
Marek Dziuba
Ten tam u góry z piłką w dłoniach, który gapi się na was nieustannie za każdym razem, gdy tutaj zaglądacie, chce wam przekazać coś w swoim stylu, jeśli do tej pory robicie wielkie oczy, a szczęka opada wam do butów, kiedy widzicie jak trafia za trzy:
"Potrafię rzucać trójki.
Hej, ale nie przyzwyczajacie się do tego. Traktujecie mnie jakbym miał 50 lat, biegał po parkiecie tylko na jednej nodze, o lasce. Tak bywa, że pewne wieczory są lepsze od innych, a inne gorsze. Jestem człowiekiem i popełniam błędy, ale potrafię rzucać za trzy. Nie robię tego, bo mamy w składzie jednego z najlepszych strzelców za 3 w historii - Raya Allena. Mamy też Paula Pierce'a, który wygrał konkurs trójek. Mamy też innych zawodników, którzy potrafią to robić.
To nie jest moja rola tutaj. Moim zadaniem jest znajdować dla kolegów otwarte pozycje do zdobywania punktów, a jeśli oni podadzą do mnie, to moim obowiązkiem jest umieszczenie piłki w koszu lub podanie jej po raz kolejny, fajnie. Choć potrafię trafić za 3!
Kiedy chodzę ulicami, wszyscy zachowują się jakby byli przez to w szoku. Przestańcie ludzie. W Bostonie, w każdym miejscu na świecie. W Minnesocie, LA, Concord, Lexington, Burlington. Potrafię rzucić za trzy. Przyjmijcie to do świadomości.
Wszyscy zachowujecie się jakbyście byli w szoku, jakbyście nigdy wcześniej nie widzieli czarnoskórego, który trafił do kosza za 3. Co się z wami dzieje? Doc Rivers chwycił mnie dzisiaj i radził: rzucaj, rzucaj, rzucaj, rzucaj. Trafiłem za trzy i spojrzałem na niego 'Huh, tego chciałeś? Umiem trafiać trójki'. Nie zaczynajcie akcji "rzucaj" tak jak ze Scalem. Nie chcę tego. Nie róbcie mi tego. Jestem tu od innych rzeczy - nie rzucania trójek. Jeszcze jakieś pytania?"
Cóż, najłatwiej jest mi to wyjaśnić mówiąc, że KG miał po prostu wyborny humor po niedzielnym zwycięstwie nad Memphis Grizzlies. Był to jeden z jego najlepszych występów w aktualnym sezonie (24/9), w którym trafił "już" swoją trzecią trójkę. Kierując się zaawansowanymi' statystykami, prędzej możemy spodziewać się kolejnej wygranej Wizards niż następnej 3-ki autorstwa Kevina (z tym, że nie wiem jak w Charlotte ze wsadami idzie Borisowi Diawowi).
Nigdy nie kwestionowałem u KG umiejętności trafiania za trzy, chociaż jego procent skuteczności zza łuku z całej kariery jest niewysoki (28.5%). Mimo wszystko, odkąd gra w Bostonie praktycznie odrzucił ten element ze swojego repertuaru. Próbuje szczęścia za 3 naprawdę rzadko i przeważnie tylko wtedy, gdy na zegarze brakuje sekund i jest zmuszony to zrobić. Przez 5 lat jako Celt oddał zaledwie 32 rzuty za trzy... 24 mniej niż w ostatnim (pojedyńczym) sezonie jako "Leśny Wilk".
Kevin przesadza wg mnie z tą wstrzemięźliwością...
To, że przynajmniej raz w meczu rzuci za tri, nie od razu zmieni go przecież w Rasheeda z kresu kariery.
Przemek Kujawiński
Za kilka dni minie dokładnie rok od trzęsienia ziemii w Salt Lake City, które zakończyło erę Jerry'ego Sloana, a następnie krótką epokę Derona Williamsa. Do dziś nie poznaliśmy okoliczności jego odejścia. Nie poznaliśmy ich, bo Jerry Sloan uważa, że to nie nasz zasrany biznes. I ma rację.
Oczywiście taka sytuacja musiała doprowadzić do powstania teorii spiskowych. Najbardziej popularna brzmi, że Jerry Sloan odszedł, bo management klubu nie wspierał go wystarczająco w jego domniemanym konflikcie z Deronem Williamsem. Pomimo tego Jazz udało się załatwić sprawę w stosunkowo "czysty" sposób. Szybkie odesłanie gwiazdy drużyny do New Jersey i natychmiastowa przebudowa wpisały się w wizerunek organizacji, której zawsze przypisywano klasę. Wizerunek taki budowali jej właściciele, sam Sloan, a także dwie największe gwiazdy w jej historii: John Stockton i Karl Malone.
Właściwie byłby więc to koniec całej tej historii, gdyby nie jedna z ikon klubu właśnie, czyli Karl Malone. Legendarny silny skrzydłowy Jazz był bardzo rozgoryczony odejściem swojego mentora i rok temu powiedział słynne słowa:
"The coach I know and the man I know have never quited or resigned on anything".
Wtedy sprzedawało się doskonale jako laurka dla Jerry'ego Sloana - wojownika. Władze Jazz odebrały to jednak jako oskarżenie. Słowa Malone'a znaczyły bowiem mniej więcej tyle, co: Jerry Sloan nie odszedł - wy go do tego zmusiliście.
Nie są to jedynie moje jedynie moje spekulacje czy domysły, bo przyznał to niedawno sam zainteresowany. Malone odwiedził w zeszłym tygodniu jeden z programów radiowych w Salt Lake City i wprost powiedział, że Jazz dali Deronowi Williamsowi zbyt dużo władzy i to było bezpośrednim powodem odejścia Sloana. Po meczu z Chicago, gdy między trenerem i rozgrywającym doszło do kłotni, miało odbyć się spotkanie, na którym GM Kevin O'Connor i właściciel klubu Greg Miller mieli poprzeć Williamsa.
O'Connor kilka dni później pojawił się w tym samym programie, by zdementować słowa Malone'a:
"Karla nie było w tym pokoju. Ja tam byłem. Jedyną rzeczą, którą chcę wam powiedzieć jest, byście zapytali Jerry'ego. (...) W momencie, gdy Jerry powiedział, że odchodzi, powiedzieliśmy: Nie rób tego. (...) Greg [Miller] tam był i zrobił wszystko co w jego mocy, by Jerry został i dokończył sezon".
Nie trzeba było czekać również długo na odpowiedź samego Millera. Warto ją przeczytać w całości, bo właściciel Jazz nie patyczkował się z Malonem. Co ciekawe, ale też bardzo znaczące, najbardziej w tym wszystkim zabolała go jednak inna historia. Karl Malone opowiedział bowiem o tym, jak rok temu będąc w Salt Lake City zmuszony był sam u koników kupić sobie bilet na mecz Jazz, bo klub nie chciał mu zapewnić miejsca.
Samo w sobie wydaje mi się to absurdalne. Chłopie, jesteś Karl Malone. Jesteś żywą legendą tego klubu. Jeśli potrzebujesz biletu, to dzwonisz i go dostajesz. Nie wierzę, że ktokolwiek w organizacji, by ci tego odmówił. A nawet jeśli, to idziesz do Delta Center i wchodzisz. Ot tak, bo jesteś Karl Malone, a jeśli bramkarz-ignorant cię nie poznaje, po prostu pokazujesz palcem na pomnik stojący przed halą.
W każdym wypadku taką historię Malone opowiedział mediom. To musiało ukłuć i ukłuło MIllera, który nie przebierał w słowach:
"Gryzłem się w język za każdym razem, gdy Karl mówił te upokarzające rzeczy. Starałem się mieć na uwadze słowa jednego z moich mentorów, który znał sytuację i mówił: Karl to wrzód na tyłku, ale to nasz wrzód na tyłku".
Miarka się jednak przebrała i Miller na błoto odpowiedział błotem. Przedstawił więc Malone'a jako osobę niegodną zaufania i niezrównoważoną. Mam jednak wrażenie, że próbował zrobić to wszystko choć z odrobiną klasy i by złagodzić nieco swoje słowa wyciąga na końcu do niego rękę.
Nie znam prawdziwej wersji wydarzeń i mogę jedynie spekulować, co wydarzyło się w zeszłym rok w Salt Lake City. Mam jednak wrażenie, że jeśli Karl Malone naprawdę chciałby oddać cześć swojemu mentorowi powinien po prostu się zamknąć i nie brudzić gniazda, z którego wyfrunął. Długo budowany wizerunek, można naprawdę bardzo szybko popsuć.
W tym samym czasie John Stockton był widziany na przydomowym boisku, gdzie razem z synami rzucał do kosza.
Update: Jak donosi Jazz.e-nba.pl cała sprawa ma jeszcze kilka innych wątków. Jeśli jesteście zainteresowani odsyłam pod ten link.

Marek Dziuba
Futbol amerykański to nie moja działka, ale czytając na każdym amerykańskim serwisie tajemnicze Tim Tebow to, Tim Tebow tamto nie wytrzymałem i musiałem rozszyfrować kim jest ten gość. Lepiej późno niż wcale.
Natknąłem się nawet na przyjemny artykuł w języku polskim i generalnie dla tych, którzy pozostają niewtajemniczeni jak ja do niedawna, mowa o wyjątkowo religijnym futboliście, który surowo przestrzega (w dzisiejszym świecie normalnie łamanych) zasad moralnych. Nie przeklina i otwarcie przyznaje, że jest prawiczkiem, bo na seks "przyjdzie czas po ślubie". Przede wszystkim jednak dokonuje cudów w końcówkach spotkań swoich Denver Broncos, choć po zakończeniu studiów nie wróżono mu większej kariery na poziomie zawodowym. Odbiega kompletnie od stereotypu typowej gwiazdy i w zasadzie nie ma go za co nie lubić, lecz przez nadwyraz widoczną manifestację swojej wiary rodzi mnóstwo kontrowersji w futbolowym środowisku, które z jednej strony go ubóstwia, z drugiej nieustannie krytykuje.
Teraz czas na to drugie, bo właśnie pożegnał się wraz ze swoim zespołem po klęsce z Patriots.
Słysząc o takim sportowcu, trudno pomyśleć o LeBronie Jamesie, bo to poniekąd tak jaby zestawiać w jednym szeregu Adama Małysza i Mariusza Pudzianowskiego, ale sam James dostrzega pewne podobieństwa do Tebowa - nie licząc tego, że obaj należą do stajni Nike'a - o czym mówił dziennikarzom podczas wizyty w Denver, gdzie nie mogli go oczywiście nie spytać o swój fenomen:
- Szczerze mówiąc, przyglądałem mu się przez cały rok, w międzyczasie oglądając Cowboys. To coś wspaniałego oglądać człowieka, który radzi sobie, gdy jest podstawiony pod ścianą i wszyscy go już skreślili.
(czas na żart o LeBronie i czwartej kwarcie, 3, 2, 1...)
- Mogę się do niego odnieść. Płyniemy na tej samej łódce. Widzę co robią media i jak traktują go krytycy, na co on im zaprzecza. Czy ma za sobą dobry czy zły mecz, nie przejmuje się, myśli pozytywnie i idzie do przodu. To dobry znak. To świetny lider. Szanujesz to niezależnie od tego, czy uprawiasz ten sam sport czy nie. Jestem jednym z tych, którzy też byli takiej sytuacji wcześniej... i rozumiem przez co przechodzi, przechodził i fajnie widzieć, że dawał sobie radę i osiągał cel. To normalne, że chcesz być świadkiem czegoś wielkiego, zawsze chcesz widzieć jak ktoś dopina swego - zwłaszcza wtedy, kiedy ludzie skreślają taką osobę już od pierwszego dnia. To najbardziej w nim lubię. Zawszę o nim tweetuję.
- To jeden z najbardziej intrugujących sportowców w dzisiejszych czasach, o wielkim sercu do walki. Zwycięstwa są dla niego najważniejsze, chwali za nie wszystkich poza sobą. Jest niezwykle skromny, za co bardzo go szanuję.
Patrząc spokojnie z boku, James odnosi się tylko do tego jak traktują ich dziennikarze, a nie do umiejętności czy to jakimi są ludźmi. I tu ma racje, obaj rzeczywiście muszą stawiać czoła niewyobrażalnej presji i fali krytyki. Typowe porównanie, które na siłę stara się w tym wszystkim widzieć większość, nie miałoby z kolei żadnego sensu, chyba LBJ przerzuci się do NFL.
PS. Ktoś mimo wszystko niegłupio stwierdził, że James ma wszystkie talenty świata, ale znika w ważnych momentach, Tebow zaś nie jest wybitnie zdolny, ale właśnie w takich chwilach błyszczy. Kwitując złośliwie: choć obaj zawodzą w Playoffs...
Maciej Kwiatkowski
Małzeństwo Krisa Humphriesa i Kim Kardashian to jedna z tych rzeczy, o których w USA chcąc nie chcąc wie każdy, a u nas mało kto się tym interesuje. W każdej obcej hali Humphries witany jest buczeniem i towarzyszy mu ono też gdy rzuca wolne lub czasem nawet gdy dotyka piłki. W niedawnej ankiecie robionej na zlecenie Forbesa, Humphries został uznany najbardziej nielubianym graczem ligi.
Jako, że buczenie na niego będzie nam prawdopodobnie towarzyszyć za każdym razem, gdy Nets będą grać akurat z tym zespołem, który lubimy lub chcemy oglądać - może zrozumienie tego fenomenu łatwiej przyjdzie po obejrzeniu powyższego wycinku z kolejnego reality-show z udziałem siostr K. "Kourtney & Kim Take New York".
Humphries wypada tutaj na natarczywego homofoba, chcącego za wszelkę cenę dowieść, że Jonathan Cheban, gość odpowiedzialny za wizerunek medialny Kim, jest gejem. Oczywiście show jest reżyserowane, więc i powyższe sceny też mogły być. A jeśli nawet tak, to może dalej powinni buczeć jak buczą.

Kosma Zatorski
Koszykówka i muzyka. Co pierwsze przychodzi ci na myśl? ”He got a game” Public Enemy czy może ”Basketball” Trzeciego Wymiaru (sic!)? W każdym razie na pewno jest to hip-hop. Czy ktoś z was słyszał o folkowej grupie Bon Iver? Jestem niemal przekonany, że większość po raz pierwszy spotyka się z tą nazwą. Za pseudonimem kryje się Justin Vernon, wysoki biały mężczyzna o aparycji kanadyjskiego drwala bądź rybaka. Bon Iver to również nazwa zespołu z którym występuje. Gdy kilka lat temu w Przekroju przeczytałem entuzjastyczne recenzje nad jego krążkiem, postanowiłem zobaczyć czy to kolejny jednosezonowy hype, czy może coś więcej. Od tego czasu ”Songs for Emma” jest moim ulubionym soundtrackiem każdej jesieni. To smutne piosenki o miłości przy akompaniamencie gitary, nagrane przez Vernona pewnej srogiej zimy w środku lasu. 8.1 w 10-stopniowej skali Pitchforka? Nieźle!
Pewnie zastanawiacie się, dlaczego o tym piszę? Jeżeli mieszkasz w stanie Wisconsin nie masz zbyt wielkiego wyboru drużyn do kibicowania. A przecież picie Pabst Blue Ribbonów przy wyłączonym telewizorze mija się z celem. Bon Iver oraz jego kumple z drużyny są zadeklarowanymi fanami Miluwakee Bucks, choć próżno szukać follow-upów do swingującego Carlosa Delifno w ich kawałkach. Podczas lokautu rozegrali nawet specjalny mecz, w którym każdy z ich przyjaciół wystąpił we własnej koszulce Bucksów. Bohater tego tekstu przywdział wówczas ksywkę Bon Iversona.

Niestety albo i na szczęście, w internecie próżno szukać skrótów tego niecodziennego spotkania. Same zdjęcia robią niezłe wrażenie. Podczas tego lata Vernon przez przypadek spotkał trenera od przygotowania fizycznego. Gdzie? Oczywiście na boisku do kosza. - Nawet nie wiedziałem, kto to jest. Widać jednak było, że jest w niezłej formie, ale nie wszystko jest z nim do końca w porządku. Opowiedział mi o swoich bólach pleców, więc opracowaliśmy razem zestaw ćwiczeń, które mogły go wzmocnić - opowiada Jeff Rogers. - Gdy zaczęliśmy razem trenować, poczułem się o wiele lepiej - opowiada muzyk. Po kilku dniach już cały koncertowy skład Bon Iverów trenował razem z nim. - To coś, dzięki czemu czujesz się o wiele lepiej - mówi Iver. Fajnie nie? Koszykówka i muzyka to nie tylko hip-hop czy Justin Bieber grający z kobietami podczas All-Star Weekend. To nie tylko Kanye West paradujący w czapeczce Mavs dopiero od czasów mistrzostwa. To również Bon Iver. Koleś o którego nigdy nie zobaczysz w pierwszym rzędzie obok Lil Wayne’a. Który z nich bardziej kocha ten sport? Nie mam wątpliwości. Zobaczcie sami -> wideo.
Michał "wiLQ" Wilczyński 
Przez lukę jaką wywołał u fanów NBA lokaut bardzo łatwo może się zebrać ochota na jakieś podsumowania jak na przykład 40 najlepszych momentów zeszłego sezonu czy najlepsze stroje.
Ba! Z braku laku wręcz ąż się prosi o jakąś własną twórczość jak All-time draft czy wreszcie po prostu powspominać kiedy NBA jeszcze prężnie działała w publicznej telewizji.
Nie zaprzeczę, że też mnie dopadła taka faza tyle, że przejawiła się ona w inny sposób: w analizę cyferek.
W związku z pochmurnym lokautowym nastrojem proponuje adekwatny temat:
Najgorsze statystyki w pojedynczym meczu w ostatnich 20 regularnych sezonach NBA.
Różnie można do tego podejść, można przeszukać księgi rekordów NBA w negatywnych kategoriach... tyle, że 14 strat Kidda zbiegło się z triple-double co trudno uznać za katastrofę, a najwięcej rzutów oddanych bez żadnego trafionego Tima Hardawaya było w parze z 13 asystami i 2 przechwytami, więc to ślepa uliczka.
Jak się próbuje szukać dzięki Player Game Finder pojedynczych wyczynów jak na przykład kosmiczne 27 spudłowanych rzutów z gry Jerrego Stackhouse'a cały czas wyskakuje ten sam problem: jak porównywać ze sobą poziom koszmaru w tych wszystkich występach? Gdzie były wady bez przysłaniających ich zalet?
W związku z tym odkurzyłem swoje stare narzędzie do przeszukiwania stron ze wszystkimi statystykami meczowymi danego gracza w sezonie [ponad 8100 takich] z Yahoo [ostatnie 5 lat] i basketballreference.com [wcześniejsze 15 lat] i wykorzystałem dwa sposoby pomiarów:
"Game Score" stworzone przez Johna Hollingera z ESPN gdzie wzorem jest
PUNKTY + 0.4 * RZUTY Z GRY TRAFIONE - 0.7 * RZUTY Z GRY ODDANE - 0.4*(OSOBISTE ODDANE - TRAFIONE) + 0.7 * OFENSYWNE ZBIÓRKI + 0.3 * DEFENSYWNE ZBIÓRKI + PRZECHWYTY + 0.7 * ASYSTY + 0.7 * BLOKI - 0.4 * FAULE - STRATY oraz
"Win Score", pomysł ekonomisty Davida Berriego, który liczy się w sposób następujący: PUNKTY + ZBIÓRKI + PRZECHWYTY + 1/2*BLOKI + 1/2*ASYSTY - RZUTY ODDANE - 1/2*OSOBISTE ODDANE - STRATY - 1/2*FAULE.
W obu przypadkach chodziło o szybkie podsumowanie występów, w sam raz na potrzeby takich poszukiwań, i jak widać inaczej oceniana jest ważność, a więc i waga, poszczególnych kategorii.
Tyle wstępu, to jaki wychodzi najgorszy występ w ostatnich 20 regularnych sezonach NBA?
Tak wygląda dolna 25 tej listy według Game Score:
| Nr | Gracz | Data | Min | FG M/A |
FT M/A |
ZB | AS | PRZ | STR | BL | PKT | Game Score |
Link do |
| 1 | David Wesley | 12-04-2001 | 28 | 0/13 | 0/0 | 1 | 1 | 2 | 4 | 0 | 0 | -11,7 | Box |
| 2 | Larry Hughes | 03-12-1999 | 12 | 0/6 | 0/0 | 1 | 0 | 0 | 6 | 0 | 0 | -9,9 | Box |
| 3 | Darius Miles | 23-02-2005 | 13 | 0/6 | 0/0 | 2 | 0 | 0 | 4 | 0 | 0 | -9,6 | Box |
| 4 | Tom Gugliotta | 24-11-1992 | 21 | 0/8 | 0/0 | 5 | 2 | 1 | 7 | 0 | 0 | -9,5 | Box |
| 5 | Adam Morrison | 08-12-2006 | 30 | 1/11 | 0/0 | 4 | 1 | 0 | 5 | 0 | 2 | -9,2 | Box |
| 6 | D.J. Augustin | 11-12-2010 | 32 | 0/8 | 0/0 | 0 | 1 | 1 | 4 | 0 | 0 | -9,1 | Box |
| 7 | Dino Radja | 26-12-1993 | 18 | 0/14 | 0/2 | 10 | 0 | 0 | 1 | 0 | 0 | -9 | Box |
| - | Elden Campbell | 03-01-2001 | 11 | 0/6 | 0/0 | 0 | 0 | 0 | 4 | 0 | 0 | -9 | Box |
| 9 | Tom Gugliotta | 13-03-1996 | 33 | 0/13 | 0/0 | 8 | 2 | 0 | 4 | 0 | 0 | -8,9 | Box |
| 10 | Mark Madsen | 19-04-2006 | 30 | 1/15 | 0/2 | 4 | 1 | 0 | 1 | 0 | 2 | -8,8 | Box |
| 11 | Ben Gordon | 15-11-2009 | 41 | 1/16 | 3/6 | 1 | 2 | 1 | 4 | 0 | 5 | -8,7 | Box |
| 12 | Tony Delk | 27-01-2001 | 14 | 0/5 | 0/0 | 1 | 0 | 0 | 3 | 0 | 0 | -8,6 | Box |
| 13 | Duane Ferrell | 27-02-1993 | 16 | 0/5 | 0/4 | 0 | 2 | 0 | 4 | 0 | 0 | -8,5 | Box |
| - | Jason Richardson | 26-03-2007 | 29 | 0/8 | 0/0 | 0 | 1 | 0 | 2 | 0 | 0 | -8,5 | Box |
| 15 | Toni Kukoc | 28-02-1994 | 23 | 0/9 | 0/0 | 2 | 3 | 0 | 4 | 0 | 0 | -8,4 | Box |
| - | Gordan Giricek | 24-02-2004 | 15 | 0/10 | 0/0 | 0 | 0 | 0 | 1 | 0 | 0 | -8,4 | Box |
| - | Rashad McCants | 18-04-2007 | 16 | 0/8 | 0/0 | 0 | 0 | 0 | 2 | 0 | 0 | -8,4 | Box |
| - | Vlad Radmanovic | 25-11-2007 | 24 | 0/10 | 1/2 | 0 | 2 | 0 | 3 | 0 | 1 | -8,4 | Box |
| 19 | Terry Dehere | 13-02-1996 | 28 | 1/14 | 0/0 | 4 | 3 | 0 | 4 | 0 | 3 | -8,3 | Box |
| - | Stephon Marbury | 21-11-1997 | 31 | 0/8 | 4/7 | 2 | 3 | 0 | 7 | 0 | 4 | -8,3 | Box |
| - | Erick Strickland | 26-02-1998 | 29 | 0/8 | 2/2 | 3 | 0 | 0 | 4 | 0 | 2 | -8,3 | Box |
| - | Latrell Sprewell | 22-12-2001 | 45 | 3/16 | 0/0 | 4 | 3 | 0 | 6 | 0 | 6 | -8,3 | Box |
| - | Carlos Arroyo | 17-12-2003 | 20 | 0/5 | 0/2 | 0 | 0 | 0 | 4 | 0 | 0 | -8,3 | Box |
| 24 | 6 graczy z -8,2 | - | - | - | - | - | - | - | - | - | - | - | - |
... a tak wygląda najgorsza 25 według Win Score:
| Nr | Gracz | Data | Min | FG M/A |
FT M/A |
ZB | AS | PRZ | STR | BL | PKT | Win Score |
Link do |
| 1 | Gilbert Arenas | 15-02-2006 | 45 | 4/22 | 4/6 | 2 | 3 | 0 | 6 | 2 | 12 | -17 | Box |
| 2 | Ben Gordon | 15-11-2009 | 41 | 1/16 | 3/6 | 1 | 2 | 1 | 4 | 0 | 5 | -16 | Box |
| 3 | David Wesley | 12-04-2001 | 28 | 0/13 | 0/0 | 1 | 1 | 2 | 4 | 0 | 0 | -15,5 | Box |
| - | Jermaine O'Neal | 30-03-2007 | 34 | 4/18 | 2/4 | 3 | 2 | 0 | 8 | 2 | 10 | -15,5 | Box |
| 5 | Allen Iverson | 13-11-2001 | 43 | 8/30 | 9/12 | 1 | 2 | 3 | 7 | 0 | 25 | -15 | Box |
| 6 | Isiah Thomas | 06-11-1992 | 38 | 4/25 | 2/5 | 4 | 7 | 2 | 4 | 0 | 10 | -14,5 | Box |
| - | Allen Iverson | 21-12-2002 | 41 | 6/28 | 1/1 | 4 | 2 | 1 | 4 | 0 | 13 | -14,5 | Box |
| 8 | Allen Iverson | 02-03-2000 | 43 | 2/18 | 1/3 | 1 | 4 | 1 | 2 | 0 | 5 | -14 | Box |
| - | Jalen Rose | 16-03-2003 | 45 | 4/24 | 3/6 | 5 | 4 | 1 | 5 | 0 | 12 | -14 | Box |
| 10 | Mitch Richmond | 11-12-1994 | 35 | 4/23 | 9/12 | 2 | 1 | 0 | 2 | 0 | 17 | -13,5 | Box |
| 11 | John Starks | 20-11-1993 | 31 | 4/21 | 4/4 | 2 | 2 | 0 | 3 | 0 | 12 | -13 | Box |
| - | Stephon Marbury | 21-11-1997 | 31 | 0/8 | 4/7 | 2 | 3 | 0 | 7 | 0 | 4 | -13 | Box |
| - | Kobe Bryant | 23-02-1999 | 35 | 5/21 | 1/3 | 5 | 2 | 0 | 5 | 0 | 11 | -13 | Box |
| - | Jamal Mashburn | 08-03-2002 | 39 | 4/18 | 2/5 | 5 | 0 | 0 | 6 | 0 | 10 | -13 | Box |
| - | Latrell Sprewell | 22-12-2002 | 45 | 3/16 | 0/0 | 4 | 3 | 0 | 6 | 0 | 6 | -13 | Box |
| - | Gilbert Arenas | 24-11-2006 | 32 | 1/12 | 1/5 | 0 | 6 | 1 | 4 | 0 | 3 | -13 | Box |
| - | Kelenna Azubuike | 13-04-2009 | 42 | 4/21 | 1/1 | 4 | 1 | 0 | 4 | 0 | 9 | -13 | Box |
| 18 | Stephon Marbury | 05-12-1996 | 40 | 3/18 | 0/2 | 2 | 6 | 0 | 4 | 0 | 7 | -12,5 | Box |
| - | Rodrick Rhodes | 19-04-1998 | 31 | 3/15 | 3/8 | 1 | 2 | 0 | 4 | 0 | 10 | -12,5 | Box |
| - | Ed Gray | 07-02-1999 | 17 | 3/15 | 1/1 | 0 | 0 | 2 | 4 | 0 | 7 | -12,5 | Box |
| - | Jerry Stackhouse | 03-02-2001 | 44 | 7/34 | 6/7 | 1 | 5 | 1 | 0 | 0 | 21 | -12,5 | Box |
| - | Ronald Murray | 19-12-2003 | 38 | 6/26 | 2/4 | 3 | 2 | 1 | 4 | 0 | 15 | -12,5 | Box |
| - | Allan Houston | 27-01-2004 | 30 | 2/13 | 3/3 | 2 | 2 | 0 | 6 | 0 | 7 | -12,5 | Box |
| - | Vlad Radmanovic | 25-11-2007 | 24 | 0/10 | 1/2 | 0 | 2 | 0 | 3 | 0 | 1 | -12,5 | Box |
| 25 | 13 graczy z -12 | - | - | - | - | - | - | - | - | - | - | - | - |
Oczywiście są różnice między pomiarami, ale w najgorszej trójce powtarza się jedno nazwisko, więc według mnie śmiało można przyznać ten zaszczytny tytuł... Davidowi Wesleyowi za 13 rzutów bez trafienia, 4 straty i niewiele więcej! Gratulacje! ;-)
Wydaje mi się, że godne uwagi jest to, że grupy zawierają głównie obrońców [a ci to potrafią wierzyć, że złapali wiatr w żagle nawet gdy wcale nie wieje] oraz tylko 3 występy miały miejsce w ostatnich 3 sezonach...
W przyszłym tygodniu spojrzę na przeciwieństwo, tzn najlepsze statystyki w pojedynczych meczach.
----
Zainteresowanych analizami statystyk NBA zapraszam na mój blog
Sławek Mróz
Czasem, gdy opisuję moje doświadczenia związane z grą w ligach fantasy, wspominam ludzi, z którymi przychodzi mi się zmierzyć. Większość z nas wywodzi się z grupy dyskusyjnej pl.rec.sport.koszykowka, dlatego dla odmiany chętnie grywam w innym towarzystwie, jak choćby Liga Ekspertów. Ale nie o ligach dziś mowa, a o człowieku, z którym przez lata toczyłem (i nadal toczę) zaciekłe dyskusje, z którym niemal rok w rok rywalizuję "gdzieś obok w tabeli". Człowieku, którego analizy publikowane były przez uznane źródła i docenione wsród największych. Człowieku, który niedawno ruszył z własnym blogiem http://weaksideawareness.wordpress.com, dostrzeżonym szybko przez uznanych ekspertów.
wiLQ, bo o nim mowa, dziś publikuje dla Was. Miłej lektury!
Michał wiLQ Wilczyński
Co prawda NBA już oficjalnie odwołało mecze, ale to nie jest jedyna strata jaka ponieśli kibice przez ten lokaut. Tak, mam tu na myśli te setki i tysiące dyskusji z okresu miedzy sezonami kiedy wiodącymi tematami są sprawy jak która drużyna się najbardziej wzmocniła, a która przespała ten okres. Który GM wykonał kawał dobrej roboty, a który przepłacił bandę leszczy. Który gracz będzie miał największy wpływ na następny sezon, a którzy pozostaną w cieniu pomimo znaczącej podwyżki. I tak dalej i tym podobne.
W związku z powyższym zainteresował mnie temat: czy okres podpisywania kontraktów to czas największej aktywności i zmian w NBA?
By wyjaśnić o co chodzi zacznijmy od konkretnego przykładu. Oto co się wydarzyło w NBA 8 lipca 2010:
* 4 asystentów trenera dołączyło do Hawks,
* 7 wyborów w drafcie podpisało swój pierwszy kontrakt,
* 10 graczy przedłużyło umowy z poprzednia drużyną [na łączną kwotę 570M$!],
* 6 graczy podpisało kontrakt z nową drużyną [na łączną kwotę ponad 100M$],
* 7 wymian między drużynami.
A następnego dnia dodatkowo:
* 7 graczy podpisało nowe kontrakty [na łączną kwotę ponad 350M$].... w tym takie nazwiska jak LeBron James, Dwayne Wade i David Lee!
* 2 wymiany między drużynami,
* 1 wybór w drafcie podpisał swój pierwszy kontrakt.
Tak dla porównania w tym roku 8 i 9 lipca... nic się nie wydarzyło.
Czyli nie dość, że nie doświadczyliśmy podobnych zmian w tym roku to jeszcze wychodzi na to, że w zeszłym roku tylko w tych DWÓCH dniach właściciele podpisali umowy na ponad miliard dolarów!
A w negocjacjach prawie od początku dzieliło ich dużo, dużo mniej...
Tak czy inaczej, to były tylko dwa przykładowe dni... a jak to wygląda przez cały rok?
By się dowiedzieć zebrałem dane z Professional Basketball Transactions Archive, zsumowałem wpisy z poszczególnych dni i oto wyniki... 
Cóż, mieliśmy w tym roku draft i ostatnie wymiany, wiec "tylko" straciliśmy pierwszy, trzeci, czwarty i piąty najbardziej aktywny okres w sezonie.
Smutne, ale nie zapominajmy, ze 2010 był wyjątkowy pod względem liczby zawodników z kończącymi się kontraktami, wiec tak dla porównania spójrzmy na 2009 i 2008

Jaki z tego wszystkiego morał?
Wg mnie średnio rzecz biorąc w NBA okresy największej aktywności w sensie liczby zmian i decyzji to:
1. pierwszy oficjalny dzień nowego sezonu kiedy wygasa mnóstwo kontraktów,
2. wybory w drafcie i wymiany z nim związane,
3. uzupełnianie składów przed rozpoczęciem okresu przygotowawczego,
4. rozpoczęcie okresu na podpisywanie nowych kontraktów w nowym sezonie,
5. ostatnie poprawki w składach przed rozpoczęciem regularnego sezonu,
6. ostatnie dni na przeprowadzenie wymian przed playoffami.
Także pozostaje zadać pytanie do graczy i właścicieli... ile zmian do obgadania doświadczymy w tym roku? A jeśli się w końcu dogadają to będziemy mieli łącznie około 200 zmian w ciągu kilku tygodni!
Jeśli odpowiadają Ci takie ciekawskie pytania lub analizy tego typu to znajdziesz ich więcej na moim blogu: http://weaksideawareness.wordpress.com.
Maciej Kwiatkowski
Rossmann, do którego mam w zasadzie za chwilę wybrać się z pewną kobietą po - jak to ona określa - mazidło, umieścił ok. 400 billboardów w Polsce z Marcinem Gortatem nań. Jest też i reklama, tutaj dłuższa. To już drugi w tym roku romans Gortata z produktami kosmetycznymi. Wcześniej reklamował Right Guard, teraz cały Rossmann.
Ze swojej strony chciałbym zareklamować klimatyzację w Rossmannie. Jest taka, że wychodzę.

Maciej Kwiatkowski
Jak komiczny jest czasem Jeff Van Gundy, tak bywa często głosem rozsądku. Obok zawolaowanych, politycznie poprawnych wypowiedzi Marka Jacksona, Van Gundy najzwyczajniej mówił w ESPN to co myśli.
I tak na przykład tuż po zakończeniu Finałów Van Gundy powiedział, że Miami Heat powinni zastanowić się nad przehandlowaniem LeBrona Jamesa lub Dwyane'a Wade'a za Dwighta Howarda, co jest interesującym pomysłem, który stałby się jeszcze bardziej atrakcyjny dla Heat, gdyby zamiast Jamesa lub Wade'a oddali do Orlando Chrisa Bosha.
Oczywiście właściciel Magic Rich DeVos prędzej pozwoli Howardowi odejść na rynku wolnych agentów, niż wzmocni swojego florydzkiego sąsiada, ale jest to jeden z ostatnich przykładów prób kreatywnego myślenia w wykonaniu "Beaky'ego Buzzarda" NBA.
JVG np jeszcze we wrześniu podkreślał to o co sam się martwię - lokaut doprowadzi do sytuacji, w której rzesze fanów mogą odwrócić się od NBA i nie wrócić tak prędko z powrotem. Niedzielni kibice przyzwyczają się do życia bez informacji o tym jak idzie Lakers, Heat, Celtics czy Bulls, a jeśli wrócą, to nie w sezonie regularnym, tylko na play-offy. O ile wrócą w tym sezonie, a nie zrobią sobie jeden przerwy.
Z Van Gundy'm rozmawiał w tym tygodniu "New York Post" i JVG przypomniał swoje doświadczenie sezonu 1998/99. Jego New York Knicks zaliczyli wtedy bilans 27-23, ale w pierwszej rundzie po chyba najbardziej pamiętanym zagraniu z tamtego sezonu przeszli faworytów, czyli Pata Riley'a i Miami Heat. Potem rozbili Steve'a Smitha i Atlantę Hawks 4-0, poradzili sobie z Indianą Pacers (4-2) w serii, w której nie byli faworytem i w Finałach byli już tylko tłem dla San Antonio Spurs (1-4), ale grali już w nich bez Patricka Ewinga, który przez całe playoffy borykał się z kontuzją Achillesa.
Bardzo dobrze pamiętam tamte playoffy. Latrell Sprewell był tamtej wiosny jednym z 10 najlepszych graczy na świecie, a seria magazynów 'NBA Action' z tamtych czasów, którą można dorwać w internecie (filestube.com) pozwoliła mi dwa lata temu nieco przypomnieć sobie sam sezon regularny. Utrwalone w tekstach blogerów i dziennikarzy, którzy dobrze pamiętają tamte czasy, zostało to, że nie był to sezon regularny dobrej koszykówki, czego symbolem niejako stały się kłopoty z przygotowaniem fizycznym Shawna Kempa - niejako przełom w jego karierze, która do tamtego momentu prowadziła go do Hall Of Fame, a skręciła na podjazd do McDrive'a.
"Jeśli po zakończeniu lokautu NBA pozwoli zorganizować obozy treningowe normalnej długości i zaproponuje nie tak bardzo skrócony terminarz meczów przedsezonowych, to w ten sposób właśnie David Stern pokaże, że dba o fanów. Kibice zasługują na to, aby mogli oglądać najlepszy produkt, nawet jeżeli ma to kosztować pieniądze zawodników i włascicieli.
Mam nadzieję, że liga wyciągnęła wnioski z 1999 roku i zrozumiano, że każdy dodatkowy tydzień pre-season będzie z pożytkiem dla fanów i poziomu gry.
Mamy historię koszykarzy, którzy przyjechali wtedy na obóz w fatalnej formie. Skrócone obozy treningowe i tylko kilka dni ćwiczeń sprawiły, że koszykówka była bardzo słaba przez większość sezonu regularnego."
Mogę Wam tylko obiecać, że jeżeli zauważymy słabą koszykówkę, to po kilku dniach zachwytów nad samym powrotem ligi, z pewnością zwrócimy na to uwagę. I tak siedzi w nas dużo goryczy za to, że w gruncie rzeczy liga i zawodnicy mają fanów na ten moment gdzieś. Zresztą powoli zaczyna docierać to do samych graczy i w Unii zawodników zaczynają pojawiać się odrębne opinie, zgrzyty, które mają zostać ugłaskane podczas czwartkowego wewnętrznego meetingu Unii.
Lokaut w 1999 roku zakończył się w nocy z 6/7 stycznia, kiedy Stern i Billy Hunter spędzili sam na sam kilka godzin w pokoju rozmów. Stało się to dosłownie w ostatniej chwili - Stern miał kolejnego dnia ogłosić odwołanie całego sezonu, o czym ostrzegł wcześniej, 23 grudnia. Zawodnicy zaakceptowali tamtą umowę stosunkiem głosów 179:5.
12 dni później, 18 stycznia rozpoczął się okres podpisywania umów z wolnymi agentami i dokonywania wymian. 20 stycznia natomiast oficjalnie podpisano umowę CBA, a już 24 stycznia rozpoczął się pre-season, w którym kazdy zespół rozegrał zaledwie dwa mecze. Sezon wystartował 5 lutego.
Popularność ligi faktycznie spadła, ale do dziś trwają dyskusje jak duży wpływ na to miał koniec ery Micheala Jordana i najbardziej popularnego teamu w historii koszykówki, a jak bardzo związane to było z samą przerwą w rozgrywkach. Oglądalność na trybunach hal spadła o 2.2 punktu procentowego w stosunku do sezonu 1997/98 - to wcale nie tak dużo. Wskaźniki telewizyjne spadały przez trzy kolejne sezony, ale między Kobe'm Bryantem, Allenem Iversonem i Vince'm Carterem fani mieli duży wybór w poszukiwaniu tzw. "The Next One".
Martwię się o poziom rozgrywek, ale oczywiście nie tak bardzo, jak o to kiedy NBA do nas wróci. Wiem, że Jeff Van Gundy martwi się bardziej i wiem, że będzie pierwszym w ESPN, który zacznie przypominać o złamanych zagrywkach, liczbie strat w porównaniu z poprzednimi sezonami, czy problemach z powrotem do obrony. Z drugiej strony wczoraj miałem najbardziej przybity emocjonalnie dzień od kilku miesięcy. Jakby mój zegar biologiczny odczuwał brak znakomicie oświetlonych parkietów, jaskrawych reklam, jakości HD w LeaguePass - brak produktu, który pobudza zmysły, gdy siedzę po nocach do samego rana, oglądając nawet niech będzie te 1na5 LeBrona Jamesa i Derricka Rose'a czy izolacje Kobe'go, gdy na parkiecie są Pau i Bynum.
W dużym wyciszeniu czekam więc na początek sezonu i z jednej strony zgadzam się z Van Gundy'm, że dodatkowy tydzień może nam wszystkim zrobić dobrze (z różnych względów, np też może zrobić dobrze tym, którzy bawią się w Fantasy i będą spieszyć się, wybierając w drafcie offline), ale najzwyczajniej, tak po prostu, brakuje mi NBA. Nie tęsknię za samą koszykówką, bo to sport zespołowy, w którym poziom koszykarskiego IQ nie zmienia się wcale w zależności od tego po której stronie Atlantyku się gra. To przypominają mi takie teamy jak oglądane w Eurolidze CSKA Moskwa czy w PLK Turów Zgorzelec. Brakuje mi produktu i - mimo wszystko - coraz bardziej brakuje mi poziomu.
Michał Kajzerek

Perspektywy tegorocznego draftu były bądź nadal są równie nieprzeniknione w swej istocie, co ostatni tekst spod wspólnego pióra Maćka i Przemka, notabene przedobry! Niemniej jednak - jesteście zdania, że Irving jest gotów, by rzucić go na głęboką wodę? Derrick Williams i Kemba Walker to sprawdzony materiał, na Valanciunasa musimy – niestety – poczekać, a co z Kanterem? W Utah liczą, że podniesie Jazzmanów z kolan po sezonie upokorzeń i błędów w zarządzaniu, Freddete z kolei ma podnieść Króli z kolan w ogóle. Błahostki, myśli pewnie Bismack Biyombo. Jaka historia w takim razie kryje się za twarzą jeszcze jednego dryblasa prosto z czarnego lądu?
Ostatnie wieści na temat sytuacji w Kongo są odrobinę uspokajające, choć nadal obrazki małych murzynków biegających z karabinami tworzą na twarzy nieprzyjemny grymas współczucia. Biyombo widział to na własne oczy, poczuł to na własnej skórze i z pewnością zostawiło to również piętno na jego wielkim sercu. W tych okolicznościach określenie – dziecko wojny nabiera zupełnie innego znaczenia. W żaden sposób nie jest kolokwialnym epitetem, nie świadczy także o braku moralnych podstaw w życiu społecznym. W odniesieniu do Biyombo powinniśmy je potraktować bardziej dosłownie. Gdy miał siedem, osiem, dziewięć lat – Republika Konga stała w ogniu jednej z najkrwawszych wojen domowych w dziejach czarnego lądu. Przed obrazem tego konfliktu naprawdę trudno było uciec. Rozlał się po terytorium całego kraju niczym śmiercionośna zaraza, znów w pamięci wszystkich małych dzieciaków zapisał się jako historia ich dzieciństwa. Nie było placów zabaw, lizaków, lodów w kubku czy na patyku, jeżeli była piłka – to jedna na całą wioskę. By zrozumieć, jak wielkiej próbie zostaje poddane wówczas nasze serce, trzeba poczuć choć namiastkę cierpienia, które spotkało tamtejszą ludność w tym bezwzględnym i bezlitosnym okresie.
Bismack Biyombo stanowi pewnego rodzaju symbol uzewnętrzniający pozytywne zmiany, jakie zaszły tam od wspomnianych krwawych lat. Młody dzieciak żyjący marzeniami doczekał się swojej szansy w świecie, gdzie będzie musiał na nowo się narodzić, aby go zrozumieć i do niego przywyknąć, aby się do niego zaadaptować. Nie ma jednak wątpliwości, iż wielkie serce Kongijczyka, silnie bijące w klatce piersiowej odzwierciedla niezłomną stronę jego osobowości. To z kolei niejako gwarantuje nam, że Biyombo jest gotów podjąć się wyzwania gry w najlepszej koszykarskiej lidze świata. Bez względu na wszystko, od czysto ludzkiej strony, z wielkim sercem do rywalizacji, bez uprzedzeń i z ogromną empatią.
Nie mam zamiaru bawić się w eksperta NCAA, takowym nie jestem, ale nie brakuje ich wokół, co ogromnie mnie cieszy, bowiem w tym roku rozgrywki uniwersyteckie zacznę śledzić grubo przed March Madness. Żeby opowiedzieć Wam o słabych i mocnych stronach Biyombo, musiałbym zasięgnąć rady jednego z naszych polskich dziennikarskich ekspertów w tej dziedzinie, przed którymi chylę czoła. Nadal jednak – nie byłbym sobą. Wszak koszykarz to również człowiek z historią wypisaną w oczach, niejednokrotnie nad wyraz fascynującą. W przypadku naszeg bohatera, losy jego życia były zdefiniowane niejako z góry...
Bismack Biyombo ma osiemnaście lat! Wokół jego wieku było sporo kontrowersji, gdyż na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie dryblasa będącego miarą samą dla siebie, poza wszelkim kryterium. Koniec końców to fakt, ten chłopak ma zaledwie osiemnaście wiosen, a od ziemi odstaje na przeszło dwa metry… i jako pierwszy miał triple-double podczas Nike Hoops Summit w Portland. W pewnym sensie zawstydził samego Kevina Garnetta, któremu ta sztuka przeszła koło nosa. Symboliczny początek, ale prócz rozgłosu nie zapewnia niczego praktycznego.
Davy Rothbart prowadzi na portalu publicystycznym grantland.com rubrykę o nazwie – What’s Your Deal? Możecie wydedukować, że bohaterem jednego z wywiadów był Bismack Biyombo, a jego pełną treść przedstawił kilka miesiecy temu Maciek Kwiatkowski na łamach ZP1. Niemniej chciałbym odświeżyć pewien fragment tej rozmowy, bowiem prócz sterty pytań o jego samopoczucie po tym, ja zagrał jedno z najlepszych indywidualnych spotkań na Nike Hoops Summit oraz po kilku rutynowych wymianach zdań, gdzieś w treści wypowiedzi czarnoskórego chłopaka zawarte są również tajemnice samych początków przyszłego gracza Charlotte Bobcats, chciałbym żebyście zwrócili na to uwagę: „Kiedy miałem 14 lat zacząłem bardzo ostro trenować i dobrze prezentowałem się w lokalnej lidze. Rozmawiałem potem z tatą i powiedziałem mu, że chce zostać profesjonalistą, a on nakrzyczał na mnie i po prostu powiedział, że nie ma mowy. Spytałem dlaczego? Odpowiedział – musisz skończyć szkolę”- zdradza nam Biyombo. Mentalność potomków afrykańskich protoplastów z dekady na dekadę zaczyna być coraz bardziej „cywilizowana”. Szkolnictwo, praca, rodzina to wartości, które ciągle wiele znaczą dla jakiejś tam części Europejczyków, a zaledwie zaczynają być wdrażane w światopogląd tych biednych ludzi z czarnego lądu, co ma także pozytywny wpływ na toczące się tam nieustannie konflikty. Pokolenie Biyombo stanowi pokłosie poważnych zmian, jakie zaszły w umysłach m.in. Kongijczyków na przełomie wieków XX i XXI. „Powiedziałem, że jestem gotów, by grać w kosza, ale on [ojciec] odpowiedział – Nie, już o tym rozmawialiśmy. Spróbowałem także z moją mamą, ale ona również się nie zgodziła. Spędziłem wiec kilka kolejnych lat w szkole i dopiero po szesnastych urodzinach rodzice w końcu wyrazili zgodę, abym zaczął trenować i wstąpił na ścieżkę koszykarskiej kariery.”
Niejeden z nas przy okazji wypowiedzi Bismacka – weźmie głęboki oddech i samemu wróci wspomnieniami do okresu dzieciństwa, kiedy świat wokół nas był ograniczany do potrzebnego nam minimum. W szkole byliśmy tylko fizycznie, w domu pilnie odrabiając zadnia kątem oka spoglądaliśmy na pomarańczową piłkę skrzętnie ukrytą gdzieś w kącie pokoju, a na boisku – staraliśmy się zrobić wrażenie na wszystkich dziewczynach, które siedziały na ławce bądź skakały na skakance zaraz obok. Wybory? Lockout? Kryzys? Wówczas te słowa nie powodowały w nas takiego poruszenia. Zachowanie Biyombo w gruncie rzeczy jest dokładnie takie samo. Co wiecej, dobrze świadczy o nim fakt, że pokornie posłuchał się rodziców i dostąpił zaszczytu edukacji, gdzieś w sobie tłumiąc frustrację oraz powoli zbierając rozbite jak szkło ambicje na dnie swojego ego.
„Mam dobrych rodziców, którzy się o mnie troszczyli, zawsze przy mnie byli i starali się mi pomóc. Upewnili się, że miałem odpowiednią edukację. Teraz jednak widzę, że w Kongo jest mnóstwo chłopaków w moim wieku, którzy po prostu nie mogli mieć tego, co ja dostałem. Jestem przekonany, że ludzie znają historie o Afryce i o tym, co się tam dzieje. Wkrótce jednak mogę mieć okazje, by pomóc tym chłopakom, zarówno pod względem edukacji, jak i koszykówki. Będę starał się dorastać jako osoba i jako koszykarz i pewnego dnia z pewnością pomogę moim ziomkom, np. budując szkoły tam, skąd pochodzę” – zakończył. Tak mówił Bol, tak mówił Deng, a Biyombo to z pewnością nie - któryś z kolei. Inspiracja oraz wiara w lepsze życie, jakiej ambasadorami są bądź byli wyżej wymienieni panowie – to środek zaradczy, pomagający młodemu pokoleniu z Afryki przekonać się, że życie z bez karabinów pod pachami jest na wyciagnięcie ręki. O tym warto mówić, pisać, bo – mimo, iż niektórzy z Was te słowa zlekceważą – dzieci, jakim niedawno był Biyombo, marzą o świecie, gdzie posiadanie pasji jest czymś naturalnym.
Licznik odwiedzin: 15 104 095




Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter

Jego przygoda z NBA rozpoczęła się na początku lat 90-tych, kiedy to po raz pierwszy zobaczył mecz Detroit Pistons z Chicago Bulls, sławnych "Bad Boys" rywalizujących z Michaelem Jordanem. Od tego momentu stał się wielkim fanem "Jego Powietrzności" i Pistons, z którymi jest na dobre i na złe od 1994 roku. Od kwietnia 2007 roku pisze w Probasket.pl, a od 11. lipca 2008 roku także w ZawszePoPierwsze, który założył z Maciejem Kwiatkowskim. Kontrowersyjny i konserwatywny, interesujący się bardziej NBA od kuchni niż opisywaniem meczów (czego nie lubi). Jego marzeniem jest spotkanie się kiedyś z jego koszykarskimi idolami Michaelem Jordanem i Grantem Hillem. twitter

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter

Liczą się dla niego 3 rzeczy: Jeziorowcy, stroje NBA i rodzina. To właśnie pomiędzy te 3 rzeczy próbuje rozdzielić wolny czas po pracy. W żyłach płynie mu prawdopodobnie żółto - fioletowa substancja zamiast krwi, a zegar biologiczny, w dniu meczu Lakersów, przestawiony jest na czas kalifornijski. O Jeziorowcach i koszulkach NBA mógłby gadać godzinami. Swoją miłość do drużyny z Miasta Aniołów przelewa na lakers.com.pl, o koszulkach czasami pisze na jerseye.bloog.pl. Ulubione zajęcie: przeczesywanie ebaya w poszukiwaniu perełek (jakkolwiek to brzmi). Pierwszy jersey wypłakał w 1995 roku mając 11 lat, obecnie nie wie ile posiada koszulek. Na ZP1 od października 2008. Głównie pisze o koszulkach i butach, czasami przemyci coś o Jeziorowcach. Nie uznaje podróbek. Koszulki koszykarskie, ciuchy czy buty: NIE dla podróbek! twitter

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: