Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS




PO PROSTU DREAM TEAM

wtorek, 12 czerwca 2012 20:06

 

Marek Dziuba


Po prawie 20 latach od słynnych Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie już jutro, 13 czerwca, na ekrany trafi film dokumentalny o jedynej i niepowtarzalnej Drużynie Marzeń... o której być może teraz byśmy nie pisali, gdyby nie "klęska", jaką w 1988 roku było trzecie miejsce USA w Seulu i jej następstwo, którym okazało późniejsze zdjęcie zakazu gry na Olimpiadzie graczom z NBA. Przemek pisał kilka dni temu, że: trudno uwierzyć, że tamte czasy są już tak odległą historią. To, co jednak dobre w dobrych historiach, to wspomnienia, które po nich pozostają.


Nie sposób nie przytaknąć... a Amerykanie co by o nich nie powiedzieć, potrafią w swoich produkcjach świetnie je odtworzyć. Zanim jednak doczekamy się premiery, polecam rzucić okiem na rewelacyjny artykuł Langa Whitakera dla GQ . W masie wybornych komentarzy wszelkich członków Dream Teamu i nie tylko dotrzecie do wielu interesujących szczegółów. Pozwólcie, że na zachętę do przeczytania całości (bądź dla leniwych), sam przedstawię wam te wg mnie najlepsze fragmenty:


 

Pod koniec czerwca, zawodnicy zgromadzili się po raz pierwszy w luksusowym hotelu La Jolla w Kalifornii, by przez kilka dni rozgrywać sparingi z grupką czołowych talentów z koledżu.


Chris Webber: Jechałem z lotniska w lumizynie razem z Larrym Birdem, to był ogromny zaszczyt. Rozmawialiśmy o grze przeciwko Pistons, różnych koszykarskich manewrach, trikach tego typu sprawach. Wydawał się świetnym gościem. I nagle, gdy wyszliśmy z auta, a ja wyciągałem swoje torby rzucił do mnie: Lepiej się wyśpij, bo jutro skopię ci zad i popamiętasz to do końca tygodnia.

Allan Houston: Kiedy przybyliśmy na halę, był tam na niej balkon z widokiem na cały parkiet, więc nie weszliśmy na niego od razu. Towarzyszyło nam duże napięcie. Spojrzeliśmy w dół i zobaczyliśmy jak Barkley robi wsada czy jak Michael przechwytuje piłkę i robi jedno ze swoich markowych zagrań. "Wow, robią to też na treningach?" - pytaliśmy samych siebie.

Christian Laettner: Pamiętam moich kolegów z uczelni, którzy tam stali i przy kolejnym zagraniu Barkley wykonał potężny wsad nad Malone'm. Każdemu z nich opadła szczęka.

 

 

Pierwszy sparing między Dream Teamem a gwiazdami z koledżu odbył się 24 czerwca i stał się słynny z nieoczekiwanych powodów.



Houston: Mieliśmy grać w sposób, jakiego jeszcze tak naprawdę za bardzo nie znali. "Międzynarodowo" Stwierdziliśmy, że nie mamy nic do stracenia. Wyszliśmy na boisko, Penny miał kilka 'paczek'. Pamiętam, że sam trafiłem kilka rzutów. Każdy grał jak natchniony.


Penny Hardaway : Pomyśleli pewnie "Dali nam tych szczeniaków na małą rozgrzewkę. Rozprawimy się z nimi szybko, rozdamy kilka autografów i każdy pójdzie w swoją stronę." Nie zdawali sobie sprawy z tego, jak zdolni byliśmy.


Charles Barkley: Gdy zobaczyliśmy ich po raz pierwszy, wyglądali jak niemowlęta. Nasze nastawienie było mniej więcej w stylu "hej, chłopaki , nie zabijmy tych dzieciaczków". A oni grali jakby to był mecz numer 7 finałów. Zanim się skapliśmy, im udało się doprowadzić nas do zawodu.


Houston: Czas tykał ku końcowi - mieliśmy 20-minutowy zegar - i prowadziliśmy. Każdy głupkowato spoglądał wokół, jakby to nie mogło się wydarzyć. Nikt z nich nie mówił nic przez kilka minut.

 

Karl Malone: Zlekceważyliśmy ich kompletnie, a oni nas zlali. Trener Daly miał na twarzy ten wyraz, który mówił "To właśnie wam mówiłem chłopcy. Bądźcie gotowi." Po porażce, naciskaliśmy, by zagrać z nimi raz jeszcze tego samego dnia, ale Chuck nam nie pozwolił. Chciał byśmy trochę 'podusili się w tym sosie'.

 

Webber: Kiedy skopaliśmy im tyłki, nawet nam nie dogadywali w stylu "daliśmy wam wygrać". Ta noc była wyjątkowa. Pamiętam jak razem z Bobbym Hurley'em przerzedziliśmy wózkami pole golfowe... byliśmy tak podekscytowani.

 

Houston: Gdy wróciliśmy do hotelu, jechałem tą samą windą z Birdem i C-Webbem. C-Webb świergotał bez przerwy. Bird wychodząc rzekł "Nie martw się, jutro jest nowy dzień." Zostawił nas z tą myślą. I tak, wróciliśmy na to samo miejsce i nastał nowy dzień.(śmiech)


Barkley: Wysłaliśmy im "mały komunikat".

 

Webber: Wtedy już nie rzuciliśmy punktu. Żadnego. Ani na linii, ani w grze. Byliśmy dla nich perfekcyjną 'pobudką', a oni dla idealnym zderzeniem z rzeczywistością. 


Brian McIntyre (W-ce prezydent NBA od PR'u): Kiedy syrena zawyła, Barkley podszedł do ich ławki i wspomniał "mieliście szczęście, że nie wyszliśmy dzisiaj odpowiednio nastawieni". Złamał mnie.


Hardaway: Po wszystkim weszliśmy do pokoju MJ'a i wiecie jak to dzieciaki z uczelni: "Dasz mi buty? Wszystko co masz w pokoju - daj nam to, bracie! Wiemy, że możesz dostać tego więcej!"


Webber: Penny nie powiedział, że byliśmy na tajnej misji. Dostałem skarpetki, t-shirt. Poprosiłem MJ'a o kolczyk. Niektóre z rzeczy, które posiadam moje wnuki będą musiały zanieść do Galerii Sław, bo zachowam je aż do śmierci. To było niesamowite. Najlepszy czas w moim życiu.

 

 

Drużyna Stanów Zjedoczonych musiała ubiegać się o awans na Igrzyska w kwalifikacjach, co rzecz jasna było formalnością. Poleciała więc do Portland, by 28 czerwca na Turnieju Ameryk zaliczyć swój oficjalny debiut.


 

Marv Albert (Komentator NBC): Pamiętam, gdy po raz pierwszy zobaczyłem ten zespół wychodzący na boisko. Miałem tą przyjemność. Dla mnie był to najwybitniejszy zbiór gwiazd w jakimkolwiek sporcie zespołowym, który widziałem. W pierwszym meczu pokonali Kubę 79. punktami.


Malone: Nie powiem, że był to spacerek, ale poszło gładko.

 

Laettner: Szybkość meczów była nieprawdopodobna. Każdy był tak wysportowany i silny - samce alfa na każde pozycji.

 

David Stern: Przeciwne drużyny były bardziej zainteresowane robieniem sobie zdjęć niż grą przeciwko naszym graczom.


Nathaniel Butler (oficjalny fotograf NBA): Siedzieliśmy przy linii bocznej, Magic schodzi do swojego gracza, a ten krzyczy do swojej ławki "Teraz", "teraz!". A tam, na ławce pewien gracz wyciąga aparat ze skarpety i robi mu zdjęcie.


Jan Hubbard (dziennikarz Newsday): Gdy grali przeciwko Wenezueli, zawodnik kryjący Magica ciągle powtarzał "Potrzebuję twoich butów, potrzebuję twoich butów." Robił to podczas meczu. A Magic w chodzie, mówi do niego "Spójrz, ja też ich jeszcze potrzebuję!"

 

Lenny Wilkens (asystent trenera USA): Dla nas to było zabawne, ale z upływem lat się to zmieniało. Zawsze mówiliśmy "następnym razem nie przyniosą aparatów. Przyniosą po prostu swoje piłki.

 

 

Po Turnieju Ameryk, Dream Team poleciał do Monte Carlo na kilka dni treningów, hazardu i golfa przed ceremonią otwarcia w Barcelonie.


 

Kim Bohuny (kierownik NBA od spraw imprez międzynarodowych): Mieliśmy obiad z księciem Rainierem i księciem Albertem. Obowiązywała tam ścisła etykieta. Wiecie, nie mogłeś jeść zanim jeść nie zaczął książe i takie tam. Studiowaliśmy to z całą drużyną przed tym spotkaniem i wielu naszych chłopców było zaskoczonych.


Craig Miller (dyrektor kadry USA od spraw PR'u): Mówili, że jeśli książe odłoży widelec i przestanie jeść, to lepiej jeśli wszyscy też przestaniecie. Wnet odezwał się Charles: "Mam nadzieję, że przestanie, kiedy ja skończę swój posiłek, ponieważ JA jem mój posiłek." 


Malone: Jestem z kraju, gdzie etykieta jest prosta "podaj mi fasolki" i w ten sposób sobie podajemy. Bez obrazy dla rodziny książęcej, ale zajęło mi sporo czasu, by zrozumieć te reguły. Szklanka była po tej stronie, widelec po tej... wiecie co? Dajcie mi po prostu zjeść. Czułem, jakby ci ludzie sami sobie utrudniali życie, ale myślę, że miałem na sobie całkiem ładny garnitur.

 

P.J Carlesimo (asystent trenera USA): Treningi w Monte Carlo były legendarne. Nie było drużyny uniwersyteckiej, więc po raz pierwszy graliśmy między sobą.

 

Malone: Trenerzy zawsze stawiali Magica i Michaela w przeciwnych zespołach. 


Hubbard: Był taki moment, kiedy Krzyżewki klasnął dłońmi i mówił "dobra, zostało sporo czasu", a Michael stoi na drugim końcu parkietu i krzyczy: "Pieprzyć to! Wygramy ten mecz. Pier**** to!" Musicie zdawać sobie sprawę, że Coach K nigdy nie usłyszał czegoś podobnego na treningu Duke. 

 

Mike Krzyzewski (asystent trenera USA): Dlatego jest najlepszym zawodnikiem wszechczasów. Tego popołudnia, być świadkiem takiej intensywności.. to było coś pięknego.

 

Magic Johnson: Człowieku, najlepsza koszykówka, jaką kiedykolwiek przyszło mi grać miała miejsce na tych treningach. Wszyscy mówili "zabezpieczajmy się na wszelki wypadek". (wiecie o co chodzi...)


Wilkens: Na naszym ostatnim sparingu, drużyna Magica ogrywała tą MJ'a. Zawodnicy zaczęli dokuczać Michaelowi, bo każdego ranka grywał w golfa. To zrobiło swoje. Wszystko drastycznie się zmieniło. 


Rod Thorn (członek komitetu USA ds. powoływania): Wkurzyli go, więc zaczął punktować przy każdej możliwej okazji z każdego miejsca na parkiecie. Raz wszedł pod kosz i sędziowie odgwizdali błahy faul. Magic odbił piłkę pod sam sufit: "To absurd. Zupełnie jak w NBA. Dostaje każdy gwizdek!"

 

Hubbard: Magic mówił: "To musiało być jak gra w Chicago Stadium", bo Michael dostawał gwizdki. Michael odpowiedział, "To są lata 90-te, nie 80-te."

 

Wilkens: Czasami było tak gorąco, że musieliśmy przerwać.

 

Hubbard: Po wszystkim Charles był w naprawdę marudnym nastroju. Mówił, że Michael nie jest jedynym znakomitym graczem w tym zespole i tego typu rzeczy. Złapałem Jordana na osobności i było mu chyba trochę głupio, że przejął to tak samotnie. Spytał "jak tam twój chłoptaś?", mając na myśli Barkley'a. Powiedziałem, że jest nieco zawiedziony, na co Michael: "Przejdzie przez to." Cały Mike. Nawet przy takiej okazji musiał pokazać ci swoją wyższość.


Barkley: Spójrzcie, masz 10 all-starów, którzy bez przerwy na siebie nacierają, by udowodnić, kto tu rządzi. Każdy miał swoje ego. 


Carlesimo: Ci gracze uwielbiali rywalizację. Nie mogli grać dłużej niż połtorej godziny bo by się pozabijali. Normalny zespół NBA, jeśli ma farta, posiada jednego lub dwóch gwiazdorów. My mieliśmy 12. Nie chcieli przegrywać przy ćwiczeniach, przy rzucaniu, przy czymkolwiek.

 

 

Showtime. Obawy związane z ochroną sprawiły, że Dream Team zrezygnował z przesiadywania w wiosce olimpijskiej, a zamiast tego przebywał w Ambassador Hotel, zaraz przy głównej ulicy miasta - Las Ramblas.


Patrick Ewing: Byliśmy jak Beatlesi. Jak gwiazdy rocka.

McIntyre: Miałem około osiemdziesięciu piłek w moim pokoju w Barcelonie, na których każdy zawodnik miał się podpisać. Ostatnim był Bird i zapytał "Kto zrobił to najszybciej?" Powiedziałem, że gracze wyrabiali się w czasie od 8 do 20 minut." Na co Larry: "Będę najszybszy. Mierz mi czas." Więc zaczął składać autografy, oddaje mi ostatnią piłkę: "I jak?" "Wow, cztery i pół minuty!". Na co on "Udało się!". Głodny rywalizacji do szpiku kości.

Bohuny: Poza Charlesem mało kto wychodził na miasto. Byłeś otaczany przez masę ludzi. Charles to uwielbiał. Nie bał się tłumów.


Barkley: Nie chciałem przez cały czas siedzieć w moim pokoju.

 

Hubbard: Charles przechadzał się po Las Ramblas, a ludzie pytali "Charles, jak się bronisz, gdzie twoi ochraniarze?" A on pokazywał im swoje pięści "To moja ochrona." Barkley był w swoim żywiole. Wielka grupa, która za nim podążała, uśmiechała się i chciała zdjęć to było coś dla niego.

 

David DuPree (dziennikarz USA Today): Barkley miał mieć swoją pierwszą osobistą rubrykę. Mieliśmy spotykać się po meczach i rozmawiać. Zostawiał wiadomości "Spotkamy się w takim bądź takim klubie", więc chodziłem po tych klubach, a Barkley'a jak nie było tak nie ma, jednak zawsze zostawała notatka, by iść gdzie indziej. Czasami trzeba było przejść cztery czy pięć klubów do samej szóstej nad ranem, by go dopaść. Ale zawsze pozostawiał ślad.

 

Brandford Marsalis: Widziałem wielu zawodników wokół hotelu. I widziałem Jordana, który siedział i oglądał taśmę z Angolą, po prostu gapił się i szukał jej słabości. Zwróciłem się do niego "Nie chcę ci przeszkadzać, ale dlaczego oglądasz ten mecz?" A on na to "Zawsze podchodzę do swojego rywala poważnie. Nigdy nikogo nie lekceważę." Był jedynym, który oglądał ten mecz. 

 

 

Dream Team wygrał wszystkie swoje mecze na Olimpiadzie średnią różnicą 44. punktów. Chorwacja stawiła największy opór, przegrywając 33 punktami w pierwszym meczu, a potem w finale 'zaledwie' 32 punktami.

 

 

Krzyzewski: Podczas ceremonii wręczenia medali, cieszyli się jak dzieci. Mieli już mistrzostwa NBA i tego typu rzeczy, ale znów poczuli się jak dzieci. To był piękny moment.

 

Malone: To nie była bufoniada, samochwalstwo. Po to tam właśnie przyjechaliśmy. Nie by szerzyć światowy pokój, a po to by zdobyć złoto i przywieźć je z powrotem do domu. Powiedzieć innym krajom: "teraz widzieliście to, co mamy najlepsze."

 

Russ Granik (łącznik NBA z Teamem USA): W ostatniej chwili, czego ludzie mogli nie dostrzeć, nasz komitet olimpijski nakazał wszystkim zawodnikom ubrać dresy Reeboka na prezentacji medalowej. Gdybyśmy wiedzieli, moglibyśmy uniknąć pewnych problemów.

 

Tinker Hatfield (dyrektor Nike'a): MJ umieścił tam flagę, więc u niego nie mogliście zobaczyć logo Reeboka. Był bardzo oddany swojej firmie. Nawet go o to nie prosiliśmy, sam tak zrobił.

 

McIntyre: Spoglądam tak na nich, gdy stali na podium i myślę sobie "nie mam żadnej pamiątki." Kiedy Michael schodził z parkietu, powiedziałem wprost: "Nie chcesz tego dresu, prawda?" Mike: "Nie, a ty chcesz?", na co ja: "Byłbym wniebowzięty." Ściągnął go i rzucił w moją stronę. Ciągle ma te szpilki, którymi przyczepił flagę USA na stronę z logiem Rebooka. Nic nie dotykałem.

 

 

Jak widzicie, było tego sporo. Niemniej jednak, jak na wstępie, zachęcam do przeczytania oryginalnej całości! Każdy może w końcu interpretować inaczej...


Podziel się

NIE WĄTP W TRÓJKI GARNETTA, ALBOWIEM ON TO POTRAFI

wtorek, 07 lutego 2012 4:07

 

Marek Dziuba

 

Ten tam u góry z piłką w dłoniach, który  gapi się na was nieustannie za każdym razem, gdy tutaj zaglądacie, chce wam przekazać coś  w swoim stylu, jeśli do tej pory robicie wielkie oczy, a szczęka opada wam do butów, kiedy widzicie jak trafia za trzy:

 

"Potrafię rzucać trójki.

 

Hej, ale nie przyzwyczajacie się do tego. Traktujecie mnie jakbym miał 50 lat, biegał po parkiecie tylko na jednej nodze, o lasce. Tak bywa, że pewne wieczory są lepsze od innych, a inne gorsze. Jestem człowiekiem i popełniam błędy, ale potrafię rzucać za trzy. Nie robię tego, bo mamy w składzie jednego z najlepszych strzelców za 3 w historii - Raya Allena. Mamy też Paula Pierce'a, który wygrał konkurs trójek. Mamy też innych zawodników, którzy potrafią to robić.

 

To nie jest moja rola tutaj. Moim zadaniem jest znajdować dla kolegów otwarte pozycje do zdobywania punktów, a jeśli oni podadzą do mnie, to moim obowiązkiem jest umieszczenie piłki w koszu lub podanie jej po raz kolejny, fajnie. Choć potrafię trafić za 3!

 

Kiedy chodzę ulicami, wszyscy zachowują się jakby byli przez to w szoku. Przestańcie ludzie. W Bostonie, w każdym miejscu na świecie. W Minnesocie, LA, Concord, Lexington, Burlington. Potrafię rzucić za trzy. Przyjmijcie to do świadomości.

 

Wszyscy zachowujecie się jakbyście byli w szoku, jakbyście nigdy wcześniej nie widzieli czarnoskórego, który trafił do kosza za 3. Co się z wami dzieje? Doc Rivers chwycił mnie dzisiaj i radził: rzucaj, rzucaj, rzucaj, rzucaj. Trafiłem za trzy i spojrzałem na niego 'Huh, tego chciałeś? Umiem trafiać trójki'. Nie zaczynajcie akcji "rzucaj" tak jak ze Scalem. Nie chcę tego. Nie róbcie mi tego. Jestem tu od innych rzeczy - nie rzucania trójek. Jeszcze jakieś pytania?"

 

 

Cóż, najłatwiej jest mi to wyjaśnić mówiąc, że KG miał po prostu wyborny humor po niedzielnym zwycięstwie nad Memphis Grizzlies. Był to jeden z jego najlepszych występów w aktualnym sezonie (24/9), w którym trafił "już" swoją trzecią trójkę. Kierując się zaawansowanymi' statystykami, prędzej możemy spodziewać się kolejnej wygranej Wizards niż następnej 3-ki autorstwa Kevina (z tym, że nie wiem jak w Charlotte ze wsadami idzie Borisowi Diawowi).

 

Nigdy nie kwestionowałem u KG umiejętności trafiania za trzy, chociaż jego procent skuteczności zza łuku z całej kariery jest niewysoki (28.5%). Mimo wszystko, odkąd gra w Bostonie praktycznie odrzucił ten element ze swojego repertuaru. Próbuje szczęścia za 3 naprawdę rzadko i przeważnie tylko wtedy, gdy na zegarze brakuje sekund i jest zmuszony to zrobić. Przez 5 lat jako Celt oddał zaledwie 32 rzuty za trzy... 24 mniej niż w ostatnim (pojedyńczym) sezonie jako "Leśny Wilk".

 

Kevin przesadza wg mnie z tą wstrzemięźliwością...

 

To, że przynajmniej raz w meczu rzuci za tri, nie od razu zmieni go przecież w Rasheeda z kresu kariery.


 


Podziel się

LISTONOSZ DORĘCZA TROCHĘ BŁOTA

sobota, 04 lutego 2012 19:35

Przemek Kujawiński

 

Za kilka dni minie dokładnie rok od trzęsienia ziemii w Salt Lake City, które zakończyło erę Jerry'ego Sloana, a następnie krótką epokę Derona Williamsa. Do dziś nie poznaliśmy okoliczności jego odejścia. Nie poznaliśmy ich, bo Jerry Sloan uważa, że to nie nasz zasrany biznes. I ma rację. 

 

Oczywiście taka sytuacja musiała doprowadzić do powstania teorii spiskowych. Najbardziej popularna brzmi, że Jerry Sloan odszedł, bo management klubu nie wspierał go wystarczająco w jego domniemanym konflikcie z Deronem Williamsem. Pomimo tego Jazz udało się załatwić sprawę w stosunkowo "czysty" sposób. Szybkie odesłanie gwiazdy drużyny do New Jersey i natychmiastowa przebudowa wpisały się w wizerunek organizacji, której zawsze przypisywano klasę. Wizerunek taki budowali jej właściciele, sam Sloan, a także dwie największe gwiazdy w jej historii: John Stockton i Karl Malone.

 

Właściwie byłby więc to koniec całej tej historii, gdyby nie jedna z ikon klubu właśnie, czyli Karl Malone. Legendarny silny skrzydłowy Jazz był bardzo rozgoryczony odejściem swojego mentora i rok temu powiedział słynne słowa:

 

"The coach I know and the man I know have never quited or resigned on anything".

 

Wtedy sprzedawało się doskonale jako laurka dla Jerry'ego Sloana - wojownika. Władze Jazz odebrały to jednak jako oskarżenie. Słowa Malone'a znaczyły bowiem mniej więcej tyle, co: Jerry Sloan nie odszedł - wy go do tego zmusiliście.

 

Nie są to jedynie moje jedynie moje spekulacje czy domysły, bo przyznał to niedawno sam zainteresowany. Malone odwiedził w zeszłym tygodniu jeden z programów radiowych w Salt Lake City i wprost powiedział, że Jazz dali Deronowi Williamsowi zbyt dużo władzy i to było bezpośrednim powodem odejścia Sloana. Po meczu z Chicago, gdy między trenerem i rozgrywającym doszło do kłotni, miało odbyć się spotkanie, na którym GM Kevin O'Connor i właściciel klubu Greg Miller mieli poprzeć Williamsa.

 

O'Connor kilka dni później pojawił się w tym samym programie, by zdementować słowa Malone'a:

 

"Karla nie było w tym pokoju. Ja tam byłem. Jedyną rzeczą, którą chcę wam powiedzieć jest, byście zapytali Jerry'ego. (...) W momencie, gdy Jerry powiedział, że odchodzi, powiedzieliśmy: Nie rób tego. (...) Greg [Miller] tam był i zrobił wszystko co w jego mocy, by Jerry został i dokończył sezon".

 

Nie trzeba było czekać również długo na odpowiedź samego Millera. Warto ją przeczytać w całości, bo właściciel Jazz nie patyczkował się z Malonem. Co ciekawe, ale też bardzo znaczące, najbardziej w tym wszystkim zabolała go jednak inna historia. Karl Malone opowiedział bowiem o tym, jak rok temu będąc w Salt Lake City zmuszony był sam u koników kupić sobie bilet na mecz Jazz, bo klub nie chciał mu zapewnić miejsca.

 

Samo w sobie wydaje mi się to absurdalne. Chłopie, jesteś Karl Malone. Jesteś żywą legendą tego klubu. Jeśli potrzebujesz biletu, to dzwonisz i go dostajesz. Nie wierzę, że ktokolwiek w organizacji, by ci tego odmówił. A nawet jeśli, to idziesz do Delta Center i wchodzisz. Ot tak, bo jesteś Karl Malone, a jeśli bramkarz-ignorant cię nie poznaje, po prostu pokazujesz palcem na pomnik stojący przed halą.

 

W każdym wypadku taką historię Malone opowiedział mediom. To musiało ukłuć i ukłuło MIllera, który nie przebierał w słowach:

 

"Gryzłem się w język za każdym razem, gdy Karl mówił te upokarzające rzeczy. Starałem się mieć na uwadze słowa jednego z moich mentorów, który znał sytuację i mówił: Karl to wrzód na tyłku, ale to nasz wrzód na tyłku".

 

Miarka się jednak przebrała i Miller na błoto odpowiedział błotem. Przedstawił więc Malone'a jako osobę niegodną zaufania i niezrównoważoną. Mam jednak wrażenie, że próbował zrobić to wszystko choć z odrobiną klasy i by złagodzić nieco swoje słowa wyciąga na końcu do niego rękę.

 

Nie znam prawdziwej wersji wydarzeń i mogę jedynie spekulować, co wydarzyło się w zeszłym rok w Salt Lake City. Mam jednak wrażenie, że jeśli Karl Malone naprawdę chciałby oddać cześć swojemu mentorowi powinien po prostu się zamknąć i nie brudzić gniazda, z którego wyfrunął. Długo budowany wizerunek, można naprawdę bardzo szybko popsuć.

 

W tym samym czasie John Stockton był widziany na przydomowym boisku, gdzie razem z synami rzucał do kosza.

 

Update: Jak donosi Jazz.e-nba.pl cała sprawa ma jeszcze kilka innych wątków. Jeśli jesteście zainteresowani odsyłam pod ten link.

 


Podziel się

LEBRON O TIMIE TEBOW: PŁYNIEMY NA JEDNEJ ŁÓDCE

wtorek, 17 stycznia 2012 0:37

 

Marek Dziuba

 

Futbol amerykański to nie moja działka, ale czytając na każdym amerykańskim serwisie tajemnicze Tim Tebow to, Tim Tebow tamto nie wytrzymałem i musiałem rozszyfrować kim jest ten gość. Lepiej późno niż wcale.

 

Natknąłem się nawet na przyjemny artykuł w języku polskim i generalnie dla tych, którzy pozostają niewtajemniczeni jak ja do niedawna, mowa o wyjątkowo religijnym futboliście, który surowo przestrzega (w dzisiejszym świecie normalnie łamanych) zasad moralnych. Nie przeklina i otwarcie przyznaje, że jest prawiczkiem, bo na seks "przyjdzie czas po ślubie". Przede wszystkim jednak dokonuje cudów w końcówkach spotkań swoich Denver Broncos, choć po zakończeniu studiów nie wróżono mu większej kariery na poziomie zawodowym. Odbiega kompletnie od stereotypu typowej gwiazdy i w zasadzie nie ma go za co nie lubić, lecz przez nadwyraz widoczną manifestację swojej wiary rodzi mnóstwo kontrowersji w futbolowym środowisku, które z jednej strony go ubóstwia, z drugiej nieustannie krytykuje.  

 

Teraz czas na to drugie, bo właśnie pożegnał się wraz ze swoim zespołem po klęsce z Patriots.

 

Słysząc o takim sportowcu, trudno pomyśleć o LeBronie Jamesie, bo to poniekąd tak jaby zestawiać w jednym szeregu Adama Małysza i Mariusza Pudzianowskiego, ale sam James dostrzega pewne podobieństwa do Tebowa - nie licząc tego, że obaj należą do stajni Nike'a - o czym mówił dziennikarzom podczas wizyty w Denver, gdzie nie mogli go oczywiście nie spytać o swój fenomen:

 

- Szczerze mówiąc, przyglądałem mu się przez cały rok, w międzyczasie oglądając Cowboys. To coś wspaniałego oglądać człowieka, który radzi sobie, gdy jest podstawiony pod ścianą i wszyscy go już skreślili.

 

(czas na żart o LeBronie i czwartej kwarcie, 3, 2, 1...)

 

- Mogę się do niego odnieść. Płyniemy na tej samej łódce. Widzę co robią media i jak traktują go krytycy, na co on im zaprzecza. Czy ma za sobą dobry czy zły mecz, nie przejmuje się, myśli pozytywnie i idzie do przodu. To dobry znak. To świetny lider. Szanujesz to niezależnie od tego, czy uprawiasz ten sam sport czy nie. Jestem jednym z tych, którzy też byli takiej sytuacji wcześniej... i rozumiem przez co przechodzi, przechodził i fajnie widzieć, że dawał sobie radę i osiągał cel. To normalne, że chcesz być świadkiem czegoś wielkiego, zawsze chcesz widzieć jak ktoś dopina swego - zwłaszcza wtedy, kiedy ludzie skreślają taką osobę już od pierwszego dnia. To najbardziej w nim lubię. Zawszę o nim tweetuję.

 

- To jeden z najbardziej intrugujących sportowców w dzisiejszych czasach, o wielkim sercu do walki. Zwycięstwa są dla niego najważniejsze, chwali za nie wszystkich poza sobą. Jest niezwykle skromny, za co bardzo go szanuję.

 

 

Patrząc spokojnie z boku, James odnosi się tylko do tego jak traktują ich dziennikarze, a nie do umiejętności czy to jakimi są ludźmi. I tu ma racje, obaj rzeczywiście muszą stawiać czoła niewyobrażalnej presji i fali krytyki. Typowe porównanie, które na siłę stara się w tym wszystkim widzieć większość, nie miałoby z kolei żadnego sensu, chyba LBJ przerzuci się do NFL.

 

PS. Ktoś mimo wszystko niegłupio stwierdził, że James ma wszystkie talenty świata, ale znika w ważnych momentach, Tebow zaś nie jest wybitnie zdolny, ale właśnie w takich chwilach błyszczy. Kwitując złośliwie: choć obaj zawodzą w Playoffs...

 


 

 

 


Podziel się

CZEMU KIBICE NBA BUCZĄ NA HUMPHRIESA? MOŻE TEMU...

poniedziałek, 02 stycznia 2012 21:34

 

Maciej Kwiatkowski

 

Małzeństwo Krisa Humphriesa i Kim Kardashian to jedna z tych rzeczy, o których w USA chcąc nie chcąc wie każdy, a u nas mało kto się tym interesuje. W każdej obcej hali Humphries witany jest buczeniem i towarzyszy mu ono też gdy rzuca wolne lub czasem nawet gdy dotyka piłki. W niedawnej ankiecie robionej na zlecenie Forbesa, Humphries został uznany najbardziej nielubianym graczem ligi.

 

Jako, że buczenie na niego będzie nam prawdopodobnie towarzyszyć za każdym razem, gdy Nets będą grać akurat z tym zespołem, który lubimy lub chcemy oglądać - może zrozumienie tego fenomenu łatwiej przyjdzie po obejrzeniu powyższego wycinku z kolejnego reality-show z udziałem siostr K. "Kourtney & Kim Take New York".

 

 

Humphries wypada tutaj na natarczywego homofoba, chcącego za wszelkę cenę dowieść, że Jonathan Cheban, gość odpowiedzialny za wizerunek medialny Kim, jest gejem. Oczywiście show jest reżyserowane, więc i powyższe sceny też mogły być. A jeśli nawet tak, to może dalej powinni buczeć jak buczą.

 

 

http://youtu.be/qEjOQuE57rQ

Podziel się

JESZCZE JEDEN INNY KIBIC BUCKS

środa, 28 grudnia 2011 12:04

 

 

 

Kosma Zatorski

 

Koszykówka i muzyka. Co pierwsze przychodzi ci na myśl? ”He got a game” Public Enemy czy może ”Basketball” Trzeciego Wymiaru (sic!)? W każdym razie na pewno jest to hip-hop. Czy ktoś z was słyszał o folkowej grupie Bon Iver? Jestem niemal przekonany, że większość po raz pierwszy spotyka się z tą nazwą. Za pseudonimem kryje się Justin Vernon, wysoki biały mężczyzna o aparycji kanadyjskiego drwala bądź rybaka. Bon Iver to również nazwa zespołu z którym występuje. Gdy kilka lat temu w Przekroju przeczytałem entuzjastyczne recenzje nad jego krążkiem, postanowiłem zobaczyć czy to kolejny jednosezonowy hype, czy może coś więcej. Od tego czasu ”Songs for Emma” jest moim ulubionym soundtrackiem każdej jesieni. To smutne piosenki o miłości przy akompaniamencie gitary, nagrane przez Vernona pewnej srogiej zimy w środku lasu. 8.1 w 10-stopniowej skali Pitchforka? Nieźle!

 

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego o tym piszę? Jeżeli mieszkasz w stanie Wisconsin nie masz zbyt wielkiego wyboru drużyn do kibicowania. A przecież picie Pabst Blue Ribbonów przy wyłączonym telewizorze mija się z celem. Bon Iver oraz jego kumple z drużyny są zadeklarowanymi fanami Miluwakee Bucks, choć próżno szukać follow-upów do swingującego Carlosa Delifno w ich kawałkach. Podczas lokautu rozegrali nawet specjalny mecz, w którym każdy z ich przyjaciół wystąpił we własnej koszulce Bucksów. Bohater tego tekstu przywdział wówczas ksywkę Bon Iversona.

 

 

Niestety albo i na szczęście, w internecie próżno szukać skrótów tego niecodziennego spotkania. Same zdjęcia robią niezłe wrażenie. Podczas tego lata Vernon przez przypadek spotkał trenera od przygotowania fizycznego. Gdzie? Oczywiście na boisku do kosza. - Nawet nie wiedziałem, kto to jest. Widać jednak było, że jest w niezłej formie, ale nie wszystko jest z nim do końca w porządku. Opowiedział mi o swoich bólach pleców, więc opracowaliśmy razem zestaw ćwiczeń, które mogły go wzmocnić - opowiada Jeff Rogers. - Gdy zaczęliśmy razem trenować, poczułem się o wiele lepiej - opowiada muzyk. Po kilku dniach już cały koncertowy skład Bon Iverów trenował razem z nim. - To coś, dzięki czemu czujesz się o wiele lepiej - mówi Iver. Fajnie nie? Koszykówka i muzyka to nie tylko hip-hop czy Justin Bieber grający z kobietami podczas All-Star Weekend. To nie tylko Kanye West paradujący w czapeczce Mavs dopiero od czasów mistrzostwa. To również Bon Iver. Koleś o którego nigdy nie zobaczysz w pierwszym rzędzie obok Lil Wayne’a. Który z nich bardziej kocha ten sport? Nie mam wątpliwości. Zobaczcie sami -> wideo.

 

 

 

 

 


Podziel się

NAJGORSZE STATYSTYKI W MECZU W OSTATNICH 20 SEZONACH NBA

sobota, 19 listopada 2011 14:13

Michał "wiLQ" Wilczyński 

Przez lukę jaką wywołał u fanów NBA lokaut bardzo łatwo może się zebrać ochota na jakieś podsumowania jak na przykład 40 najlepszych momentów zeszłego sezonu czy najlepsze stroje.

Ba! Z braku laku wręcz ąż się prosi o jakąś własną twórczość jak All-time draft czy wreszcie po prostu powspominać kiedy NBA jeszcze prężnie działała w publicznej telewizji.

Nie zaprzeczę, że też mnie dopadła taka faza tyle, że przejawiła się ona w inny sposób: w analizę cyferek.

W związku z pochmurnym lokautowym nastrojem proponuje adekwatny temat:

Najgorsze statystyki w pojedynczym meczu w ostatnich 20 regularnych sezonach NBA.

Różnie można do tego podejść, można przeszukać księgi rekordów NBA w negatywnych kategoriach... tyle, że 14 strat Kidda zbiegło się z triple-double co trudno uznać za katastrofę, a najwięcej rzutów oddanych bez żadnego trafionego Tima Hardawaya było w parze z 13 asystami i 2 przechwytami, więc to ślepa uliczka.

Jak się próbuje szukać dzięki Player Game Finder pojedynczych wyczynów jak na przykład kosmiczne 27 spudłowanych rzutów z gry Jerrego Stackhouse'a cały czas wyskakuje ten sam problem: jak porównywać ze sobą poziom koszmaru w tych wszystkich występach? Gdzie były wady bez przysłaniających ich zalet?

W związku z tym odkurzyłem swoje stare narzędzie do przeszukiwania stron ze wszystkimi statystykami meczowymi danego gracza w sezonie [ponad 8100 takich] z Yahoo [ostatnie 5 lat] i basketballreference.com [wcześniejsze 15 lat] i wykorzystałem dwa sposoby pomiarów:

"Game Score" stworzone przez Johna Hollingera z ESPN gdzie wzorem jest

PUNKTY + 0.4 * RZUTY Z GRY TRAFIONE - 0.7 * RZUTY Z GRY ODDANE - 0.4*(OSOBISTE ODDANE - TRAFIONE) + 0.7 * OFENSYWNE ZBIÓRKI + 0.3 * DEFENSYWNE ZBIÓRKI + PRZECHWYTY + 0.7 * ASYSTY + 0.7 * BLOKI - 0.4 * FAULE - STRATY oraz

 "Win Score", pomysł ekonomisty Davida Berriego, który liczy się w sposób następujący: PUNKTY + ZBIÓRKI + PRZECHWYTY + 1/2*BLOKI + 1/2*ASYSTY - RZUTY ODDANE - 1/2*OSOBISTE ODDANE - STRATY - 1/2*FAULE.

W obu przypadkach chodziło o szybkie podsumowanie występów, w sam raz na potrzeby takich poszukiwań, i jak widać inaczej oceniana jest ważność, a więc i waga, poszczególnych kategorii.

Tyle wstępu, to jaki wychodzi najgorszy występ w ostatnich 20 regularnych sezonach NBA?

Tak wygląda dolna 25 tej listy według Game Score:

Nr Gracz Data Min FG
M/A
FT
M/A
ZB AS PRZ STR BL PKT Game
Score
Link do
1 David Wesley 12-04-2001 28 0/13 0/0 1 1 2 4 0 0 -11,7 Box
2 Larry Hughes 03-12-1999 12 0/6 0/0 1 0 0 6 0 0 -9,9 Box
3 Darius Miles 23-02-2005 13 0/6 0/0 2 0 0 4 0 0 -9,6 Box
4 Tom Gugliotta 24-11-1992 21 0/8 0/0 5 2 1 7 0 0 -9,5 Box
5 Adam Morrison 08-12-2006 30 1/11 0/0 4 1 0 5 0 2 -9,2 Box
6 D.J. Augustin 11-12-2010 32 0/8 0/0 0 1 1 4 0 0 -9,1 Box
7 Dino Radja 26-12-1993 18 0/14 0/2 10 0 0 1 0 0 -9 Box
- Elden Campbell 03-01-2001 11 0/6 0/0 0 0 0 4 0 0 -9 Box
9 Tom Gugliotta 13-03-1996 33 0/13 0/0 8 2 0 4 0 0 -8,9 Box
10 Mark Madsen 19-04-2006 30 1/15 0/2 4 1 0 1 0 2 -8,8 Box
11 Ben Gordon 15-11-2009 41 1/16 3/6 1 2 1 4 0 5 -8,7 Box
12 Tony Delk 27-01-2001 14 0/5 0/0 1 0 0 3 0 0 -8,6 Box
13 Duane Ferrell 27-02-1993 16 0/5 0/4 0 2 0 4 0 0 -8,5 Box
- Jason Richardson 26-03-2007 29 0/8 0/0 0 1 0 2 0 0 -8,5 Box
15 Toni Kukoc 28-02-1994 23 0/9 0/0 2 3 0 4 0 0 -8,4 Box
- Gordan Giricek 24-02-2004 15 0/10 0/0 0 0 0 1 0 0 -8,4 Box
- Rashad McCants 18-04-2007 16 0/8 0/0 0 0 0 2 0 0 -8,4 Box
- Vlad Radmanovic 25-11-2007 24 0/10 1/2 0 2 0 3 0 1 -8,4 Box
19 Terry Dehere 13-02-1996 28 1/14 0/0 4 3 0 4 0 3 -8,3 Box
- Stephon Marbury 21-11-1997 31 0/8 4/7 2 3 0 7 0 4 -8,3 Box
- Erick Strickland 26-02-1998 29 0/8 2/2 3 0 0 4 0 2 -8,3 Box
- Latrell Sprewell 22-12-2001 45 3/16 0/0 4 3 0 6 0 6 -8,3 Box
- Carlos Arroyo 17-12-2003 20 0/5 0/2 0 0 0 4 0 0 -8,3 Box
24 6 graczy z -8,2 - - - - - - - - - - - -



... a tak wygląda najgorsza 25 według Win Score:

Nr Gracz Data Min FG
M/A
FT
M/A
ZB AS PRZ STR BL PKT Win
Score
Link do
1 Gilbert Arenas 15-02-2006 45 4/22 4/6 2 3 0 6 2 12 -17 Box
2 Ben Gordon 15-11-2009 41 1/16 3/6 1 2 1 4 0 5 -16 Box
3 David Wesley 12-04-2001 28 0/13 0/0 1 1 2 4 0 0 -15,5 Box
- Jermaine O'Neal 30-03-2007 34 4/18 2/4 3 2 0 8 2 10 -15,5 Box
5 Allen Iverson 13-11-2001 43 8/30 9/12 1 2 3 7 0 25 -15 Box
6 Isiah Thomas 06-11-1992 38 4/25 2/5 4 7 2 4 0 10 -14,5 Box
- Allen Iverson 21-12-2002 41 6/28 1/1 4 2 1 4 0 13 -14,5 Box
8 Allen Iverson 02-03-2000 43 2/18 1/3 1 4 1 2 0 5 -14 Box
- Jalen Rose 16-03-2003 45 4/24 3/6 5 4 1 5 0 12 -14 Box
10 Mitch Richmond 11-12-1994 35 4/23 9/12 2 1 0 2 0 17 -13,5 Box
11 John Starks 20-11-1993 31 4/21 4/4 2 2 0 3 0 12 -13 Box
- Stephon Marbury 21-11-1997 31 0/8 4/7 2 3 0 7 0 4 -13 Box
- Kobe Bryant 23-02-1999 35 5/21 1/3 5 2 0 5 0 11 -13 Box
- Jamal Mashburn 08-03-2002 39 4/18 2/5 5 0 0 6 0 10 -13 Box
- Latrell Sprewell 22-12-2002 45 3/16 0/0 4 3 0 6 0 6 -13 Box
- Gilbert Arenas 24-11-2006 32 1/12 1/5 0 6 1 4 0 3 -13 Box
- Kelenna Azubuike 13-04-2009 42 4/21 1/1 4 1 0 4 0 9 -13 Box
18 Stephon Marbury 05-12-1996 40 3/18 0/2 2 6 0 4 0 7 -12,5 Box
- Rodrick Rhodes 19-04-1998 31 3/15 3/8 1 2 0 4 0 10 -12,5 Box
- Ed Gray 07-02-1999 17 3/15 1/1 0 0 2 4 0 7 -12,5 Box
- Jerry Stackhouse 03-02-2001 44 7/34 6/7 1 5 1 0 0 21 -12,5 Box
- Ronald Murray 19-12-2003 38 6/26 2/4 3 2 1 4 0 15 -12,5 Box
- Allan Houston 27-01-2004 30 2/13 3/3 2 2 0 6 0 7 -12,5 Box
- Vlad Radmanovic 25-11-2007 24 0/10 1/2 0 2 0 3 0 1 -12,5 Box
25 13 graczy z -12 - - - - - - - - - - - -


Oczywiście są różnice między pomiarami, ale w najgorszej trójce powtarza się jedno nazwisko, więc według mnie śmiało można przyznać ten zaszczytny tytuł... Davidowi Wesleyowi za 13 rzutów bez trafienia, 4 straty i niewiele więcej! Gratulacje! ;-)

Wydaje mi się, że godne uwagi jest to, że grupy zawierają głównie obrońców [a ci to potrafią wierzyć, że złapali wiatr w żagle nawet gdy wcale nie wieje] oraz tylko 3 występy miały miejsce w ostatnich 3 sezonach...

W przyszłym tygodniu spojrzę na przeciwieństwo, tzn najlepsze statystyki w pojedynczych meczach.

----
Zainteresowanych analizami statystyk NBA zapraszam na mój blog 


 


Podziel się

ILE ROZRYWKI JUŻ STRACILIŚMY? OKRESY NAJWIĘKSZEJ AKTYWNOŚCI W SEZONIE NBA

czwartek, 10 listopada 2011 17:02

Sławek Mróz



Czasem, gdy opisuję moje doświadczenia związane z grą w ligach fantasy, wspominam ludzi, z którymi przychodzi mi się zmierzyć. Większość z nas wywodzi się z grupy dyskusyjnej pl.rec.sport.koszykowka, dlatego dla odmiany chętnie grywam w innym towarzystwie, jak choćby Liga Ekspertów. Ale nie o ligach dziś mowa, a o człowieku, z którym przez lata toczyłem (i nadal toczę) zaciekłe dyskusje, z którym niemal rok w rok rywalizuję "gdzieś obok w tabeli". Człowieku, którego analizy publikowane były przez uznane źródła i docenione wsród największych. Człowieku, który niedawno ruszył z własnym blogiem http://weaksideawareness.wordpress.com, dostrzeżonym szybko przez uznanych ekspertów.

wiLQ, bo o nim mowa, dziś publikuje dla Was. Miłej lektury!

Michał wiLQ Wilczyński

Co prawda NBA już oficjalnie odwołało mecze, ale to nie jest jedyna strata jaka ponieśli kibice przez ten lokaut. Tak, mam tu na myśli te setki i tysiące dyskusji z okresu miedzy sezonami kiedy wiodącymi tematami są sprawy jak która drużyna się najbardziej wzmocniła, a która przespała ten okres. Który GM wykonał kawał dobrej roboty, a który przepłacił bandę leszczy. Który gracz będzie miał największy wpływ na następny sezon, a którzy pozostaną w cieniu pomimo znaczącej podwyżki. I tak dalej i tym podobne.


W związku z powyższym zainteresował mnie temat: czy okres podpisywania kontraktów to czas największej aktywności i zmian w NBA?

By wyjaśnić o co chodzi zacznijmy od konkretnego przykładu. Oto co się wydarzyło w NBA 8 lipca 2010:
* 4 asystentów trenera dołączyło do Hawks,
* 7 wyborów w drafcie podpisało swój pierwszy kontrakt,
* 10 graczy przedłużyło umowy z poprzednia drużyną [na łączną kwotę 570M$!],
* 6 graczy podpisało kontrakt z nową drużyną [na łączną kwotę ponad 100M$],
* 7 wymian między drużynami.

A następnego dnia dodatkowo:
* 7 graczy podpisało nowe kontrakty [na łączną kwotę ponad 350M$].... w tym takie nazwiska jak LeBron James, Dwayne Wade i David Lee!
* 2 wymiany między drużynami,
* 1 wybór w drafcie podpisał swój pierwszy kontrakt.

Tak dla porównania w tym roku 8 i 9 lipca... nic się nie wydarzyło.

Czyli nie dość, że nie doświadczyliśmy podobnych zmian w tym roku to jeszcze wychodzi na to, że w zeszłym roku tylko w tych DWÓCH dniach właściciele podpisali umowy na ponad miliard dolarów!

A w negocjacjach prawie od początku dzieliło ich dużo, dużo mniej...

Tak czy inaczej, to były tylko dwa przykładowe dni... a jak to wygląda przez cały rok?

By się dowiedzieć zebrałem dane z Professional Basketball Transactions Archive, zsumowałem wpisy z poszczególnych dni i oto wyniki...


Cóż, mieliśmy w tym roku draft i ostatnie wymiany, wiec "tylko" straciliśmy pierwszy, trzeci, czwarty i piąty najbardziej aktywny okres w sezonie.

Smutne, ale nie zapominajmy, ze 2010 był wyjątkowy pod względem liczby zawodników z kończącymi się kontraktami, wiec tak dla porównania spójrzmy na 2009 i 2008



Jaki z tego wszystkiego morał?
Wg mnie średnio rzecz biorąc w NBA okresy największej aktywności w sensie liczby zmian i decyzji to:
1. pierwszy oficjalny dzień nowego sezonu kiedy wygasa mnóstwo kontraktów,
2. wybory w drafcie i wymiany z nim związane,
3. uzupełnianie składów przed rozpoczęciem okresu przygotowawczego,
4. rozpoczęcie okresu na podpisywanie nowych kontraktów w nowym sezonie,
5. ostatnie poprawki w składach przed rozpoczęciem regularnego sezonu,
6. ostatnie dni na przeprowadzenie wymian przed playoffami.

Także pozostaje zadać pytanie do graczy i właścicieli... ile zmian do obgadania doświadczymy w tym roku? A jeśli się w końcu dogadają to będziemy mieli łącznie około 200 zmian w ciągu kilku tygodni!

Jeśli odpowiadają Ci takie ciekawskie pytania lub analizy tego typu to znajdziesz ich więcej na moim blogu: http://weaksideawareness.wordpress.com.


Podziel się

GORTAT REKLAMUJE ULUBIONY SKLEP TWOJEJ DZIEWCZYNY

sobota, 05 listopada 2011 12:52

Maciej Kwiatkowski

 

 

Rossmann, do którego mam w zasadzie za chwilę wybrać się z pewną kobietą po - jak to ona określa - mazidło, umieścił ok. 400 billboardów w Polsce z Marcinem Gortatem nań. Jest też i reklama, tutaj dłuższa. To już drugi w tym roku romans Gortata z produktami kosmetycznymi. Wcześniej reklamował Right Guard, teraz cały Rossmann. 

 

Ze swojej strony chciałbym zareklamować klimatyzację w Rossmannie. Jest taka, że wychodzę.


 

 


Podziel się

TĘSKNIĄC I MARTWIĄC SIĘ O NBA Z JEFFEM VAN GUNDY'M

czwartek, 03 listopada 2011 16:01

 

 

 

Maciej Kwiatkowski 

 

 

 

Jak komiczny jest czasem Jeff Van Gundy, tak bywa często głosem rozsądku. Obok zawolaowanych, politycznie poprawnych wypowiedzi Marka Jacksona, Van Gundy najzwyczajniej mówił w ESPN to co myśli. 

 

I tak na przykład tuż po zakończeniu Finałów Van Gundy powiedział, że Miami Heat powinni zastanowić się nad przehandlowaniem LeBrona Jamesa lub Dwyane'a Wade'a za Dwighta Howarda, co jest interesującym pomysłem, który stałby się jeszcze bardziej atrakcyjny dla Heat, gdyby zamiast Jamesa lub Wade'a oddali do Orlando Chrisa Bosha. 

 

Oczywiście właściciel Magic Rich DeVos prędzej pozwoli Howardowi odejść na rynku wolnych agentów, niż wzmocni swojego florydzkiego sąsiada, ale jest to jeden z ostatnich przykładów prób kreatywnego myślenia w wykonaniu "Beaky'ego Buzzarda" NBA.

 

JVG np jeszcze we wrześniu podkreślał to o co sam się martwię - lokaut doprowadzi do sytuacji, w której rzesze fanów mogą odwrócić się od NBA i nie wrócić tak prędko z powrotem. Niedzielni kibice przyzwyczają się do życia bez informacji o tym jak idzie Lakers, Heat, Celtics czy Bulls, a jeśli wrócą, to nie w sezonie regularnym, tylko na play-offy. O ile wrócą w tym sezonie, a nie zrobią sobie jeden przerwy. 

 

Z Van Gundy'm rozmawiał w tym tygodniu "New York Post" i JVG przypomniał swoje doświadczenie sezonu 1998/99. Jego New York Knicks zaliczyli wtedy bilans 27-23, ale w pierwszej rundzie po chyba najbardziej pamiętanym zagraniu z tamtego sezonu przeszli faworytów, czyli Pata Riley'a i Miami Heat. Potem rozbili Steve'a Smitha i Atlantę Hawks 4-0, poradzili sobie z Indianą Pacers (4-2) w serii, w której nie byli faworytem i w Finałach byli już tylko tłem dla San Antonio Spurs (1-4), ale grali już w nich bez Patricka Ewinga, który przez całe playoffy borykał się z kontuzją Achillesa. 

 

Bardzo dobrze pamiętam tamte playoffy. Latrell Sprewell był tamtej wiosny jednym z 10 najlepszych graczy na świecie, a seria magazynów 'NBA Action' z tamtych czasów, którą można dorwać w internecie (filestube.com) pozwoliła mi dwa lata temu nieco przypomnieć sobie sam sezon regularny. Utrwalone w tekstach blogerów i dziennikarzy, którzy dobrze pamiętają tamte czasy, zostało to, że nie był to sezon regularny dobrej koszykówki, czego symbolem niejako stały się kłopoty z przygotowaniem fizycznym Shawna Kempa - niejako przełom w jego karierze, która do tamtego momentu prowadziła go do Hall Of Fame, a skręciła na podjazd do McDrive'a. 

 

 

 

"Jeśli po zakończeniu lokautu NBA pozwoli zorganizować obozy treningowe normalnej długości i zaproponuje nie tak bardzo skrócony terminarz meczów przedsezonowych, to w ten sposób właśnie David Stern pokaże, że dba o fanów. Kibice zasługują na to, aby mogli oglądać najlepszy produkt, nawet jeżeli ma to kosztować pieniądze zawodników i włascicieli. 

 

Mam nadzieję, że liga wyciągnęła wnioski z 1999 roku i zrozumiano, że każdy dodatkowy tydzień pre-season będzie z pożytkiem dla fanów i poziomu gry. 

 

Mamy historię koszykarzy, którzy przyjechali wtedy na obóz w fatalnej formie. Skrócone obozy treningowe i tylko kilka dni ćwiczeń sprawiły, że koszykówka była bardzo słaba przez większość sezonu regularnego." 

 

 

 

Mogę Wam tylko obiecać, że jeżeli zauważymy słabą koszykówkę, to po kilku dniach zachwytów nad samym powrotem ligi, z pewnością zwrócimy na to uwagę. I tak siedzi w nas dużo goryczy za to, że w gruncie rzeczy liga i zawodnicy mają fanów na ten moment gdzieś. Zresztą powoli zaczyna docierać to do samych graczy i w Unii zawodników zaczynają pojawiać się odrębne opinie, zgrzyty, które mają zostać ugłaskane podczas czwartkowego wewnętrznego meetingu Unii. 

 

Lokaut w 1999 roku zakończył się w nocy z 6/7 stycznia, kiedy Stern i Billy Hunter spędzili sam na sam kilka godzin w pokoju rozmów. Stało się to dosłownie w ostatniej chwili - Stern miał kolejnego dnia ogłosić odwołanie całego sezonu, o czym ostrzegł wcześniej, 23 grudnia. Zawodnicy zaakceptowali tamtą umowę stosunkiem głosów 179:5. 

 

12 dni później, 18 stycznia rozpoczął się okres podpisywania umów z wolnymi agentami i dokonywania wymian. 20 stycznia natomiast oficjalnie podpisano umowę CBA, a już 24 stycznia rozpoczął się pre-season, w którym kazdy zespół rozegrał zaledwie dwa mecze. Sezon wystartował 5 lutego. 

 

Popularność ligi faktycznie spadła, ale do dziś trwają dyskusje jak duży wpływ na to miał koniec ery Micheala Jordana i najbardziej popularnego teamu w historii koszykówki, a jak bardzo związane to było z samą przerwą w rozgrywkach. Oglądalność na trybunach hal spadła o 2.2 punktu procentowego w stosunku do sezonu 1997/98 - to wcale nie tak dużo. Wskaźniki telewizyjne spadały przez trzy kolejne sezony, ale między Kobe'm Bryantem, Allenem Iversonem i Vince'm Carterem fani mieli duży wybór w poszukiwaniu tzw. "The Next One". 

 

Martwię się o poziom rozgrywek, ale oczywiście nie tak bardzo, jak o to kiedy NBA do nas wróci. Wiem, że Jeff Van Gundy martwi się bardziej i wiem, że będzie pierwszym w ESPN, który zacznie przypominać o złamanych zagrywkach, liczbie strat w porównaniu z poprzednimi sezonami, czy problemach z powrotem do obrony. Z drugiej strony wczoraj miałem najbardziej przybity emocjonalnie dzień od kilku miesięcy. Jakby mój zegar biologiczny odczuwał brak znakomicie oświetlonych parkietów, jaskrawych reklam, jakości HD w LeaguePass - brak produktu, który pobudza zmysły, gdy siedzę po nocach do samego rana, oglądając nawet niech będzie te 1na5 LeBrona Jamesa i Derricka Rose'a czy izolacje Kobe'go, gdy na parkiecie są Pau i Bynum.

 

W dużym wyciszeniu czekam więc na początek sezonu i z jednej strony zgadzam się z Van Gundy'm, że dodatkowy tydzień może nam wszystkim zrobić dobrze (z różnych względów, np też może zrobić dobrze tym, którzy bawią się w Fantasy i będą spieszyć się, wybierając w drafcie offline), ale najzwyczajniej, tak po prostu, brakuje mi NBA. Nie tęsknię za samą koszykówką, bo to sport zespołowy, w którym poziom koszykarskiego IQ nie zmienia się wcale w zależności od tego po której stronie Atlantyku się gra. To przypominają mi takie teamy jak oglądane w Eurolidze CSKA Moskwa czy w PLK Turów Zgorzelec. Brakuje mi produktu i - mimo wszystko - coraz bardziej brakuje mi poziomu.



 


Podziel się

Licznik odwiedzin:  18 767 436  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      






[ Copy this | Start New | Full Size ]






















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 18767436

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u

Wyniki ankiety

Czy Golden State Warriors awansują do playoffów?

Tak : 0%
Nie: 0%

Łączna liczba głosów: 0