
Marek Dziuba
Wiecie, co koszykarz to inna historia.
Czy pomyślelibyście, że Jason Richardson, zakodowany w naszej głowie jako wyśmienity dunker, być może jeden z najlepszych w dziejach NBA - na początku wcale nie zmierzał w stronę koszykówki? W wywiadzie dla Orlando Sentinel zdradził, że bardziej marzył o byciu zawodowym hokeistą.
"Zdecydowanie. Bardzo to lubiłem. Potrafiłem punktować, ale tak naprawdę nie można tam uderzać ludzi. Naprawdę chciałem grać w NHL. Myślę, że było tam wówczas dwóch, trzech afroamerykańskich graczy. Chciałem być kolejnym."
I kto wie, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby nie finanse. Richardson pochodził z wielodzietnej, niezamożnej rodziny, a to stanęło na drodze ku spełnieniu hokejowych marzeń. O ironio w NBA gra/ł w zespołach, które niewiele miały wspólnego z lodem (Phoenix, Orlando), tłumaczy go to, że dorastał w stanie Michigan.
"Moja stopa rosła, miała rozmiar 12/13 [w amerykańskiej skali], a trudno znaleźć tak duże łyżwy. Musiałyby być robione na zamówienie. Nie pochodziłem z bogatej rodziny, często miewaliśmy ciężkie czasy. Lecz moja mama zawsze potrafiła znaleźć jakieś wyjście, a ja rozumiałem sytuacje, bo niektóre kosztowały setki dollarów."
Kolor skóry nie grał tutaj żadnej roli.
"W moim sąsiedztwie dzieciaki grywały we wszystko - hokej, golf, koszykówkę, futbol. Nie spoglądaliśmy na hokej jako sport biały czy czarny. Kochałem tą grę. Jestem z Michigan, a tam zawsze mieliśmy lodowisko. Niektórzy ludzie śmiali się z nas. Niezbyt często zdarza się czarnym dzieciom grać w hokeja nawet dzisiaj. Ludzie patrzą na to głównie jak na sport białych. My nie dyskryminowaliśmy nikogo i po prostu czerpaliśmy radość z gry."
Z hokejem jednak nie wyszło... bo pojawiła się nowa pasja, koszykówka. W wieku 12 ,13 lat Jason grywał już nawet z 25-latkami i mówi, że wcale nie odstawał od nich poziomem. Wówczas uwierzył, że może zostać kimś w tym sporcie.
Morał tej historii?
Nigdy się nie poddawajcie. Pierwsza miłość bywa ślepa. Najważniejsze to znaleźć tą właściwą.

Przemek Kujawiński
Kto wygra mistrzostwo? Takie pytanie dziennikarze Sports Illustrated zadali 157 graczom NBA. 69% z nich jest przekonanych, że tytuł obronią Los Angeles Lakers. Nieźle, no nie?
O tym, czy Lakers wciąż są faworytem tegorocznych rozgrywek i generalnie o sytuacji w mieście aniołów rozmawialiśmy dosłownie przed chwilą nagrywając kolejną Dogrywkę do Przerwy na Żądanie. Nasze przed chwilę to wasz piątek, więc nie przegapcie.
Prawie 70% to dla mnie trochę zaskakujący wynik. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest żaden cios wymierzony w Lakers. Po prostu trudno mi uwierzyć, że w sezonie, w którym San Antonio Spurs prawie nie przegrywają (sonda przeprowadzana była w grudniu), Heat grają koszykówkę, która momentami wydaje się nieosiągalna dla żadnego innego zespołu, a Celtics, cóż Celtics są sobą, Lakers mogą być nadal uznawani za faworyta przez tak wyraźną większość zawodników. Oczywiście w playoffs zobaczymy inny zespół i co do tego nie można mieć wątpliwości, ale czy w tym roku to wystarczy?
Drugi Boston zebrał 22% głosów. Kolejni Heat, Magic i Spurs odpowiednio 3,2 i 1. Zastanawiam się, czy w przypadku takich sond nie decyduje trochę przyzwyczajenie i perspektywa, którą mają zawodnicy (plus oczywiście osobiste sympatie). Miałem podobne odczucie podczas przyznawania tegorocznej złotej piłki, gdzie Leo Messi został wybrany głosami piłkarzy i trenerów, dziennikarze głosowali natomiast na Wesleya Sneijdera. Mam wrażenie, że tak samo w "naszym" środowisku wyglądają dyskusje na temat tego, kto jest najlepszym graczem, czy obrońcą i jaki jest najlepszy zespół etc.
Jestem bardzo ciekawy, jak wyniki podobnej sondy wyglądałaby, gdyby w tym samym czasie przeprowadzić je wśród dziennikarzy. Oczywiście jako przedstawiciela (w jakimś tam stopniu) tego grona, kusi mnie, żeby napisać, że nasza opinia jest osadzona na lepszym gruncie, bo przecież oglądamy więcej spotkań i nie jesteśmy aż tak emocjonalnie zaangażowani. Z drugiej strony nigdy nie musiałem bronić przeciwko Kobemu, czy wchodzić pod kosz, gdzie czekałby na mnie Dwight Howard... Obie perspektywy są więc warte poznania.
A jak już jesteśmy w takim temacie. Jakie jest wasze zdanie na ten temat? Lakers faktycznie nadal są głównym faworytem do wygrania mistrzostwa?
Maciek Kwiatkowski był dzisiaj rano w studio Sport.pl, gdzie razem z Michałem Owczarkiem rozmawiali o przyszłości Phoenix Suns, o tym co przed Oklahoma City Thunder oraz o faworytach w wyścigu do nagrody MVP. Możecie to sprawdzić tutaj.
Kolejny news ze stanu Ohio. Austin Groff, zawodnik drużyny Twin Valley South (HS), popisał się takim oto buzzerbeaterem.
Marek Dziuba

Liczne urazy sprawiły, że Tyreke Evans w swoim drugim roku na parkietach NBA nie zrobił jeszcze kolejnego kroku do przodu. Obecnie można nawet powiedzieć, że o ile jakiś zrobił... to ciut w tył. Poprzeczka po rewelacyjnym pierwszym sezonie w lidze z szczytnymi liczbami 20/5/5 i nagrodą "Debiutanta Roku" była postawiona bardzo wysoko , toteż troszkę mniej dziwi.
Solidarnie w dół pofrunęli w rezultacie i Sacramento Kings, od których oczekiwaliśmy skoku w górę po wybraniu w minionym Drafcie z czwórką DeMarcusa Cousinsa, nie zaś najgorszego bilansu lidze. Przedstawię to w krótkim, najprostszym słowie: zawód.
Wyniki Kings wskazują jasno, jaka jest pozycja Evansa w zespole. To gwiazda (póki co nie super), a jeśli twój najlepszy zawodnik nie może grać na 100%... cóż, to i nie mając mocnego kolektywu porażki idą seriami. Evans ma problemy ze stopami i kostkami. To ogromny cios dla zawodnika, którego atutem jest przede wszystkim zwrotność, szybkość.
We wtorek w Atlancie, mimo porażki, oglądaliśmy Evansa takiego, jakiego chcemy oglądać regularnie. 29 punktów, 4 zbiórki, 8 asyst i ponad 50% z gry. Wydawał się równie szybki jak w rozgrywkach poprzednich. Paul Westphal również to zauważył. I sam Reke twierdzi, że przyczyną jego słabszej gry nie były/są stopy, a zła dieta (czytaj: opychanie się fast foodem). W święta nadeszło zbawienie. Zawodnik cieszył się z wizyty mamy i babci, które swoimi posiłkami pozwoliły mu podobno wrócić do odpowiedniej formy. Warto przyjrzeć się, jak wypadnie dzisiaj przeciwko Nuggets by upewnić się czy występ vs. Hawks nie był jednorazowym wybiegiem.
"Zrzuciłem kilka kilo. Jem odpowiedniej, odkąd moja mama pojawiła się w mieście. Dlatego przyśpieszam. Rytm, w jakim byłem w poprzednim meczu był całkiem niezły."
Dziwnie to brzmi? W końcu nigdzie nie smakuje tak jak u mamy i z dyspozycją powinno być zupełnie odwrotnie. Tajemnica kryje się pod nazwą "soul food". Co to takiego? Wikipedia biegnie z wyjaśnieniem:
Kuchnia czarnoskórej ludności z południowych stanów USA, mająca swe korzenie w czasach niewolnictwa. Potrawy są zwykle przygotowywane z tańszych lub odpadowych kawałków mięsa, niewykorzystywanych dawniej w kuchniach białych właścicieli plantacji, wymagających długotrwałego gotowania. Częstym składnikiem wielu potraw jest tu wędzony boczek lub słonina. Wśród specjalności tej kuchni można wymienić:
- chleb kukurydziany
- flaki wieprzowe smażone w panierce
- smażonego kurczaka
- potrawy z roślin strączkowych.
Zaraz, zaraz. Jak widzicie kuchnia ta wcale nie wygląda na jakoś specjalnie zdrową, więc raczej zwracam się ku temu, że stopy/kostki Tyreke'a mają się po prostu lepiej. Obym miał rację, bo jeśli nie to w przypadku sezonu i tak spisanego na straty, lepiej byłoby dawać rozgrywającemu klubu z Sac-Town więcej odpoczynku by w kolejnym mógł grać bez jakichkolwiek blokad, choć będzie o to trudno w jego przypadku, przy jego ryzykownym stylu gry.
Wiem też inną rzecz. Gdyby Evans zawitał do polskich domów, do naszych mam - i tym bardziej w święta - prawdopodobnie kariery już by nie wznowił. Ok, nie wznowiłby.

Maciej Kwiatkowski
Tych dwóch powyżej w pewnym stopniu sprawiło, że nasz blog istnieje. Tych dwóch śmiejących się do rozpuku gości w zbyt ciasnych i krótkich spodenkach zmieniło nasze życie w latach 90-tych i nauczyło nas budzić się o trzeciej nad ranem... Zanim jeszcze wstawaliśmy, by zobaczyć co tym razem i komu odgryzie Andrew z Włocławka.
Tych dwóch zagrało w pierwszym meczu NBA jaki widziałem w życiu. Ten po lewej, w czapeczce za którą wtedy oddałbym wszystkie niemodne swetry i spodnie kupowane przez mamę, miał już w samej pierwszej kwarcie 15 punktów, 3 zbiórki i 5 asyst. Ten po prawej zaliczył natomiast kolejne triple-double i poprowadził swój zespół do zwycięstwa 93:91 - ostatniego w tamtej finałowej serii.
Ich osiągnięcia znamy już doskonale. W ostatnim miesiącu postanowiłem napisać o tym jak wiodło im się po zakończeniu karier i dlaczego tęsknią za takimi momentami jak ten powyżej.
Tutaj i tutaj. Przeczytajcie, jeśli macie ochotę. A jeśli nie, zobaczcie chociaż highlight:
Michał Górny
Tak wygląda Ted Williams.

Jego historia to prawdziwy wyciskacz łeż z "happy endem".
Od grubo ponad roku Williams żebrał przy większych skrzyżowaniach stolicy stanu Ohio, miasta Columbus. Policjanci, którzy zgodnie z literą prawa panującego w Ohio zmuszeni byli wyganiać, nazwali Williamsa "Radio Man". Wszystko za sprawą kartki z jaką prosił kierowców o najmniejszy datek.

Aż w końcu redakcja lokalnej gazety Columbus Dispatch nagrała materiał z właścicielem tego niezwykłego głosu.
Pośrednictwem internetu cały świat usłyszał o Tedzie Williamsie. Nie trzeba było długo czekać aż pojawią się pierwsze propozycje pracy. Pierwszą propozycją był kontrakt z towarzystwem kredytowym The Ohio Credit Union League o wartości 10 tysięcy dolarów. Jednak nie była to jedyna oferta. Oprócz propozycji ze świata rozrywki (MTV,Simpsons,udział w programie America's Next Voice) Williams otrzymał też propozycję pracy od Cleveland Cavaliers. Cavs dorzucili do etatu mieszkanie. Ted oczywiście przyjął tą ofertę i ze łzami w oczach dziękuje opaczności za tą, co by nie mówić, życiową szansę.
Maciej Kwiatkowski
Jeśli to co podaje Los Angeles Times jest prawdą, a zakładam że jest, znamy już line-up tegorocznego Konkursu Wsadów.
Blake Griffin, Serge Ibaka, Brandon Jennings i JaVale McGee.
Spodziewałem się, że 100% mojego podekscytowania konkursem wynikać będzie z faktu, że Blake Griffin zrobi show a'la Vince Carter w 2000 roku - bo na pewno go na to stać. Teraz jednak gdy patrzę na ten line-up muszę Blake'owi od tych stu odjąć z trzydzieści.
Brandon Jennings nie jest jakimś szczególnym atletą, aktualnie leczy nawet kontuzję stopy, ale założę się, że nie wpadnie na konkurs tylko po to, żeby się uśmiechnąć. Tym bardziej, że wychował się w L.A. To nie w jego stylu. Ale gdy patrzę na to kto jeszcze.. McGee? McGee, chyba najbardziej atletyczny 7-footer w lidze może zrobić dunki jakich nigdy w życiu nie widzieliśmy. Ibaka? Jeśli jest tam Serge Ibaka to jest z miejsca moim czarnym koniem tego konkursu, bo to Serge Ibaka, jeden z najbardziej enigmatycznych graczy w całej NBA.
Ten line-up to odmiana, w końcu, po latach oglądania po raz n-ty Nate'a Robinsona i Dwighta Howarda. Dali nam świetne dunki (i nie-dunki...), ale startowali przynajmniej o jeden raz za dużo. Griffin powinien w cuglach wygrać ten konkurs, tym bardziej, że impreza odbędzie się w Staples Center. Jeśli jednak startują też McGee i Ibaka to myślę, że naprawdę trudno przewidzieć co mogą zrobić i chyba o to w tym wszystkim chodzi.
Co myślicie? Excitement?
Przemek Kujawiński
Ani Baron Davis, ani Antawn Jamison, ani Gilbert Arenas. Latrell Sprewell był ostatnim All-Star w barwach Warriors i miało to miejsce 14 lat temu. Od tej pory każdy inny zespół miał przynajmniej jednego przedstawiciela w Meczu Gwiazd, tylko nie Golden State. W tym roku, podobnie jak w poprzednim, w Oakland wiele osób ma nadzieję, że czas wreszcie to zmienić. Oczywistym kandydatem jest Monta Ellis, który rozgrywa jeszcze lepszy sezon niż w zeszłym roku i być może nie byłoby wątpliwości co do jego udziału gdyby nie bilans zespołu. Jak mówi Stephen Curry:
"Za każdym razem, gdy ktoś doznawał kontuzji, myśleliśmy, że on będzie następny, ale nasz bilans był tak zły w zeszłym roku. W tym sezonie jesteśmy lepszym zespołem, a on jest lepszym graczem niż był wtedy."
Niestety bilans Warriors nadal nie wygląda przekonująco. Trener Keith Smart stara się wręcz apelować do trenerów, którym przyjdzie wybierać rezerwowych, by nie brali tego aż tak bardzo pod uwagę:
"Głosuje się na graczy, którzy dobrze grają. Bardzo chcielibyśmy zobaczyć nasz zespół w odpowiednim miejscu - na pierwsze, drugiej, czy trzeciej pozycji w naszej dywizji, ale nie o to chodzi w Meczu Gwiazd. Mecz Gwiazd ma być pokazem graczy, którzy grają na bardzo, bardzo wysokim poziomie, tak więc prosiłbym trenerów o to, by pomyśleli o nim, bo on gra na wysokim poziomie każdej nocy."
Niestety dla Ellisa gra na pozycji, która obecnie w lidze jest obsadzona niezwykle silnie. Zakładając, że na zachodzie do pierwszej piątki wybrani zostaną CP3 i Kobe, to trenerom pozostaną jeszcze prawdopodobnie trzy miejsca dla obrońców. Znalezienie miejsc dla Derona Williamsa i Manu Ginobiliego wydaje się obecnie oczywistością. Poza nim zaś są jeszcze Russell Westbrook, Tony Parker, czy Steve Nash wszyscy z zespołów z lepszym bilansem.
Jest szansa, że w zamian za kontuzjowanego Yao Minga, który jak co roku wygra głosowanie na pozycji środkowego, David Stern zdecyduje się na powołanie dodatkowego obrońcy i to może być jedyna szansa dla Ellisa. Inna sprawa, że Monta nie jest jedynym graczem z "przegrywającego" zespołu, który może mieć jakieś nadzieje na mecz gwiazd i w tym gronie również nie wygląda na najsilniejszego kandydata. Przed nim z pewnością jest Blake Griffin, który będzie promowany dużo chętniej, a być może nawet Kevin Love.
Ze względu na styl gry, osobiście chciałbym zobaczyć Ellisa w Meczu Gwiazd, szczerzę mówiąc jednak wątpię, żeby miało to w tym roku miejsce. No chyba, że znów posypią się mecze 40+ i wszystkim w Golden State przybędzie argumentów nie do odparcia.

Przemek Kujawiński
Minął już prawie rok od czasu, gdy Gilbert Arenas został zawieszony za słynne "zabawy z bronią". W gruncie rzeczy po tym okresie można powiedzieć, że nie wyszedł na tym aż tak źle, bo podczas gdy Wizards okupują dolne rejony tabeli, on dostał szansę na walkę o mistrzostwo w barwach Orlando Magic. Tydzień temu Gil udzielił wywiadu Michealowi Wallace'owi z ESPN. Dosyć szczerego wywiadu trzeba dodać i jak zawsze w przypadku Arenasa znalazło się tam kilka perełek, które warto przytoczyć. Być może o niektórych z tych rzeczy już słyszeliście, bo sprawa nie jest najświeższa i podejrzewam, że część blogów mogła podchwycić jego słowa. Niestety nie miałem możliwości przez ostatnie 2 tygodnie śledzić wszystkiego na bieżąco, więc z góry przepraszam, jeśli coś powtarzam.
No ale do rzeczy. Po pierwsze Gilbert po raz pierwszy od dłuższego czasu odniósł się do incydentu z Javarisem Crittentonem i... zresztą sami przeczytajcie:
"- Minęło już dużo czasu od tamtego incydentu. Od czasu, gdy zostałeś skazany, następnie zwolniony spod kurateli i powróciłeś do życia publicznego. Jak często wracasz myślami do najciemniejszych momentów tamtego czasu?
- Wracam do tego i - ujmijmy to w ten sposób - w naszej szatni widywałem gorsze rzeczy.
- Gorsze niż mierzenie do siebie z broni przez kolegów z drużyny w szatni?
- Dużo gorsze."
Gilbert nie chciał doprecyzować, jakie konkretnie rzeczy miał na myśli. Cóż... o robieniu kupy do butów kolegów wiemy, więc możecie próbować (nomen omen) strzelać, co jeszcze działo się w szatni Wizards. Jak chyba łatwo się domyślić, kiedy Arenas i Crittenton mieli swój "moment" nikt nie miał jeszcze świadomości, jak poważna będzie to sprawa.
"- Pamiętasz jaka była atmosfera, jaki był nastrój w szatni rok temu w czasie tej niesławnej chwili?
- To był 21 grudnia. Zabawne w tym wszystkim jest to, że atmosfera była wtedy taka sama jak zawsze. To nie było tak wielkie, jak wszystkim się wydawało. To były 3 minuty, a potem wszystko wróciło do normy. Wszyscy sobie z tego żartowaliśmy i wtedy, 9 dni później się zaczęło..."
Tamtego dnia wiele osób nie miało świadomości, jak to wydarzenie wpłynie na ich kariery. Choćby Antawn Jamison i Caron Butler, a także, nazwijcie to efektem motyla, Rashard Lewis, który stał się przypadkową ofiarą tamtej udawanej strzelaniny.
"Rozmawiam po spotkaniach z Nickiem Youngiem. Dużo sobie żartuje. Opowiadał mi o Rashardzie Lewisie. Mówił coś w stylu: 'Nie wiem, czy wytrzyma tu 2 tygodnie. Ma wrażenie, że świat się właśnie skończył."
Świat Gilberta właśnie się rozpoczął na nowo. Może to trochę niesprawiedliwe (sorry Rashard), ale taki już jest ten biznes. Dopóki możesz się przydać, to możesz liczyć na złagodzenie pokuty.
Licznik odwiedzin: 17 067 406 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||




Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: