Są nawet niebieskie wersje retro koszulek robionych przez Championa, w których grali w latach 90. Widziałem na filmiku poniżej takie jerseye m.in. Eddiego Jonesa oraz Shaqa i szczerze mówiąc nie mam pojecia jak to się stało, że nie wiedziałem, iż grali w takich strojach w tamtych latach. Owszem, znajdywałem na ebayu często repliki niebieskie ale nie wiedziałem, że Lakers naprawdę grali w tamtych niebieskich strojach pod koniec lat 90. Wiecie jak bardzo zajawiony jestem na koszulki tym bardzijej Jeziorowców. Dla mnie to prawie najważniejsza część mojej zabawy z koszykówką w tej chwili. Myślałem, że udalo mi się zgromadzić dość niezłą kolekcję, również koszulek meczowych Lakersów, ale to co ma David... to jakaś przesada.




Rafał Niewiadomski

Dzisiejszą Koszulkę Tygodnia poświęcę Rasheedowi Wallace'owi i drużynie Detroit Pistons '04. Skłonił mnie do tego trade deadline, który właśnie minął. Zastanawiałem się jakie transfery dokonane, niemal równo z dzwonkiem kończącym okienko transferowe (trochę to piłkarskie, prawda?) zmieniały znacząco sytuację w lidze. Transfer, który w ostatnich latach najmocniej wstrząsnął ligą z tego okresu to na pewno przyjście Rasheeda Wallace'a do Detroit Pistons. Ten trade może tak mocno nie wpłynął na zachowania GM'ów jak transfer Gasola do Lakers ale to dlatego, że transfer Hiszpana miał miejsce na miesiąc przed końcem deadline, i menadżerowie nie bardzo mieli czas na odpowiedź.
Przypomnijmy ówczesną sytuację. Portland Trail Blazers, którzy zaliczyli słabą pierwszą połowę sezonu 03/04 postanowili rozgonić wesołe towarzystwo, które częściej pojawiało się na pierwszych stronach gazet dzięki swoim wyczynom pozaboiskowym. Dzięki temu doszło 10 lutego do transferu na linii Hawks-TrailBlazers, na mocy którego graczem Jastrzębi został m.in. Rasheed Wallace, a w drugą stronę powędrował m.in. Shareef Abdur-Rahim. Sheed jednak rozegrał tylko jedno spotkanie w barwach słabych Hawks, po czym zażądał transferu do klubu, w którym będzie miał szansę grania o coś więcej niż o pick w drafcie. Działacze (kolejne słowo, którego nie znoszę z piłkarskiego podwórka) Hawks musieli szybko coś zrobić, bo jak wiadomo z niewolnika nie ma pracownika. Udało im się znaleźć Wallace'owi nowy klub (Pistons) w ostatniej chwili. Do finalizacji transferu potrzebny był trzeci zespół - Celtics. Tłoki musiały pozbyć się aż 4 zawodników (Chucky Atkins, Lindsey Hunter, Zeljko Rebraca, Bob Sura) jednak dysponowali na tyle szeroką ławką, że nawet nie odczuli tej straty, do tego po miesiącu wrócił Hunter, świeżo co zwolniony z Bostonu. Tak oto Wallace wylądował w Pistons.

A teraz słów kilka o samych Tłokach. Zbudowano tam bardzo ciekawą drużynę, która z roku na rok grała co raz lepiej. Po ujemnym sezonie 2001 (32-50) zdecydowano się podpisać kontrakt z niespełnionymi i niedocenionymi przedtem Chauncey'em Billupsem oraz Richardem Hamiltonem. Do składu dokooptowano także walczaków w postaci Bena Wallace'a i Corlissa Williamsona. W drafcie pozyskano Tayshauna Prince'a z Kentucky czy Mehmeta Okura z Turcji, więc był już trzon składu i młody narybek. Znakiem firmowym tej drużyny była walka i nieustępliwość w defensywie, którą wpoił im Rick Carlisle. Carlisle został nawet doceniony nagrodą dla Trenera Roku, jednak po play-offs 2003, w których doszedł aż do Finałów Konferencji, został zwolniony. Wokół zwolnienia trenera Carlislie narosło wiele legend, wśród nich te mówiące o tym, iż Rick już w trakcie play-offs dogadał się z włodarzami Pacers (gdzie w sumie wylądował). Mówiło się także o konfliktach na linii Joe Dumars-Rick Carlisle Dumars miał być niezadowolony ze sposobu grania zespołu w ataku oraz relatywnie małego wykorzystywania młodych zawodników Pistons w sezonie regularnym. Wreszcie ostatnim powodem była dostępność na rynku trenera Larry'ego Browna. Bardzo prawdopodobne, że te wszystkie czynniki po kolei złożyły się na to, iż od sezonu 2003/04 trenerem Pistons był już właśnie Brown.
Ze składem pożegnał się przeżywający w Detroit drugą młodość Cliff Robinson, ale drużynę zasilił doświadczony Elden Campbell, który był bardzo zmotywowany, aby coś w końcu wygrać. Pozyskano także w międzyczasie Mike'a Jamesa. Najlepsze było zatem przed Tłokami. Pistons pomimo tego, iż rok wcześniej doszli do Finałów Konferencji, dzięki temu, iż w 1997 roku oddali Grizzlies Otisa Thorpe'a dysponowali prawami Niedźwiadków do wyboru w drafcie 2003. Pech chciał, że Grizzlies wylosowali drugi numer i jego prawa przejęli Pistons. O ile dobrze pamiętam, gdyby to był pierwszy numer, pozostałby w Memphis...
Tu jednak zaczyna się dramat Joe Dumarsa, który zamiast wybrać Carmelo Anthony'ego, Dwyane'a Wade'a czy Chrisa Bosha sięgnął po... Darko Milicica. Wówczas nie było to taką głupią decyzją. Pistons mogli sobie pozwolić na trzymanie młodego prospecta z Europy w swoim składzie. Darko miał w tej lidze osiągnąć o wiele więcej niż sam Dirk Nowitzki. Jak wyszło wszyscy wiemy. Milicic nie udźwignął presji, znalazł się za szybko w miejscu, gdzie wymagano od niego zbyt wiele, gdzie było zbyt wysokie ciśnienie na sukces. A gdyby tak sięgnęli po Anthony'ego...
Wróćmy jednak do połowy sezonu 2003/04. Pistons nie grali wcale dużo lepiej niż rok wcześniej. W lutym zaliczyli mały regres, mając zaledwie 4 zwycięstwa w 14 meczach i wtedy z nieba (tzn. z Portland via Atlanta) spadł im Rasheed Wallace. Sheed okazał się brakującym elementem tej układanki. Od tego momentu nic nie było już takie samo.
Wallace bardzo szybko odnalazł się w poukładanej koszykówce trenera Browna zarówno w ataku jak i defensywie. Jego dojście stworzyło prawdziwą dwugłową defensywną bestię. Duet Ben Wallace-Rasheed był od tego momentu zmorą wszystkich drużyn w lidze. Już w trzecim spotkaniu z tą dwójką pod koszem, gracze Pistons dali rzucić Philadelphii 76ers zaledwie 66 punktów. Najlepsze miało jednak nadejść. Odkąd pozyskano Rasheeda, gracze z Detroit tylko raz w 48 spotkaniach (!!!) dali sobie rzucić więcej niż 100 punktów. Miało to jednak miejsce w meczu z New Jersey Nets, w drugiej rundzie playoffs z trzema dogrywkami (Pistons przegrali 130-127). To, że nikomu poza Siatkami nie udało się im rzucić więcej niż 100 to pikuś. W marcu zaliczyli serię 5 spotkań pod rząd, w których nie tracili 70 punktów (!) oraz 8 spotkań pod rząd, w których nie stracili 80 punktów (!). To była naprawdę masakra. W playoffs potrafili zatrzymać Nets np. na 56 punktach, Pacers na 65 (dwukrotnie, i raz na 67) a Lakers na 75.

To co grali wówczas w defensywie pozostanie chyba najlepszą obroną jaką w życiu widziałem a widziałem wiele przez te prawie 20 lat śledzenia tej ligi. Boston Celtics w 2008 roku wykonali kawał dobrej roboty na Kobe'm i Jeziorowcach ale to co wówczas wyprawiali Pistons... to było chyba coś więcej, niż robili nawet ich koledzy z czasów Badboys. Tłoki '04 szybko zapracowały na przydomek Badboys 2.
Sezon regularny zakończyli zwyciężając w 16 z ostatnich 19 spotkań, wygrywając m.in. ze swoimi najgroźniejszymi rywalami, na których mieli trafić w playoffs: Pacers, Nets czy 76ers. W tych spotkaniach nie tracili więcej niż... 71 punktów! Przystępując do playoffs nie do końca byli czarnym koniem, bo przecież rok wcześniej doszli aż do Finałów Konferencji. Niemniej sposób w jaki grali, powodował, że stali się bestią, której wszyscy chcieli uniknąć w meczach post-season. Z bilansem 54-28 zajęli dopiero 2 miejsce na Wschodzie i w pierwszej rundzie trafili na Milwaukee Bucks. Seria trwała zaledwie 5 spotkań, Kozłom udało się nawet wygrać w The Palace of Auburn Hills w drugim meczu, ale to był max na jaki było ich stać. Pistons zatrzymali w tej serii Bucks na 86 punktach w meczu i to nie mogło skończyć się inaczej. W drugiej rundzie trafili na New Jersey Nets, czyli ekipę prowadzoną przez Jasona Kidda, z Kenyonem Martinem, która doszła dwukrotnie z rzędu do Finałów NBA. Choć po pierwszych dwóch spotkaniach w Detroit, bez niespodzianek, Pistons prowadzili 2-0, w następnych dwóch u siebie Siatkom udało się wygrać dwukrotnie, pokonując Tłoki ich własna bronią, czyli defensywą (pozwolili rzucić gościom zaledwie 143 punkty w tych 2 spotkaniach!). Game 5 miał zmienić przebieg serii. To było spotkanie! Trzy dogrywki. Chauncey Billups doprowadzający do dogrywki takim oto rzutem...
Ostatecznie to jednak goście wywieźli z Detroit zwycięstwo (130-127) i zapowiadało się na to, że to już koniec zabawy dla podopiecznych trenera Browna. Po takim meczu każdy by się załamał, ale nie ci Pistons. Rasheed zagwarantował w mediach zwycięstwo w meczu numer 6 i... słowa dotrzymał. Pistons zwyciężyli 81-75 i w decydującym meczu u siebie nie było już mowy o niespodziance. Pistons awansowali do finałów Konferencji, gdzie miało być jeszcze trudniej, ponieważ czekali na nich Indiana Pacers z przewagą własnego parkietu.
Tamta seria to była błotna koszykówka w najlepszym wydaniu. Na każdy punkt trzeba było ostro zapracować. Wyniki oscylowały z reguły wokół 70-80 punktów. Najwięcej punktów, 85, rzucili Pistons w meczu nr 3, najmniej - 65 Pacers w game 6. Pierwszy mecz wygrali u siebie Pacers 78-74. Drugie spotkanie wygrali jednak już Pistons 72-67. Z tego meczu do historii przeszła akcja, w której Tay Prince zablokował Reggiego Millera. Miller mógł w tamtej akcji wyrównać wynik i doprowadzić do dogrywki, gdzie kto wie, być może wygraliby Pacers i seria potoczyłaby się inaczej.
Tak się jednak nie stało. Z Detroit gracze z Indiany wywieźli co prawda zwycięstwo w meczu nr 4 i doprowadzili do remisu 2-2 odzyskując przewagę własnego parkietu. Jednak w pojedynkach z tymi Pistons pojęcie przewagi własnego parkietu nie istniało. Tloki pojechały do Indianapolis i wywiozły prawie 20- punktowe zwycięstwo następnie w zaciętym spotkaniu nr 6 zwyciężyli 69-66 i poznaliśmy nowego mistrza Wschodu.
W Finałach NBA miało być jeszcze trudniej, ponieważ tym razem przeciwnikiem byli Los Angeles Lakers z Shaqiem, Karlem Malone'm, Kobe'm Bryantem i Gary'm Paytonem w składzie. Jeziorowcy byli kandydatem do mistrzostwa NBA od początku sezonu. Nie zawsze grali tak jak powinni, problemy ze zdrowiem miał Karl Malone, jednak po tym jak uporali się z San Antonio, wydawało się, że przegonili wszystkie złe duchy i w Finałach powinni postawić kropkę nad „i". Wydawało się, że Lakers mają za dużo talentu, by nie wygrać serii z Pistons. Być może na papierze tak było ale w rzeczywistości... Pewnych rzeczy, takich jak nieustępliwość, waleczność czy serce do gry na papierze się nie zobaczy.

Pistons na dzień dobry odnieśli 12- punktowe zwycięstwo w meczu otwarcia serii. W drugim meczu, zwycięstwo wyrwali Jeziorowcy w ostatnich sekundach dzięki świetnej zmianie pierwszoroczniaka Luke'a Waltona oraz niesamowitej trójce Kobego Bryanta, doprowadzającej do dogrywki. To było jednak wszystko na co stać było Lakers w tej serii. Na domiar złego odnowiła się kontuzja Malone'owi i w następnych trzech spotkaniach w Detroit istniała już tylko jedna drużyna. Nieporadność i bezradność Jeziorowców, szczególnie w ataku była porażająca. Dla mnie oglądanie tych Finałów, jako fan Jeziorowców, było większą traumą niż porażka z Celtami w 2008 roku. Pistons grali jednak piękną koszykówkę. Ich defensywa była nie do przejścia. Pod koszem rządzili Wallace'owie. Ben zbierał po 20 piłek. W ataku ten zespół nie musiał grać świetnie. Wystarczyło, żeby grał lepiej, niż pozwolił zespołowi przeciwnemu. Atak ciągnął Rip Hamilton, który bawił się często w Reggiego Millera, w crunch time killerem był Chauncey Billups, który wtedy właśnie dorobił się ksywy „Mr Big Shot". Rasheed i Prince również potrafili dołożyć po trójce, jednak więcej dawali z siebie w obronie. Była też masa zmienników takich jak Corliss Williamson, Elden Campbell, Lindsey Hunter czy Mehmet Okur, którzy pozwalali odetchnąć graczom pierwszej piątki.

Prawdziwym liderem zespołu był jednak trener Larry Brown. To on wymyślał co raz to nowe zagrywki w ataku, które dawały Pistons wiele łatwych punktów. To on ustawił zespół tak w defensywie i to on jak nikt inny potrafił zmotywować swoich chłopaków. Do historii przeszły już jego przemowy z przerw w meczach finałowych.
To był niestety tylko jeden taki sukces tej drużyny. Rok później, Rasheed zmienił numer z 30 na 36, do zespołu doszli tacy zawodnicy jak Ronald Dupree, Carlos Delfino, Carlos Arroyo, Darvin Ham czy Antonio McDyess i wydawało się, że zespół z takim składem nie może nie powtórzyć wyniku z 2004 roku. Tym razem jednak musieli uznać wyższość San Antonio Spurs w jednych z najlepszych Finałów NBA tego 10- lecia. O dziwo, zdecydowano się na zmianę trenera. Larry'ego Browna zastąpił preferujący bardziej ofensywny styl gry Flip Saunders. Odmłodzono trochę ławkę takimi zawodnikami jak Jason Maxiell, Amir Johnson czy Mo Evans, dodano Tony'ego Delka czy Dale'a Davisa jednak tym razem lepsi okazali się Miami Heat, późniejsi mistrzowie. W kolejnym sezonie dodano Chrisa Webbera, lecz tym razem Pisons ulegli Cleveland Cavaliers LeBronowi Jamesowi. Po kolejnych przegranych Finałach Konferencji, tym razem z Boston Celtics, zdecydowano się na przebudowę. Billupsa po kilku wygranych meczach sezonu 08-09 odesłano do Denver i to był początek końca tej drużyny.
Koniec dość tragiczny, ponieważ prawda jest taka, że szanse na wygranie czegoś więcej niż tylko mistrzostwa w 2004 zaprzepaszczono jeszcze przed wygraniem tego mistrzostwa. Stało się to we wspomnianym wyżej drafcie 2003, w którym nie wybrano kogoś z rójki wydane Wade-Anhony-Bosh. Patrząc z perspektywy czasu, najlepszym wyborem byłby tu Carmelo Anthony'ego, który mógłby być idealnym rozwiązaniem dla drużyny, której momentami brakowało punktów i kogoś kto wyłamałby się z zagrywek. Nie zmienia to faktu, ze nawet bez kogoś z tej trójki, to wciąż była drużyna na coś więcej niż to jedno mistrzostwo. Zawsze jednak czegoś brakowało. Do tego z reguły przegrywali z późniejszymi mistrzami NBA, więc mieli też trochę pecha. Nie mniej za to co zrobili w 2004 roku, będą na zawsze w mojej głowie.
A co z Wallace'm? Rasheed pozostawił po sobie świetna witrynę Need4sheed poświęconą Tłokom. Z tego co się orientuję, to prowadzi tą stronę jakaś fanka Sheeda. Sam Wallace nie bardzo miał ochotę odchodzić z Pistons. Świetnie wkomponował się w klimat miasta i zespołu będąc jego sumieniem i liderem. Po za tym Wallace jest posiadaczem jednego z najfajniejszych tatoo w lidze NBA:
Rafał Niewiadomski

Dużymi krokami zbliża się tegoroczny Weekend Gwiazd. Właściwie to już trwa. A w zasadzie to już się skończył zanim się jeszcze zaczął. Zanim się obejrzymy będzie już po weekendzie, będziemy znali nowych najlepszych trójkowiczów i dunkerów, najjaśniejszą z gwiazd i sezon NBA wkroczy w najważniejszą fazę. Składy będą już niemal niezmienne i za 4,5 miesiąca gry... wiecie kogo poznamy.
Tymczasem wróćmy jednak do All Star Weekend. Przez to ile trwają te przygotowania do tego najluźniejszego koszykarskiego weekendu w roku, sam weekend zawsze mijał mi szybciej niż każdy inny. Człowiek czeka na to cały rok, po czym nim się obejrzy trwa już ostatnia kwarta Meczu Gwiazd i zaraz cała zabawa się skończy. Pozostaje jedynie modlitwa o dogrywkę, drugą, trzecią itd. A później pozostanie już tylko odliczanie do kolejnego ASW, które odbędzie się... w Los Angeles. I tak co roku.
Pamiętacie kiedy zaczęliście swoją przygodę z Weekendem Gwiazd? Ja zacząłem w 1993 roku i nie tyle z weekendem co z meczem, bo wtedy wiedzę z tego co działo się w czasie piątkowych i sobotnich zmagań (były w tedy w ogóle piątkowe?) można było jedynie zaczerpnąć w poniedziałkowym Przeglądzie Sportowym, bądź czekać na migawki w Sportowej Sobocie czy Niedzieli. W ogóle to był jakiś kosmos. Dzisiaj mamy dostęp, bądź przynajmniej możliwość dostępu, do niemal wszystkich akcji związanych z Weekendem Gwiazd. i możemy to spokojnie oglądać nawet na żywo. Wtedy wszyscy jarali się allstarowymi Upper Deckami, których wartość była nieporównywalnie wyższa, od regularnych kart. BTW Udało się w ogóle uzbierać komuś pełną serię kart wtamtych latach?
W 1993 roku mecz był w Salt Lake City i zapamiętam do końca życia 4 rzeczy z tego meczu:
1. wspólne MVP dla Johna Stocktona i Karla Malone'a
2. utrudnianie życia Shaqowi przez starszych kolegów
3. problemy z rozróżnieniem kto jest kto. West to wschód czy Zachód? Dziś przedszkolak nie ma z tym problemu ale wtedy dla mnie to był praktycznie pierwszy kontakt z j. angielskim
4. Allstarowe stroje
Ad.1 MVP jak to MVP. Mecz był w hali Delta Center, a tam zawsze John Stockton i Karl Malone dostawali skrzydeł. Nawet nie pamiętam czy byli starterami. Wiem, że zagrali tak, że nikt nie miał wątpliwości kto powinien dostać tą nagrodę.
Ad.2 Shaq był wtedy rookie i to były trochę inne czasy niż teraz. W lidze, a w szczególności w zespołach All Star panowała hierarchia. Starszym zawodnikom bardzo nie spodobało się to, że młody O'Neal został wybrany przez kibiców do pierwsze piątki Wschodu, doszło zatem do zmowy wśród starszyzny, w którą podobno wciągnięci byli także gracze... Wschodu. Generalnie chodziło o to, by uprzykrzyć Shaqowi życie tak bardzo jak to tylko możliwe. Udało się, O'Neal skończył z zaledwie 10 punktami (4/9 z gry) i gdy tylko było to możliwe był podwajany czy nawet potrajany, byle by nie rzucał punktów.
Ad. 3 już właściwie wyjaśniłem

Ad. 4 Koszulki i stroje. To były najfajniejsze allstarowe stroje jakie kiedykolwiek były w ASG. Były takie... NBA'owskie. Proste. Niebieskie kolory (wcześniej były także czerwone wersje, gdy Zachód grał na wyjeździe), napis NBA i logo, gwiazdy, tradycyjny wzór spodenek i koszulek, do tego klubowe kolorowe dresów zawodników. To wszystko powodowało, że momentalnie człowiek czuł, że ma do czynienia z czymś specjalnym, wyjątkowym. W takich strojach zagrali jeszcze rok później w... Minneapolis, gdzie Pippen wystąpił w czerwonych butach i zdobył MVP. Te stroje bardzo utkwiły mi w pamięci, być może dlatego, że nagrany na kasetę VHS mecz oglądałem średnio raz w tygodniu. Nagranie takiego spotkania nie było takie proste. Trzeba było kogoś znać z odtwarzaczem video, z możliwością nagrywania. Do tego ten ktoś musiał być na tyle miły, żeby wstać w nocy i nagrać takowe spotkanie. Na szczęście były takie osoby, którym teraz mogę tutaj podziękować.
Jedziemy dalej. W 1994 roku ASW nam się rozrósł. Dołączono mecz Phenoms vs. Sensations, w którym wystapili pierwszoroczniacy. Rok później w Phoenix zorganizowano podobne spotkanie, jednka (dzięki Bogu). zamieniono nazwy drużyn na Biali i Zieloni. Do dziś nie wiem wg jakiego klucza dzielone były drużyny. Pamiętam za to, że fajne stroje mieli zawodnicy, którzy w tym spotkaniu wystąpili a MVP tego spotkania został Jeziorowiec Eddie Jones.

Jak po raz pierwszy zobaczyłem to zdjęcie w śp. Magic Basketball, pół dnia zastanawiałem się dlaczego Lakers zmienili stroje. Dopiero inne fotki z tego meczu naprowadziły mnie na trop i wnioski z mojego dochodzenia doprowadziły mnie do słusznie postawionej tezy: w tym meczu zawodnicy dostali takie stroje.
Powracając jednak do imprezy w 1995 roku. Organizatorzy po raz pierwszy od dłuższego czasu dostali możliwość stworzenia swoich własnych unikatowych strojów. Wyszło im świetnie. Logo weekendu, jak i stroje, idealnie pasowały do klimatu Arizony. Ladne kolorki kolorki, niekonwencjonalny wzór i czcionki. Na tym się nie skończyło. Parkiet został również inaczej pomalowany. Farbę położono nie na dzisiejszym „pomalowanym" tylko na przestrzeni po między linią trójek a... „pomalowanym". Zresztą taka była wówczas tendencja, podobnie pomalowane parkiety były w Vancouver, Toronto, później w Charlotte czy Houston, co moim zdaniem tworzyło naprawdę fajny klimat.

W tym Meczu Gwiazd było wszystko. Był robiący cuda także na motocyklu The Gorilla, którego od tego momentu kojarzyli wszyscy fani NBA, były próby trójek Shaqa, mnóstwo dunków Penny'ego, wspomnianego Shaqa, Kempa, Pippena, Malone'a, Robinsona i innych. No i był niezapomniany występ Mitcha Richmonda, który w tym meczu miał się nie znaleźć. Tego dnia jednak to jego gwiazda świeciła najjaśniej i wtedy wszyscy usłyszeli o Richmondzie. Mistrzostwo NBA zdobył dopiero jako przystawka w LA Lakers, jednak tego jak zdobył MVP w Meczu Gwiazd i już nikt mu nigdy nie mógł odebraćtej pięknej karty w swoim życiorysie. O Richmondzie mówiło się już zawsze z pełnym szacunkiem. Zachód wygrał dość łatwo to spotkanie.
Rok później miałem wrażenie, że skopiowano niemal wszystko dot. strojów, przenosząc to wszystko na wzór teksański. W Cleveland, rok później zrezygnowano z tego pomysłu, zawodnikom dano ich klubowe stroje. W 2003 roku w Atlancie powrócono do strojów z lat '80 (nawet statuetka MVP była trochę retro) i dopiero w Los Angeles (2004) organizatorzy mogli stworzyć „swoje stroje". Ta koncepcja utrzymywana jest do dziś, z różnym skutkiem. Jedne stroje są fajniejsze (np. te z zeszłego roku, czy z Vegas), drugie mniej (W Nowym Orleanie grali w strojach, które z tyłu były srebrne i złote. Momentami nie było wiadomo kto jest kto i w jakim zespole gra!). Jedyny minus obecnych strojów to paski Adidasa. Odkąd NBA podpisała umowę z tą firmą na produkcję strojów, ci wrzucają swoje paski wszędzie tam gdzie tylko mogą. O ile jestem w stanie to jeszcze zdzierżyć gdy widzę stroje rozgrzewkowe, o tyle umieszczenie swoich logotypów na strojach meczowych także weekendu gwiazd to już moim zdaniem mała przesada. Ale takie są prawa rynku...
Tak czy siak te stroje z ASG '93 i '95 uważam za najlepsze jakie widziałem na żywo podczas Weekendów Gwiazd. Do samych spotkań też często wracam z utęsknieniem. Nie wiem, które stroje lepsze., czy te z Phoenix czy z Salt Lake City. I jedne i drugie z miłą chęcią zobaczyłbym w swojej szafie.



Licznik odwiedzin: 17 067 365 (wersja testowa)




Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: