firm w USA zajmujących się autoryzacją meczowych rzeczy. Wszystkie koszulki z takich eventów jak All-Star Game, NBA Finals, Latina Notche Night, Hardwood Classic Night itd posiadają odpowiednie dodatkowe metki, które posiadają także wszystkie koszulki m.in. Dallas Mavericks, którzy współpracuja z Mai Grey juz od dluzszego czasu.
Taka sama różnica jest także pomiędzy meczowymi spodenkami a tymi dostępnymi w sprzedaży. Takowe także można spotkać na ebayu, jak i dresy, koszulki rozgrzewkowe czy rzeczy treningowe. O treningówki pytaliście w komentarzach. Oczywiście są i podróbki treningowych koszulek. 2-3 lata temu po raz pierwszy natknąłem się na takie koszulki.
Oryginalne w tym kroju powinny być w serek i produkował je tylko Reebok swego czasu. Tak jak koszulki meczowe, czy te dostepne w sprzedaży, tak i tu można natrafić na treningówki dostępne w sprzedaży jak i te używane przez zawodników. Robiły je różne firmy, głównie te wspomniane wyżej od Championa po Adidasa. Jeżeli szukacie takich koszulek poszukajcie w odpowiednim dziale na ebayu wpisując „practice jersey". A po pomoc w ocenie fake/og zgłoście się na forum.

Z reguły na weekend daję radę napisać Koszulkę Tygodnia. Niestety, w ten który minął, to mi się nie udało. Z różnych powodów. Brak czasu, brak weny, brak chęci. Wbrew temu co niektórzy wypisują czasami w komentarzach, to co robimy na tym blogu wynika tylko i wyłącznie z naszej miłości do koszykówki, szczególnie jej wersji zza oceanu. Nie robimy tego dla kasy. Bardzo cieszy nas pozycja jaką sobie wypracowaliśmy, cieszą nas Wasze komentarze, to że nas dostrzeżono w Blogu Roku. Ale bez jaj. Większość z nas ma normalną pracę, a pisanie tutaj to czysto społeczne zajęcie. Dlatego... spójrzcie czasem na to wszystko z drugiej strony. Ok., koniec prywaty.
Chciałem napisać KT o Penny'm ale zdając sobie sprawę z tego jaki to ciężar gatunkowy, odkładam to na półkę „gdy będzie odpowiednia wena". Obiecuję, że wkrótce ten temat podejmę ale nie chce tego zrobić na odwal, bo wtedy wielka rzesza jego fanów zje mnie w komentarzach. To jest swoją drogą ewenement ile fanów miał i miał Grosik...
Dzisiejsza Koszulka będzie poświęcona nie graczowi, czy zespołowi tylko... koszulce - jerseyowi. To będzie taki mini poradnik dla tych, którzy zamierzają zakupić sobie wkrótce jakiś jersey, bądź już zakupili albo właśnie kupują.

Wyróżniamy obecnie 3 rodzaje oryginalnych koszulek koszykarskich, na rynku amerykańskim. Bo trzeba rozróżnić jeszcze, że koszulki, które są w oficjalnej sprzedaży w USA to trochę inne koszulki niż te dostępne w Europie, a raczej na zachodzie Europy. A więc: Replica (replika), swingman i authentic (autentyk). Różnica po między tymi 3 rodzajami koszulek jest prosta. Im niższa cena, tym koszulka jest prościej wykonana i mniej przypomina koszulkę, w której grają zawodnicy NBA.
Replika. Replika kosztuje oficjalnie 45$, swingman kosztuje od 65 do 99$ a autentyk +179$. Oczywiście mówimy tu o oficjalnych cenach, na aukcjach internetowych, autentyki można wyrwać nawet po 10$...
Jaka jest różnica po między tymi jerseyami? Oczywiście w wykonaniu. Najtańsze (repliki) są koszulkami robionymi masowo. Kształtem nie przypominają w ogóle koszulek meczowych, mają szerokie ramiączka, numery i nazwiska są naklejane. Jeżeli koszulka jest bardziej skomplikowana, to replika zawiera tylko główne elementy. Jakościowo nie jest źle ale nie jest też fajnie. Ściągacze, siateczkowy materiał czy same naklejki nie są najwyższej jakości. Na zdjęciu widzicie replikę koszulki Andrew Boguta z Bucks.

W zasadzie tylko rodzaj czcionki przypomina tu to co noszą kozły. Wyszywane jest jedynie logo NBA i Adidasa. Sprzedawane są w rozmiarówce s-xxxxl. Trzeba jednak nadmienić, że to nie jedyny rodzaj replik. Na aukcjach internetowych często natraficie na repliki z lat '90, które różnią się od tych dzisiejszych replik tym, że były robione przez Championa i mają tradycyjny wzór koszulki. Oczywiście gdy dana koszulka była bardziej skomplikowana, brakowało jej kilku elementów (np. pasków na koszulkach Magic czy półkola w innym kolorze na koszulkach Sonics z pierwszej połowy lat '90) niemniej tamte koszulki były chyba dużo fajniejsze od tych dzisiejszych. Inna sprawa, że ówczesne stroje były często dużo prostsze od tych dzisiejszych no i były ciut lepiej wykonane. Rozmiarówka na metce tamtych koszulek to 40-52, gdzie 40 to s 44 m, 48 xl a 52 xxl.
Jest jeszcze coś takiego jak europejska replika. To z taką koszulką rozpocząłem moje przygody z jerseyami tak naprawdę. Te jerseye charakteryzowały i charakteryzują się tym, że wszystkie numery, napisy i wzory nie są ani naklejane ani wyszywane tylko... zafarbowane. Materiał w jakiś sposób jest farbowany i dzięki temu te repliki z daleka wyglądały dużo lepiej. Koszulki Magic miały paski, koszulki Hawks, te słynne ze skrzydłami Jastrzębia i zmianą kolorów (na górze czerwone, na dole czarne) a jerseye Sonics miały to półkole, których amerykańskie koszulki już nie miały. Rozmiarówka na metkach była europejska s-xxl, i tylko nieliczne jerseye były pozbawione jakichś szczególików ale generalnie starano się odzwierciedlić jak najlepiej wszystkie koszulki. To tyle apropos replik. Są praktycznie niepodrabiane, więc w tej kwestii nie ma o czym pisać.
Swingman. Swingmany weszły do sprzedaży mniej więcej około roku 2002? Do tego momentu, w sprzedaży były tylko repliki, które robił Champion i autentyki, które robiła firma, z którą podpisany kontrakt miała dana ekipa (np. Puma-Knicks, Champion-Jazz, Nike-Lakers czy Reebok-Rockets). Jako pierwszy wprowadziła swingmany firma Nike. Swingmany miały być czymś po między replikami a autentykami. Uszyte są z dużo lepszych materiałów niż repliki, niemal idealnie odzwierciedlają wzory koszulek, w których grają zawodnicy. Nawet tak skomplikowane koszulki jak dzisiejsze Hawks czy Bucks są dość dobrze zrobione i nie brakuje im żadnych szczególików. To czemu skoro jest tak dobrze jest tak źle? Ano po pierwsze swingmany są wykonane tylko z jednego rodzaju materiału. To jest siateczka, przy czym koszulki meczowe są już robione z Dri-Fitów czy innych ślizgach materiałów. Inaczej są też wyszyte. Koszulki meczowe są w 100% wyszywane. Wszystko jest wyszyte. Jeżeli napis na koszulce składa się np. z 4 różnych kolorów (swego czasu np. Sixers) to wszystko jest wyszyte. W swingmanach naszyta jest płachta, na której namalowane są pozostałe elementy. Namalowane są nawet... nici imitujące wyszycie innych elementów. Z daleka swingman wygląda zatem świetnie ale z bliska już nie jest tak różowo. Swingmany są sprzedawane w rozmiarówce s-xxxxl przy czym niemal zawsze doszyta jest metka „+2 inseam" ma oznaczać przedłużenie koszulki. Koszulki, w których grają zawodnicy są z reguły przedłużane. Po co? Głównie dlatego, że zawodnicy są często wysocy i szczupli, do tego lubią gdy koszulka nie wypada im ze spodenek. Modę na takie większe koszulki wprowadził AI, którego jerseye po wyciągnięciu ze spodenek sięgały często za kolana. Dziś to już jest standard. Co jeszcze o swingmanach? Posiadają wyszyte logo NBA oraz po przeciwnej stronie koszulki, na ramiączku, logo firmy, które wykonała koszulkę. Za czasów Nike, logotyp mieścił się pod znaczkiem NBA. Dzisiejszy swingmany posiadają również wszytą w bok koszulki metkę NBA. Obecnie swingmany produkuje tylko Adidas, który jeszcze przez 9 lat będzie miał wyłączność na produkcję strojów dla całej NBA. Wcześniej przez pewien okres robił je jeszcze Reebok, na aukcjach internetowych można często natrafić na takie koszulki. Tak jak i na podróbki.
Ten wątek zasługuje na osobny rozdział. Ale o tym zaraz. Napiszę jeszcze tylko, że oprócz standardowych swingmanów można jeszcze natrafić na swingmany Soul(Rbk,Adidas), bądź Rewind(Nike) czyli koszulki retro.
Swingmany są podrabiane (także spodenki). Są bardzo często podrabiane i nawet 90% takich koszulek (i spodenek) dostępnych na allegro czy ebayu to podróbki. Z reguły są robione w Chinach i innych azjatyckich krajach. Jeżeli widzicie na aukcji swingmana za 20-30$, bądź za 100-150zł to jest to niemal na 99% podróbka. Jakie są największe grzechy podróbek?
1.Krój koszulki. Poniżej macie przykład dwóch różnych podróbek koszulki Dennisa Rodmana z Lakers. W pierwszej widać jak ramiączka na górze się rozłażą na zewnątrz przez co koszulka dziwnie wygląda. Podobnie jersey po prawej, gdzie ramiączka są strasznie szerokie i choć wokół szyi ściągacz wygląda ok, o tyle zewnętrzny przy ramionach ma kształt księżyca i też zbyt do zew. Wychodzi na górze.

2. Zła czcionka i nieprawidłowe emblematy. Poniżej przyjrzyjcie się tym 2 fotkom. Po lewej stronie napis wygląda świetnie. Problem w tym, że czcionka, jakiej używali wtedy Lakers nie była zaokrąglana. Była kanciasta. Różnicę widać na literkach „R", „O" czy „D", po prawej stronie naszyty jest aktualny logotyp „Lakers", który sprzedawca starał się zatuszować poprzez ułożenie koszulki. Logotyp używany w tamtych koszulkach był bardziej... trójkątny. Wkleiłem wam poniżej dla porównania. Ten retro miał inne zakończenie „L" szczególnie na dole, wchodził wręcz w literę „A". Literka „K" na górze miała trójkątne zakończenia, podobnie jak „L" oraz „S", które oryginalnie było ciut wyżej od reszty. W ogóle cały napis „Lakers" był w koszulkach z lat '80 przkerzywiony. Wyprostowano go dopiero w latach '90. Gdybyśmy mieli się trzymać prawdy, to oryginalny jersey Rodmana z Lakers jest źle zrobiony...

3.Metki. One też dość szybko zdradzają podróbki. O ile papierowe, jeszcze są czasami ok., bardzo ok., o tyle te naszyte już nie zawsze. Zresztą tutaj nawet ta papierowa nie jest ok., bo ktoś nakleił białą naklejkę z ceną/numerem. Jeżeli zobaczycie coś takiego to bankowo jest podróbka, bo takich amerykanie nie używają. Po prawej stronie bardzo słabo wykonane logo Lakersów. Piłka jest pomarańczowa a powinna być żółta, do tego litera „M" w rozmiarówce nie powinna mieć pionowych boków tylko ukośne.

Dla porównania, tak wygląda oryginalny jersey, u sprzedawcy, który ma bankowo oryginalny towar:
To tyle o swingmanach. Moja przygoda zaczęła się i skończyła na jednej koszulce tego typu. Generalnie ich nie polecam. Kosztują nawet na aukcjach całkiem sporo, a przez to, że nie są w całości wyszywane, tak jak autentyki, mają krótszą żywotność. Mnie po pewnym okresie prania zaczęła schodzić farba z napisów. Widziałem też koszulki, gdzie farba wyblakła. Zatem warto zainwestować w swingmana pod jednym warunkiem, że piorąc go będziesz bardzo uważał, choć to się dotyczy również autentyków... Chyba, że kupisz swingmana Celtics albo innego, gdzie naszywane napisy i numery składają się tylko z 1 koloru. A właśnie. W oryginalnych koszulka czy to na metkach papierowych czy naszytych przy logo NBA jest napis „Authentics". Kiedyś był on zarezerwowany tylko dla autentyków, teraz jest dorzucany do swingmanów. Chyba tylko po to by zmylić kupującego.
Authentic. Autentyki są rzadziej podrabiane niż swingmany, ponieważ ich podrobienie wymaga więcej wysiłku. Nie oznacza to jednak, że nie są podrabiane. Dużo łatwiej jest jednak rozpoznać podróbki. Generalnie te koszulki reklamowane były od zawsze, szczególnie przez Nike, jako rzeczy zrobione tak samo, jak te w których grają zawodnicy. O ile w latach '90 faktycznie te koszulki były tak samo wyszyte, o tyle po roku 2000 już nie. Wtedy to kilka ekip głównie od Nike'a (m.in. Lakers, Raptors, Heat,) zmieniło swoje stroje i od tego momentu, autentyki już nie były tak samo wykonane jak meczówki. Głównie dlatego, że zrobienie tych koszulek było bardzo skomplikowane, używano różnych materiałów ale i zmieniono sposób wyszywania. Pisałem o tym apropos Koszulki Tygodnia poświęconej Derikowi Fisherowi swego czasu.
Wciąż jednak można kupić dobrze odzwierciedlone autentyki, jak te Celtics, ale to są już wyjątki. Nie będę rozpisywał z fotkami jak rozpoznać podróbkę, bo w życiu spotkałem tak wiele podróbek, że nie wiedziałbym od czego zacząć. Najważniejsze to rozmiarówka. Autentyki są w rozmiarówce 40-60 gdzie 40 to S a 60 to xxxxl. Rozmiarówka zwiększa się co 4, czyli 40-44-48-52-56-60 i w takiej rozmiarówce możecie kupić jedynie oryginalne autentyki. Jak zobaczycie na aukcjach rozmiary 50 czy 54 to na dzień dobry odrzucacie. Jak zobaczycie w pełni wyszywaną koszulkę a na metce xl to też odpuszczacie. Druga sprawa to niedokładne wyszywania. Bardzo często podróbki wyszyte są niechlujnie, do tego często nie są wyszyte z tych kolorów, z których powinny być. Autentyki nie mają metek „+2 inseam" bądź „+2 lenght", takie metki mają tylko koszulki stricte meczowe bądź tzw. Pro-Cuty ale jest ich bardzo mało na rynku a jak są to idą za dużą kasę. Pro-Cuty to koszulki dostępne w sprzedaży, w rozmiarze, w którym grał dany zawodnik. Produkował je głównie Nike. Można spotkać np. koszulkę Shaqa z Lakers w rozmiarze 56+6 czy Jordana z Bulls i Wizards w rozmiarze... 52+4 bądź 50+4. To jest jeden z niewielu wyjątków, gdzie oryginalna koszulka przeznaczona do sprzedaży ma rozmiar 50. Ale to wyjątek i Pro-Cut...
Autentyki charakteryzują się tym, że logo firmy, która wykonywała koszulka nie jest wyszyte na ramiączku, jak w pozostałych wersjach koszulek. Produkowane były swego czasu także autentyki retro, głównie przez Nike i Reeboka. Adidas w tej kwestii postawił już głównie na swingmany a szkoda... Autentyki polecam wszystkim, bo są dużo trwalsze niż swingmany. Tu Wam nic w praniu nie zejdzie, choć trzeba też uważać przy praniu, żeby nie popsuć tego materiału, z którego zrobiony jest napis. Można go łatwo... „złamać" i wtedy pozostanie na zawsze ślad na numerze/napisie.
Autentyki obecnie szyje Adidas. Ale wcześniej produkowały je także Champion, Nike, Puma, Starter czy Reebok. Champion produkował je przez lata '90. Starter produkował tylko przez pewien okres niektóre koszulku. Po lokaucie umowy z niektórymi klubami podpisała Puma. Następnie większość tych klubów (np. Knicks, Rockers czy Timberwlves) około roku 2002 podpisała umowy z Reebokiem, który w roku 2004 przejął kluby Nike'a (Lakers, Bulls, Celtics, Spurs,Raptors, Pistons). Nike przejął te kluby od Championa w 1997 roku. Tak to mniej więcej wyglądało. Ciężko znaleźć mi materiały źródłowe na ten temat ale wiem to z autopsji, spotykając meczówki różnych klubów z różnych czasów na aukcjach internetowych.
W Europie mamy do czynienia z europejskimi autentykami Championa. Nie polecam ich jednak nikomu. Niby są wyszywane ale bardzo często wyglądają jak chińska podróbka. Generalnie wyłączność Europie na stroje NBA ma wciąż Champion. Nie wiem czemu. Miałem nadzieję, że wraz z podpisaniem umowy z NBA przez Adidasa to ulegnie zmianie. Poza butami z logiem NBA czy pojedynczych klubów próżno jednak szukać ich stuffu u nas i pozostaje jedynie mieć nadzieję, że pewnego dnia to się jednak zmieni. Choć z drugiej strony mamy ebaya...
Mam nadzieję, że ta lektura trochę Wam pomoże. Kwestię podróbek wśród butów podejmę innym razem. Póki co, tych którzy chcieliby uzyskać jakąś pomoc przy zakupie odsyłam na jedno z koszykarskich forów internetowych, gdzie jest odpowiedni temat poświęcony koszulkom.
Są nawet niebieskie wersje retro koszulek robionych przez Championa, w których grali w latach 90. Widziałem na filmiku poniżej takie jerseye m.in. Eddiego Jonesa oraz Shaqa i szczerze mówiąc nie mam pojecia jak to się stało, że nie wiedziałem, iż grali w takich strojach w tamtych latach. Owszem, znajdywałem na ebayu często repliki niebieskie ale nie wiedziałem, że Lakers naprawdę grali w tamtych niebieskich strojach pod koniec lat 90. Wiecie jak bardzo zajawiony jestem na koszulki tym bardzijej Jeziorowców. Dla mnie to prawie najważniejsza część mojej zabawy z koszykówką w tej chwili. Myślałem, że udalo mi się zgromadzić dość niezłą kolekcję, również koszulek meczowych Lakersów, ale to co ma David... to jakaś przesada.




Rafał Niewiadomski

Dzisiejszą Koszulkę Tygodnia poświęcę Rasheedowi Wallace'owi i drużynie Detroit Pistons '04. Skłonił mnie do tego trade deadline, który właśnie minął. Zastanawiałem się jakie transfery dokonane, niemal równo z dzwonkiem kończącym okienko transferowe (trochę to piłkarskie, prawda?) zmieniały znacząco sytuację w lidze. Transfer, który w ostatnich latach najmocniej wstrząsnął ligą z tego okresu to na pewno przyjście Rasheeda Wallace'a do Detroit Pistons. Ten trade może tak mocno nie wpłynął na zachowania GM'ów jak transfer Gasola do Lakers ale to dlatego, że transfer Hiszpana miał miejsce na miesiąc przed końcem deadline, i menadżerowie nie bardzo mieli czas na odpowiedź.
Przypomnijmy ówczesną sytuację. Portland Trail Blazers, którzy zaliczyli słabą pierwszą połowę sezonu 03/04 postanowili rozgonić wesołe towarzystwo, które częściej pojawiało się na pierwszych stronach gazet dzięki swoim wyczynom pozaboiskowym. Dzięki temu doszło 10 lutego do transferu na linii Hawks-TrailBlazers, na mocy którego graczem Jastrzębi został m.in. Rasheed Wallace, a w drugą stronę powędrował m.in. Shareef Abdur-Rahim. Sheed jednak rozegrał tylko jedno spotkanie w barwach słabych Hawks, po czym zażądał transferu do klubu, w którym będzie miał szansę grania o coś więcej niż o pick w drafcie. Działacze (kolejne słowo, którego nie znoszę z piłkarskiego podwórka) Hawks musieli szybko coś zrobić, bo jak wiadomo z niewolnika nie ma pracownika. Udało im się znaleźć Wallace'owi nowy klub (Pistons) w ostatniej chwili. Do finalizacji transferu potrzebny był trzeci zespół - Celtics. Tłoki musiały pozbyć się aż 4 zawodników (Chucky Atkins, Lindsey Hunter, Zeljko Rebraca, Bob Sura) jednak dysponowali na tyle szeroką ławką, że nawet nie odczuli tej straty, do tego po miesiącu wrócił Hunter, świeżo co zwolniony z Bostonu. Tak oto Wallace wylądował w Pistons.

A teraz słów kilka o samych Tłokach. Zbudowano tam bardzo ciekawą drużynę, która z roku na rok grała co raz lepiej. Po ujemnym sezonie 2001 (32-50) zdecydowano się podpisać kontrakt z niespełnionymi i niedocenionymi przedtem Chauncey'em Billupsem oraz Richardem Hamiltonem. Do składu dokooptowano także walczaków w postaci Bena Wallace'a i Corlissa Williamsona. W drafcie pozyskano Tayshauna Prince'a z Kentucky czy Mehmeta Okura z Turcji, więc był już trzon składu i młody narybek. Znakiem firmowym tej drużyny była walka i nieustępliwość w defensywie, którą wpoił im Rick Carlisle. Carlisle został nawet doceniony nagrodą dla Trenera Roku, jednak po play-offs 2003, w których doszedł aż do Finałów Konferencji, został zwolniony. Wokół zwolnienia trenera Carlislie narosło wiele legend, wśród nich te mówiące o tym, iż Rick już w trakcie play-offs dogadał się z włodarzami Pacers (gdzie w sumie wylądował). Mówiło się także o konfliktach na linii Joe Dumars-Rick Carlisle Dumars miał być niezadowolony ze sposobu grania zespołu w ataku oraz relatywnie małego wykorzystywania młodych zawodników Pistons w sezonie regularnym. Wreszcie ostatnim powodem była dostępność na rynku trenera Larry'ego Browna. Bardzo prawdopodobne, że te wszystkie czynniki po kolei złożyły się na to, iż od sezonu 2003/04 trenerem Pistons był już właśnie Brown.
Ze składem pożegnał się przeżywający w Detroit drugą młodość Cliff Robinson, ale drużynę zasilił doświadczony Elden Campbell, który był bardzo zmotywowany, aby coś w końcu wygrać. Pozyskano także w międzyczasie Mike'a Jamesa. Najlepsze było zatem przed Tłokami. Pistons pomimo tego, iż rok wcześniej doszli do Finałów Konferencji, dzięki temu, iż w 1997 roku oddali Grizzlies Otisa Thorpe'a dysponowali prawami Niedźwiadków do wyboru w drafcie 2003. Pech chciał, że Grizzlies wylosowali drugi numer i jego prawa przejęli Pistons. O ile dobrze pamiętam, gdyby to był pierwszy numer, pozostałby w Memphis...
Tu jednak zaczyna się dramat Joe Dumarsa, który zamiast wybrać Carmelo Anthony'ego, Dwyane'a Wade'a czy Chrisa Bosha sięgnął po... Darko Milicica. Wówczas nie było to taką głupią decyzją. Pistons mogli sobie pozwolić na trzymanie młodego prospecta z Europy w swoim składzie. Darko miał w tej lidze osiągnąć o wiele więcej niż sam Dirk Nowitzki. Jak wyszło wszyscy wiemy. Milicic nie udźwignął presji, znalazł się za szybko w miejscu, gdzie wymagano od niego zbyt wiele, gdzie było zbyt wysokie ciśnienie na sukces. A gdyby tak sięgnęli po Anthony'ego...
Wróćmy jednak do połowy sezonu 2003/04. Pistons nie grali wcale dużo lepiej niż rok wcześniej. W lutym zaliczyli mały regres, mając zaledwie 4 zwycięstwa w 14 meczach i wtedy z nieba (tzn. z Portland via Atlanta) spadł im Rasheed Wallace. Sheed okazał się brakującym elementem tej układanki. Od tego momentu nic nie było już takie samo.
Wallace bardzo szybko odnalazł się w poukładanej koszykówce trenera Browna zarówno w ataku jak i defensywie. Jego dojście stworzyło prawdziwą dwugłową defensywną bestię. Duet Ben Wallace-Rasheed był od tego momentu zmorą wszystkich drużyn w lidze. Już w trzecim spotkaniu z tą dwójką pod koszem, gracze Pistons dali rzucić Philadelphii 76ers zaledwie 66 punktów. Najlepsze miało jednak nadejść. Odkąd pozyskano Rasheeda, gracze z Detroit tylko raz w 48 spotkaniach (!!!) dali sobie rzucić więcej niż 100 punktów. Miało to jednak miejsce w meczu z New Jersey Nets, w drugiej rundzie playoffs z trzema dogrywkami (Pistons przegrali 130-127). To, że nikomu poza Siatkami nie udało się im rzucić więcej niż 100 to pikuś. W marcu zaliczyli serię 5 spotkań pod rząd, w których nie tracili 70 punktów (!) oraz 8 spotkań pod rząd, w których nie stracili 80 punktów (!). To była naprawdę masakra. W playoffs potrafili zatrzymać Nets np. na 56 punktach, Pacers na 65 (dwukrotnie, i raz na 67) a Lakers na 75.

To co grali wówczas w defensywie pozostanie chyba najlepszą obroną jaką w życiu widziałem a widziałem wiele przez te prawie 20 lat śledzenia tej ligi. Boston Celtics w 2008 roku wykonali kawał dobrej roboty na Kobe'm i Jeziorowcach ale to co wówczas wyprawiali Pistons... to było chyba coś więcej, niż robili nawet ich koledzy z czasów Badboys. Tłoki '04 szybko zapracowały na przydomek Badboys 2.
Sezon regularny zakończyli zwyciężając w 16 z ostatnich 19 spotkań, wygrywając m.in. ze swoimi najgroźniejszymi rywalami, na których mieli trafić w playoffs: Pacers, Nets czy 76ers. W tych spotkaniach nie tracili więcej niż... 71 punktów! Przystępując do playoffs nie do końca byli czarnym koniem, bo przecież rok wcześniej doszli aż do Finałów Konferencji. Niemniej sposób w jaki grali, powodował, że stali się bestią, której wszyscy chcieli uniknąć w meczach post-season. Z bilansem 54-28 zajęli dopiero 2 miejsce na Wschodzie i w pierwszej rundzie trafili na Milwaukee Bucks. Seria trwała zaledwie 5 spotkań, Kozłom udało się nawet wygrać w The Palace of Auburn Hills w drugim meczu, ale to był max na jaki było ich stać. Pistons zatrzymali w tej serii Bucks na 86 punktach w meczu i to nie mogło skończyć się inaczej. W drugiej rundzie trafili na New Jersey Nets, czyli ekipę prowadzoną przez Jasona Kidda, z Kenyonem Martinem, która doszła dwukrotnie z rzędu do Finałów NBA. Choć po pierwszych dwóch spotkaniach w Detroit, bez niespodzianek, Pistons prowadzili 2-0, w następnych dwóch u siebie Siatkom udało się wygrać dwukrotnie, pokonując Tłoki ich własna bronią, czyli defensywą (pozwolili rzucić gościom zaledwie 143 punkty w tych 2 spotkaniach!). Game 5 miał zmienić przebieg serii. To było spotkanie! Trzy dogrywki. Chauncey Billups doprowadzający do dogrywki takim oto rzutem...
Ostatecznie to jednak goście wywieźli z Detroit zwycięstwo (130-127) i zapowiadało się na to, że to już koniec zabawy dla podopiecznych trenera Browna. Po takim meczu każdy by się załamał, ale nie ci Pistons. Rasheed zagwarantował w mediach zwycięstwo w meczu numer 6 i... słowa dotrzymał. Pistons zwyciężyli 81-75 i w decydującym meczu u siebie nie było już mowy o niespodziance. Pistons awansowali do finałów Konferencji, gdzie miało być jeszcze trudniej, ponieważ czekali na nich Indiana Pacers z przewagą własnego parkietu.
Tamta seria to była błotna koszykówka w najlepszym wydaniu. Na każdy punkt trzeba było ostro zapracować. Wyniki oscylowały z reguły wokół 70-80 punktów. Najwięcej punktów, 85, rzucili Pistons w meczu nr 3, najmniej - 65 Pacers w game 6. Pierwszy mecz wygrali u siebie Pacers 78-74. Drugie spotkanie wygrali jednak już Pistons 72-67. Z tego meczu do historii przeszła akcja, w której Tay Prince zablokował Reggiego Millera. Miller mógł w tamtej akcji wyrównać wynik i doprowadzić do dogrywki, gdzie kto wie, być może wygraliby Pacers i seria potoczyłaby się inaczej.
Tak się jednak nie stało. Z Detroit gracze z Indiany wywieźli co prawda zwycięstwo w meczu nr 4 i doprowadzili do remisu 2-2 odzyskując przewagę własnego parkietu. Jednak w pojedynkach z tymi Pistons pojęcie przewagi własnego parkietu nie istniało. Tloki pojechały do Indianapolis i wywiozły prawie 20- punktowe zwycięstwo następnie w zaciętym spotkaniu nr 6 zwyciężyli 69-66 i poznaliśmy nowego mistrza Wschodu.
W Finałach NBA miało być jeszcze trudniej, ponieważ tym razem przeciwnikiem byli Los Angeles Lakers z Shaqiem, Karlem Malone'm, Kobe'm Bryantem i Gary'm Paytonem w składzie. Jeziorowcy byli kandydatem do mistrzostwa NBA od początku sezonu. Nie zawsze grali tak jak powinni, problemy ze zdrowiem miał Karl Malone, jednak po tym jak uporali się z San Antonio, wydawało się, że przegonili wszystkie złe duchy i w Finałach powinni postawić kropkę nad „i". Wydawało się, że Lakers mają za dużo talentu, by nie wygrać serii z Pistons. Być może na papierze tak było ale w rzeczywistości... Pewnych rzeczy, takich jak nieustępliwość, waleczność czy serce do gry na papierze się nie zobaczy.

Pistons na dzień dobry odnieśli 12- punktowe zwycięstwo w meczu otwarcia serii. W drugim meczu, zwycięstwo wyrwali Jeziorowcy w ostatnich sekundach dzięki świetnej zmianie pierwszoroczniaka Luke'a Waltona oraz niesamowitej trójce Kobego Bryanta, doprowadzającej do dogrywki. To było jednak wszystko na co stać było Lakers w tej serii. Na domiar złego odnowiła się kontuzja Malone'owi i w następnych trzech spotkaniach w Detroit istniała już tylko jedna drużyna. Nieporadność i bezradność Jeziorowców, szczególnie w ataku była porażająca. Dla mnie oglądanie tych Finałów, jako fan Jeziorowców, było większą traumą niż porażka z Celtami w 2008 roku. Pistons grali jednak piękną koszykówkę. Ich defensywa była nie do przejścia. Pod koszem rządzili Wallace'owie. Ben zbierał po 20 piłek. W ataku ten zespół nie musiał grać świetnie. Wystarczyło, żeby grał lepiej, niż pozwolił zespołowi przeciwnemu. Atak ciągnął Rip Hamilton, który bawił się często w Reggiego Millera, w crunch time killerem był Chauncey Billups, który wtedy właśnie dorobił się ksywy „Mr Big Shot". Rasheed i Prince również potrafili dołożyć po trójce, jednak więcej dawali z siebie w obronie. Była też masa zmienników takich jak Corliss Williamson, Elden Campbell, Lindsey Hunter czy Mehmet Okur, którzy pozwalali odetchnąć graczom pierwszej piątki.

Prawdziwym liderem zespołu był jednak trener Larry Brown. To on wymyślał co raz to nowe zagrywki w ataku, które dawały Pistons wiele łatwych punktów. To on ustawił zespół tak w defensywie i to on jak nikt inny potrafił zmotywować swoich chłopaków. Do historii przeszły już jego przemowy z przerw w meczach finałowych.
To był niestety tylko jeden taki sukces tej drużyny. Rok później, Rasheed zmienił numer z 30 na 36, do zespołu doszli tacy zawodnicy jak Ronald Dupree, Carlos Delfino, Carlos Arroyo, Darvin Ham czy Antonio McDyess i wydawało się, że zespół z takim składem nie może nie powtórzyć wyniku z 2004 roku. Tym razem jednak musieli uznać wyższość San Antonio Spurs w jednych z najlepszych Finałów NBA tego 10- lecia. O dziwo, zdecydowano się na zmianę trenera. Larry'ego Browna zastąpił preferujący bardziej ofensywny styl gry Flip Saunders. Odmłodzono trochę ławkę takimi zawodnikami jak Jason Maxiell, Amir Johnson czy Mo Evans, dodano Tony'ego Delka czy Dale'a Davisa jednak tym razem lepsi okazali się Miami Heat, późniejsi mistrzowie. W kolejnym sezonie dodano Chrisa Webbera, lecz tym razem Pisons ulegli Cleveland Cavaliers LeBronowi Jamesowi. Po kolejnych przegranych Finałach Konferencji, tym razem z Boston Celtics, zdecydowano się na przebudowę. Billupsa po kilku wygranych meczach sezonu 08-09 odesłano do Denver i to był początek końca tej drużyny.
Koniec dość tragiczny, ponieważ prawda jest taka, że szanse na wygranie czegoś więcej niż tylko mistrzostwa w 2004 zaprzepaszczono jeszcze przed wygraniem tego mistrzostwa. Stało się to we wspomnianym wyżej drafcie 2003, w którym nie wybrano kogoś z rójki wydane Wade-Anhony-Bosh. Patrząc z perspektywy czasu, najlepszym wyborem byłby tu Carmelo Anthony'ego, który mógłby być idealnym rozwiązaniem dla drużyny, której momentami brakowało punktów i kogoś kto wyłamałby się z zagrywek. Nie zmienia to faktu, ze nawet bez kogoś z tej trójki, to wciąż była drużyna na coś więcej niż to jedno mistrzostwo. Zawsze jednak czegoś brakowało. Do tego z reguły przegrywali z późniejszymi mistrzami NBA, więc mieli też trochę pecha. Nie mniej za to co zrobili w 2004 roku, będą na zawsze w mojej głowie.
A co z Wallace'm? Rasheed pozostawił po sobie świetna witrynę Need4sheed poświęconą Tłokom. Z tego co się orientuję, to prowadzi tą stronę jakaś fanka Sheeda. Sam Wallace nie bardzo miał ochotę odchodzić z Pistons. Świetnie wkomponował się w klimat miasta i zespołu będąc jego sumieniem i liderem. Po za tym Wallace jest posiadaczem jednego z najfajniejszych tatoo w lidze NBA:
Rafał Niewiadomski

Dużymi krokami zbliża się tegoroczny Weekend Gwiazd. Właściwie to już trwa. A w zasadzie to już się skończył zanim się jeszcze zaczął. Zanim się obejrzymy będzie już po weekendzie, będziemy znali nowych najlepszych trójkowiczów i dunkerów, najjaśniejszą z gwiazd i sezon NBA wkroczy w najważniejszą fazę. Składy będą już niemal niezmienne i za 4,5 miesiąca gry... wiecie kogo poznamy.
Tymczasem wróćmy jednak do All Star Weekend. Przez to ile trwają te przygotowania do tego najluźniejszego koszykarskiego weekendu w roku, sam weekend zawsze mijał mi szybciej niż każdy inny. Człowiek czeka na to cały rok, po czym nim się obejrzy trwa już ostatnia kwarta Meczu Gwiazd i zaraz cała zabawa się skończy. Pozostaje jedynie modlitwa o dogrywkę, drugą, trzecią itd. A później pozostanie już tylko odliczanie do kolejnego ASW, które odbędzie się... w Los Angeles. I tak co roku.
Pamiętacie kiedy zaczęliście swoją przygodę z Weekendem Gwiazd? Ja zacząłem w 1993 roku i nie tyle z weekendem co z meczem, bo wtedy wiedzę z tego co działo się w czasie piątkowych i sobotnich zmagań (były w tedy w ogóle piątkowe?) można było jedynie zaczerpnąć w poniedziałkowym Przeglądzie Sportowym, bądź czekać na migawki w Sportowej Sobocie czy Niedzieli. W ogóle to był jakiś kosmos. Dzisiaj mamy dostęp, bądź przynajmniej możliwość dostępu, do niemal wszystkich akcji związanych z Weekendem Gwiazd. i możemy to spokojnie oglądać nawet na żywo. Wtedy wszyscy jarali się allstarowymi Upper Deckami, których wartość była nieporównywalnie wyższa, od regularnych kart. BTW Udało się w ogóle uzbierać komuś pełną serię kart wtamtych latach?
W 1993 roku mecz był w Salt Lake City i zapamiętam do końca życia 4 rzeczy z tego meczu:
1. wspólne MVP dla Johna Stocktona i Karla Malone'a
2. utrudnianie życia Shaqowi przez starszych kolegów
3. problemy z rozróżnieniem kto jest kto. West to wschód czy Zachód? Dziś przedszkolak nie ma z tym problemu ale wtedy dla mnie to był praktycznie pierwszy kontakt z j. angielskim
4. Allstarowe stroje
Ad.1 MVP jak to MVP. Mecz był w hali Delta Center, a tam zawsze John Stockton i Karl Malone dostawali skrzydeł. Nawet nie pamiętam czy byli starterami. Wiem, że zagrali tak, że nikt nie miał wątpliwości kto powinien dostać tą nagrodę.
Ad.2 Shaq był wtedy rookie i to były trochę inne czasy niż teraz. W lidze, a w szczególności w zespołach All Star panowała hierarchia. Starszym zawodnikom bardzo nie spodobało się to, że młody O'Neal został wybrany przez kibiców do pierwsze piątki Wschodu, doszło zatem do zmowy wśród starszyzny, w którą podobno wciągnięci byli także gracze... Wschodu. Generalnie chodziło o to, by uprzykrzyć Shaqowi życie tak bardzo jak to tylko możliwe. Udało się, O'Neal skończył z zaledwie 10 punktami (4/9 z gry) i gdy tylko było to możliwe był podwajany czy nawet potrajany, byle by nie rzucał punktów.
Ad. 3 już właściwie wyjaśniłem

Ad. 4 Koszulki i stroje. To były najfajniejsze allstarowe stroje jakie kiedykolwiek były w ASG. Były takie... NBA'owskie. Proste. Niebieskie kolory (wcześniej były także czerwone wersje, gdy Zachód grał na wyjeździe), napis NBA i logo, gwiazdy, tradycyjny wzór spodenek i koszulek, do tego klubowe kolorowe dresów zawodników. To wszystko powodowało, że momentalnie człowiek czuł, że ma do czynienia z czymś specjalnym, wyjątkowym. W takich strojach zagrali jeszcze rok później w... Minneapolis, gdzie Pippen wystąpił w czerwonych butach i zdobył MVP. Te stroje bardzo utkwiły mi w pamięci, być może dlatego, że nagrany na kasetę VHS mecz oglądałem średnio raz w tygodniu. Nagranie takiego spotkania nie było takie proste. Trzeba było kogoś znać z odtwarzaczem video, z możliwością nagrywania. Do tego ten ktoś musiał być na tyle miły, żeby wstać w nocy i nagrać takowe spotkanie. Na szczęście były takie osoby, którym teraz mogę tutaj podziękować.
Jedziemy dalej. W 1994 roku ASW nam się rozrósł. Dołączono mecz Phenoms vs. Sensations, w którym wystapili pierwszoroczniacy. Rok później w Phoenix zorganizowano podobne spotkanie, jednka (dzięki Bogu). zamieniono nazwy drużyn na Biali i Zieloni. Do dziś nie wiem wg jakiego klucza dzielone były drużyny. Pamiętam za to, że fajne stroje mieli zawodnicy, którzy w tym spotkaniu wystąpili a MVP tego spotkania został Jeziorowiec Eddie Jones.

Jak po raz pierwszy zobaczyłem to zdjęcie w śp. Magic Basketball, pół dnia zastanawiałem się dlaczego Lakers zmienili stroje. Dopiero inne fotki z tego meczu naprowadziły mnie na trop i wnioski z mojego dochodzenia doprowadziły mnie do słusznie postawionej tezy: w tym meczu zawodnicy dostali takie stroje.
Powracając jednak do imprezy w 1995 roku. Organizatorzy po raz pierwszy od dłuższego czasu dostali możliwość stworzenia swoich własnych unikatowych strojów. Wyszło im świetnie. Logo weekendu, jak i stroje, idealnie pasowały do klimatu Arizony. Ladne kolorki kolorki, niekonwencjonalny wzór i czcionki. Na tym się nie skończyło. Parkiet został również inaczej pomalowany. Farbę położono nie na dzisiejszym „pomalowanym" tylko na przestrzeni po między linią trójek a... „pomalowanym". Zresztą taka była wówczas tendencja, podobnie pomalowane parkiety były w Vancouver, Toronto, później w Charlotte czy Houston, co moim zdaniem tworzyło naprawdę fajny klimat.

W tym Meczu Gwiazd było wszystko. Był robiący cuda także na motocyklu The Gorilla, którego od tego momentu kojarzyli wszyscy fani NBA, były próby trójek Shaqa, mnóstwo dunków Penny'ego, wspomnianego Shaqa, Kempa, Pippena, Malone'a, Robinsona i innych. No i był niezapomniany występ Mitcha Richmonda, który w tym meczu miał się nie znaleźć. Tego dnia jednak to jego gwiazda świeciła najjaśniej i wtedy wszyscy usłyszeli o Richmondzie. Mistrzostwo NBA zdobył dopiero jako przystawka w LA Lakers, jednak tego jak zdobył MVP w Meczu Gwiazd i już nikt mu nigdy nie mógł odebraćtej pięknej karty w swoim życiorysie. O Richmondzie mówiło się już zawsze z pełnym szacunkiem. Zachód wygrał dość łatwo to spotkanie.
Rok później miałem wrażenie, że skopiowano niemal wszystko dot. strojów, przenosząc to wszystko na wzór teksański. W Cleveland, rok później zrezygnowano z tego pomysłu, zawodnikom dano ich klubowe stroje. W 2003 roku w Atlancie powrócono do strojów z lat '80 (nawet statuetka MVP była trochę retro) i dopiero w Los Angeles (2004) organizatorzy mogli stworzyć „swoje stroje". Ta koncepcja utrzymywana jest do dziś, z różnym skutkiem. Jedne stroje są fajniejsze (np. te z zeszłego roku, czy z Vegas), drugie mniej (W Nowym Orleanie grali w strojach, które z tyłu były srebrne i złote. Momentami nie było wiadomo kto jest kto i w jakim zespole gra!). Jedyny minus obecnych strojów to paski Adidasa. Odkąd NBA podpisała umowę z tą firmą na produkcję strojów, ci wrzucają swoje paski wszędzie tam gdzie tylko mogą. O ile jestem w stanie to jeszcze zdzierżyć gdy widzę stroje rozgrzewkowe, o tyle umieszczenie swoich logotypów na strojach meczowych także weekendu gwiazd to już moim zdaniem mała przesada. Ale takie są prawa rynku...
Tak czy siak te stroje z ASG '93 i '95 uważam za najlepsze jakie widziałem na żywo podczas Weekendów Gwiazd. Do samych spotkań też często wracam z utęsknieniem. Nie wiem, które stroje lepsze., czy te z Phoenix czy z Salt Lake City. I jedne i drugie z miłą chęcią zobaczyłbym w swojej szafie.






Rafał Niewiadomski
Miałem napisać coś o Finałach 1994 roku, bo bardzo Wam sie spodobały ostatnie moje wspominki z poprzedniej epoki, jednak 22 stycznia nie zdarza sie co tydzień, a dzień 22 stycznia 2006 roku zapamiętamy do końca życia, przynajmniej ci, którzy śledzą uważniej NBA. Każdy z nas zapamiętał ten dzień inaczej. Niektórzy mieli to szczęście, że oglądali to na żywo, inni jak ja przygotowywali sie do ważnego kolokwium. Generalnie tego dnia, kilka minut po 7 rano odebrałem telefon i będąc w połowie snu usłyszałem tylko krzyczący glos w słuchawce: "Stary @@@@@ nie uwierzysz! Kobe rzucił 81!". Odpowiedziałem tylko „Gruby, chyba robisz sobie jaja, a ja muszę się wyspać dzisiaj…” po czym… włączyłem komputer by sprawdzić. I faktycznie, to nie był żart.
W zeszłym tygodniu minęła czwarta rocznica rzucenia przez Kobe'go 81 punktów w jednym meczu, czyli ustanowienia swojego rekordu punktowego i prawdopodobnie jednego z największych indywidualnych popisów strzeleckich jakie ludzkość widziała. Dlatego nie mogę o tym nie napisać, tym bardziej, ze nigdzie o tym nie wspomniano. I choć wydaje się, że to było całkiem niedawno, to tak naprawdę minęło już naprawdę sporo. Obecni Lakers o już inny zespół niż tamci Lakers a i Kobe jest już trochę innym zawodnikiem.
"81 punktów. Nieważne gdzie. Na podwórku, na Playstation. To masa punktów." Nie wiem czyj to był cytat, ale 81 punktów to poprzeczka podniesiona tak wysoko, że śmiem twierdzić, iż nie prędko ten wynik zostanie poprawiony. Oczywiście jest jeszcze 100 Chamberlaina ale o tym będzie niżej.
22 stycznia 2006 roku do Los Angeles zawitali Toronto Raptors. Jeziorowcy przeżywali mały kryzys, ledwo co polegli pechowo w Sacramento po dogrywce, dwa dni później w Phoenix ze Słońcami i zespól z bilansem 21-19 był na pograniczu ósmego miejsca na Zachodzie. Lakers bardzo potrzebowali zwycięstw, tym bardziej u siebie, gdy grali w szczęśliwych, białych strojach a naprzeciw stała jedna ze słabszych drużyn ówczesnej ligi - Toronto Raptors.
Pewnie nie wszyscy pamiętają tamtych Lakers. Kibicowanie im nie było prostym zadaniem. W strojach Jeziorowców biegali tacy gracze jak Smush Parker, Kwame Brown czy Brian Cook i ciężko było oczekiwać by dawali wsparcie Kobe;mu na tyle, by ten zespół mógł ugrać coś więcej niż sam awans do play-offs, co dla wielu zawodników z tamtego składu i tak było juz nie lada osiągnięciem. Powróćmy jednak do samego meczu.
Dinozaury już od pierwszych minut narzuciły ofensywny styl gry i dzięki temu, że nie wszystkim Jeziorowcom tego dnia chciało się grać w niedzielne popołudnie, bądź po prostu nie mieli dnia, Lakers do przerwy przegrywali 49:63. Gdy gracze obu drużyn opuszczali boisko towarzyszyły im gwizdy kibiców, którzy mieli prawo być niezadowoleni z postawy swoich podopiecznych. Kobe już do przerwy miał 26 punktów, jednak to było za mało na Raptors, którzy tego dnia wyszli z założenia, ze sam Kobe meczu nie wygra... i pewnie by tak było gdyby nie to, że…
Bryant miał jednak inne zdanie na ten temat. Skoro partnerom nie wychodziło (trafili zaledwie 18 razy na 42 próby w całym spotkaniu), postanowił, że sam wygra ten mecz. I wtedy zaczął sie prawdziwy show. Po zmianie stron, Kobe szybko trafił 3 rzuty i wpadł w trans, którego efektem były trzy kolejne trójki w następnych akcjach. Zanim gracze Raptors się otrząsnęli, Kobe na swoim koncie miał już ponad 50 punktów, Lakers objęli pierwsze prowadzenie w meczu a kibice szybko przypomnieli sobie gdzie są.
To jednak nie był koniec. Kobe chciał w tym momencie już nie tylko wygrać to spotkanie. On chciał wysłać w świat wyraźny sygnał i dokończyć dzieło, którego nie dokończył miesiąc wcześniej gdy jego licznik zatrzymał się na 62 po 36 minutach gry z Mavericks i Phil już nie skorzystał z jego usług w czwartej kwarcie. Tego dnia Raptors byli jednak jeszcze w grze po trzech kwartach i Kobe mógł zrobić swoje. Do przerwy miał na swoim koncie 26 punktów, w trzeciej kwarcie dorzucił 27, jednak najlepsze nastąpiło w czwartej kwarcie gdy dorzucił... 28, z czego w samych ostatnich 6 minutach aż 20 punktów. Kobe grał z taką agresją, jakby od ego meczu zależało minimum mistrzostwo NBA. Pękały po kolei wszystkie rekordy punktowe Lakers: Elgina Baylora, Jerry'ego Westa i Chamberlaina aż stanęło na 81 i drugim wyniku w historii NBA, po wspomnianej 100 Wilta.

Oczywiście Jeziorowcy wygrali tamto spotkanie 122:104, jednak im bliżej było do końca tym mniej ważny był wynik. Gracze NBA w okolicach 50-60 punktu zaczęli rozsyłać sobie smsy o tym, że Kobe idzie na rekord. W barach zaczęto zmieniać kanały na ten ze spotkaniem Lakers-Raptors i nagle (koszykarski) świat na chwile zamarł. Wokół tego meczu urosło wiele legend, niektórzy zaczęli doszukiwać się pozaziemskiej pomocy. Dla Kobego było to 666. spotkanie w karierze. Nagle okazało się, że 81 to odwrócone 18 a 18 to 6x3 czyli 666. Bryant nie trafił też 18 rzutów, no i trafił 18 rzutów wolnych, zatem kolejne potrójne szóstki…
Jednak to nie był tylko jeden mecz. Kobe w ogóle miał wielki miesiąc. W styczniu został pierwszym zawodnikiem od 1964, który rzucił w 4 spotkaniach pod rząd minimum 45 punków, oprócz tego jego średnia z całego miesiąca stanęła na 43,4(!) co jest ósmą najwyższą miesięczną średnią w historii ligi. Bryant ustanowił także rekord Jeziorowców w ilości +40 punkowych spotkań w jednym sezonie, zaliczając aż 27 takich występów w tamtym sezonie. Ustanowił także rekord klubu pod względem ilości zdobytych punktów w sezonie regularnym zatrzymując licznik na 2,832 i na koniec zakończył cały sezon ze średnią 35,4 punktów na mecz, co było najlepszym wynikiem od 1987 roku i średniej jego Powietrznej Wysokości (37 ppg). Tylko słaby wynik Jeziorowców (zaledwie 45 zwycięstw) nie pozwoliły Black Mambie na zdobycie statuetki MVP za sezon regularny.
Dziś to 81 wydaje się wciąż niemożliwe i pokazuje tylko jak groźnym zawodnikiem był Bryant, który wówczas był szybszy i skoczniejszy niż teraz. 81 w czasach, w których można kryć półstrefą, pomagać w defensywie dużo bardziej niż kiedyś i w czasach, w których atletycznie ciężko jest górować nad kimkolwiek wydaje się wciąż wynikiem z Playstation. Dla Wilta, by zdobył 100 punktów, podporządkowano całe spotkanie. Dogrywano mu pod kosz wszystkie piłki, na dalszy plan zszedł wynik. Do tego Wilt w ówczesnych czasach był prawdziwym potworem Gdy on mierzył ponad 213 cm wzrostu inni gracze na boisku rzadko kiedy przekraczali 200 cm. Owszem Wilt był wielkim atletą, znane są jego osiągnięcia z bieżni, jednak nie zmienia to faktu, że to były inne czasy i Wiltowi było dużo łatwiej, czego dowodem niech będzie jego średnia z tamtego sezonu przekraczająca 50 punktów i 20 zbiórek na mecz. Kobe większość punktów zdobył z półdystansu i dystansu, będąc po prosu bardzo gorącym. Jeżeli w jakiejś grze byłaby skala od 0 do 10, to Kobe z tego meczu, szczególnie w 2. połowie miałby 12-13 i byłby poza skalą.
- To się po prostu stało. Nie planowaliśmy tego zupełnie. Chodziło wyłącznie o wygraną, tylko dlatego zacząłem rzucać i walczyć o każdy punkt. A potem okazało się, że to noc, o jakiej nie marzyłem nawet w snach - mówił po meczu Bryant.
Następne takie spotkanie nie prędko się wydarzy. Nie wiadomo czy w ogóle się wydarzy, dlatego, jeżeli tego nie widzieliście, a w najbliższym czasie będziecie mieli chwilę to przypomnijcie sobie ten mecz. Naprawdę warto, tym bardziej, gdy na zewnątrz -20.
81. Osiemdziesiąt jeden! Już wiecie dlaczego Jalen Rose jest jednym z największych fanów Kobego? 81, czyli 2 2 2 2 2 1 1 1 1 3 2 2 1 2 2 2 2 2 3 3 3 2 1 3 2 2 2 1 1 2 2 2 1 1 1 3 3 2 2 1 1 1 1 1 1 1
Niemożliwe.
Najlepsze wyniki punktowe w historii NBA
100 - Wilt Chamberlain, Philadelphia - New York, 2 marca 1962
81 - Kobe Bryant, Lakers - Toronto, 22 stycznia 2006
78 - Chamberlain, Philadelphia - Lakers, 8 grudnia 1961 (trzy dogrywki)
73 - David Thompson, Denver - Detroit, 9 kwietnia 1978
73 - Chamberlain, San Francisco - New York, 16 listopada 1962
73 - Chamberlain, Philadelphia - Chicago, 13 stycznia 1962
72 - Chamberlain, San Francisco - Lakers, 3 listopada 1962
71 - David Robinson, San Antonio - Clippers, 24 kwietnia 1994
71 - Elgin Baylor, Lakers - New York, 15 listopada 1960
70 - Chamberlain, San Francisco - Syracuse, 10 marca 1963
Licznik odwiedzin: 17 067 365 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||




Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: