


Rafał Niewiadomski
Miałem napisać coś o Finałach 1994 roku, bo bardzo Wam sie spodobały ostatnie moje wspominki z poprzedniej epoki, jednak 22 stycznia nie zdarza sie co tydzień, a dzień 22 stycznia 2006 roku zapamiętamy do końca życia, przynajmniej ci, którzy śledzą uważniej NBA. Każdy z nas zapamiętał ten dzień inaczej. Niektórzy mieli to szczęście, że oglądali to na żywo, inni jak ja przygotowywali sie do ważnego kolokwium. Generalnie tego dnia, kilka minut po 7 rano odebrałem telefon i będąc w połowie snu usłyszałem tylko krzyczący glos w słuchawce: "Stary @@@@@ nie uwierzysz! Kobe rzucił 81!". Odpowiedziałem tylko „Gruby, chyba robisz sobie jaja, a ja muszę się wyspać dzisiaj…” po czym… włączyłem komputer by sprawdzić. I faktycznie, to nie był żart.
W zeszłym tygodniu minęła czwarta rocznica rzucenia przez Kobe'go 81 punktów w jednym meczu, czyli ustanowienia swojego rekordu punktowego i prawdopodobnie jednego z największych indywidualnych popisów strzeleckich jakie ludzkość widziała. Dlatego nie mogę o tym nie napisać, tym bardziej, ze nigdzie o tym nie wspomniano. I choć wydaje się, że to było całkiem niedawno, to tak naprawdę minęło już naprawdę sporo. Obecni Lakers o już inny zespół niż tamci Lakers a i Kobe jest już trochę innym zawodnikiem.
"81 punktów. Nieważne gdzie. Na podwórku, na Playstation. To masa punktów." Nie wiem czyj to był cytat, ale 81 punktów to poprzeczka podniesiona tak wysoko, że śmiem twierdzić, iż nie prędko ten wynik zostanie poprawiony. Oczywiście jest jeszcze 100 Chamberlaina ale o tym będzie niżej.
22 stycznia 2006 roku do Los Angeles zawitali Toronto Raptors. Jeziorowcy przeżywali mały kryzys, ledwo co polegli pechowo w Sacramento po dogrywce, dwa dni później w Phoenix ze Słońcami i zespól z bilansem 21-19 był na pograniczu ósmego miejsca na Zachodzie. Lakers bardzo potrzebowali zwycięstw, tym bardziej u siebie, gdy grali w szczęśliwych, białych strojach a naprzeciw stała jedna ze słabszych drużyn ówczesnej ligi - Toronto Raptors.
Pewnie nie wszyscy pamiętają tamtych Lakers. Kibicowanie im nie było prostym zadaniem. W strojach Jeziorowców biegali tacy gracze jak Smush Parker, Kwame Brown czy Brian Cook i ciężko było oczekiwać by dawali wsparcie Kobe;mu na tyle, by ten zespół mógł ugrać coś więcej niż sam awans do play-offs, co dla wielu zawodników z tamtego składu i tak było juz nie lada osiągnięciem. Powróćmy jednak do samego meczu.
Dinozaury już od pierwszych minut narzuciły ofensywny styl gry i dzięki temu, że nie wszystkim Jeziorowcom tego dnia chciało się grać w niedzielne popołudnie, bądź po prostu nie mieli dnia, Lakers do przerwy przegrywali 49:63. Gdy gracze obu drużyn opuszczali boisko towarzyszyły im gwizdy kibiców, którzy mieli prawo być niezadowoleni z postawy swoich podopiecznych. Kobe już do przerwy miał 26 punktów, jednak to było za mało na Raptors, którzy tego dnia wyszli z założenia, ze sam Kobe meczu nie wygra... i pewnie by tak było gdyby nie to, że…
Bryant miał jednak inne zdanie na ten temat. Skoro partnerom nie wychodziło (trafili zaledwie 18 razy na 42 próby w całym spotkaniu), postanowił, że sam wygra ten mecz. I wtedy zaczął sie prawdziwy show. Po zmianie stron, Kobe szybko trafił 3 rzuty i wpadł w trans, którego efektem były trzy kolejne trójki w następnych akcjach. Zanim gracze Raptors się otrząsnęli, Kobe na swoim koncie miał już ponad 50 punktów, Lakers objęli pierwsze prowadzenie w meczu a kibice szybko przypomnieli sobie gdzie są.
To jednak nie był koniec. Kobe chciał w tym momencie już nie tylko wygrać to spotkanie. On chciał wysłać w świat wyraźny sygnał i dokończyć dzieło, którego nie dokończył miesiąc wcześniej gdy jego licznik zatrzymał się na 62 po 36 minutach gry z Mavericks i Phil już nie skorzystał z jego usług w czwartej kwarcie. Tego dnia Raptors byli jednak jeszcze w grze po trzech kwartach i Kobe mógł zrobić swoje. Do przerwy miał na swoim koncie 26 punktów, w trzeciej kwarcie dorzucił 27, jednak najlepsze nastąpiło w czwartej kwarcie gdy dorzucił... 28, z czego w samych ostatnich 6 minutach aż 20 punktów. Kobe grał z taką agresją, jakby od ego meczu zależało minimum mistrzostwo NBA. Pękały po kolei wszystkie rekordy punktowe Lakers: Elgina Baylora, Jerry'ego Westa i Chamberlaina aż stanęło na 81 i drugim wyniku w historii NBA, po wspomnianej 100 Wilta.

Oczywiście Jeziorowcy wygrali tamto spotkanie 122:104, jednak im bliżej było do końca tym mniej ważny był wynik. Gracze NBA w okolicach 50-60 punktu zaczęli rozsyłać sobie smsy o tym, że Kobe idzie na rekord. W barach zaczęto zmieniać kanały na ten ze spotkaniem Lakers-Raptors i nagle (koszykarski) świat na chwile zamarł. Wokół tego meczu urosło wiele legend, niektórzy zaczęli doszukiwać się pozaziemskiej pomocy. Dla Kobego było to 666. spotkanie w karierze. Nagle okazało się, że 81 to odwrócone 18 a 18 to 6x3 czyli 666. Bryant nie trafił też 18 rzutów, no i trafił 18 rzutów wolnych, zatem kolejne potrójne szóstki…
Jednak to nie był tylko jeden mecz. Kobe w ogóle miał wielki miesiąc. W styczniu został pierwszym zawodnikiem od 1964, który rzucił w 4 spotkaniach pod rząd minimum 45 punków, oprócz tego jego średnia z całego miesiąca stanęła na 43,4(!) co jest ósmą najwyższą miesięczną średnią w historii ligi. Bryant ustanowił także rekord Jeziorowców w ilości +40 punkowych spotkań w jednym sezonie, zaliczając aż 27 takich występów w tamtym sezonie. Ustanowił także rekord klubu pod względem ilości zdobytych punktów w sezonie regularnym zatrzymując licznik na 2,832 i na koniec zakończył cały sezon ze średnią 35,4 punktów na mecz, co było najlepszym wynikiem od 1987 roku i średniej jego Powietrznej Wysokości (37 ppg). Tylko słaby wynik Jeziorowców (zaledwie 45 zwycięstw) nie pozwoliły Black Mambie na zdobycie statuetki MVP za sezon regularny.
Dziś to 81 wydaje się wciąż niemożliwe i pokazuje tylko jak groźnym zawodnikiem był Bryant, który wówczas był szybszy i skoczniejszy niż teraz. 81 w czasach, w których można kryć półstrefą, pomagać w defensywie dużo bardziej niż kiedyś i w czasach, w których atletycznie ciężko jest górować nad kimkolwiek wydaje się wciąż wynikiem z Playstation. Dla Wilta, by zdobył 100 punktów, podporządkowano całe spotkanie. Dogrywano mu pod kosz wszystkie piłki, na dalszy plan zszedł wynik. Do tego Wilt w ówczesnych czasach był prawdziwym potworem Gdy on mierzył ponad 213 cm wzrostu inni gracze na boisku rzadko kiedy przekraczali 200 cm. Owszem Wilt był wielkim atletą, znane są jego osiągnięcia z bieżni, jednak nie zmienia to faktu, że to były inne czasy i Wiltowi było dużo łatwiej, czego dowodem niech będzie jego średnia z tamtego sezonu przekraczająca 50 punktów i 20 zbiórek na mecz. Kobe większość punktów zdobył z półdystansu i dystansu, będąc po prosu bardzo gorącym. Jeżeli w jakiejś grze byłaby skala od 0 do 10, to Kobe z tego meczu, szczególnie w 2. połowie miałby 12-13 i byłby poza skalą.
- To się po prostu stało. Nie planowaliśmy tego zupełnie. Chodziło wyłącznie o wygraną, tylko dlatego zacząłem rzucać i walczyć o każdy punkt. A potem okazało się, że to noc, o jakiej nie marzyłem nawet w snach - mówił po meczu Bryant.
Następne takie spotkanie nie prędko się wydarzy. Nie wiadomo czy w ogóle się wydarzy, dlatego, jeżeli tego nie widzieliście, a w najbliższym czasie będziecie mieli chwilę to przypomnijcie sobie ten mecz. Naprawdę warto, tym bardziej, gdy na zewnątrz -20.
81. Osiemdziesiąt jeden! Już wiecie dlaczego Jalen Rose jest jednym z największych fanów Kobego? 81, czyli 2 2 2 2 2 1 1 1 1 3 2 2 1 2 2 2 2 2 3 3 3 2 1 3 2 2 2 1 1 2 2 2 1 1 1 3 3 2 2 1 1 1 1 1 1 1
Niemożliwe.
Najlepsze wyniki punktowe w historii NBA
100 - Wilt Chamberlain, Philadelphia - New York, 2 marca 1962
81 - Kobe Bryant, Lakers - Toronto, 22 stycznia 2006
78 - Chamberlain, Philadelphia - Lakers, 8 grudnia 1961 (trzy dogrywki)
73 - David Thompson, Denver - Detroit, 9 kwietnia 1978
73 - Chamberlain, San Francisco - New York, 16 listopada 1962
73 - Chamberlain, Philadelphia - Chicago, 13 stycznia 1962
72 - Chamberlain, San Francisco - Lakers, 3 listopada 1962
71 - David Robinson, San Antonio - Clippers, 24 kwietnia 1994
71 - Elgin Baylor, Lakers - New York, 15 listopada 1960
70 - Chamberlain, San Francisco - Syracuse, 10 marca 1963

Rafał Niewiadomski
Nigdy nie przepadałem za Knicksami. Zawsze był jakiś powód. Na początku bo byli wrogami Jordana w czasach pierwszego 3-peatu, później bo odesłali z kwitkiem Bulls bez Jordana w PO’94 a następnie walczyli z Rockets w finałach, w których bliżej mi było do Rakiet i Olajuwona niż do Knicks. Swoją drogą to były świetne finały. Następnie Knicks byli wrogami „moich” Magic, później ograli Lakers w niedziele na TVNie i tyle powodów mi wystarczyło by za nimi nie przepadać. W późniejszych czasach był Isaiah Thomas i Stephon Marbury ale przez nich zacząłem inaczej patrzeć na Knicksów i nawet zacząłem tęsknić za tymi twardymi nowojorczykami.
W historii tej ligi, zresztą w całej historii sportu, trafiają się od czasu do czasu takie drużyny, czy zawodnicy, którzy są underdogami i nie można im nie kibicować. To dlatego w USA takim wielkim zainteresowaniem cieszą się rozgrywki uniwersyteckie, bo tylko tam dzięki 1 meczowi Kopciuszek może wywalić Goliata za burtę. Tak było w ostatnich latach z uczelniami George Mason University czy Robert Morris Univ. Ci pierwsi doszli nawet do Final Four 3 lata temu, a ich historię śledziła cała Ameryka. Nie o uniwersytetach miało jednak być. W NBA takimi kopciuszkami, którym wszyscy kibicowali byli ostatnio Houston Rockets (09) oraz Golden State Warriors (07) jednak obie ekipy zakończyły swoje przygody już na drugiej rundzie Playoffs. Co innego Knicks’99…
Sezon 1998/99 był bardzo dziwnym sezonem. Przez lockout skrócono do 50 spotkań. W zasadzie miał się już nie odbyć i nie wszyscy gracze serio potraktowali tamte rozgrywki. Phil Jackson przez to przy tytule Spurs’99 zawsze stawiał gwiazdkę i mówił, że to takie niepełne mistrzostwo i nie powinno się liczyć. Być może dlatego mieliśmy do czynienia z tym co się na Wschodzie NBA wtedy stało. Dla Knicks to był ważny sezon, ponieważ wiadomo było, że dla ich ikony, Patricka Ewinga może być to ostatni dzwonek na zdobycie mistrzostwa NBA. Jordan wreszcie zakończył karierę, Shaq był już na Zachodzie, a Olajuwona i Rockets nazywano Jurajskim Parkiem. Włodarzom nowojorczyków udało się sprowadzić Latrella Spreewella z Warriors oraz pozyskać z Raptors Marcusa Camby’ego. Podpisano także umowę z wolnym agentem Kurtem Thomasem. Oczywiście nie ma nic za darmo. Z drużyną pożegnały się 2 ikony Knicksów w osobach Charlesa Oakleya oraz Johna Starksa jednak wydawało się, że zgromadzono na tyle dużo talentu, że zespół będzie w stanie powalczyć o mistrzostwo dla Pata.

Sprawa nie była prosta, bo tak samo zmotywowani na Wschodzie byli jeszcze mocni Miami Heat oraz Indiana Pacers, nie wspominając już o takich potęgach Zachodu jak Jazz, Blazers, Spurs czy Lakers. Niemniej Knicks mieli naprawdę spore szanse na to by dokonać tego czego im się nie udało w wcześniej.
Sezon rozpoczęli nienajlepiej wygrywając zaledwie 10 z pierwszych 18 spotkań. Można to było jednak tłumaczyć dłuższymi wakacjami. Przez lockout wielu zawodników w ogóle nie doszło do formy w tym sezonie a niektórzy zjawili się tak otyli, ze kluby nakazały im kuracje odchudzające (Shawn Kemp, Vin Baker). Na chwilę stracili Paricka Ewinga za sprawą kontuzji Achillesa, jednak po 11 dniach „King Kong” wrócił do gry, jak się jednak później okaże, ten uraz będzie kluczowy dla losów całego sezonu. Drużyna wciąż nie zachwycała. Wciąż wygrywali praktycznie tylko co drugie spotkanie i sezon zakończyli z wynikiem 27 zwycięstw i 23 porażki. To dało im ósme miejsce w Konferencji Wschodniej premiowane awansem do Playoffs ale perspektywy grania z nr 1, czyli Miami Heat, którzy odprawili ich z kwitkiem w poprzednich Playoffs nie były wcale fajne. Trenerem Żarów był wtedy jeszcze brylantowy Pat (Riley), który jak mało kto znał minusy Knicksów i seria miała być tylko kwestią 3 spotkań. Choć obie ekipy miały już na pieńku…
Tu jednak do gry wkracza z ławki Latrell Sprewell, na którego nie była przygotowana defensywa Heat. Spree już w pierwszym meczu serii rzucił 22 punkty i Knicksi odnieśli najważniejsze w ej serii, 20-punktowe zwycięstwo (95-75) na jej otwarcie. Heat drugi mecz już wygrali, jednak to Knicks zadawali cały czas pierwszy cios. U siebie w game 3 nowojorczycy ponownie pokonali wysoko Żary i ponownie Riley nie miał odpowiedzi na Sprewella, który zdobywając 22 punkty, był najlepszym strzelcem swojej ekipy, wciąż grając z ławki. Heat zdołali doprowadzić do wyrównania serii wygrywając pewnie game 4, i o wszystkim decydować miał mecz na Florydzie (serie w 1 rundzie grane były wtedy do 3 zwycięstw). Mecz był bardzo nerwowy. Pod względem ataku nie było to piękne spotkanie. Czuć było o co grają te drużyny i wierzcie mi to było coś więcej niż tylko decydujący mecz serii. Heat na 20 sekund przed końcem prowadzili 77-76 i grę wznawiali z połowy goście. Przez 15 sekund nie byli w stanie zagrać nic sensownego i Sprewell prawie stracił piłkę. Zresztą zobaczcie sami, bo tego nie da się opisać.
Knicks stali się drugą, po Denver Nuggets’94, ekipą z 8 seeda która wyeliminowała 1 seed. Już przeszli do historii, jednak na tym nie miało się skończyć.

W drugiej rundzie trafili na Atlantę Hawks i trafili chyba najlepiej jak mogli. Jastrzębie choć rozegrały świetny sezon regularny (31-19!) nie były dostatecznie doświadczoną drużyną by wyeliminować nowojorczyków. Natomiast Knicks, podbudowani wygraniem serii z Heat, urośli w oczach o dobre 10cm każdy (szczególnie Sprewell, który z ławki rzucił w pierwszych dwóch meczach w ATL łącznie 62 punkty!) i zesweepowali Atlantę, która naprawdę nie miała nic do powiedzenia w tej serii. To dodało Knicksom kolejne 2-3 cm i w starciu z Indianą Pacers nie byli bez szans. Nie mieli nic do stracenia, z meczu na mecz wyglądali coraz lepiej i na pewno nie wyglądali jak drużyna z ósmego seedu.
Pacers to już nie były jednak przelewki. Rik Smiths, Chris Mullin, Jalen Rose, Davisowie, Travis Best, Mark Jackson, Sam Perkins, Derrick McKey, czy młodzi Austin Croshere i Al Harrington. No I oczywiście Reggie Miller.

To była ta sama ekipa, która rok wcześniej poległa dopiero w 7 meczach z wielkimi Bykami Jordana. To była drużyna, która była najbliżej pokonania Bulls w tamtym okresie i mając HCA byli wielkimi faworytami tej serii. Dla Knicks to jednak nic nie znaczyło. Już na dzień dobry w pierwszym meczu serii, dzięki siewnej defensywie zdołali doprowadzić do zaciętej końcówki i zwyciężyć 93-90, zabierając Indianie atut przewagi własnego parkietu. W drugim meczu serii, Knicks przegrali po zacietej końcówce, na domiar złego Ewingowi odnowiła się kontuzja Achillesa.
Od czego był jednak Marcus Camby. Camby zagrał prawie jak Pat (21-11-2bl-4prz), jednak na 11 sekund przed końcem spotkania, Pacers wciąż pewnie prowadzili 3 punktami (91-88) i choć piłkę mieli Knicks, wydawało się, że nic złego się nie stanie i gracze z Indiany przywrócą sobie przewagę własnego parkietu. Tego dnia, swój dzień miał nie tylko Camby. Był jeszcze Larry „Babka” Johnson, który popisał się prawdopodobnie najsłynniejszą 4-punktową akcją w historii NBA.
Kocham tą akcję. Słyszycie jak chwilę wcześniej Bill Walton mówi „byle by Pacers nie faulowali przy rzucie za 3”? Dzięki tej akcji Knicks urośli o kolejne 2-3cm, Pacers zdołali wyrównać jeszcze serię na 2-2, jednak nie byli wstanie powstrzymać Knicks a w szczególności Marcusa Camby’ego, który w game 5 z ławki rzucił 21 punktów, zebrał 13 piłek i zaliczył 6 bloków, wyłączając jednocześnie z gry Rika Smithsa, który pod nieobecność Ewinga miał być kluczem do wygrania tej serii przez Pacers. Swoje zrobili także Houston i Sprewell, którzy rzucili prawie 50 punktów, dzięki czemu Knicks zwyciężyli 101-94 i wracali do mekki koszykówki, by zakończyć serię w 6 meczach. Takiej okazji nie mogli wypuścić z rąk. Tym razem z gry wyłączony został Reggie Miller (1/8 za 3, 3/18 z gry) i Pacers polegli 90-82. Ponownie punktował duet Houston-Sprewell (52 punkty), a pod koszem rządził Camby. Drugi awans do Finałów w latach 90. stał się faktem.
Knicks trafili jednak tym razem najgorzej jak mogli. San Antonio Spurs dysponowali nie jedną, a dwiema wieżami(Duncan i Robinson), które trzeba było ograniczyć. Tamci Knicks, będący w takim gazie, będący tak nieobliczalni mogli pokonać każdego ale nie tych Spurs. Tym bardziej, że Ewing na pewno miał nie wrócić do gry, nawet gdyby doszło do game 7. Finały stojące pod znakiem defensywy (tylko raz w pięciu meczach zespół przekroczył 90 punktów, byli to Spurs w game 4- zdobyli 96 pts) wygrały oczywiście Ostrogi. W San Antonio, w obecności ponad 36 tys. widzów zgromadzonych w footballowej hali Alamodome, Spurs pozwoliły Knicksom na zdobycie łącznie zaledwie 144 punktów w 2 pierwszych meczach, co pozwoliło na objęcie prowadzenia 2-0 w serii. W Madison Square Garden Nowojorczycy byli w stanie wygrać jedynie game 3 (89-81) dzięki heroicznemu występowi tria Houston (34 punkty), Sprewell (24 punkty) i Johnson (16 punktów). W szczególności ten trzeci, razem z Kurtem Thomasem, podjął rękawicę rzuconą przez wysokich Spurs i spowodował, że Duncan i Robinson musieli ostro zapracować na wszystkie punkty i zbiórki. Niestety to było wszystko, na co było stać Knickerbockers, w kolejnym meczu polegli, a w game 5 załatwił ich „Maly Generał”, dzięki czemu David Robinson stał się pierwszym wielkim graczem tamtych czasów, który po Jordanie i Hakeemie posmakował mistrzostwa. Już nikt nigdy nie mógł wrzucić go do tego samego worka co Malone’a, Paytona, Millera czy… Ewinga, którzy nigdy nie zdobyli mistrzostwa. Szczególnie tragiczna jest to historia dla Ewinga, który nie tylko nie zdobył tytułu, ale mógł tylko z boku przyglądać się jak jego partnerzy przegrywają mu tytuł. Z drugiej strony, czy on sam chciałby zdobyć tytuł siedząc na ławce? Pewnie do końca życie byłoby mu to wypominane tak samo jak nie wygranie mistrzostwa…
Rok później niemal, drużyna w niemal niezmienionym składzie przegrała w Finałach Konferencji z Indiana Pacers 4-2. Później był transfer Ewinga, transfery kolejnych zawodników aż Knicks spadli na dno, z którego podnoszą się niestety do dzisiaj.
Michał Górny
Pozwolę sobie wtrącić, że to jedna z moich ulubionych w mojej *kolekcji*. I w dodatku znaleziona za 80 zł....Bezcenne!!


Licznik odwiedzin: 17 067 334 (wersja testowa)
| « styczeń » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | ||||
| 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 |
| 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 |
| 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 |
| 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 |




Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: