Bloog Wirtualna Polska
Jest 938 507 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS


PRÓBA ODPOWIEDZI NA NURTUJĄCE WSZYSTKICH PYTANIE: CZYM JEST RUDY GAY

czwartek, 19 kwietnia 2012 13:12

Maciej Kwiatkowski

 

Dwa miesiące temu zapytałem na naszym blogu "Czym jest Rudy Gay". Na kilka dni przed playoffami chciałem spróbować odpowiedzieć na to pytanie, bo Gay jest moim zdaniem jednym z głównych kandydatów do tego, aby sprawić, że jego imię i nazwisko stanie się wiosną lepiej rozpoznawane. 

 

Co z drugiej strony nigdy nie stanowiło akurat problemu.  

 

Tak czy inaczej... Nie jest gwiazdą NBA i nigdy nie będzie, ale w kwietniu nie ma pięciu zawodników grających lepszą koszykówkę od niego. Gay zdobywa średnio 22,1 punktów w 10 ostatnich meczach i trafia połowę swoich rzutów. W pięciu z ośmiu ostatnich spotkań rzucał od 25 do 32 punktów - Grizzlies wygrali każde z nich. 

 

Dzięki zwycięstwie w trzeciej kwarcie z New Orleans Hornets 37-12, Memphis Grizzlies zapewnili sobie ostatniej nocy awans do playoffów, co jest zawsze dobrą rzeczą, jeśli grasz w koszykówkę w miejscu gdzie jej profesjonalne wydanie skupia najniższą publicznośc z drużyn znajdujących się w pierwszej ósemce Zachodu. 

 

Od swojego drugiego sezonu gry 25-letni dziś Rudy Gay jest praktycznie tym samym zawodnikiem, trafiając przeciętne 35% za trzy i zaliczając ok. 19 punktów, 6 punktów i 2 asyst na mecz. Żadnych wzlotów i upadków, tylko kontuzja łokcia, która zdaniem niektórych bardziej pomogła niż przeszkodziła Grizzlies dojść w zeszłym sezonie do siódmego meczu drugiej rundy play-offs przeciwko Oklahoma City Thunder.

 

Nie to, że Gay wydaje się być niemal idealnym obrońcą na Kevina Duranta.

 

Gay jest w zasadzie taką atletyczniejszą wersją Danny'ego Grangera - wysokim niskim skrzydłowym (206 cm) z tendencją do pozycjonowania się w izolacjach i obdarzonym zasięgiem ramion, który sprawia, że stać go na bycie destrukcyjną siłą jako trzeci zbierający na desce, czy schodząc do pomocy ze słabej strony.  

 

Ofensywnie nie przeistoczy się już w kreatora, ponieważ nie jest to już czas na dramatyczne poprawienie umiejętności kozłowania. Zalicza tylko 2,3 asysty w 38 minut gry, trafia 28% w sytuacjach pick/roll i popełnia straty w 15% z nich - oba te rezultaty są najgorsze spośród 10 typów zagrań wyróżnianych przez SynergySports w jego ofensywie. Jest też tylko przeciętnym strzelcem z dystansu, trafiając w tym sezonie 32,5% za trzy i 32% z 5-6 metrów. 

 

Gay jest przeciętny z piłką i jest przeciętnym strzelcem, dlatego oglądając mecze najczęściej przebija się przez ekran, gdy jest w kontrataku, konkretnie nad obręcza. Wrócmy się jednak do tej "destrukcyjnej siły", o której napisałem dwa akapity wyżej i co pewnie wydać Wam sie mogło przesadą z mojej strony. 

 

Wspominamy "mid-range game", głównie mówiąc o znakomitej pracy stóp Kobe'go Bryanta, o Dirku Nowitzkim i jego zwodach w izolacjach na prawym skrzydle czy umiejętności Chrisa Paula do zmieniania kierunku po zasłonie, zostawiania obrońcy na plecach i znajdowaniu więcej przestrzeni w polu trzech sekund niż powinien znajdować ktoś kto mierzy 183 cm. 

 

Tak naprawdę moglibyśmy wymienić tu jeszcze wielu graczy. Praktycznie większość z najlepszych koszykarzy NBA musi mieć jakiś go-to-move w odległości 3-6 metrów od kosza. Czy jest to jab-step Carmelo Anthony'ego, czy półhak Dwyane'a Wade'a po szybkim ustawieniu się tyłem do kosza w kontrze. Moglibyśmy tak długo.  

 

Kiedy jednak mówimy o mid-range game, mamy praktycznie tylko na myśli atak albo po prostu ...rozmawiamy akurat o tym jak fajnie by było, żeby Brandon Roy jeszcze kiedyś zagrał w Portland Trail Blazers. Możemy postawić tezę, że Kevin Garnett ze swoim rzutem i umiejętnością kontroli obrony Celtics z pozycji centra jest takim graczem obusiecznym. LeBron James ze swoją przeciętną pracą stóp pozostaje sobie w cieniu przy terminologii "mid-range game", nawet jeśli trafia 51% w post-up, jest jednym z najlepszych obrońców ligi i praktycznie tylko Anthony chce grać z nim w izolacjach. 

 

Rudy Gay egzystuje w Memphis jako druga/trzecia opcja we wszystkim - nawet gdy gra bez Zacha Randolpha na boisku - jak przez większość tego sezonu - to Mike Conley trzyma piłkę przez 50% akcji, a ta przynajmniej raz potem dotyka rąk Marca Gasola. Gay'owi pozostają głównie szybkie, decydujące ruchy i mało czasu na zastanawianie się. W obronie zaś, to Tony Allen jest odpowiedzialny za krycie najlepszych graczy 2/3 rywali, a Conley wyrósł w przeciągu dwóch ostatnich lat na jednego z pięciu najlepszych obrońców na swojej pozycji. 

 

Łatwo jest więc zupełnie pominąć Gay'a. To co najlepsze w jego grze tkwi jednak właśnie w "mid-range", między trzecim, a szóstym metrem. Dokładniej na poziomie między 290, a 330 cm nad parkietem. Gay Area. 

 

Gay mając przewagę wzrostu praktycznie w każdej minucie na boisku trafił w tym sezonie 66 ze 132 rzutów w sytuacjach post-up (50%, Top25 ligi). Jego atletyzm pozwala mu też kończyć 65,8% akcji po ścięciach (Top40) i staje się też coraz lepszy, gdy wychodzi zza zasłony na piąty-szósty metr. Tu leży myślę najbardziej widoczna zmiana w jego grze. W tym sezonie Gay częściej robi obrót NA zasłonie do środka i nie rzuca z odchylenia, ale robi kozioł by wrócić w pole trzech sekund, obrócić się i przerzucić kogoś - trafia 53% rzutów za dwa po wyjściu zza zasłony.  

 

206 cm i jeden z największych zasięgów ramion kiedykolwiek od niskiego skrzydłowego - z biegiem sezonu coraz lepiej zaczyna wykorzystywać to na swoją korzyść.  

 

Jeszcze lepiej wydaje się jednak robić to w obronie, gdzie jest praktycznie jedynym zawodnikiem pod koszami Grizzlies, który potrafi wyskoczyć wyżej niż 10 cm. Z graczy nominalnie obwodowych tylko Wade i James notują tyle przechwytów i bloków na mecz. Oprócz 0,8 bloku jest też wiele rzutów, przy których pojawia się ta dodatkowa ręka. To Gay Area - help defense od obręczy po czwarty metr. Potrafi też je wsadzać niżej i dalej od kosza, wymuszając aż 28% strat kozłujących w pick&rollu, dzięki czemu jest w Top12 ligi w ich obronie.. Przy tym wszystkim zalicza też zaledwie 2,1 faulu w przeciągu 37,5 minut gry.  

 

Czasem ciężko dostrzec tę jego dodatkową pracę, głównie przez to, że wszędobylstwo Allena i szybkość Conley'a potrafią sprawić, że oglądanie Grizz w obronie  na piłce może być jedną z największych przyjemności z oglądania NBA. To jednak pozycja niskiego skrzydłowego jest tą, która produkuje najniższy PER przeciwko Memphis. 

 

Rudy Gay wciąż jeszcze zbyt często stara się po prostu przeskoczyć rywali i gdy ma piłkę najczęściej rzuca albo jest w trakcie kontrataku. W szóstym sezonie gry dojrzewa bez jakiegoś specjalnego rozbłysku formy, ale stara się lepiej wykorzystywać to co dała mu matka natura i gra w jednej z najlepszych drużyn NBA.

 

Gay nadal jest enigmą, ale pamiętajmy, że fizycznie jest zawodnikiem, który w tym momencie najlepiej matchupuje się z dwoma faworytami do nagrody MVP. Warto o tym pamiętać w kontekście szans Grizzlies na sukces tej wiosny. Jest coraz mądrzejszym graczem, z biegiem sezonu lepiej wybiera pozycje do rzutu i stał się lepszym obrońcą, a Grizzlies są średnio +5.2 pkt, gdy jest w tym sezonie na parkiecie z Randolphem.


 

 



Podziel się:
Tagi: rudy gay

komentarze (5) | dodaj komentarz

DOM SPOKOJNEJ STAROŚCI – CZĘŚĆ DRUGA

czwartek, 19 kwietnia 2012 9:41

 

 

Sebastian Hetman

 

Kolejna środa, tym razem jest nieco cieplej, 18 kwietnia pełną gębą. Pielęgniarze nerwowo biegają z tlenem, który trzeba podawać domownikom po wtorkowej wycieczce w Nowym Jorku. Przerażająca podróż po schodach w Madison Square Garden wyczerpała domowników Domu Spokojnej Starości z Bostonu.

 

Za nimi także solidna wizytacja zagubionych w czasoprzestrzeni turystów z Florydy, wśród których ich przewodnik El Van Gundy trzyma glocka przy skroni Dwighta Howarda, albo na odwrót. Tymczasem Danek Antek jeszcze w marcu o mało nie rozbił trzonu ulubionych domowników, ponieważ 67-letni Ray Allen miał wylądować w Domu Weterana w Memphis, gdzie na ścianach wiszą tylko i wyłącznie plakaty Elvisa, a w przysłowiowych kiblach uchwyt na papier toaletowy jest w kształcie gitary. Obok Allena, znanego potocznie w Domu jako „Sugar”, miejsce zamieszkania miał zmienić także generał Paul Pierce, którego Danek Antek karetką z obstawą prawie wywiózł do New Jersey. Jakby nie patrzeć, Atlantyk. Ta sama bryza, nieco więcej śmieci i poważniejsza obawa przed kradzieżą starej kolekcji znaczków.

 

Po świetnym meczu „mordercy o twarzy pogryzionej przez pszczoły” i karierowej nocy „Stevenów dwóch” młodsi mieszkańcy domu jakoś nie przejęli się zbytnio nieudaną wycieczką w Nowym Jorku. Od marca starają się jak mogą i momentami sami zmieniają pieluchy swoim kolegom, kiedy pielęgniarze w tym czasie robią sobie ponad godzinną przerwę na „szluga”. Niektórzy z nich są załamani pracą w Domu, dlatego po godzinach często grają w pokera na jednocentówki, relaksując się tym samym przy butelce 0,5% Buda Power Light No Alco American. Dość ponurawym wzrokiem patrzy na nich chimeryczny Grieg Stiemsma, być może najmniej rozrywkowy typ w promieniu najbliższych 2000 mil. Finlandzki Drwal od czasu do czasu machnie siekierą, zabije przy tym strzale dwie osoby i zablokuje kilka prób ataków na okna Domu. Blondyn 102 ma wsparcie w osobie Avery’ego Bradleya, na którego wołają „Pimpek”. Pimpuś stał się ulubieńcem najstarszych mieszkańców, a mentalną iskrę być może zaszczepił w nim siwobrody Kevin Garnett.

 

Danek Antek podczas wymian starców zachował zimną krew i dał domownikom nieco więcej radości w pokoju gier i zabaw. Wszyscy bawią się nadal razem, wszyscy mają do siebie szacunek. Wszyscy liczą, że w maju wspólnie wyjdą na podwórko i w piaskownicy ulepią kilka babek z piasku lub całą ekipą zagrają w szachy, jak dziadki z polskiego Wrocławia w parku przy Nowowiejskiej.

 

Celtics od marca wrócili na właściwy szlak i zaskoczyli kilka znaczących ekip w tej lidze. Ainge wytrzymał presję, która towarzyszyła mu do końca okienka transferowego, a ja sam miałem zafajdane pieluchy dla dorosłych, bo nie chciałem, żeby Zielony Gang pozbywał się kogoś z Wielkiej Trójki. Nie chodzi już tutaj o wyniki, ale o tradycję i fakt, że być może Kevin Garnett i Ray Allen zgodzą się w przyszłym sezonie na minimum dla weteranów, podczas gdy w lato Boston pozyska co najmniej dwóch młodszych i znaczących graczy przed sezonem 12/13. Na wylocie był przecież także Rajon Rondo, który od 11 marca nie schodził poniżej 10 asyst, ustanawiając jakiś tam rekord, a na dzień dzisiejszy ma najwięcej triple-double w lidze (6). Pal sześć z rekordem, ale wydaje mi się, że trochę maczał w tym palce Doc Rivers, a Ainge przypomniał sobie złote lata, kiedy Red Auerbach nie rozbił starzejącej się paczki na czele z Birdem, Parrishem i McHalem. Doc znany jest przecież ze swojego partnerskiego podejścia do swoich graczy. Nie mówi się o tym głośno, ale musiał w jakiś sposób walczyć o Allena lub (i) Pierce’a, szczególnie w przypadku tego pierwszego, kiedy atrakcyjny deal z Memphis (O.J. Mayo + pick w pierwszej rundzie) był prawie zaklepany.

 

"It was a scary moment, for all of us. If you lose Ray, that’s a scary moment," said Rivers. "He’s pretty good." – Doc Rivers

 

"Our guys are great, that’s the point," said Rivers. "Afterwards, we were all good; just moved forward. That’s what I love about this team."

 

Obyło się bez zmian, bo przecież Boston is a BROTHERHOOD. Kevin Garnett walczył i nadal walczy na centrze, a coraz większą rolę po cichu odgrywa Brandon Bass, który w samym kwietniu kręci bardzo przyzwoite 14/7/1. Tymczasem po kontuzji kostki Allena skromny Avery Bradley stał się jednym z najlepszych obrońców na piłce w NBA oraz x-faktorem C's , a nawet Maciek na facebooku wrzucał materiał pokazujący, że AB to nie tylko świetny defense, ale także przyzwoity half court offense. Ruch Doca polegający na Allenie z ławki nieco przyśpieszył atak Bostonu, sprawił, że Rondo i Bradley (średnio 14 pkt. w kwietniu) potrafią wyciągać piłki z samego jądra ziemi, bo przecież wspólnie mają większy zasięg ramion niż George Muresan. Od marca zmieniło się wiele i pomijając już świetny mecz Knicks, wczoraj Celtics ograli Orlando Magic. Tak, Orlando Magic BEZ DWIGHTA HOWARDA, ale tym samym zapewnili sobie pierwsze miejsce w Atlantic Division i czwarty seed na Wschodzie w Playoffs 2012.

 

Od jakiegoś czasu będący jedną nogą w Nets Paul Pierce gra wyśmienicie, jak na kapitana przystało i trafia solidne 45% z gry w kwietniu + 41,5% zza łuku. Momentami wygląda świetnie, choć przyznam się bez bicia, widziałem bodajże 4 z 12 spotkań C’s w samym kwietniu. Jak dla mnie to sporo, biorąc pod uwagę NCAA i problemy z internetem, którego w zasadzie nie mam po przeprowadzce i katuję jak tylko mogę w pracy.

 

Okazjonalnie miałem szczęście obejrzeć mecz Celtics w Miami, gdzie być może na przełomie dwóch ostatnich sezonów „Zieloni” nie zagrali z taką intensywnością ofensywną. Statystycznie w drugiej połowie sezonu wyszli na plus, w porównaniu do pierwszych dwóch miesięcy, ale hej! Nadal kuleje zbiórka (39,0 – ostatnie miejsce w lidze) i mimo wszystko atak (92,0 – 26 m. w lidze). Jednak po małych kosmetycznych zmianach związanych także z zaangażowaniem i mózgiem Kevina Garnetta, defense nadal stoi wysokim poziomie (89,7 pkt. traconych – 3 m. w lidze + 95,2 pkt. traconych na 100 posiadań – 1 m. w lidze). Garnett (17/9 w kwietniu) jako serce drugiej linii ponownie zasłużył sobie na nagrodę Reda Auerbacha, która przyznawana jest zawodnikowi dającemu przykład na parkiecie jak i poza nim.

 

"He is an incredible man. He should get awards every year for the man" - Keyon Dooling

 

I nie zrozumcie mnie źle. Nie piszę tutaj jako kibic Celtics, a raczej jako fan dobrej starej szkoły i ścieżki, którą także kroczą fantastyczni w tym sezonie San Antonio Spurs. Chodzi tutaj bardziej o tradycje, o przyzwyczajanie i nagły zwrot akcji, w którym Celtics stają się czarnym koniem na Wschodzie, aczkolwiek już pierwsza runda może być dla nich nie lada wyzwaniem, ponieważ najprawdopodobniej zagrają z Atlanta Hawks, a przecież wiemy, że takie match-upy elektryzowały fanów w latach ubiegłych. Dlatego wypadałoby z racji przewagi psychologicznej wygrać w Atlancie piątkowy wieczór.

 

Cały świat twierdzi, że pierwsza runda to będzie maksimum ich możliwości i trudno się z tym nie zgodzić, skoro już w drugiej mogą trafić na Chicago Bulls. Dochodzi do tego jeszcze zdrowie, apteczki z pavulonem, postawa pielęgniarzy i Danka Antka, który powinien coś knuć przed wakacjami, co być może jeszcze bardziej zmotywuje obecnych mieszkańców Domu.

 

Dla niektórych Celtics są contenderem, dla innych bandą starców, którzy ostatnie jęki wydadzą w pierwszej serii w postseason. Dla mnie to nadal zespół, gdzie każdy gracz szanuje swoich kolegów. Ekipa weteranów, która wie czego chce. A chce odnosić sukcesy, nawet jeżeli zmęczone i popsute kolana, plecy, nadgarstki lub inne części ciała na to nie pozwalają.

 

Będę miał ogromną przyjemność z obejrzenia nawet tej jednej rundy, ewentualnie dwóch. Będę delektował się być może ostatnimi meczami Wielkiej Trójki i małego generała Rondo. Będę, bo nawet nie, że wypada, ale jest to mój psi obowiązek, aby oddać tej ekipie ostatni hołd...

 

Stay thirsty my friends!

 

Pozdrawiam serdecznie,

 

Ambasador C...

 

 



Podziel się:

komentarze (14) | dodaj komentarz

SŁUCHAJĄC WUJASZKA STEVE"A

środa, 18 kwietnia 2012 16:33

 Kosma Zatorski

 

Starzejący się Steve Nash podobno daje swoim Suns ultimatum. Albo wzmocnią się tego lata, albo pomyśli on o innym klubie – takie rzeczy słyszy się w koszykarskim światku. Ile w tym prawdy? Steve nie wygląda mi na Karla Malone'a czy Charlesa Barkleya, którzy swego czasu za mistrzowski pierścień gotowi byli podpisać cyrograf i zagrać u samego diabła. To raczej gość, który czerpie nadal niesamowitą przyjemność z tego co robi, ma dwa tytuły MVP i jeżeli przydarzyłoby mu się grać o tytuł, to pewnie grałby siedmiomeczową serię nawet ze złamanym nosem. Czy będzie mu to dane w Phoenix? Nie sądzę. Czy pójdzie do Miami? Musiałby się zgodzić na grę za maleńkie pieniądze – Miami będą mieć 77 mln payroll w następnym sezonie. Poza tym Steve chce pozostać w lidze jeszcze przez trzy lata. Cała wieczność jak na 37-latka.

 

Suns oczywiście mogą podpisać Erica Gordona, Jamala Crawforda i dokonać jakiejś wielkiej wymiany. Ale kto będzie chciał przechwycić kontrakty Channinga Frye'a czy Josha Childressa? Tego nie wiedzą nawet najstarsi apacze. Być może pozwolą Nashowi odejść i zaproponują jego gażę choćby swojemu dawnemu rezerwowemu Goranowi Dragicowi? No idea. Z zaciekawieniem jednak połykam wszelkie wywiady i mecze z rozgrywającym Suns. W końcu to jego najbardziej w lidze uwielbia oglądać Kobe Bryant. Nie tak dawno temu Steve Nash odebrał telefon od Billa Simmonsa. Panowie przez blisko godzinę dyskutowali o koszykówce. Słuchałem tego trzykrotnie i gdy już wydawało mi się, że znam na pamięć, włączyłem jeszcze raz starając się nadążać za słowami nieco zaspanego, bardzo spokojnego i piekielnie ciekawego Kanadyjczyka.

 

O pozostaniu w Phoenix

 

To lepiej dla nich, że tu jestem. Kocham ten zespół i nadal mamy szansę na wejście do play-offów. Oczywiście mogłem poprosić o transfer do contendera, ale to nie jest tak, że oni dostają Nasha i wchodzą do finałów. Zresztą za mną wiele wspaniałych lat w Phoenix, to nie byłoby takie proste postawić klub przed taką sytuacją. Gram dziesiąty rok tutaj. To szmat czasu, wiele sukcesów i wspaniałych play-offów. Moi kumple z drużyny to wspaniali ludzie.

 

Lokaut

 

To było dziwne. Nie grałem w kosza przez całe wakacje. Rzucałem do kosza, ale nie grałem. Kiedy dzieciaki z college'u wróciły do treningów sam już chciałem popykać. Nie byłem nerwowy, ale trochę mnie zaczynało wszystko martwić. Zagrałem w dwóch pick-up games w mojej ulubionej sali w Scottsdale. To nie było tak, że nagle na salę  wszedł Steve Nash. Znałem tych ludzi, ponieważ byłem tam co dzień przez cztery miesiące. Wpadłem raz rano w sobotę. Tam był gość, który po prostu skopał mi tyłek. Wróciłem więc w następną sobotę, aby wziąć na nim rewanż. Był rzeczywiście dobry. To śmieszne i dziwne, ale niecałe dwa lata temu grałem o wejście do finałów. A tu nagle jestem w połowie października i gram na hali z amatorami.

 

Terminarz

 

Jest przedziwny, absurdalny. Ale nie wyobrażam sobie innego. Po prostu musimy tyle zagrać – są umowy sponsorskie, telewizja, sezon. Gramy często, ale tak po prostu musi być. Czuje się jednak dobrze. Kilka meczów temu bolały mnie plecy, ale już wszystko jest w porządku. To nie jest tak, że gdyby to był normalny sezon mielibyśmy dwugodzinne treningi. To kończy się zwykle pod koniec listopada i jest chyba tylko kilka drużyn, które tak trenują. Trening to rzecz, która męczy cię tylko fizycznie. Mecz natomiast męczy cię mentalnie, psychicznie, fizycznie. Nawet gdy grasz ledwie po 15-20 minut w meczu. Granie w takim terminarzu jak teraz potrafi być męczące.

 

Młodzi rozgrywający 

 

To jest wspaniały czas dla rozgrywających. Nigdy w lidze nie widziałem tylu dobrych gości na tej pozycji. Nadal jestem ja i Jason Kidd. Ale przecież są młodziutcy Kyrie Erving i Ricky Rubio – tacy typowi rozgrywający. Rubio jest fantastyczny, ma energię i pasję a kumple z drużyny go kochają. Kyrie jest natomiast wyjątkowy, robi wszystko tak naturalnie. Zawsze wie, gdzie chce się znaleźć z piłką na boisku. Jest bardzo naturalny w tym, co robi.  Będzie kimś wielkim. Derrick Rose i Russell Westbrook? To superozgrywający. Obaj są potężnie zbudowani, silni, niezwykle ciężcy do grania z nimi jeden na jeden – tacy jak kiedyś Baron Davis. To tak, jakby oni stworzyli nową pozycję na boisku. Oni są nie tylko silni i mocni, ale niezwykle szybcy. Gdy Russell mija cię i zahaczy, to doskonale czujesz to, że właśnie to zrobił.

 

Dlaczego Suns nie zdobyli tytułu między 2005 a 2010

 

Mike D'Antoni miał świetny plan dla naszej grupy. Każdego roku coś jednak się działo. Czego nam najbardziej brakowało? Chyba takiego typowego defensywnego środkowego. Nie mówię to u graczu na 40 minut w meczu, ale choćby na 15. Szkoda, że nam nie wyszło. Gdy graliśmy przeciwko Spurs, w najważniejszych meczach zawiesi nam Borisa Diawa i Amare Stoudemire'a. To nawet nie byli nasi środkowi, tylko silni skrzydłowi. I przegraliśmy tę serię. Rok wcześniej Amare był kontuzjowany. Mieliśmy naprawdę fajny zespół w tych czasach – najlepszy spośród Suns, w których grałem. Byliśmy młodzi, utalentowani i piekielnie szybcy. Nie mieliśmy jednak środkowego. Spurs byli Spurs. Byli mistrzami, mam dla nich mnóstwo szacunku. W 2008 r. Tim Duncan trafił tą szaloną trójkę, która doprowadziła do dogrywki. W 2010 r. mieliśmy serię z Lakers. To był ten słynny air-ball Kobego, który dobił Artest. To był po prostu wspaniały airball (śmiech). Później wróciliśmy do Phoenix, aby wyrównać serię i wtedy Kobe po prostu przejął mecz. Dlaczego Kobe tak lubi grać i torturować Suns? Myślę, że tu chodzi głównie o fanów. Musieli mu zaleźć za skórę. Zresztą on nigdy nie ma problemów z motywacją.

 

Najwięksi i niedoceniani

 

Najlepszy gracz przeciwko któremu grałem? Jordan. Bez wątpliwości. Gdy przychodziłem do ligi on nadal tu jeszcze był. To był gość, którego wszyscy się bali. Teraz nie ma czegoś takiego. Był jedyny, wyjątkowy. Z mojej generacji na pewno Kobe i Tim, poza tym jeszcze KG. Przez tyle lat był świetny w Minnesocie, a później w końcu zdobył tytuł w Bostonie. Kto jest najbardziej niedoceniany? Oczywiście, że Tim Duncan. On potrafił wszystko, poza tym ma cztery tytuły. No i jeszcze Dirk do czasu, aż nie zdobył tytułu. On ciężko na to pracował, a tytuł zdobył w roku, w którym nikt nie stawiał na Dallas. Strasznie się cieszę z tego powodu.

 

48 punktów rzuconych Dallas

 

Pamiętam ten mecz. Play-offy 2005. Nie chcieli żebym podawał, tylko rzucał. Nie przetłumaczę, nie brzmi tak dobrze jak oryginał. I felt like Jordan, it was awesome! (śmiech)

 


 

 



Podziel się:

komentarze (8) | dodaj komentarz

9 DNI DO KOŃCA SEZONU: SPURS NR 1? MOŻLIWY TRZYDRUŻYNOWY REMIS NA ZACHODZIE

środa, 18 kwietnia 2012 15:09

Maciej Kwiatkowski

 

WSCHÓD

 

1. Chicago Bulls (46-15) 

 

Derrick Rose poleciał razem z najlepiej zbierającym teamem NBA do Charlotte, gdzie ci jeszcze dwa lata temu głodni Bobcats zamienili się w małe kocięta. Rose po trafieniu  w niedzielę trójki na dogrywkę w zwycięstwie w Detroit, nie zagrał w poniedziałek w United Center w porażce z Washington Wizards 84:87. 

 

Nie wiem już po prostu co o tym wszystkim myśleć, bo nagle D-Rose zamienił się w nowoczesną placówkę medyczną: kontuzja śródstopia, pleców, pachwiny i teraz problemy ze stopą, o których niewiele wiadomo. Pięć spotkań do końca sezonu regularnego i możemy być pewni, że Rose nie odzyska rytmu przed pierwszą rundą playoffów. To jednak nie powinno jeszcze przerażać Bulls. Najważniejsze aby był w stu procentach gotów na drugą rundę playoffs przeciwko Celtics lub Hawks/Magic. 

 

2. Miami Heat (43-17) 

 

Wg ESPN Stats & Info, przez trzy kolejne sezony Cleveland Cavaliers (2007-2010) zaliczali najwyższy plus/minus w crunchtime. Miami Heat byli do poniedziałku 11-1 w tym sezonie w meczach bez Dwyane'a Wade'a, dlatego LeBron James zamienił końcówkę meczu z New Jersey w dwa rzędy, samemu penetrując raz na lewo, raz na prawo przeciwko torsowi Krisa Humphriesa. Heat wygrali trzy mecze z rzędu, ale wciąż nie wyglądają w ataku pozycyjnym jak przyszły mistrz NBA. 

 

3. Indiana Pacers (40-22) 

 

Cóż, nie piszemy często o Indiana Pacers. Głównie dlatego, że pierwsze 2/3 sezonu spędzili grając raz lepiej, raz gorzej, a w ostatnich tygodniach obcują sobie z jednym z najłatwiejszych terminarzy w lidze. Pacers są w Top10 w zbiórkach, mają 10. obronę i 12. atak, będąc dopiero 28. teamem procencie asystowanych rzutów i mając Darrena Collisona z kontuzją pachwiny, który nie wiadomo czy będzie gotów na playoffy.  

 

Dlatego George Hill (1.00 PPP, 9 m. w NBA jako kozłujący w pick/roll) i forma strzelecka Danny'ego Grangera (47% za 3 w 11 meczach kwietnia) będą ogromnie istotne. Choć może być i tak, że zaczniemy pisać o Pacers nie od pierwszej, ale od drugiej rundy, jeśli w pierwszej ich rywalem okażą się być Jameer Nelson, Daniel Orton i Orlando Magic. 

 

4. Boston Celtics (36-26) 

 

Po wczorajszym zbombardowaniu w MSG Celtics wciąż brakuje jeszcze jednego zwycięstwa do zapewnienia sobie miejsca nr 1 w Dywizji Atlantyku. Dzisiaj grają u siebie z Orlando i być może do gry wróci wreszcie Ray Allen, bez którego ławka Bostonu wystawiła wczoraj całe 2 punkty na 55 Knicks. 

 

5. Atlanta Hawks (36-25) 

 

Po laniu od Raptors w niedzielę (86:102), Hawks polecieli za nimi do Toronto i wygrali 109:87. Do końca sezonu grają już tylko w Phillips Center: Pistons, Celtics, Knicks, Clippers, Mavericks.  

 

6. Orlando Magic (36-25) 

 

Musiałem sprawdzić, ale zwycięstwa nad Cleveland Cavaliers i Philadelphia 76ers wciąż jeszcze liczą się do oficjalnego bilansu. Ryan Anderson (MIP?) miał 29 zbiórek w tych meczach, w poniedziałek rzucił 26 punktów w debiucie Thada Younga w pierwszej piątce i Magic wygrali 113:100. Mają identyczny bilans co Hawks, ale 4 z 5 spotkań rozegrają na wyjeździe: Celtics, Jazz, Nuggets, Grizzlies, a w międzyczasie podejmą Małe Kotki. Terminarz Atlanty jednak też nie przypomina szarlotki z lodami. 

 

7. New York Knicks (32-29) 

 

W jednym z podcastów kilka tygodni temu wymsknęło mi się, że Steve Novak jest jednym z najlepszych snajperów w ...historii NBA. Być może nawet powiedziałem, że najlepszym... Oczywiście przewodzi lidze w skuteczności (0.472%), ale w perspektywie historycznej tylko pięciu graczy zaliczyło sezony z ilością 117 celnych prób i skutecznością powyżej 47% procent: Tim Legler (128/0.522), Steve Kerr (122/0.515), Dale Ellis (162/0.478), Joe Johnson (177/0.478), Hubert Davis (127/0.476). 

 

8. Philadelphia 76ers (31-30) 

 

To już nie tylko problemy ze zdobywaniem punktów w crunchtime, ale nawet obrona zaczęła zawodzić Sixers. Sixers w ośmiu z ostatnich 11 meczów pozwolili rywalom na więcej niż 100 punktów per-100 posiadań, po tym jak w pierwszych 24 meczach rywale zrobili to tylko 7 razy. Pisaliśmy przed sezonem, że 76ers są jedną z tych drużyn, które są najlepiej przygotowane na dobry start sezonu regularnego, ze względu na atletyzm i zatrzymanie praktycznie całego składu z poprzedniego sezonu. I tak też się stało... To co stało się jednak z nimi w ostatnim miesiącu wróży rzecz historyczną. Wygląda to tak jakby wszyscy zaczęli grać lepiej, tylko nie Philadelphia. Sixers mogą zostać pierwszym teamem w historii ze średnią różnicą +3.5 pkt w meczu (5 m. w NBA...), który nie awansuje do playoffów. Doug Collins jeszcze 5 tygodni temu był kandydatem do nagrody dla Trenera Sezonu, dziś jest na gorącym krześle. 

 

9. Milwaukee Bucks (29-31) 

 

...I jak bardzo chciałbym wyłączyć Schmucks z walki o playoffy, tak perspektywa oglądania duetu Brandon Jennings i Monta Ellis oraz derby Chicago/Milwaukee wydaje się być obecnie ciekawsza. Plus Carlos Boozer vs Carlos Boozer wersja beta, czyli Drew Gooden. Bucks mają 1,5 meczu straty do Sixers - ci grają wszystkie pięć spotkań do końca sezonu na wyjeździe. Jeżeli Bucks odrobią pół meczu w swoich pięciu z sześciu spotkań, to jeśli wygrają 25 kwietnia u siebie z 76ers, zagrają w playoffach - będą mieć tie-breaker. Oszczędzę sobie wypisywanie tego z kim grają jeszcze - niestety ponownie ósme miejsce na Wschodzie powinno przypaść 9. drużynie Konferencji Zachodniej. 

 

 

ZACHÓD

 

1. San Antonio Spurs (44-16) 

 

Spurs wygrali cztery mecze z rzędu i dziś mają za sobą 2/3 ze swojej wyjazdowej serii back-to-back, którą zakończą w Sacramento (1-0). Potem od piątku mają u siebie Lakers, Cavaliers i Trail Blazers (2-1 lub 3-0), a na koniec sezonu wyjazdy do Phoenix i Oakland (1-1 lub 2-0). Minimum jakie mogą zaliczyć w tej serii spotkań to 4-2, ale bardziej realne wydaje się 5-1. Jeżeli przegrają tylko jeden mecz do końca sezonu, to zajmą miejsce nr 1 w Konferencji Zachodniej, piekąc dwie pieczenie na jednym ogniu - wygrywając konferencję i oszczędzając minuty swojej Big 3. Parker zagrał łącznie tylko 63 minuty w zwycięstwach z Suns, Warriors i Lakers - Duncan 74, a Ginobili 62.

 

Jeśli przegrają dwa razy, to Oklahoma ma jeszcze do rozegrania w niedzielę mecz z Lakers w Staples Center.

 

2. Oklahoma City Thunder (44-17) 

 

Jeżeli Thunder nie wygrają Konferencji Zachodniej, to muszą się cofnąć do pierwszej połowy marca, gdy Kyrie Irving rozjechał ich w Chesapeake Energy Arena, a cztery dni później Rockets zakończyli mecz serią 13-1, wygrywając 104:103. Tamtych spotkań nie powinni byli przegrać. Thunder grają jeszcze do końca sezonu mecze wyjazdowe z muszącymi wygrywać Suns, z Kings i w niedzielę z Lakers. Potem u siebie z tymi samymi Kings i w przyszłą środę z Denver. Jaki jest plus tego że zajmą 2. miejsce? Mogą trafić w I rundzie na sprzyjający im matchup z Nuggets, a w II rundzie ominąć Clippers, z którymi są 1-3 w tym sezonie. 

 

3. Los Angeles Lakers (39-23) 

 

Od czasu sprowadzenia Ramona Sessionsa Lakers są ofensywnie o 11 punktów per-100 lepsi z nim na parkiecie niż bez niego. Jest to mniej więcej to co powinno stać się z każdym teamem, który wcześniej wystawiał rozgrywającego notującego jeden z 10 najgorszych PER w NBA. Absencja Kobe'go Bryanta (Lakers są 4-2 bez niego) nie może być natomiast wytłumaczeniem dlaczego Lakers od lutego sukcesywnie są coraz gorsi w obronie i w 11 ost. meczach pozwalali rywalom na 108 pkt per-100 - poziom obrony Małych Kotków. Mimo wszystko z tak grającym Andrew Bynumem są gotowi w maju stać się kontenderem z prawdziwego zdarzenia.  

 

4. Los Angeles Clippers (38-23) 

 

Clippers, obok Spurs i Pacers są obecnie najgorętszym teamem w NBA. Wygrali 12 z 14 ostatnich spotkań i jak zauważył Tom Haberstroh z ESPN Heat Index - ich defense w sześciu ostatnich meczach był w Top 6 ligi. Nie ma tutaj jakiś fundamentalnych zmian, ale może to po prostu efekt rosnącej chemii w drużynie i jej dojrzewania. Dallas Mavericks w poprzednim sezonie pokazali jak używanie strefy może wytrącić z rytmu Kevina Duranta. Clippers zrobili praktycznie dokładnie to samo w poniedziałek. W 13 posiadaniach przeciwko zonie - głównie w drugiej połowie - Thunder zdobyli tylko 7 punktów. Zeee Clippers. Było to równie niewyobrażalne jak ofensywna niemoc Oklahomy. Także - Blake Griffin miał 6 asyst i 4 bloki w tym meczu oprócz 17/11. 

 

5. Memphis Grizzlies (36-25) 

 

Grizzlies najedli się strachu, gdy w poniedziałek Marc Gasol opuścił boisko z kontuzją kolana. Okazało się, że to obita kość i we wtorek już zagrał w Minnesocie, zdobywając jednak tylko 4 punkty, 3 zbiórki i 3 asysty w 34 minuty gry. Wygląda na to, że do pierwszej piątki niebawem powróci Zach Randolph, który w ostatnim tygodniu zaczął już dwa mecze w drugich połowach. Rudy Gay jest natomiast w wielkiej formie przed playoffami - w pięciu ostatnich meczach zdobywa średnio 25.8 punktów, 7.4 zbiórek, 2 asysty i 2.4 bloku+przechwytu na skut. 49% z gry, grając jak jeden z pięciu najlepszych niskich skrzydłowych w lidze. 

 

6. Denver Nuggets (34-27) 

 

Gdy już wydawało się, że Nuggets zjadą za ósemkę Zachodu, dwukrotnie pokonali Houston Rockets, a Ty Lawson i Arron Afflalo, z pomocą świetnych passów Andre Millera w niedzielę czy w poniedziałek 11 punktów Corey'a Brewera w czwartej kwarcie, rozjechali team, który jeszcze tydzień temu wyglądał na lepszy od nich. Historia nie wykracza jednak daleko poza swoje ramy - ten zespół tylko pozornie nie ma górnego pułapu. To nadal kontratak albo 1-na-1 w pierwszych 10-15 sekundach akcji i duże problemy w obronie (21 m.) 

 

7. Dallas Mavericks (34-28) 

 

Inne decyzje sędziów w niedzielę czy Dirk Nowitzki zastawiający Paula Millsapa w poniedziałek i nawet jedno zwycięstwo mogłoby wprowadzić spokój w końcówkę sezonu Mavericks. Tymczasem dzisiejszy mecz u siebie z Houston to must-win, bo poza piątkowym blowoutem z Warriors zostają im wizyty w Chicago i Atlancie. 

 

8. Phoenix Suns (32-29) 

 

Suns mają obecnie tie-breaker z Rockets, dzięki lepszemu wynikowi w Konferencji Zachodniej. Mogą go jeszcze stracić do końca tego sezonu, ale na pewno nie stracą już go w przypadku takiego samego bilansu z Utah Jazz, z którymi są 2-0 i rozegrają jeszcze jeden mecz. 

 

Ten mecz w Salt Lake City 24 kwietnia we wtorek może być arcyważny. Wcześniej jednak ciężka seria do soboty w US Airways Center: Thunder zmotywowani po porażce w L.A. (środa), Clippers (czwartek; Clippers też są w b2b po wizycie dziś w Denver) i Nuggets w sobotę.  Grant Hill na bolącym kolanie będzie kluczem do obydwu zwycięstw w matchupach z Kevinem Durantem, Blake'm Griffinem, ale też z Russellem Westbrookiem czy Chrisem Paulem. Hill jest jednym z sześciu-siedmiu najlepszych obrońców w tym sezonie.

 

9. Houston Rockets (32-29) 

 

-45 w trzecich kwartach czterech ostatnich porażek z rzędu. +8 w dwunastu pozostałych kwartach. Wygląda na to, że swój najlepszy moment sezonu Rockets mają już za sobą. Chyba, że pokonają dziś w Dallas obrońców tytułu, którzy w przeciwieństwie do Nuggets nie będą atakować tak szybko i tak często pola trzech sekund. A tam zwłaszcza unit "Scola na centrze" (czyli Patterson/Scola) skrzywdził Rockets w meczach z Denver. 

 

Potem zostaje niełatwa wizyta w Nowym Orleanie, mecz u siebie z Warriors, wyjazd do Miami, trzy dni przerwy i Hornets na własnym parkiecie.  

 

10. Utah Jazz (32-30) 

 

Paul Millsap swoją dobitką na pierwszą dogrywkę z Dallas praktycznie uratował sezon dla Jazz. "Miracle Man". Jazz mają tylko pół meczu straty do Rockets i Suns, ale zdecydowanie najłatwiejszy terminarz: wizyta w Portland (środa), a potem mecze w domu z Orlando, Phoenix i Portland. 

 

---- 

 

Trzy teamy z 35-31? 

 

Załóżmy, że Jazz zaliczą do końca sezonu bilans 3-1, pokonując dwa razy Portland, raz Orlando i przegrywając z Phoenix. 

 

Załóżmy, że Rockets przegrają w Dallas i Miami, ale dwukrotnie pokonają Hornets i wygrają też z Warriors. 

 

Na koniec załóżmy, że Suns wygrają w Utah, pokonają San Antonio w ostatnim meczu sezonu, a wcześniej będą też lepsi od Denver. Albo przegrają ze Spurs lub z Denver, ale wygrają jeden z meczów nadchodzącego back-to-back z Oklahomą i LA Clippers. 

 

W takiej sytuacji wszystkie trzy teamy mieć będą 35-31 i zadecyduje bilans meczów bezpośrednich pomiędzy tymi zespołami.  

 

Suns 4-3 (2-2 z Hou, 2-1 z Uta)
Jazz 3-3 (2-1 z Hou, 1-2 z Pho)
Rockets 3-4 


 



Podziel się:

komentarze (1) | dodaj komentarz

KILKA SCEN Z KLASYKU W SALT LAKE CITY: VINTAGE VINCE, DIRK I MILLSAP

wtorek, 17 kwietnia 2012 13:56

Maciej Kwiatkowski

 

Scena, w której Delonte West dosłownie próbuje dostać się do głowy Gordona Haywarda była czymś co prawdopodobonie zostanie najbardziej zapamiętane po trzydogrywkowym meczu Utah - Dallas. Na parkiecie zdarzyło się jednak znacznie więcej. Wszystko w stylu vintage dla każdego z trójki wymienionej w tytule.

 

Najpierw Vince Carter rozbił obronę pick&roll Jazz i zmienił rok w prawym dolnym rogu Waszych ekranów na 2002:

 

 

Potem wystąpił Paul Millsap, którego będę nazywał od tego meczu "Miracle Man". Millsap nawet jeśli gra słabiej jak wczoraj, to zawsze zrobi coś dobrego dla Jazz w crunchtime, czy są to rzuty z prawego skrzydła, czy zbiórka, asysta czy przechwyt. Serce i dusza tego zespołu. Tym razem Millsap miał putback dunk, który na dwie sekundy przed końcem doprowadził do dogrywki.

 

 

Tego dnia Carter, Jason Terry i Dirk Nowitzki trafiali jednak rzuty za trzy pod presją. Robili to tak dobrze, że po trafieniu czterech trójek w crunchtime czwartej kwarty, mieli praktycznie cztery pozycje do rzutu w jednej akcji kończącej pierwszą dogrywkę.

 

 

 

W trzeciej dogrywce o zwycięstwie przesądziła pompka Ala Jeffersona na Nowitzkim przy klasycznym push-shocie centra Utah, który miał 28 punktów i 26 zbiórek. Jedno z najlepszych spotkań jakie widziałem w tym sezonie i COŚ dla Jeffersona, który od debiutanckiego sezonu 2004/05 w Celtics nie awansował do playoffów i aktualnie próbuje zrobić to jako najlepszy strzelec (19.6), zbierający (9.6) i blokujący (1.7) w Utah.

 

Jazz (32-30) mają tylko pół meczu straty do ósmych Phoenix Suns i Houston Rockets (32-29; Suns są wyżej bo mają lepszy wynik z teamami z konferencji). Przed nimi teraz dwa mecze z Portland i Orlando grającymi bez swoich najlepszych graczy. Do przyszłego wtorku będą to jedyne spotkania Jazz. Za tydzień zagrają u siebie z Suns mecz, który może zadecydować o tym czy to Jazz czy to Suns odpadną z walki o playoffs.

 

Rockets przegrali natomiast po raz czwarty z rzędu i zupełnie tracą rytm w trzecich kwartach, przegrywając je łącznie -45 w tych meczach.  Eksperyment wprowadzania Kyle'a Lowry'ego z powrotem do rotacji nie wygląda dobrze, a defense cierpi przez kontuzję Marcusa Camby'ego i niezrozumiałe decyzje w dysponowaniu czasem gry Samuela Dalemberta przez Kevina McHale'a (wczoraj 7 bloków, +5, ale tylko 24 minuty).

 


 



Podziel się:

komentarze (4) | dodaj komentarz

LEBRON JAMES RZUCIŁ 17 OSTATNICH PUNKTÓW W NEW JERSEY, WYGRAŁ MECZ

wtorek, 17 kwietnia 2012 10:33

Maciej Kwiatkowski 

 

LeBron James może nie być clutch w wielkich meczach, ale przeciwko New Jersey Nets? Krytycy zdegradują wartość takiego występu jak ten w poniedziałek, bo defense teamu Avery'ego Johnsona jest dopiero 29. w lidze, ale jest środa 17 kwietnia i James zakończył mecz tak jak nikt nie zrobił tego od 2009 roku. 

 

"I enjoy watching him take over a game like that. It's fun" - powiedział Dwyane Wade, odpoczywający sobie w poniedziałek. Nets byli 6-5 w jedenastu meczach do wczoraj, ale nie zagrał też Deron Williams, nie było Geralda Wallace'a, więc samo spotkanie miało znaleźć się w głębokim cieniu tego co działo się w Konferencji Zachodniej.  

 

Heat przegrywali od początku meczu aż do 47 minuty i 9 sekundy ale już wtedy James był w trakcie runu, który sprawił, że usłyszał "MVP! MVP!" od kibiców w Prudential Center. Zdobył 17 ostatnich punktów dla Miami.

 

 

Ma to w sobie, ale częściej niż w Miami pokazywał to w Cleveland, gdzie nie miał gdzie uciekać od odpowiedzialności. Wiemy jak zakończył w serii z Bostonem w 2010 roku, ale przez dwa kolejne lata prowadził Cavaliers do podobnych runów w czwartych kwartach. Boli mnie już głowa, gdy oglądam jak James potrafi grać 43 minuty na poziomie MVP i nagle oddać wszystko w ręce Wade'a, stanąć w rogu, zamieniać się w Jamesa Jonesa i udawać, że nie ma wcale właśnie 30 punktów, 8 asyst i 7 zbiórek.

 

Wade siedział na ławce i był widzem, więc znaczenie takiego występu jest ...jeszcze mniejsze. Jeśli dojdą w tym roku do tego jak rozgrywać końcówki wspólnie, razem na boisku, co próbowali robić w poprzednim sezonie (nieskutecznie na ogół) częściej niż w tym, to może zobaczymy w końcu TYCH Miami Heat.

 

To tylko najważniejsza historia tego sezonu.

 


 



Podziel się:

komentarze (19) | dodaj komentarz

CO OZNACZA TOM BENSON

niedziela, 15 kwietnia 2012 23:44

 

Michał Kajzerek

 

Carl Landry zadeklarował się do gry w Hornets, bo pokłada nadzieję w „team-changera”, jakim ma okazać się dla zespołu Tom Benson. W miniony piątek podczas spotkania Zarządu NBA, sprzedaż zespołu została oficjalnie potwierdzona, a suma zakręci się około 340 mln $. To sporo. Benson jest poza tym właścicielem Saint, więc Stern oddaje ten ograbiony z samodzielności zespołu w dobre ręce. Wcześniej, bo w połowie marca władze Nowego Orleanu doszły z zespołem do porozumienia, które pozwoli zatrzymać Szerszenie w Luizjanie do co najmniej 2024 roku. Benson ma szerokie pole do popisu, a jego pierwszą inicjatywą jest nadanie ekipie bardziej jazzowej charakterystyki.

 

Nadużywa swoich możliwości już na samym początku? Fani Hornets, to Wy powinniście odpowiedzieć na to pytanie. Benson z pewnością będzie starał się zakorzenić ten zespół jeszcze głębiej w ziemię Luizjany i takich działań nie możemy w żaden sposób kwestionować. „Musimy znaleźć nową, bardziej jazzową nazwę. Pracujemy nad tym i chcielibyśmy to zmienić nawet jutro. Nie dostaniemy oczywiście zgody, ale postaramy się o nią. Dobre relacje z komisarzem powinny pomóc tej sprawie” – mówi Benson. To oznacza, że czapki Charlotte Hornets będą za chwilę naprawdę vintage, warto przeszukać szafki.

 

Kolejnym ważnym faktem jest inklinacja Bensona do sprawowania porządku bez pomocy partnerów biznesowych. To akurat jedna z jego dobrych cech, bo jak sam mówi: „Nie idzie mi najlepiej z partnerami.” Hornets chciał odkupić od NBA już w styczniu tego roku, ale Stern nie miał jeszcze jasnego obrazu sytuacji, więc cały proces rozciągnął się o kolejne tygodnie. Jego przeciwnikiem w tej rywalizacji był Raj Bhathal, który w Kalifornii słynie z produkcji strojów dla pływaków. Komisarz zachował rozsądek i zaufał komuś sprawdzonemu i to dla Szerszeni jest bardzo dobra informacja.

 

„Dzwoniłem do Sterna i mówiłem: słuchaj, jestem jedyną osobą, na którą możesz liczyć, rozpracujmy to”- mówi dalej Benson. Prócz 338 mln $, które powędrują na ligowe konta za kupno zespołu, nowy właściciel zgodził się także przejąć 125 milionowy dług Hornets. W Nowym Orleanie wszyscy fani basketu w ciągu jednego dnia z czeluści rozpaczy wpadli do happy-landu, gdzie właścicielem jest entuzjastyczny staruszek, a parkiet płonie pod stopami Gordona, gdy ten udowadnia kto w Nowym Orleanie jest bardziej - Jazz. W końcu dobre wieści. Po kilkunastu miesiącach gry z NBA-owską łapą na plecach, co dało się odczuć przy okazji Sternowskiego weta przeciwko trade’owaniu Chrisem Paulem, Hornets nie są już niczyim wasalem.

 

Okres ten w dziejach organizacji będzie dowodził przesileniom, które kiedyś zawsze następują. NBA sprzedając Hornets zarobiła około 20 mln $, bowiem gdy odkupywali zespół w grudniu 2010 od George’a Shinna zapłacili 318 mln $. Wówczas postępowali w dobrej wierze, blokując przenosiny zespołu do innego miasta, bardziej atrakcyjnego finansowo i marketingowo. Benson przejmując zespół poczuł się, jak młody Bóg: „Czuję jakbym miał znów 50 lat”- mówi już 84-letni miliarder. Tom niegdyś był blisko związany z Uniwersytetem Loyola, gdzie był też odpowiedzialny za podawanie wody zawodnikom. Jak mówią – od pucybuta do milionera miliardera. „Byłem częścią zwycięskiego zespołu. Mój kuzyn Bob był tam gwiazdą, ja podawałem wodę, byłem wielkim fanem. To właśnie Bob jest odpowiedzialny za moje koszykarskie korzenie.”

 

Komisarz ligi nazwał Bensona niedawno – idealnym właścicielem. Sędziwy, poczciwy i pełen miłości do sportu Tom, ma wystarczająco dużo krzepy i rzemiosła, aby zaśmiać się w twarz Katrinie raz jeszcze. „Rozmawiałem z moją żoną, rozmawiałem z arcybiskupem, również z radą miasta. Wszyscy oszaleli. Dzwoniłem także do burmistrza Jindala [burmistrz Luizjany] i odniosłem wrażenie, że on chciałby wyjść przez słuchawkę telefonu i mnie ucałować, gdy powiedziałem mu, co zamierzam zrobić.” – mówi dalej Benson. Czego zatem powinni oczekiwać fani Hornets teraz, gdy są w przededniu prawdziwego trzęsienia ziemi (i nie ma to związku z żadnym niszczycielskim żywiołem)?

 

„Wygramy mistrzostwo. Mamy wielką szansę. Nowy Orlean zdążył udowodnić, że mimo operowania na małym rynku w kwestii sportu, radzi sobie bardzo dobrze. Teraz to udowodnimy”- dodaje. Wakatów nie będzie, bo zarówno Dell Demps, jak i Monty Williams pozostaną na swoich stanowiskach. Zarządzać zespołem mają jednak sprawdzeni ludzie Bensona, którzy pomagali mu przy prowadzeniu Saints. Nie sposób odebrać tego poświecenia i zaangażowania Toma, jako gwarancji budowy w Luizjanie silnej sportowej sceny, która nie tylko pomoże mu się wzbogacić, ale i wejść do annałów stanu jako człowieka bezsprzecznie oddanego sprawie.



„Sky’s the limit. I’m in. Big-time.” – Tom Benson.

 



Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

WIELKI DEPRESANT GREG STIEMSMA

niedziela, 15 kwietnia 2012 15:45

Kosma Zatorski

 

  Biali, badylowaci i drewniani ludzie stworzeni do  zbiórek, bloków i stawiania zasłon. Szczególny gatunek środkowych. Ich kwintesencją jest nowy i jedyny prawdziwy środkowy Boston Celtics o nazwisku, którego nie potrafiłem poprawnie napisać przez pół sezonu. Teraz piszę o nim cały tekst. Zasłużył na niego.

 

Boston Celtics przez większość sezonu byli ( i nadal są) najgorzej zbierającą drużyną sezonu. Mimo, że uwielbiacie podobnie jak ja uwielbiać moment, w którym uda im się coś zebrać z deski i podać do Rondo. Najdłuższe ręce NBA dyktują tempo gry, jak nikt inny w lidze. Kozioł, zmiana tempa, kozioł pod nogą, podanie - pstryk. Kolejna asysta. Wiele z nich zawdzięcza Greg Stiemsma - środkowy Bostonu. Przez cztery lata występował na uczelni Wisconsin. Zresztą wygląda jak młodszy kuzyn Bryanta Reevsa, który w wolnym czasie najchętniej słuchałby Ugly Kid Joe oraz wędkował. Grając w barwach Badgers, Stiemsma wystąpił w 95 spotkaniach podczas których zablokował swoich rywali 95 razy. To piąty w historii wynik uczelni. Nie był jednak pierwszym centrem zespołu. Zaszczyt wyjścia w pierwszej piątce zdarzył mu się ledwie w siedmiu meczach. Stiemsma nie był typem wesołka, hulaki i podrywacza dziewczyn z zespołu cheerleaders. Był wręcz zaprzeczeniem takiego kogoś. Mało brakowało, aby Greg w ogóle nie skończył uczelni, nie zrobił kariery i nigdy nie bronił jeden na jeden Lebrona Jamesa. W grudniu, podczas swojego drugiego roku gry w Wisconsin, Stiemsma cierpiał na depresję. - Czułem się po prostu cholernie źle. Leżałem w łóżku całymi dniami i nie chciałem nikogo oglądać. Żadnej telewizji, radia ani odbierania telefonów. Nie poszedłem na trening, chciałem nawet rzucić to wszystko w diabły - opowiada.

 

Z pomocą przyszedł mu Henry Perez - Guera, trener zespołu i dobry przyjaciel Stiemsmy. Wspólnie ze szkolnym psychiatrą robili wszystko, aby pomóc wyjść zawodnikowi z depresji. Dzięki terapii i medycynie wrócił jednak do gry. - Dostałem mnóstwo listów i telefonów od ludzi, którzy także cierpieli na depresję. To dało mi dużo wsparcia - komentuje zawodnik. Po kilku miesiącach wrócił do treningów. Nabrał pewności siebie. Skończył uczelnię i rozpoczął tułaczkę po koszykarskim świecie.

 

 

 

 

Do miasta zielonej herbaty, filmów Bena Aflecka i irlandzkich barów przybył z... Turcji. Tam rozpoczęła się jego profesjonalna kariera w zespole Oyak Renault, gdzie często rzucał po kilkanaście punktów i dokładał tyle samo zbiórek. - Takich statystyk nie notowałem od ogólniaka - żartuje. Później podpisał kontrakt w... Korei Południowej z zespołem Knights. Stamtąd Stiemsma próbował dostać się do NBA. Grywał w Sioux Falls - gracz defensywny roku D-League, następnie dostał angaż do Minnesoty, jednak po dziesięciu dniach został zwolniony. Nie zagrał ani jednego meczu. David Kahn jak zwykle nie miał nosa. Nie mieli go także Cleveland Cavaliers, którzy zwolnili go po miesiacu z hakiem. Później Stiemsma przeniósł się ponownie do Turcji, gdzie grał w Turk Telekom. I tam wypatrzyli go ludzie Danny’ego Ainge’a.

 

Mający najwyższy payroll w lidze Celtics (87 mln dolarów) zaproponowali środkowemu dwuletnią umowę. W pierwszym roku zarobi ligowe minimum 762 tys. dolarów, w drugim może liczyć na ponad 1 mln dolców - w qualifying offer. Pewnie je dostanie. Już od swojego debiutu zadziwia koszykarskich speców swoją efektywnością. Już w debiucie przeciwko Hornets w ciągu 20 minut zaliczył 6 bloków. Zresztą jego obecny stosunek efektywności bloków do minut na boisku stawia go na pierwszym miejscu w lidze. Siemsma także świetnie zbiera, kończy akcję po pick-n-rollach i dysponuje niezłym rzutem z dystansu. Jeżeli szukacie meczu, w którym można docenić jego klasę, to sprawdźcie jego minuty przeciwko Miami Heat na wyjeździe. Stiemsma próbował tam nawet bronić w grze jeden na jeden Lebrona Jamesa, który grał z nim przodem do kosza. - Dla niego gra jest prosta, bo wie co robi. On blokuje i zbiera, a poza tym jak na takiego drągala to świetnie podaje. Musi ćwiczyć cały czas swoją grę w obronie, gdy rywal gra na post-upie. Szczerze mówiąc? Gdy do nas przychodził wiedziałem tylko, że będzie świetnie blokował. Nic więcej! - mówi Doc Rivers, trener Celtów. Żartuje, że Stiemsma będzie następnym Billem Russelem.

 

Jego grę chwali także Kevin Garnett, uchodzący podobno za najlepszego kumpla z drużyny, jakiego chcielibyście spotkać. - Steamboat jest coraz lepszy. Daje nam to, czego potrzebowaliśmy gdy blokuje, zbiera a teraz także trafia te swoje 15,16 footery. Gra dobrą koszykówkę i ciężko pracuje. Szczerze wierzę, że Danny na końcu go nagrodzi - wyjaśnia KG. Szkoda, że seria The Association nie śledzi dalej drużyny Celtics. - To dla mnie znakomity sezon i czuje się to świetnie - dodaje gracz nazywany Stiemerem. Boston już go zdążył pokochać.


 

 



Podziel się:

komentarze (10) | dodaj komentarz

12 DNI DO KOŃCA SEZONU: ORLANDO LECI W DÓŁ

niedziela, 15 kwietnia 2012 14:18

Maciej Kwiatkowski

 

Dwa ostatnie dni stały pod znakiem walki Phoenix Suns o awans do play-offs. Imponująca druga połowa w Houston kosztowała ich jednak sporo i Steve Nash na bolącym biodrze wygenerował z siebie tylko sześć minut w blowoucie w San Antonio. 

 

Drugą ważną kwestią jest kontuzja pleców Dwighta Howarda, która może jeszcze namieszać w układzie Konferencji Wschodniej... Spokojnie fani Magic - nie martwcie się jednak o udział w playoffach, ponieważ Schmucks wciąż nie mogą pokonać teamów powyżej +0.500 u siebie w domu. 

 

Trzecia sprawa to fakt, że poznaliśmy już chyba kolejność 1-4 na koniec sezonu w Konferencji Wschodniej.

 

WSCHÓD

 

1. Chicago Bulls (45-14). Bulls, którzy do połowy sezonu mieli najwięcej rozegranych spotkań w NBA, teraz zbierają tego efekty. Mieli piątek i sobotę wolną, a Derrick Rose dwa dni na to, aby przywrócić siebie do lepszejj formy, którą dziś będzie chciał pokazać w Detroit przeciwko innemu rozgrywającemu ze stajni Johna Calipariego. 

 

2. Miami Heat (41-17). Ronny Turiaf i Udonis Haslem nie zagrali w piątek przeciwko Charlotte Bobcats, dzięki czemu Joel Anthony wrócił do piątki i zaliczył 10 punktów, 5 zbiórek, 4 bloki i 1 przechwyt. Tak - będę wypisywał dokładne statystyki Anthony'ego, nawet te przeciwko Bismackowi Biyombo, ponieważ myślę, że jeśli Heat chcą wrócić do atletycznego i szybkiego stylu gry opartym na przechodzeniu z obrony do ataku, to obrona pick/rolli i bloki z pomocy Anthony'ego będą nieodzowne. Co do reszty rotacji? Erik Spoelstra wciąż jeszcze szuka odpowiedzi i nie wiem nawet czy zostanie z Anthony'm w piątce. 

 

3. Indiana Pacers (38-22). Pacers wygrali cztery mecze z rzędu (2x Cleveland, Toronto, Milwaukee) i generalnie do końca sezonu mają terminarz, który może pomóc im się jeszcze lepiej dograć (2x Philly, Milwaukee, Detroit, Minnesota, Chicago w ostatni dzień sezonu), a nie otrząsać się z porażek. Wydaje się, że trzecie miejsce na Wschodzie jest już ich. 

 

4. Boston Celtics (35-25). Celtics przegrali w piątek w Toronto, a w sobotę Avery Bradley rzucił 11 punktów w trzeciej kwarcie i Celtics wygrali w jednym z ostatnich spotkań w historii New Jersey Nets. Podobnie jak w przypadku trzech drużyn wyżej - wydaje się, że Celtics zaklepali sobie pozycję nr 4, którą gwarantuje im zwycięstwo w Dywizji Atlantyku. Mają 3,5 meczu przewagi nad New York Knicks. Ray Allen, który boryka się z kontuzjowaną kostką jest 50/50 na niedzielę. 

 

5. Atlanta Hawks (35-24). Sądząc po tym co Hawks zrobili w Orlando (109:81), nie wygląda na to, aby stracili piąte miejsce, jeżeli wygrają trzy kolejne spotkania (2xToronto, Detroit). Hawks zawdzięczają swój bilans głównie temu, że pokonują bardzo regularnie teamy poniżej +0.500. Magic bez Howarda są jednym z nich (1-4). 

 

6. Orlando Magic (34-25). Tu sprawy robią się interesujące. Howard opuści ostatnich siedem spotkań sezonu regularnego. Magic grają dzisiaj w Cleveland, co w normalnych warunkach gwarantowałoby im zwycięstwo, ale Luke Harangody może pokazać Ryanowi Andersonowi to co wczoraj pokazał Washington Wizards (16 punktów, 10 zbiórek). W poniedziałek Magic grają u siebie przeciwko bardzo dobrej obronie 76ers, która bez Howarda może zamknąć ich na dystansie. Następnie w środę Magic goszczą w Bostonie, gdzie będą potrzebować 30/20 od Glena Davisa, a w sobotę grają w Utah przeciwko Jazz, którzy będą do końca walczyć o playoffy. Co dalej? Dzień później back-to-back na 1600 metrach w Denver. Tak więc bardzo możliwe, że wygrają tylko jedno z pięciu kolejnych spotkań. Sezon zakończą back-2-back z Charlotte i na wyjeździe z Memphis. Jeśli zaliczą 2-5, to zakończą go z bilansem 36-30. 

 

7. New York Knicks (31-28). Knicks, jeśli chcą zacząć gonić, to muszą wygrać dzisiaj u siebie z Miami Heat. Z siedmiu meczów, które im zostały, musieliby wygrać pięć, żeby ...pozbawić nas najciekawszego matchupu w I rundzie Wschodu, czyli Knicks/Heat. Knicks zagrają jeszcze z Bostonem (dom), New Jersey (wyjazd), Cleveland (wyjazd), Atlanta (wyjazd), LA Clippers (dom), Charlotte (wyjazd). Przed meczem w Atlancie obie drużyny będą miały mecz przerwy, więc widzę tu potencjalną porażkę. To samo, gdy Chris Paul przyjedzie do Nowego Jorku i Clippers walczyć będą jeszcze o 3. miejsce na Zachodzie. 

 

8. Philadelphia 76ers (31-29). 76ers przegrali w piątek u siebie z New Jersey (89:95), więc dlatego mecz wyjazdowy z Nets Knicks też muszą wziąć poważnie pod uwagę. Nie chcę mi się pisać o 76ers - cięzko się ich ogląda od czasu, gdy Evan Turner miał tydzień gry na poziomie All-Star, a potem wystraszył się czegoś w metrze.

 

9. Milwaukee Bucks (29-31). Porażka w sobotę z Indianą (99:105) to już 7 w 8 meczach z drużynami +0.500 od czasu transferu Monty Ellisa. Bucks przegrali deski -11 i to już tradycja. Ostatnio z Knicks Bucks oddali 28 punktów w pomalowanym w samej pierwszej kwarcie. Zapomniałem dodać - Bucks kolejny raz przegrali u siebie. Do końca sezonu zagrają jeszcze z Waszyngtonem, Indianą, New Jersey, Toronto, Philadelphia, Bostonem. Statystycznie powinno być tu 3-3, ale Celtics ostatniego dnia sezonu mogą sobie spokojnie odpuścić mecz z nimi. Tak więc dopiero 25 kwietnia możemy poznać team nr 8 w Konferencji Wschodniej, tym bardziej, że zwycięzca meczu w Filadelfii weźmie tie-breaker. Nie przypuszczałem, że tak będzie ale walka o 8 miejsce na Wschodzie znowu zaczyna przypominać wyścig z zeszłego roku, gdy nikt nie chciał awansować do Top8.

 

ZACHÓD

 

1. Oklahoma City Thunder (44-16). Rick Adelman po meczu ostatniej nocy: "I don't think we ever thought we'd be putting Anthony Randolph on Westbrook in the fourth quarter and whoever on Durant,". OK, zwłaszcza, gdy Randolph szuka Westbrooka w transition-defense... Westbrook rzucił 35 punktów i miał 8 asyst, a Kevin Durant 20 z 43 punktów zdobył w czwartej kwarcie. Thunder byli w back-2-back na wyjeździe, więc nie będę pisał o tym jak pozwolili Timberwolves bez Ricky'ego i Kevina Love'a rzucić 100 punktów. James Harden nie zagrał w piątek z powodu urazu kolana. Z Minnesotą już wrócił do gry, ale gdy widzę w jednym zdaniu "James Harden" i "knee" to przyznam, że się martwię. 

 

2. San Antonio Spurs (42-16). Czuję, że fani Spurs docenią taki stat: w ostatnich 10 latach zwycięzcy sezonu regularnego w obydwu konferencjach spotkali się w finale tylko jeden raz (Celtics/Lakers w 2008 r.). Spurs mają jeszcze najwięcej, bo aż 8 spotkań do rozegrania i wyjazdową serię back-to-back-to-back. Zobaczymy więc jak będą dozować sobie odpoczynek. Jak to powiedział Stephen Jackson po dzisiejszym - idealnym pod tym kątem blowoucie z Phoenix - "You never know what Obi-Wan is going to do." 

 

3. Los Angeles Lakers (38-22). Fanbase Lakers zaczyna się trochę denerwować kłopotem Kobe'go Bryanta z czymś co fachowo nazywa się "zapalenie pochewki maziowej ścięgna" w czymś co fachowo nazywa się goleń, ale nikt prawie nie używa tego słowa. Aktualnie są dwie metody myślenia: z jednej strony Bryant odpoczywa po tym jak Mike Brown grał nim po 38 minut w sezonie, aby nie stracić swojej pracy (ławka Lakers nie dawała mu większego wyboru), z drugiej - Bryant w trzech z czterech ostatnich sezonów grał po 82 spotkania, więc jeżeli coś dopadło, to nie na żarty. Z trzeciej strony Metta World Peace i Matt Barnes są w bardzo dobrej formie, a Andrew Bynum gra jak Top10 zawodik w lidze, więc Lakers mogą nadal wygrywać mecze. 

 

4. Los Angeles Clippers (37-23). Stat jest taki: Clippers są 7-0 w meczach, w których Chris Paul oddaje 20 rzutów. W tej serii są m.in. zwycięstwa nad Miami, Lakers, Oklahomą i San Antonio. Mo Williams wrócił do gry i wydaje się, że Vinny Del Negro wie już jak rozdzielić minuty z ławki dla niego, Erica Bledsoe i Nicka Younga. Problemem dla obrony Clippers zawsze będzie to, że dwóch z nich musi grać o pozycję wyżej niż nominalna, a center Clippers z ławki nazywa się Kenyon Martin i czasem woli bronić rzucających obrońców niż centrów. 

 

5. Memphis Grizzlies (35-24). Grizzlies mają już 2,5 meczu straty do Lakers i 1,5 meczu straty do Clippers, ale myślę, że pozycja Grizzlies przed playoffami nie ma akurat wcale tak wielkiego znaczenia. Ważniejsze jest to czy ich X-faktor utrzyma formę rzutową. Grizzlies są na 23. miejscu w skuteczności rzutów za trzy, ale dopiero na 28. miejscu w liczbie prób na mecz. O.J. Mayo trafił 23 z 45 ostatnich prób w dziesięciu spotkaniach (51%), Grizzlies wygrali osiem z 10, w tym jedno wczoraj właśnie dzięki jego 3/3 za trzy w czwartej kwarcie. Poza tym - jestem fanem tego jak Rudy Gay uczy się od Tony'ego Allena stając się draniem na deskach, zbierając i blokując rzuty. Do tego wymusza 28% strat w pick/rollu - to nawet więcej niż Allen, jeden z najlepszych obrońców na piłce (21%). Gay mierzy 206 cm wzrostu i kiedy jest w pełni zaangażowany po bronionej stronie boiska, dostarczając regularnie 20 punktów na mecz, dotyka poziomu All-Star. Jeżeli złapiecie niebawem mecz Grizzlies, warto popatrzeć nieco od piłki, jak jego warunki fizyczne przydają się Memphis gdy schodzi do pola trzech sekund. W końcu - wszyscy już mówią o tym, że Grizzlies będą czarnym koniem, ale to nie jest wcale tak proste do wytłumaczenia czemu. Tym bardziej, że Zach Randolph wciąż wchodzi z ławki rezerwowych. 

 

6. Dallas Mavericks (34-26). Mavericks są 11-11 bez Delonte Westa i 23-15 z nim w tym sezonie. To mniej więcej wszystko na ten temat - bez zbędnego rozwodzenia się. West jest jednym z niewielu role-players w lidze, którzy mogą grać na pozycjach 1/2 i dawać tyle samo w ataku, co w obronie. To bardzo ważne dla każdego kontendera, dlatego znalazłby sobie w miejsce praktycznie w każdej rotacji w NBA. Tie-breakery Mavericks z każdym z czterech teamów poniżej dają im raczej spokój, choć jeśli przegrają dziś w Staples Center i w poniedziałek w Utah, to jeszcze wszystko możliwe. 

 

7. Houston Rockets (32-27). 48 minut na pozycji rozgrywającego od Kyle'a Lowry'ego i Gorana Dragica to jak ekwiwalent posiadania playmakera klasy All-Star, a cały mecz na pozycji centra od Marcusa Camby'ego i Samuela Dalemberta to jak 36 minut Tysona Chandlera i 12 minut Josha Harrellsona. Luis Scola i Patrick Patterson potrafią z kolei zadbać o pozycję silnego skrzydłowego jak 48 minut Carla Landry'ego. Gdyby tylko Courtney Lee i Chase Budinger byli bardziej regularni - Lee był 0/6 za trzy, a Budinger 3/12, po tym jak w ostatniej serii wyjazdowej (4-0) trafili - odpowiednio - 7/14 i 9/18. Rockets przegrali dwa ostatnie mecze, ale myślę, że mogą być trudniejszym matchupem dla Oklahomy i San Antonio niż Denver Nuggets. 

 

8. Denver Nuggets (32-27). Czy Ty Lawson, Arron Afflalo i Danilo Gallinari doprowadzą Nuggets do playoffów? To najważniejsze dwa tygodnie w karierze Gallinariego. Al Harrington gra z uszkodzoną łąkotkę, więc czekają go też minuty gry na czwórce. W niedzielę/poniedziałek arcyważny dwumecz z Houston. 

 

9. Phoenix Suns (31-29). Suns wracają do US Airways Center, ale ich terminarz to nic śmiesznego: poza Portland bez LMA, grają jeszcze z Oklahomą, Clippers i Nuggets. Channing Frye trafia 40% za trzy w zwycięstwach, 29% w porażkach, so there you go [głos Hubie'go Browna]. 

 

10. Utah Jazz (31-30). Jazz przegrali w piątek (Hornets) i byli o jednego O.J'a Mayo od wygrania w Memphis w sobotę, ale to nie jest jeszcze dla nich koniec sezonu. Muszą w poniedziałek pokonać u siebie Dallas i potem zostaje im jeszcze mecz z Phoenix, ale do tego też 2xPortland bez LaMarcusa Aldridge'a i raz Orlando bez Dwighta Howarda. Z moich wyliczeń wynika, że potrzebują jednak wygrać 4 z 5 spotkań, aby zachować szansę. SZANSĘ. Nie jest to wszystko łatwe dla Tyrone'a Corbina, który próbuje wycisnąć minuty z ławki na pozycjach 1/2/3 od rookiego Aleca Burksa, Jamaala Tinsley'a, a wczoraj Blake Ahearn biegał przez 5 minut pierwszej połowy jako rzucający obrońca. Na szczęście jest Paul Millsap - jeden z zawodników, którym najłatwiej kibicować w NBA, bo nie odpuszcza żadnego posiadania po obu stronach parkietu. Do tego nie pamiętam aby Jazz kiedykolwiek dali się komuś zdominować pod koszem, gdy na parkiecie był Derrick Favors. To istotne, bo Corbin musi się ratować grając Millsapem na trójce, Favorsem na czwórce i Alem Jeffersonem na centrze, co wczoraj prawie doprowadziło do wygrania meczu w Memphis. 

 

DZISIAJ W TERMINARZU 

 

19:00 New York - Miami. Carmelo vs LeBron na PF, Shumpert vs D-Wade, Chandler vs LeBron/Wade + Madison Square Garden. W tym wszystkim tylko powrót Amare Stoudemire'a i przesunięcie Melo z powrotem na trójkę może zepsuć końcówkę sezonu Knicks. Zobaczymy co zrobi z tym Mike Woodson. Melo jest zdecydowanie lepszy w obronie, gdy nie musi biegać po zasłonach i zamiast tego przepycha się lub nie przepycha się i odpoczywa sobie pod koszem. 

 

21:30 LA Lakers - Dallas. To może być zapowiedź pierwszej rundy playoffs, szansa do słodkiego rewanżu dla Lakers za poprzedni rok. Bryant na 99% nie zagra dzisiaj. 

 

00:01 Charlotte - Boston. Michael Jordan ma szansę mieć coś wspólnego z najlepszym i najgorszym wynikiem w jednym sezonie w historii NBA, hej... 

 

00:01 Atlanta - Toronto. Don't sleep on Jannero Pargo 

 

00:01 Cleveland - Orlando. Napisałem kiedyś na twiterze, że Ish Smith to [(Rajon Rondo bez rzutu) * bez rzutu)]. Mam nadzieję, że uda mu się w NBA. Obecnie zastąpił w rotacji Chrisa Duhona, co nie jest trudne. Rok temu wystarczyło do tego 34% z gry Gilberta Arenasa. 

 

00:01 Detroit - Chicago. Kiedyś to była rywalizacja. Dziś Pistons, gdy widzą Bulls martwią się o to czy rzucą 60 punktów. 

 

01:00 New Orleans - Memphis. New Orleans Hornets mają nowego właściciela, który ma 84 lata i zapewni klubowi stabilizację. 

 

02:00 Denver - Houston. Marcus Camby nigdy nie był zadowolony ze stylu w jakim opuścił Denver, więc stać go na kolejne 18/0 w zbiórkach. A tak poważnie - nie wiem zupełnie czego się spodziewać po tym spotkaniu, ale to alternatywny mecz dnia.


 



Podziel się:

komentarze (7) | dodaj komentarz

NO-STAR LINEUPS 2011/12

sobota, 14 kwietnia 2012 16:20

Maciej Kwiatkowski

 

Chicago Bulls są 16-7 w tym sezonie bez Derricka Rose'a. Niektórzy uważają to za powód, przez który Bulls będą w tym sezonie lepsi w playoffach. Inni, do których grupy się przyłączam, nie są tak przekonani i woleliby zobaczyć Rose'a w wysokiej formie jeszcze przed końcem pierwszej rundy play-off. 

 

Byłem dziś w studio nowego portalu 2Takty.com, gdzie rozmawialiśmy z Piotrem Zarychtą i Piotrem Szeleszczukiem m.in. o Bulls (wideo powinno być niebawem). Kiedy wyszedłem pomyślałem sobie, że chyba jestem trochę zbyt szorstki dla Bulls. Postrzegam ich ostatnio TYLKO w aspekcie tego czy będą w stanie pokonać Miami Heat w czterech meczach. Wiem, że w zasadzie do tego sprowadza się cały sezon Bulls, ale w tym wszystkim jest miejsce na coś więcej.

 

Ponieważ, gdyby Bulls nie mieli np Rose'a do końca sezonu, to byliby zdecydowanie moim ulubionym zespołem w tej chwili, czarnym koniem do mistrzostwa, drużyną, której bym po prostu kibicował. Broniliby znakomicie, bo musieliby bronić znakomicie żeby wygrywać. Musieliby ciężko pracować i byłoby w tym wszystko to co najlepsze w NCAA... Butler Way. 

 

Dlatego postanowiłem sprawdzić jak wyglądają najciekawsze lineupy NBA, w których brakuje GWIAZD. Zrobiłem to dla wybranych zespołów, które będą grać lub walczą o playoffs. Aby nie nadawać temu większego znaczenia, to kto jest "Gwiazdą", a kto nie, potraktowałem dosyć umownie. 

 

OKLAHOMA CITY THUNDER 

 

Reggie Jackson - Daequan Cook - James Harden - Nick Collison - Nazr Mohammed 

 

MINUTY: 126
ATAK: 114.0 pkt na sto posiadań
OBRONA: 99.2 

 

Możemy już nie zobaczyć tego ustawienia w tym sezonie odkąd do Oklahomy dołączył Derek Fisher. Wiem też, że niektórzy skrzywią się na to, że jest w nim James Harden, ale Thunder po prostu nie grają bez żadnego ze swoich Big3 na boisku - chyba, że prowadzą właśnie +25 i jest połowa czwartej kwarty.

 

To w zasadzie jest James Harden Is A Star In The Making Lineup

 

Ustawienie Hardena jako playmakera na lewym skrzydle w pick/rollu z Nickiem Collisonem i z Daequanem Cookiem w prawym rogu daje tej piątce 41% skuteczności za trzy, 50% z corner 3's, a także solidny defense na piłce i w polu trzech sekund.  

 

Trik? Cook był kontuzjowany, gdy Fisher przyszedł do Oklahomy, ale sprawdźcie ten small-sample size:

 

Line-up Fisher/Cook/Harden/Collison/Mohammed w 16 minut gry razem dotychczas zalicza 102.8 pkt per-100 posiadań w ataku i oddaje ...64.3 pkt per-100 w obronie.

 

Będą mecze w playoffach kiedy Russell Westbrook będzie potrzebował ochłonąć, a Kevin Durant będzie 5/18 z gry po trzech kwartach. Dlatego jeśli zobaczycie to ustawienie na początku czwartej, to przysuńcie się do monitora i zobaczcie czy stats don't lie.



CHICAGO BULLS 

 

C.J. Watson - Ronnie Brewer - Luol Deng - Taj Gibson - Omer Asik 

 

MINUTY: 73
ATAK: 95.1
OBRONA: 82.4

 

Jonas Jerebko zamknął oczy ze wstydu, że podjął decyzję o zaatakowaniu obręczy przeciwko dwóm liderom defensywnego ratingu w tym sezonie.

 

Mogliśmy widzieć ten lineup choćby w dogrywce ostatniego meczu z Miami, gdy Tom Thibodeau wymieniał Brewera z Kyle'm Korverem. Kiedy widzę na parkiecie czterech z 15 najlepszych obrońców w tej lidze, przysuwam się o centymetr bliżej do monitora (pamiętacie ten moment z końcówki czwartej kwarty, gdy Thibodeau wrzucił za Watsona Jimmy'ego Butlera? FREAKING GOD)

 

Nie możesz zdobyć punktów, nawet jeśli nazywasz się Dwyane Wade, LeBron James (Heat byli 0/5 z gry i mieli 3 straty w dogrywce) lub jesteś najlepszym Szwedem w historii NBA. 

 

Trafiają tylko 43% z gry i 30% za trzy, ale mają najlepszy duet obrońców 2/3 w lidze i najlepszy duet obrońców 4/5 w lidze. Brewer sam zakłada pułapki na połowie, Deng dochodzi z pomocą do jego człowieka, Gibson kryje trzech ludzi naraz i trenera drużyny przeciwnej, a Asik stoi pod koszem i podtrzymuje obręcz od spodu, żeby nie wywróciła się - tak trudno jest rzucić punkty przeciwko tej piątce.  



MIAMI HEAT 

 

Norris Cole - Mike Miller - Shane Battier - Udonis Haslem - Chris Bosh 

 

MINUTY: 118
ATAK: 105.1
OBRONA: 94.0 

 

To czwarty najczęściej grający lineup w Miami Heat, dacie wiarę? Przy czym być może wobec faktu, że Norris Cole trafił w rookie wall, trzebaby tu zastosować czas przeszły. I mam nadzieję, że ci sami, którzy nie pozwalają sobie mówić "Big 3" o trio All-Starów Miami nie będą psioczyć, że wymieniłem piątkę z Chrisem Boshem.

 

To nie jest jeszcze koniec sezonu dla Cole'a. Chłopak ma charyzmę i szybkość, żeby jeszcze przypomnieć o sobie w playoffach, gdy terminarz zwolni. Na  początku sezonu, pasował idealnie do nowej ofensywy Erika Spoelstry, która wraz z takim natężeniem spotkań odeszła sobie w niepamięć, ale myślę, że jeszcze wróci i będziemy o tym pisać w maju. 

 

Ten lineup, który zbiera 55% piłek (+4.1% więcej niż średnia Heat), trafia znakomite 47% za trzy (Miller/Battier/Cole) i 42% z mid-range (Bosh/Haslem), może pojawić się jeszcze w playoffach. Biorąc pod uwagę wpływ zaawansowanych statystyk na karierę Erika Spoelstry, jestem więcej niż pewien, że chciałby on wrócić do tego ustawienia jak najszybciej.

 

PHOENIX SUNS 

 

Sebastian Telfair - Michael Redd - Josh Childress - Markieff Morris - Robin Lopez 

 

MINUTY: 106
ATAK: 118.3
OBRONA: 97.3 

 

To najlepsza praca na świecie zarabiać pieniądze za oglądanie Phoenix Suns, dlatego widziałem chyba każdą minutę Suns w tym sezonie i przyznam, że było to takie sobie doświadczenie w grudniu i styczniu, zanim od lutego - jak to bywa zwykle z teamami Alvina Gentry'ego - ławka rezerwowych zaczęła się kształtować, dojrzewać i grać coraz lepiej. 

 

Pamiętacie może lineup Dragic-Barbosa-Dudley-Amundson-Frye z sezonu 09/10? Zagrali 121 minut i zdobywali 116.7 pkt, będąc też najlepszym defensywnie ustawieniem Suns - 102.4.  

 

Zaczęli błyszczeć w drugiej części sezonu i z pewnością pamiętacie ten lineup z wygranych serii z Portland i San Antonio, bo był trzecim najczęściej wykorzystywanym wtedy przez Gentry'ego. W 97 minut w playoffach zdobywał 118.6 pkt na sto posiadań i tracił 102.9 pkt. Z sześciu najczęściej grających był najlepszym defensywnie.

 

W całych playoffach nie było bardziej efektywniejszego lineupu spośród tych, które zagrały 90 minut.

 

Jeśli szukacie powodu dzięki któremu Suns znaleźli się w walce o playoffy i wygląda na to, że powinni do nich awansować , to mam nie tak wcale malutki. Mierzy 183 cm wzrostu, wychował się na Brooklynie, gra swój siódmy sezon w NBA i do tego roku był generalnie traktowany jako streetball player. Nie tylko jednak Gerald Green, ale Sebastian Telfair zalicza swój pierwszy sezon w karierze, w którym naprawdę pokazuje, że zrozumiał grę,  przynależy do tej ligi i powinien w niej zostać. Jako backup? Niechaj tak będzie, bo jest jednym z najlepszych w tej chwili w NBA.

 

Z miesiąca na miesiąc Telfair gra coraz więcej: 

 

Styczeń - 13.3
Luty - 13.4
Marzec - 15.7
Kwiecień - 16.1 

 

Trafia z coraz lepszą skutecznością: 

 

Styczeń - 0.297
Luty - 0.377
Marzec - 0.396
Kwiecień - 0.500 

 

... i zalicza coraz więcej asyst: 

 

Styczeń - 1.3
Luty - 1.9
Marzec - 2.5
Kwiecień - 3.8 

 

Wydłużam ten post o Telfaira, bo zamknął mi twarz w tym sezonie jak żaden inny gracz NBA. W 8 meczach kwietnia zalicza 18.1 punktów, 8.5 asyst, 2.2 przechwytu i ledwie 1.8 straty PER-36 minut. Do tego trafia wielkie trójki (np wczoraj w Houston) w czwartych kwartach, niejednokrotnie będąc na parkiecie aż do 43-44 minuty zaciętych spotkań, dzięki czemu pozwala Steve'owi Nashowi na cenny odpoczynek w końcówce sezonu. Już nigdy nie będę śmiał się z Bassy'ego Telfaira.

 

Ale to nie wszystko - nigdy nie powinniśmy śmiać się z Johna Lucasa III. Wystarczy wejść na www.nba.com/statscube albo www.basketballvalue.com i znaleźć lineup, którego statystyki efektywności po prostu wysadzą Wam głowę.


 

 



Podziel się:

komentarze (2) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  17 067 419 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   





[ Copy this | Start New | Full Size ]





















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u