
Rafał Niewiadomski
Będzie trochę o Bobkach, bo mają ładne stroje i grają ostatnio dobrze, jednak więcej o Stephenie Jacksonie, który zasłużył na Koszulkę Tygodnia. Stephen to jeden z moich ulubionych graczy w tej lidze, zawsze lubiłem go oglądać bo zostawia na parkiecie 110%, ma świetną trójkę i gra twardo w defensywie. Jest nieprzewidywalny, owszem ale jeszcze bardziej jest niedoceniany. Nic w karierze nie zostało mu dane za darmo. Przeszedł długą drogę zanim znalazł swoje miejsce w lidze i choć jest jednym z niewielu graczy w tej lidze, którzy potrafią na tak samo wysokim poziomie grac zarówno w ataku jak i obronie, nie zobaczymy go często w highlightach czy reklamówkach ligi, bo jest dla niej trochę jak wrzód na… wiecie gdzie. To jednak wystarczy by go mieć go na swojej liście ulubionych zawodników.
Capitan Jack (nie cierpię tej ksywy! Powiedziałby Klakier) to idealny przykład na to, że życie nie jest usłane różami. Od małego miał przechlapane. Stał się taką różą, która wyrosła na betonie (wiadomo, biedna rodzina, czarny kolor skóry, źli koledzy z sąsiedztwa, standardowa historia), choć bardzo ciernistą, ponieważ wielu się na niej skaleczyło, począwszy od władz NBA, właścicieli klubów (także NBA), partnerów z drużyny jak i przeciwników, choć Stephen ma też ludzką twarz. W ogóle robi dużo poza basketem, od fundacji pomagającej biednym dzieciakom, po kupowanie kibicom biletów (S-Jax miał swój 6 Squad w Oakland), jednak o tym rzadziej się mówi, bo wiecie jak jest. Niemniej jako dzieciak musiał zarabiać na siebie pracując u dziadka w restauracji na… zmywaku. Od małego przejawiał niesamowity talent do koszykówki i futbolu amerykańskiego (nie mogę znaleźć potwierdzenia ale jestem pewien, że widziałem podczas jakiegoś meczu w TV, zdjęcie młodego S-Jaxa w kasku). Wybrał oczywiście koszykówkę, jednak nie był graczem, którego łatwo dało się prowadzić. Dlatego trafił do Oak Hill Academy, która słynie z tego, że bierze pod swoje skrzydła głównie utalentowanych graczy z problemami, dla których OHA to ostatnia i w zasadzie jedyna deska ratunku. I faktycznie, Jackson pod okiem uznanych szkoleniowców dobrze się rozwijał. W 1996 roku wystąpił w meczu All American McDonald’sa, w którym występują najlepsi gracze szkół średnich. Jackson rzucił najwięcej punktów w tym spotkaniu, choć wzięły w nim udział takie gwiazdy jak Kobe Bryant, Jermaine O’Neal czy Tim Thomas. Następnym krokiem miał być uniwersytet. Wybrał uniwerek Arizony, jednak tutaj wyszła niechęć Jacksona do edukacji. Nie zdobył wystarczającej ilości punktów w testach i swoją naukę (a raczej karierę koszykarską) musiał kontynuować w Butler Community College. Z takiej szkoły dostanie się do NBA graniczyło z cudem. Stephen jednak zaryzykował (nie miał innego wyjścia) i po roku udało się. W 97 roku wybrali go… Phoenix Suns, z odległym 43.(!?) numerem, jednak w ich barwach nie zagrał ani jednego spotkania. Przez następne 3 lata widywano go w halach CBA, Australii, Dominikany oraz Wenezueli, dzięki czemu dziś Jackson biegle mówi po hiszpańsku.
Dopiero w sezonie 2000/01 szansę postanowili dać mu New Jersey Nets, gdzie Point Guardem był jego kumpel… Stephon Marbury. W Siatkach zaliczył całkiem niezły sezon (8 punktów na mecz, plus solidna defensywa), którego ukoronowaniem był udział w Meczu Debiutantów podczas All Star Weekend w Oakland. W wakacje po Stephena zgłosili się San Antonio Spurs, szukający taniego walczaka na pozycje 2-3 na ławkę. Jackson to był strzał w „10” jednak wg sztabu szkoleniowego musiał dojrzeć. Pomimo, iż był najciężej pracującym zawodnikiem w zespole, oraz pierwszym który przybijał piątki i wspierał kolegów, większość tego sezonu spędził na liście kontuzjowanych (nieaktywnych). Nasz bohater nie bardzo był w stanie to zrozumieć, dlaczego pomimo tego, iż uważany był przez swoich trenerów za najbardziej utalentowanego zawodnika w drużynie, siedział głównie na ławce bądź był nieaktywny. Jednak Popovich wiedział co robił. To wszystko tylko dopingowało Jacksona do cięższej pracy i w sezonie 2002/03 stał się już ważnym zawodnikiem w rotacji, rozpoczynając aż 70% spotkań Spurs w pierwszym składzie. W Playoffs był już 3. opcją drużyny w ataku. Dodawał do tego bardzo dobrą defensywę, niejednokrotnie będąc X-factorem. Spurs dość nieoczekiwanie przełamali hegemonię Los Angeles Lakers i zdobyli swój drugi tytuł mistrzowski. Jackson dołożył do tego bardzo dużą cegłę, choć pod względem zarobków był 12. w zespole (niespełna 700 tys. $!).
W wakacje Jackson nie dogadał się w kwestiach finansowych z Ostrogami i poszedł grać za 1 mln do Atlanta Hawks, gdzie mógł spokojnie zapracować na pierwszy wysoki kontrakt. Faktycznie Jacksonowi wśród Jastrzębi dużo łatwiej było się wypromować. Swoje statystyki wyśrubował do 18 punktów na mecz i prawie 5 zbiórek, dokładając tradycyjnie świetną defensywę. Do przerwy na All Star Game, ze średnią ponad 24 punktów na mecz, był przez pewien moment nawet 6. Strzelcem ligi. To musiało zaowocować tłustym kontraktem. Może nie tak tłustym, jak chciał tego S-Jax, jednak udało mu się podpisać Mid Level Exception (nieco ponad 5 mln $ na sezon) i zamienić Atlantę, dzięki Sign&Trade, na Indianę, gdzie zbudowano wokół Reggiego Millera młodą, defensywnie grającą ekipę, która pozwoliłaby Reggiemu zdobyć w końcu upragnione mistrzostwo NBA.
Jermaine O’Neal, Ron Artest, Jonathan Bender, Austin Croshere, Jamal Tinsley, Fred Jones, Anthony Johnson, Jeff Foster, Dale Davis, James Jones, David Harrison czy Scot Pollard. To był zespół, który jak najbardziej stać było na zdobycie mistrzostwa. Sezon zaczęli nieźle (6-2) jednak to 9. mecz sezonu przeciwko ich katom z poprzednich playoffs i jednocześnie obrońcom tytułu- Detroit Pistons, na ich terenie, miał pokazać czy ten zespół będzie stać na wygranie całej ligi. Co się wtedy stało wszyscy wiemy. Pacers upokorzyli Tłoki na ich terenie wygrywając 97-82, jednak bójka do której doszło była początkiem końca wielkiej koszykówki w Indianapolis. Jackson oczywiście nie mógł być bierny, gdy widział, że biją jego kumpla z drużyny na trybunach, toteż doczekał się 30- meczowej dyskwalifikacji. Pacers bez Artesta w playoffs polegli z Pistons ponownie. Zespół się rozpadł, karierę skończył Miller, zaś Ron zażądał transferu. Jackson przejął rolę ciągnącego ten wózek razem z Jermaine’m O’Nealem, doszedł nawet z Pacers do playoffs jednak szybko odpadł po 6 meczach.
Sezon 2006/07 stał pod znakiem kolejnych problemów poza boiskowych Jacksona. Brał udział w strzelaninie w klubie nocnym. To wszystko doprowadziło do transferu i w połowie sezonu Stephen był już Wojownikiem (razem z Alem Harringtonem). Przenosiny dobrze mu zrobiły, bo mógł skoncentrować się ponownie na koszykówce. Styl gry Wojowników nie był ulubionym stylem gry naszego bohatera, jednak dzięki temu, że w zespole znalazł się specjalista od defensywy, jednocześnie pasujący do koncepcji gry w ataku trenera Nelsona (Stephen świetnie rzuca trójki i biega, więc choćby posiadał tylko 1 rękę, pasuje do koncepcji gry Nelsona), na transferze skorzystały obydwie strony. Warriors stali się drużyną jeszcze bardziej nieobliczalną i utalentowaną a Stephen mógł robić na parkiecie w zasadzie to co chciał. Sezon zakończyli wygraniem 9 z 10 ostatnich spotkań i rzutem na taśmę awansowali do playoffs, gdzie sprawili bodaj największą niespodziankę ostatniego 10- lecia, jak nie całej historii ligi. Ich ofiarą padli Dallas Mavericks, zespół który w sezonie regularnym grał niemal idealną koszykówkę, wygrywając 67 spotkań. W zasadzie, gdyby nie to, że w końcówce sezonu trener Avery Johnson postanowił dać odpocząć swoim starterom, Mavs mogli wygrać nawet 71 spotkań. W playoffs trafili jednak najgorzej jak mogli, na będących w gazie Golden State Warriors, grających totalny chaos w ataku, mających na ławce byłego trenera Mavs, znającego ich wszystkie słabe punkty, będącego jednocześnie w wielkim konflikcie z właścicielem drużyny z Dallas, za sprawą niewypłaconej jakiejśtam kwoty z kontraktu. Także powodów do wygrania Nelson miał wiele. Żeby było zabawniej, Wojownicy w sezonie regularnym 3- krotnie w 3 meczach pokonywali Mavericks, będąc jednocześnie jedyną drużyną, której w tamtym sezonie Mavs nie pokonali w RS. Seria przebiegała tak jak się wszyscy spodziewali. Było nieprzewidywalnie. Wojownicy już na dzień dobry, w pierwszym meczu serii, pokonali zespół z Dallas na ich terenie. Dalej już było tylko gorzej dla Mavericks i sensacja stała się faktem. Po 5 meczach Wojownicy byli w 2. rundzie.

W drugiej rundzie Warriors ulegli fizycznie grającym Jazz 4-1 jednak przeszli do historii po tym czego dokonali.
Wróćmy do naszego bohatera. Jackson ze średnią 20 punktów na mecz był bardzo ważnym elementem tej układanki. Nie tylko dawał trochę szaleństwa w ataku, w defensywie uprzykrzał momentami życie Dirkowi Nowitzkiemu do tego stopnia, że ten zapamięta tą serię do końca życia. W kolejnych latach nie było już tak różowo. Zespół najpierw opuścił Jason Richardson.
Wojowników zabrakło w następnych playoffs, zespół opuścili kolejni gracze jak Al Harrington czy Matt Barnes. Nie miało to wpływu na grę S-Jaxa, bo ten zaliczył 2 sezony pod rząd, w których rzucał średnio minimum 20 punktów na mecz. Zaowocowało to podpisaniem 40 milionowego, 4- letniego kontraktu, który trzeba traktować w ramach wyrównania rachunku za to, iż przez całą swoja karierę grał za mniejsze pieniądze niż był naprawdę wart. I kiedy wydawało się, że będzie wszystko normalnie Jackson pokłócił się z trenerem. Nie widział się w tej koncepcji zespołu i zażądał transferu. Stał się bardzo ciekawym kąskiem na rynku. Być może z wysokim kontraktem i ciężkim charakterem ale dla niektórych ekip taki zawodnik to jest brakujący element. Warriors w zamian nie wymagali wiele. Potrzebowali spadającego kontraktu. Z miejsca Jacksona połączono z Cleveland Cavaliers. W druga stronę powędrowałby Zydrunas Ilgauskas. Wszyscy chcieli tego transferu, jednak gdy Cavs wciąż się zastanawiali czy warto, zgłosili się Charlotte Bobcats. W drugą stronę powędrowali Vladimir Radmanovic oraz Raja Bell.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Bobcats z ekipy, która wygrała tylko 3 mecze w pierwszych 12, nagle wygrała 7 w kolejnych 12 spotkaniach i stała się drużyną, z którą trzeba się liczyć. Potrafili pokonać Denver Nuggets oraz pechowo ulec Dallas Mavericks. Posiadają defensywnych Chandlera, Wallace’a i Jacksona, dzięki czemu są w czubie ligi pod względem obrony. Sezon zapowiada się dla Bobków bardzo ciekawie. Moim zdaniem zobaczymy ich w playoffs, gdzie stać ich na sprawienie sporej niespodzianki. Oczywiście wiele przed nimi pracy ale dopóki „miesiąc miodowy” ze Stephenem trwa ten zespół jest pozytywnie nieobliczalny. Co najważniejsze, Bobcats miło się w tym momencie ogląda. Świetna defensywa plus dość spora dawka efektywnych akcji w ataku sprawia, że można już na dłuższą chwilę zawiesić oko na ich grze. To zespół atletycznych walczaków, a tacy pod kierownictwem trenera Larry’ego Browna zawsze osiągali sukcesy. Zresztą wydaje się, że nareszcie Brown ma w Charlotte odpowiednie narzędzia do tego by jego zespół zaczął grać Koszykówkę, a sam Stephen, personalnie jest ciekawym wyzwaniem dla niego.
Jak to wszystko się skończy? Nie wiemy. Obstawiam, że jeżeli Bobki będą robili postępy, to Jackson może nawet zakończyć karierę jako Bobcat. Jeśli jednak postępów zabraknie, Jackson pewnie spróbuje zdobyć ponownie tytuł z jakimś lepszym zespołem. Choć niekoniecznie przed wygaśnięciem obowiązującego go kontraktu. Jackson ma już mistrzowski pierścień, jako ważna część zespołu zatem nie ma aż tak dużego ciśnienia by za wszelką cenę zdobyć mistrzostwo. Ale S-Jax to zawodnik lubiący wyzwania, do tego ma trochę przerośnięte ego. To powoduje, że stać go np. na wypowiedzenie wojny Kobemu. Przed jednym ze spotkań tegorocznego pre season, Stephen powiedział, że jest lepszy od Black Mamby. Kobe oczywiście dał mu nauczkę ale możemy być pewni, że Jackson nie popuści Bryantowi. Nie popuści nikomu. I to jest cały Stephen Jackson. Za to jedni go kochają, inni nienawidzą. Ale to powoduje, że wszędzie gdzie się pojawiał były lepsze wyniki. Dlatego przyjrzyjcie się grze Bobków w tym sezonie. Mają naprawdę fajne stroje a posiadając Jacksona w swoim składzie, stają się z miejsca drużyną z wyższej półki. Czy to wystarczy im na playoffy? Oby.
Licznik odwiedzin: 17 067 354 (wersja testowa)
| « grudzień » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||




Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: