Bloog Wirtualna Polska
Jest 938 507 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS


TONY PARKER NA KOLEJNE 4 LATA W SPURS

sobota, 30 października 2010 20:31

 źródło: espn.com

Piotr Makulec


Rozgrywający Tony Parker, który po sezonie miał zostać wolnym agentem, porozumiał się z San Antonio Spurs w sprawie nowego kontraktu. Będzie to 4-letnia umowa warta 50 mln $. Zasłużenie? Tak. Wiele wskazywało na to, że Francuz będzie wolnym agentem i następny sezon rozpocznie w innym zespole, a Gregg Popovich postawi na młodszego George'a Hilla. Spurs postanowili zatrzymać "trzon" zespołu z poprzedniego sezonu (Jefferson i Ginobili) i walczyć o kolejne mistrzostwo z Timem Duncanem. Z pewnością będzie im łatwiej z Parkerem, niż bez niego. 

 

"Jestem usatsfakcjonowany tym, że Spurs zaproponowali mi taki kontrakt. Dziękuję właścicielowi Spurs Peterowi Holtowi, Greggowi Popovichowi i R.C. Bufordowi. To potoczyło się tak szybko, bo negocjacje rozpoczeliśmy dopiero dwa tygodnie temu. Spurs powiedzieli mi jasno, że chcą budować zespół w oparciu o mnie. Kocham ten klub, kocham to miasto. Jestem tu u siebie. Nie mogłem odrzucić tej oferty." - powiedział na konferencji prasowej 28-latek.

"Wielokrotnie powtarzałem ludziom, że chcę zostać w San Antonio, ale nikt mi nie wierzył. Wiedziałem, że zostanę. Spurs też tego chcieli. Po jakimś czasie nie słuchałem co ludzie mówili. Pozwalałem im się wygadać. Teraz wyszło na jaw, że będę nosił koszulkę Spurs do 2015 roku. Czternaście lat w tej samej koszulce, jestem z tego dumny." - dodał.


via Probasket.pl




Podziel się:

komentarze (1) | dodaj komentarz

PORTLAND NIE PRZEDŁUŻY KONTRAKTU Z ODENEM

sobota, 30 października 2010 20:19


Przemek Kujawiński

Portland Trail Blazers i Greg Oden doszli do porozumienia w sprawie przedłużenia jego debiutanckiej umowy. Mianowicie tegoż przedłużenia nie będzie. W opinii kierownictwa klubu Oden grał zbyt mało, by zagwarantować sobie już teraz przedłużenie umowy. Oznacza to, że wraz z nastaniem lata 2011 stanie się on zastrzeżonym wolnym agentem i Blazers będą mieli prawo wyrównania każdej oferty innego klubu.

Oden jest pierwszym numerem 1 draftu od czasu Kwame Browna, który nie przedłuży swojej debiutanckiej umowy. Powody takiego stanu rzeczy są jasne. Storpedowana przez kontuzje kariera Grega nie wygląda tak, jak wszyscy się tego spodziewali i byłaby to po prostu zbyt ryzykowna inwestycja. Można jednak w ciemno obstawiać, że jeśli uda mu się powrócić na parkiet i pokaże próbkę swojego potencjału to Blazers nie pozwolą mu odejść. Jak mówi GM klubu Rich Cho:

"Cenimy Grega jako zawodnika na parkiecie i poza nim. Greg był kontuzjowany i ciężko pracował w czasie rehabilitacji. Póki co jednak dla żadnej ze stron rozpoczynanie negocjacji na takim poziomie nie wydaje się mieć sensu."

Oden musiał sobie zdawać sprawę z tego, że tak będzie i przekonuje, że nie zawraca sobie tym głowy:

"Nie przejmuję się tym. Przejmuję się tym, by znów być zdrowym. Rzecz w tym, że nie mogę nic zrobić póki nie jest chory, więc niczym innym się nie martwię."

Greg wziął udział w swoim pierwszym pełnym treningu i dobra wiadomość jest taka, że nie czuł po nim bólu w kolanie. To z pewnością dobry znak. Wciąż jednak nie podano możliwej daty  jego powrotu na boisko.

Swoją drogą, jeśli niczego nie przegapiłem to spośród zawodników loterii draftu 2007 przedłużenia kontraktów podpisali jedynie Kevin Durant i Joakim Noah. Kluby mają czas do 1 listopada. Prawdopodobnie więc w lipcu będziemy mieli wysyp przyzwoitych zastrzeżonych wolnych agentów. W kolejce po kontrakty czekają, między innymi: Al Horford, Mike Conley, Jeff Green, Corey Brewer i Thaddeus Young, a z dalszych wyborów Rodney Stuckey i Aaron Brooks.
 



Podziel się:

komentarze (6) | dodaj komentarz

RUNNING POWER RANKING & MVP RANKING #1

sobota, 30 października 2010 20:05
Maciej Kwiatkowski


Nie jestem w tym dobry, dlatego może nie powinienem nawet zaczynać, ale gdzieś tak w sobotę, niedzielę będę publikował swoje rankingi, które są po prostu moje i w zasadzie wybaczcie, ale nie będę się tłumaczyć jak je ustalam.




1. Los Angeles Lakers (2-0)
- Lakers mają swoją mydlaną bańkę; naprawdę nie interesuje ich co stało się wczoraj w Orlando


2. Boston Celtics (2-1) - w noc, w którą Rajon Rondo miał 24 asysty, miał też 7 strat, 4/12 z gry i 2/6 z linii. Tough love

3. Miami Heat (2-1) - trafili 40% z gry i upokorzyli Orlando Magic, scary stuff you guys

4. Orlando Magic (1-1) - "Słyszeliśmy wszystko to co Orlando mówiło o nas latem", LeBron James, 30.10.2010

5. Oklahoma City (2-0) - Czy Russell Westbrook jest gorszy niż Derrick Rose? Bo dla mnie nie.

6. Portland (2-0) - Been there, done that... Blazers się starzeją. 59-28 w 4 kwartach w tym sezonie

7. Dallas (1-1) - Rodrigue Beaubois wróci dopiero w grudniu. Jeśli coś ma odmienić Mavericks, to on i Tyson Chandler.

8. Chicago (0-1) - Derrick Rose póki co ma na koncie 31 minut i 31 rzutów.

9. Denver (1-1) - Shelden Williams chciałby Wam coś powiedzieć - 29 zbiórek w dwóch meczach.

10. San Antonio (1-0) - Tony Parker przedłużył dziś kontrakt ze Spurs. To naprawdę, naprawdę nie jest jeszcze koniec, ok? OK?




11. Houston (0-2)
- Bo lubię jak grają. Byli blisko z LA (-2) i w back-2-back byli blisko w Oakland (-4).


12. Milwaukee (0-2) - Brandon Jennings jest już 9/29 z gry i 2/12 za 3, ale zdobył 55 punktów rok temu z Warriors...yup

13. New Orleans (2-0) - Po cichu, po wielkiemu cichu... Do przodu u siebie z Milwaukee i Denver.

14. Memphis (1-1) - Marc Gasol skręcił kostkę, nie grał w środę. Miał nie grać w piątek, zacisnął zęby, zrobił 10/15/4 i wygrał dla Griz pierwszy mecz w Dallas od 2005

15. Atlanta (2-0) - Jeff Teague nie jest lepszy niż Jonny Flynn, przez co nie jest nadal lepszy niż Mike Bibby. Nie rozumiem tej propagandy

16. Utah (0-2) - Jak to powiedział LeBron James po meczu z Bostonem, "Nie od razu Rzym zbudowano".

17. Phoenix (1-2) - Tylko Steve Nash może powiedzieć 'nie postawiłbym na nas pieniędzy' i wyjść z tego bez szwanku. Bez Amar'e, ale nadal fun-to-wach

18. Indiana (1-1) - Roy Hibbert notuje póki co 20.5 pkt, 8.5 zb., 4.5 asysty i 3.5 bloku, trafia też 20-footery. Rób to dalej Big Fella a MIP masz jak w banku.

19. LA Clippers (0-2) - Potrzeba czegoś więcej niż Blake'a Griffin by zabrać to jedno wielkie L z Clippers.

20. New York (1-1) - Ministerstwo Głupich Kroków powinno przyjrzeć się obydwu starterom Knicks na SG i SF. Analiza: no co? zabawnie biegają i tyle.




21. New Jersey (2-0) - Jordan Farmar trafia wielkie trójki w crunchtime każdego meczu Nets. Aż mnie to nie dziwi.

22. Charlotte (0-2) - Nie wiem co się dzieje w Charlotte, ale rok temu zaczęli 3-9 i też nie wiedziałem.

23. Toronto (1-1) - Raptors mają dziewięciu graczy, którzy mogą regularnie rzucać +10 punktów i żadnego który może regularnie rzucać +20.

24. Cleveland (1-1) - Jeśli wierzysz w duchy przodków, Cleveland jest twoim teamem do oglądania.

25. Washington (0-1) - Jeśli Yi Jianlian jest najmądrzejszym graczem twojego frontcourtu, to problemem nie jest wcale Gilbert Arenas, ok?

26. Detroit (0-2) - Odpalcie League Pass i zobaczcie jak Pistons przegrali mecz z Thunder. I mogą już nie być bliżej.

27. Golden State (2-0) - Nie wychodzi się tak szybko z mojego doghouse, ale Monta Ellis trafił w tym sezonie 24 z 36 rzutów i wczoraj miał 11 asyst.

28. Minnesota (1-1) - Kevin Love nadal nie zagrał jeszcze 30 minut w meczu, ale jeśli zachowa progres czasu gry to zrobi to w następnym!!!

29. Sacramento (1-1) - Nie życzę sobie w tym sezonie nic więcej, tylko 35 zwycięstw Kings.

30. Philadelphia (0-2).






1. Chris Paul (New Orleans Hornets)


* 17.5 pkt, 11.5 ast, 5.5 zb., 0.5 str., 48% z gry, Hornets 2-0





2. Pau Gasol (Los Angeles Lakers)


* 25.0 pkt, 9.5 zb., 5.5 ast, 2.0 blk, 53% z gry





3. Dwyane Wade (Miami Heat)


* 23.0 pkt, 5.7 zb., 4.3 ast, 2.0 blk, 1.3 prz., 36% za 3





4. Devin Harris (New Jersey Nets)


* 21.5 pkt, 9.5 ast, 4.5 zb., 1.5 prz., 67% za 3





5. Paul Pierce (Boston Celtics)


* 19.0 pkt, 8.3 zb., 3.3 ast, 8/12 za 3





Podziel się:

komentarze (32) | dodaj komentarz

RONDO IS ROLLIN'

sobota, 30 października 2010 19:31
Przemek Kujawiński

Myślicie, że Rajon Rondo jest w stanie wygrać w tym roku klasyfikację asyst?

Nie da się ukryć, że Rondo zaczął fenomenalnie zaczął sezon. W pierwszych trzech spotkaniach rozdał 50 asyst i tym samym wyrównał rekordowe osiągnięcie Johna Stocktona, który w podobny sposób rozpoczął sezon 1989/90. Stockton został wtedy najlepszym podającym ligi ze średnią 14,5 asysty w meczu, która do dziś jest najlepszym wynikiem w historii. Był to również jeden z tych sezonów, gdy Stockton zaliczył ponad 1000 asyst. John w karierze dokonał tego 7 razy, poza nim udało się to jeszcze tylko po razie Isiah Thomasowi i Kevinowi Porterowi.

Trudno ocenić, czy w wypadku Rondo realne jest nawiązanie do takich wyników. Z pewnością ma ku temu świetną okazję. Jakby nie patrzeć ma do kogo podawać i praktycznie w każdym miejscu na boisku ma kogoś, kto jest w stanie w danym momencie trafić. Czy jest to Ray Allen za łukiem, KG na półdystansie, czy Shaq i Glenn Davis pod koszem.

Wczoraj zaliczył 24 asysty i nie jest nieprawdopodobne, że taki mecz mu się nie powtórzy. Choć w ciągu ostatnich 20 lat zdarzyło się to w lidze raptem 7 razy. 24 asysty i triple double zdarzyły się dopiero po raz drugi w historii. Wcześniej dokonał tego tylko Isiah Thomas.

A jak już jesteśmy przy ciekawostkach to Mike Lynch z ESPN dokopał się do kilku ciekawych rzeczy:

- Łącznie z końcówką ostatniego sezonu Kevin Durant zaliczył już 9 mecz z rzędu (sezonu regularnego) z 30 lub więcej oczkami na końcie. Ostatnią osobą, która tego dokonała był LeBron James w 2006 roku. W ostatnich 20 latach najdłuższą tego typu serią może pochwalić się Kobe Bryant, który w 2003 roku rzucił co najmniej 30 punktów w 16 meczach z rzędu.

- Po raz pierwszy od 1968 roku zespół, który wygrał mniej niż 20 spotkań rozpoczął kolejny sezon od dwóch zwycięstw. Tą drużyną są oczywiście New Jersey Nets.

- Dirk Nowitzki spudłował w meczu z Memphis 2 rzuty wolne i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wcześniej Niemiec trafił 82 osobiste z rzędu. To trzecia najdłuższa tego typu seria w historii. Rekordzistą jest Micheal Williams, który trafił 97 rzutów z rzędu w końcówce sezonu 92/93 i początku 93/94.

- Blake Griffin zaliczył drugie double double z rzędu. W ostatnich 20 latach tylko 5 koszykarzy podobnie zaczynało swoje kariery: Shaquille O'Neal, Dikembe Mutombo, Damon Stoudamire, Emeka Okafor i... James Singleton.







Podziel się:

komentarze (12) | dodaj komentarz

BYE BYE DELONTE?

piątek, 29 października 2010 21:11
Marek Dziuba

Delonte West powraca...

Powraca w roli czarnego charakteru znanego jako Desperado. Na parkiecie nie mógł się jeszcze wykazać, wskutek 10-meczowego zawieszenia. I prawdopodobnie w ogóle nie założy koszulki Celtics. Z Bostonu dotarły do nas głosy o tym, że West pobił się po treningu  w szatni z Vonem Waferem, ot co.

Dokładniejszą wersję wydarzeń przybliża nam  Alex Kennedy z hoopsworld.com:

"
Podczas partyjki 3-3, w której uczestniczyli Avery Bradley, Luke Harangody, Semih Erden i asystent Tyronn Lue, West zaczął faulować Wafera przy każdym kontakcie z piłką rezerwowego obrońcy. West atakował brutalnie do tego stopnia, że w połowie gry Wafer zszedł do szatni. W międzyczasie West rzucał przekleństwami i szydził z niego.

Po prysznicu Wafer usiadł przy swojej szafce, a West podszedł od tyłu i uderzył go. Wafer kompletnie się tego nie spodziewał, ale szybko wstał z ziemi i sam odpowiedział dwoma ciosami. Potem rzucił Westa na podłogę, zanim obaj zostali rozdzieleni przez weteranów C's.

Różne źródła mówią, że Celtics mają dość problemów Westa z resztą kolegów i rozważają jego zwolenienie."


Cóż w dzisiejszych czasach ludzie podobno częściej chorują na depresję niż na grypę. Tak, tak. Nawet ci, którzy pozornie naszym zdaniem nie mają do tego żadnych powodów. W końcu co roku inkasują miliony dolarów za robienie tego, co kochają i to w najlepszej lidze świata. Żyć, nie umierać... wydawałoby się. A jednak życie jest skomplikowane i nieobliczalne.

Wspomniana grypa przejdzie po kilku dniach. Depresja? Tutaj wygrać jest dużo trudniej. I niestety wygląda na to, że na własne oczy widzimy, jak taką walkę przegrywa naprawdę przydatny zawodnik z dużym talentem.

Usłyszeliście zapewne o niejednej legendzie z Westem za czasów jego gry w Cleveland m.in o słynnej przejażdżce z bronią. To tylko jeden z wielu znanych wybryków, a wyobraźcie sobie, że zarząd Cavaliers mnóstwo z nich zataił. W pewnym momencie Delonte był po prostu nieznośny. Latem Cavs odetchnęli z ulgą i opchnęli jego spadający kontrakt do Minnesoty, skąd został zwolniony i otrzymał kolejną szansę od Celtics.

C's wiedzieli, że podjęli ryzykowny ruch. Dlatego właśnie podpisali niegwarantowany kontrakt, kontrakt, który w najbliższych dniach powinien zostać rozwiązany.
Ja nie mam wątpliwości. Wiem, miało być zupełnie inaczej, ale ile szans można jeszcze dać?

Shaq tłumaczył problemy Westa w Ohio brakiem autorytetu w szeregach Cavaliers i obiecał, że grupa weteranów Celtics postawi go do pionu.
Nie udało się.

Swoją drogą, ciekawe o co poszło...

Update: Wow, okazuje się, że Celtics nie zamierzają zwalniać Delonte. Zobaczymy jak długo wytrzymają.




Podziel się:

komentarze (18) | dodaj komentarz

DNIÓWKA: MAGIC I HEAT, POCZĄTEK RYWALIZACJI

piątek, 29 października 2010 19:46




[ Copy this | Start New | Full Size ]








Maciej Kwiatkowski


Na pewno nie gorszy niż we wtorek mecz zapowiada się dziś w Miami.  Chyba nawet lepszy i ciekawszy. Choćby dlatego, że Magic znowu grają jak najlepszy team w lidze - najlepszy team w lidze przeciwko średniakom z wyższej półki i słabszym teamom, które rozjeżdżają gdzieś tak od stycznia tego roku jak żadna inna drużyna w lidze. Czy w starciu z talentami niezgranych jeszcze ze sobą LeBrona Jamesa, Dwyane'a Wade'a i Chrisa Bosha wyjdzie fakt, że Vince Carter, Rashard Lewis i Quentin Richardson nie mają z nimi większych szans w obronie, w indywidualnych match-upach?

Magic mają ogromną przewagę w pomalowanym i będą musieli wykorzystywać Dwighta Howarda., którego Heat nie mają za bardzo kim kryć jeden na jednego. Czy James i Wade będą dochodzić z podwojeniem zostawiając czystego Cartera, który jest od pre-season tak gorący z półdystansu i dystansu jak chyba żaden inny gracz w lidze?

Yup, Vince.

Minionej nocy Howard zdobył 23 punkty w 29 minut, mimo tego, że spudłował 10 rzutów wolnych. Joel Anthony nie będzie miał z nim większych szans, podobnie Zydrunas Ilgauskas. Jakimi matchupami zagra więc Erik Spoelstra w czwartej kwarcie? Czy zdecyduje się pozostawić na boisku Bosha z Udonisem Haslemem i tego pierwszego wysłać na Howarda? Jak Richardson i Carter poradzą sobie z kryciem Jamesa i Wade'a, który sprawiał Orlando kłopoty od zawsze?




Miami Heat i Orlando Magic - dwa mimo wszystko nadal młode kluby (grają w lidze odpowiednio od 1988 i 1989 r.), których czapeczki w latach 90-tych były hitem na naszym "Manhattanie" w Słupsku. Miałem z trzynaście lat, buty marki Roobins, dużo za długie spodenki startera Orlando Magic, które przeżyły chyba z 10 lat i zupełnie nieoryginalną czapeczkę Miami Heat. Myślę, że byłem wtedy najbardziej wypasionym kibicem w całym bloku.

Ale wracając do rywalizacji na Florydzie - tak się jakoś wydarzyło, że te dwa kluby nigdy nie były dla siebie poważnymi i wielkimi rywalami, bo zawsze któryś z nich - jeśli nie obydwa - zaliczał gorszy okres. Heat i Magic to również prywatny pojedynek Stana Van Gundy'ego z Patem Riley'em, który wykurzył go z posady w 2006 roku i poprowadził Miami Heat do jedynego mistrzostwa w historii klubu. Magic to też team, który chyba najgłośniej mówi o tym, że ma już dosyć uwagi mediów skierowanej na Miami. Mówił mi o tym zresztą wczoraj Marcin Gortat, co potem powtórzył w pomeczowym, oficjalnym recapie dla agencji Associated Press.

To będzie zdecydowanie mecz weekendu, ale to nie wszystko na co warto zarwać dwie najbliższe noce. Z Day-to-Day wrócimy w poniedziałek, bo i my potrzebujemy naładować baterie. Choć niezupełnie, bo przez weekend pisać będę trochę więcej o meczach (i nie tylko) na serwisie NBA na WP.PL.

piątek, 02:00 - Denver @ New Orleans. Alternatywnie, u mnie na podlgądzie, bo o tej samej godzinie startuje mecz w Miami. Chris Paul zdobył 17 punktów, rozdał 16 asyst i dominował piłkę w wygranym, pierwszym meczu Hornets przeciwko Milwaukee Bucks. Carmelo Anthony natomiast nie chce grać dłużej w Denver, mówi o tym, że "nadszedł czas na zmiany" i nie przypominam sobie, aby dotychczas wyraźniej podkreślił chęć opuszczenia Nuggets.

 Tymczasem Nuggets zdemolowali Utah Jazz w środę i dziś zagrają w Nowym Orleanie w jednym z ostatnich spotkań, w których Paul i Anthony mogą grać jeszcze przeciwko sobie.


piątek, 04:30 - LA Clippers @ Golden State. O tej samej porze LA Lakers goszczą w Phoenix, ale bez Amar'e Stoudemire'a i z Lakers dopiero wchodzącymi w sezon to już nie to samo co w maju. Dlatego na dużym ekranie będzie u mnie starcie najlepszego strzelca ligi tego sezonu, Monty Ellisa z Baronem Davisem, jego byłym funflem z Warriors. A gdzieś między jedną, a drugą akcją Blake Griffin będzie pokazywał, że obok LeBrona Jamesa i Dwighta Howarda może być jednym z trzech najbardziej atletycznych koszykarzy grających obecnie w lidze.

sobota, 01:30 - Sacramento @ Cleveland. Pamiętacie jeszcze co oznacza sobota w NBA? Zielone światło dla kibiców z Polski, żeby spędzić wieczór poza domem. Dziewięć spotkań i poza wizytą Tyreke'a Evansa w Cleveland (dla obu drużyn będzie to mecz back-to-back) interesująco dla mnie wygląda jeszcze przyjazd Paula i Hornets do San Antonio, którzy w pierwszym meczu sezonu rzucili 122 punkty i wygrali u siebie z Indianą Pacers.



Podziel się:

komentarze (18) | dodaj komentarz

HOWARD I JEGO KARA ZA SPUDŁOWANE WOLNE

piątek, 29 października 2010 17:57
Przemek Kujawiński

Pamiętam jeszcze w dzieciństwie na treningach czasem po spudłowanym rzucie, dostawaliśmy karę w postaci kółka dokoła hali, lub 10 pompek. Najwyraźniej zdarza się to też w NBA.



Widziałem to wczoraj w meczu, ale pomyślałem, że to jakaś "cieszynka". Jak się okazuje była to kara za kolejne spudłowane wolne (Dwight trafił wczoraj tylko 9 z 19 rzutów z linii). Stan Van Gundy nie ma z tym nic wspólnego:

"Nie miałem o tym pojęcia, skupiam się na tym, co dzieje się na parkiecie."

Za taką karą stoi sam Howard i inni zawodnicy Magic, którzy dokuczali mu z powodu spudłowanych rzutów:

"Koledzy z drużyny mówili, że spudłowałem dziś za dużo wolnych. Mówili, jak w dobrej formie jestem, jeśli chodzi o mój jumpshot, ale moje wolne nie były już takie dobre, więc śmiali się ze mnie."

Zawsze to jakiś sposób na mobilizację. Oby podziałał, bo te 10 zmarnowanych punktów, które z Wizards nie miały znaczenia, może rozstrzygnąć wiele spotkań na korzyść Magic.



Podziel się:

komentarze (9) | dodaj komentarz

DAY-TO-DAY: KOLEJNI BIEDACY TRAFILI NA ORLANDO MAGIC

piątek, 29 października 2010 5:40
Przemek Kujawiński

(0-1) WASHINGTON @ (1-0) ORLANDO 83:112

boxscore

To był blowout. To był blowout i to praktycznie od pierwszej minuty tego spotkania. Nie było nawet sekundy w tym meczu, w której ktoś mógłby powiedzieć, że Wizards byli lepszym zespołem. Nowa hala Amway Center został oficjalnie ochrzczona i powiem wam, że może to być najgorętszy parkiet w całej lidze w tym sezonie. Jakbym miał teraz zakładać, to wątpię, czy Magic przegrają tam więcej niż 3-4 spotkania.

Wszyscy w Orlando mogli być zadowoleni. Od Stana Van Gundy'ego (w koszuli, choć bez krawata), aż po kibiców, którzy po setnym punkcie swojej drużyny mogli odebrać darmowe środki czystości.

Jednak nie tylko Amway Center była chrzona dzisiaj. Swoją inicjację przeszedł również John Wall. Numer 1 tegorocznego draftu nie mógł chyba trafić gorzej w swoim debiucie, bo musiał mierzyć się z najlepiej obecnie grającym zespołem w lidze.  Magic solidnie przeanalizowali taśmy z preseason i Wall nie miał praktycznie okazji, by atakować obręcz. Nawet jeśli próbował to wyrastał przed nim Dwight Howard (23 punkty, 10 zbiórek, 3 bloki) i grzecznie witał go w NBA. Wall zmuszony był rzucać często z półdystansu, gdzie zostawiano mu dużo miejsca i jego jumpshot (a raczej jego brak) nie zawiódł Orlando. John skończył z 14 punktami (z których większość rzucił, gdy na boisku byli już rezerwowi), trafił tylko 6 ze swoich 19 rzutów. i tylko 3 razy gościł na linii rzutów wolnych. Dołożył do tego 9 asyst, jednak nie miał wielu okazji, by grać do swoich kolegów pod kosz, gdzie Magic niepodzielnie dominowali.

Już w pierwszej kwarcie oddał aż 8 rzutów, co jest najwyższym tego typu wynikiem od czasów debiutu LeBrona Jamesa, który rzucał 10 razy w tym czasie.

Wall jako jedyny w swojej drużynie był w stanie w ogóle przebić się pod kosz dzięki swojej szybkości, ale nie starczało mu już siły i sprytu, by wykończać akcje, gdzieś między rękoma Dwighta Howarda. Będzie lepiej, z pewnością będzie lepiej, ale po tym spotkaniu Wall ma do odrobienia lekcję, bo właśnie zobaczył, czym jest NBA. Przede wszystkim wciąż musi pracować nad swoim rzutem z wyskoku. Nie mówię nawet o rzucie za trzy, bo dzisiaj wyraźnie bał się tej odległości i nie zdecydował się nawet na jedną próbę, ale musi zacząć trafiać regularnie rzuty z 5 metra. W innym wypadku wszystkie zespoły zaczną zamykać przed nim trumnę i odetną mu możliwość zdobywania punktów. Nie widziałem też żadnej próby wejścia z floaterem, zamiast tego Wall próbował zawsze wejścia aż do samego końca. Patrząc na przykład Rajona Rondo, który w ten sposób radzi sobie, gdy obrońcy zostawiają mu miejsce na półdystansie, może to być jakieś wyjście.

John Wall nie zagrał rewelacyjnie, ale patrząc na jego kolegów był to przyzwoity występ. Wizards w obronie wyglądali tragicznie. Vince Carter (18 punktów, 8-12 z gry) dostawał się pod kosz z balkonikiem przed sobą i kończył bez najmniejszego znaku protestu od wysokich rywali na pożegnanie machają do nich swą epicką brodą. Ryan Anderson (2/8) miał akcję, w której minął obrońcę wzdłuż linią i zerwał obręcz. Jeśli robi Ci to nawet Ryan Anderson, to masz problem.

Wizards nie mieli żadnej odpowiedzi na Dwighta Howarda, który trafił 7 ze swoich 9 rzutów i powędrował na linię... 19 razy. Pod żadną z tablic. Howard znów uruchomił swój prawy baby hook, który wciąż wygląda trochę pokracznie, ale najważniejsze, że jest skuteczny, a raz trafił nawet z 3 metrów o tablicę z ręką na twarzy.

Dzięki tak wysokiemu wynikowi więcej pograł Marcin Gorta (8/7), który dwa razy wykończył pick'n'rolle  z Chrisem Duhonem i raz skończył akcję jeden na jeden z obrońcą. Całkiem niezły występ Marcina, który znów pokazał się z dobrej strony w obronie, choć raz zaspał przy wejściu Walla.

Jedynym jasnym punktem w drużynie z Waszyngtonu był niespodziewanie Cartier Martin (19 punktów). Pozostała część ekipy z Andrayem Blatche (6 punktów) na czele skupiała się bardziej na oddawaniu rzutów. Skąd tylko się dało. Szczególnie "udany" występ zaliczyli wszyscy wysocy, którzy kompletnie pogubili się w obronie (patrzę na ciebie JaVale McGee) i dali się zniszczyć na deskach (67-39).

Wall do powrotu Arenasa i Josha Howarda może mieć problem z "rozgrzaniem" ofensywy Wizards. Szczególnie kiepsko dobraną parę może tworzyć z Blatche, który nie wygląda jakby miał nagle przestać być łowca statystyk.

Magic póki co mogą spać spokojnie. Na starcie sezonu są już w świetnej formie i praktycznie każdy ich zawodnik pokazał się dziś z dobrej strony (choć ciężko oceniać rezerwowych, którzy grali już całkiem na luzie). Pierwsza piątka rzucała dziś ze skutecznością 70%.

Dziś derby Florydy, ale w tej chwili to Heat mają więcej zmartwień.


Maciej Kwiatkowski


(1-1) PHOENIX @ (0-2) UTAH 110:94

boxscore


Phoenix Suns wyszli na parkiet w Energy Solutions Arena trafiając bardzo dobrze już od pierwszej akcji. Był moment w tym meczu na jego samym starcie, że obydwa teamy miały 8 punktów, z których 6 rzutami za trzy zdobył Hedo Turkoglu (13 pkt, 3/6 za 3). "Hedo witamy z powrotem w Prime Time" pomyślałem. Hedo też, bo w kolejnej akcji zrobił typowy heat-check.

Suns zagrali jednak bardzo efektywnie w ataku (115.8 ef.), kierowani przez Steve'a Nasha (18 pkt, 5 as, 5 to, 6/10) i z trochę nieoczekiwaną dominacją Hakima Warricka (26 min, 18 pkt, 11 zb, 6/11, 6/7 ft), który miał w sobie energię i werwę stu pięćdziesięciu Andray'ów Blatche'ów. Warrick za każdym razem, gdy wspinał się - prawie dosłownie - nad obręcz dobrze wiedzał... on już dobrze wiedział że właśnie gdzieś tam na długość ręki dłoni nad nią nie znajdowało się nic aż od maja tego roku, gdy Pau Gasol przerzucał półhaki jak mechagodzilla przerzucała samoloty. Teren był wolny, tak że nawet Grant Hill (29 min, 9 pkt, 12 zb, 3/7) minął od linii i przeleciał nad front-courtem w ostatniej chwili będąc faulowanym. Przed help-defense Jazz jeszcze bardzo dużo treningów.

Suns prowadzili do przerwy szesnastoma punktami. Jazz spudłowali do przerwy jedenaście lay-upów i każde kolejne posiadanie było dla nich jak szkoła życia. O ile Raja Bell (7 pkt, 3/12) zna playbook Jazz, bo grał dla Utah kilka lat temu i nie ma problemów patrolować baseline (choć spudłował wiele otwartych rzutów), tak Al Jefferson (20 pkt, 9 zb, 0 blk, 8/18, -14) nadal jeszcze uprawiał w swoim własnym ogrodku i po dwóch meczach nie ma żadnej asysty. Szedł agresywnie na kosz, tego odmówić mu nie można, ale poza fragmentem trzeciej kwarty, gdy Deron Williams  (13 pkt, 6 as, 3 to, 3/12) miał swoje jedyne pięć minut bardziej agresywnej gry Jazz zagrali kolejny raz bez symbiozy w ataku. Tylko 19 asyst przy 36 trafieniach i do tego aż 16 strat, z których kontrataki pozwoliły Suns otworzyć przewagę.

Publiczność w Energy Solutions była bliska wyrwania krzesełek. Ci ludzie mieli więcej energii po całym dniu pracy niż koszykarze Jerry'ego Sloana po dwugodzinnej drzemce. Nic dziwnego, że ci drudzy schodzili do szatni wybuczeni przez tych pierwszych.

Defense Jazzmenów był drugi mecz z rzędu nieobecny, a ławka rezerwowych nie potrafił dodać energii. Wydawało mi się nawet, że C.J. Miles został wybuczany tak po prostu, gdy wchodził na parkiet. Pewnie nie, ale chyba powinien.

Deron Williams:


"
I think the focus is there. We don't know the offense. It's as simple as that. We don't know the offense. The defense has to be better, of course. We're giving up way too many points. That's where it needs to start. We knew we were going to struggle a little bit offensively. But if we play defense the way we're doing, it's hard to beat anybody. I think we're letting the offense a little bit — that we're not scoring — dictate what happens on defense. We can't do that."


Channing Frye rzucił 14 punktów (2/7 za 3), Jason Richardson dołożył 16 (7/14). A dla Jazz najwięcej energii mieli ponownie Paul Millsap (19 pkt, 13 zb, 9/13) i Gordon Hayward (25 min, 6 pkt, 6 zb, 3 blk). Williams starał się od czasu do czasu rozruszać ofensywę Jazz, ale frustrował się brakiem porozumienia z Jeffersonem, nie próbując też przejąć meczu w pojedynkę, co przy seryjnym pudłowaniu pół-haków przez  Big Ala mogłoby być receptą na emocje w czwartej kwarcie. Jazz odrabiali straty to przerwie, Williams i Andrei Kirilenko (19 pkt., 4 as., rozdwojone końcówki) ożywili grę, ale wejście Warricka i Gorana Dragica (15 min, 11 pkt, 6 as) na starcie czwartej kwarty rozstrzygnęło mecz i Suns prowadzili już piętnastoma punktami na dziewięć minut przed końcem.

Suns nie zdali się sponiewierać na deskach (44-45) i przy dobrym celowniku Nasha, Richardsona i Turkoglu (7/14 za 3) wygrali na terenie, który wiosną będzie pewnie znowu trudny do zdobycia.

Hakim Warrick po meczu musiał zapłacić za tą lodówkę red-bulla, którą opróżnił przed wejściem do tunelu, ponieważ mało brakowało a wyskoczyłby z hali. Podejrzewam, że jego buty eksplodowały w szatni albo spaliła mu się gumka w spodenkach. Warrick był tak napalony, że w trakcie meczu zacząłem googlować co go takiego kiedyś spotkało w Salt Lake City, że przyniósł tyle energii do gry. Spisywał się zwłaszcza wybornie na pick&rollach z Dragicem i Nashem. Jeszcze kilka takich meczów i Alvinowi Gentry'emu będzie trudno trzymać go jako zmiennika.




Podziel się:

komentarze (11) | dodaj komentarz

W MINNESOCIE PO STAREMU

czwartek, 28 października 2010 20:51
Przemek Kujawiński

Złoty medal mistrzostw świata nie wystarczy, by przekonać kogokolwiek w Minnesocie, że Kevin Love jest najlepszym zawodnikiem tego zespołu. Nie wystarczy świetny preseason, nie wystarczy fakt, że od kiedy przyszedł do ligi jest jednym z najlepszych jej zbierających. Co jeszcze musi zrobić Kevin Love, żeby w takim zespole, jak Minnesota dostawać więcej minut gry? Ktoś zna odpowiedź na to pytanie? Love w swoim pierwszym sezonie zaliczał średnio 25 minut gry, w drugim niecałe 29. Ten rozpoczął od... 24.

Może wiecie coś, czego ja nie wiem? Love nie może grać więcej niż 30 minut, bo David Kahn i Kurt Rambis planują, że będzie liderem zespołu w 2020 i muszą go teraz oszczędzać?

Wczorajszej nocy Love zagrał 24 minuty, podczas gdy wchodzący z ławki Anthony Tolliver dostał tych minut 28 w tym większą część 4 kwarty, kiedy ważyły się losy meczu. Kurt Rambis powiedział, że podobało mu się to, co Tolliver robił w obronie i dla tego postawił na niego.

Abstrahując od 3 bloków Tollivera, frontcourt Sacramento zdobył w tym czasie 12 z 18 punktów swojej drużyny, w tym sam Carl Landry - jego vis-a-vis - rzucił 7.

Pytanie brzmi, czy taka polityka ma w ogóle sens. Sadzanie w 4 kwarcie gracza, który ma być jednym z liderów zespołu, a obecnie jest tam chyba jedyną osobą, o której można powiedzieć z dużą pewnością, że będzie gwiazdą jest zastanawiające. I pod względem sportowym i pod względem samopoczucia tego zawodnika. Love w pewnym momencie nie wytrzyma takiego traktowania i powie dość. 

A najlepszy podający wysoki od czasów Vlade Divaca zaliczył 1 asystę. Takie rzeczy tylko w Minnesocie.



Podziel się:

komentarze (4) | dodaj komentarz

DAY-TO-DAY: GDZIE BLAKE JEST Z MARSA, A CLIPPERSI SĄ Z WENUS

czwartek, 28 października 2010 8:34

Image and video hosting by TinyPic


Przemek Kujawiński


(2-0) PORTLAND @ (0-1) LA CLIPPERS 98:88


boxscore

Blake Griffin zadebiutował w NBA i w mniej niż 39 minut podbił moje serce. Właściwie miał mnie już po pierwszych 5 minutach. Mecze Clippers będą leciały o 4:30, ale nie chodźcie spać, lub wstawajcie wcześniej, bo musicie to zobaczyć.

Johnie Wall jutro twoja kolej, ale powiem ci, że poprzeczka wisi wysoko.

20 punktów, 14 zbiórek i 4 asysty. Zacznijmy statystycznie. Niestety cyferki te nic nie mówią. Nie skaczą do dobitek, nie przepychają się do zbiórek i nie biegają do kontry. Griffin już swoje pierwsze punkty zdobył po alley oopie, kolejne po dobitce z powietrza. Po pierwszej kwarcie miał już 9 punktów i nie wyglądało, żeby miał szybko przestać. Punktował po koźle i piwocie, z półdystansu, po dobitkach, w kontrze. Jak chcecie, kiedy chcecie - sami wybierzcie. Ba! Blake Griffin potrafi podawać. Mam nadzieję, że jego bounce pass w kontrze (zapomniałem dodać, że Griffin wyprowadza kontry jak jedynka?) znajdzie się w dzisiejszym top 10.

Najważniejsza jednak była energia. Griffin jest dziki. Widać jak bardzo głodny był gry przez ostatni rok. Ganiał do każdej piłki, skakał po każdą zbiórkę. 9 razy zbierał na atakowanej tablicy i przygotujcie się, że jak tylko będzie miał większe rozeznanie w tym, jak rzucają jego koledzy, taki wynik nie będzie nas już dziwił. Był taki moment, że miałem wrażenie, że Blake słania się już na nogach. Chwilę później jednak już biegł do kontry.

To był jego pierwszy mecz. Zobaczymy to jeszcze nie raz i to w większej ilości. Jeśli zaś nie chcecie zarywać nocy, to spokojnie, regularnie będziecie mogli oglądać go w top 10. Tak, tak Clippers z Griffinem i Gordonem zrobili dzisiaj tyle highlightów, co 76ers w całym zeszłym sezonie.

Oczywiście nie wszystko było takie jak być powinno. Griffin wciąż jest jeszcze bardzo surowy w obronie i często miałem wrażenie, że zwyczajnie nie łapie, gdzie powinien stanąć i kogo teraz powinien bronić. Zresztą nie błyszczał też pod swoją tablicą, gdzie Blazers wyciągnęli 21 zbiórek. Przede wszystkim zaś Blake gra w Clippers i to zdaje się być w tej chwili jego największym problemem.

Blake mógł skończyć ten mecz z linijką 35/15. Naprawdę. Niestety reszta graczy Clippers postanowiła pokazać mu, że w tym klubie nic nie może być łatwe. Wyglądało to trochę tak, jakby był to mecz All-Star, w którym "starszyzna" szkoli "młodego". W drugiej połowie Griffin dostał piłkę pod koszem może 2 razy? Pick'n'rolli się nie doliczyłem, bo chyba po prostu ich nie było. Szczytem zaś było, gdy w 2, czy 3 kontrach Griffin biegnący bez obrońcy nigdy nie doczekał się piłki. Chyba nawet Nicolas Batum był tym faktem zirytowany i w jednej z takich sytuacji prawie zabił wbiegającego pod kosz Erica Gordona.

Co robił w czasie 4 kwarty Vinny Del Negro, gdy Clippers nie potrafili zdobyć przez kilka minut punktów, a wyciągnięte po piłkę ręce Blake'a były ignorowane, pozostanie chyba tylko jego tajemnicą.

To był straszny mecz do oglądania. Straszny, jak każdy mecz Clippers w zeszłym sezonie, gdy przez większość spotkania byli blisko, by w najważniejszych momentach zacząć grać po prostu idiotycznie. Teraz było jeszcze gorzej, gdy działo się to tuż obok bezradnego Blake'a Griffina, który mógł odmienić losy meczu. Z pewnością by spróbował. Starczyło dostarczyć mu tę cholerną piłkę.

Griffin nawet, jeśli nie byłby w stanie trafiać, to po pierwsze dzięki swojej szybkości wyłapywałby faule, po drugie zmusiłbym Blazers być może nawet do podwajania, a pokazał już, że potrafi podawać. Tymczasem Baron Davis rzucał sobie swoje standardowe 3-11, a do jego poziomu postanowił dostroić się Chris Kaman (4-18). W obronie zaś nie bardzo chciało się komukolwiek. Kiedy Aldridge rzucał daggera ze dwa kroki zza łuku, Kaman nawet nie próbował udawać, że chce mu się w ogóle zareagować.

Portland zaś spokojnie wykorzystało sytuację. Brandon Roy (22 punkty, 10 zbiórek) znów jest zdrowy, znów jest opanowany i znów jest jednym z najlepszych graczy, gdy przychodzi do oddawania ważnych rzutów. Roy zakończył pierwszą połowę 11 punktami z rzędu, w tym buzzer beaterem ot tak, bez specjalnych fajerwerków. Po prostu jak drużyna potrzebuje to on trafia i taka jest cała filozofia. Marcus Camby (11/14) i LaMarcus Aldridge (19/10) statystycznie wypadli dobrze, jednak drugi mecz z rzędu rywale pozwalali sobie na zbyt dużo w pomalowanym i nikt im w tym nie przeszkadzał. Szczególnie mało przekonująco wygląda Aldridge, który może i przypakował, ale wciąż się chyba do swojej nowej masy nie przyzwyczaił. Mówiąc kolokwialnie - za ciężki ma tyłek.

Cichym bohaterem znów był Nicolas Batum (15 punktów, 6 zbiórek, 3 asysty, 2 bloki, 2 przechwyty, 0 strat, 6-7 z gry, 3-4 za trzy). Nie wiem, czy po tej linijce muszę cokolwiek dodawać.

Gregowi Odenowi od ostatniego sezonu przybył kolejny słój na czole i w wywiadzie nieśmiało wspomniał, że właściwie to on ma gorzej niż Griffin, bo jego kolano to było całkiem pęknięte, a nie tam troszeczkę uszkodzone. Tęsknimy za tobą Greg.

(0-1) CHICAGO @ (1-0) OKLAHOMA CITY 95-106

boxscore

Kevin Durant (30 punktów, 7 zbiórek) zaczął sezon od podania, Derrick Rose (28 punktów, 6 asyst) zaczął sezon od próby trafienia za trzy. W tym momencie pomyślałem, że wygląda na to, że obaj faktycznie pracowali nad swoimi słabszymi stronami. Durant zaliczył, co prawda tylko 3 asysty w całym spotkaniu, ale było widać, że stara się jak może ułatwić grę swoim partnerom, gdy ściągał na siebie obronę rywali. Rose nie trafił ostatecznie żadnej trójki, ale próbował cztery razy, czyli jak na niego całkiem sporo. To również może byc dobry prognostyk, bo jak już kiedyś pisałem w jego wypadku, problemem nie jest brak rzutu, a brak zasięgu, który kończy się pół metra przed łukiem.

Durant i Rose rozpoczęli mecz, jakby była to czwarta kwarta siódmego meczu serii playoffs. Po pierwszej odsłonie KD prowadził z 12-10, po drugiej Derrick wyszedł na prowadzenie 20-15. Thunder nie radzili sobie z Rosem w ogóle w pierwszej połowie i schodząc na przerwę musieli myśleć o tym, jak go powstrzymać, żeby myśleć o zwycięstwie. Do końca trzeciej kwarty mecz był na styku. Dopiero w ostatniej części spotkania gracze z Oklahomy pokazali to, czym zaskoczyli wszystkich już w zeszłym sezonie, czyli świetną obronę i zatrzymali Bulls na 13 punktach.

Wcześniej to Bulls, pod wodzą Toma Thibodeau, pokazywali, że defensywna magia „wiecznego asystenta” zaczyna działać po raz kolejny. Joakim Noah (18/19) z Tajem Gibsonem (19/11) opanowali deski, a Durant nie dostawał łatwych rzutów. Problemem wciąż pozostawała obrona wczesnej defensywy. Zawodnicy Chicago momentami doprowadzali swojego trenera do płaczu, gdy po nietrafionych jumperach i długich zbiórkach Thunder, spacerkiem wracali na własną połowę.

Bulls nie potrafili też znaleźć odpowiedzi na Russella Westbrooka (28 punktów, 10 zbiórek, 6 asyst). Mr Why Not i Derrick Rose prywatnie są przyjaciółmi i latem wspólnie trenują. Na boisku stworzą jeden z najciekawszych matchupów na jedynce w nadchodzących latach. Podobnego wzrostu (choć miałem wrażenie, że Russell jednak trochę podrósł) i wagi, obaj atletyczni i lubiący atakować obręcz. Rose wciąż ma jednak do odrobienia lekcję w obronie – zresztą dotyczyć to będzie wszystkich rozgrywających kryjących Westbrooka – i zachowywać więcej czujności pod swoją tablicą, gdyż jego rywal skakał do każdego spudłowanego rzutu.

Bulls do powrotu Boozera mogą mieć duże trudności ze zdobywaniem punktów. W czwartej kwarcie, gdy Thunder zwarli szeregi obronne ich jedyną opcją ataku zostawał Rose (stąd aż 31 oddanych rzutów). Thabo Sefolosha (4 zbiórki, 4 asysty, 4 bloki, 2 przechwyty) zdobył dziś tylko 1 punkt, ale i bez tego miał dzisiaj fragmenty w końcówce, gdy całkowicie dominował grę w obronie. Szwajcar wraz z Sergem Ibaką (8 punktów, 9 zbiórek, 4 bloki) wygrają Oklahomie w tym sezonie kilka spotkań swoją obroną i nikt nawet tego nie zauważy.

Wielka trójka Thunder Durant – Westbrook – Green zdobyła dzisiaj łącznie 79 punktów i wędrowała na linię 35 razy (całe Chicago 22). Durant był lekko zardzewiały i spudłował kilka rzutów, które powinny wpaść, ale nie ma chyba w tej lidze obrońcy, który byłby w stanie powstrzymać go od rzutu. To już jest poziom Dirka Nowitzkiego, gdzie ma taką przewagę wzrostu, że po prostu nikt nie zdąży do niego doskoczyć.  W obronie miał moment, gdy pod koniec 3 kwarty zaliczył 3 przechwyty z rzędu. Generalnie zaczyna robić coraz większy użytek ze swojego zasięgu ramion. A wszystko to bez cienia grymasu wysiłku na twarzy. Czekam na mecz, w którym zobaczę Duranta, z którego leje się pot i który faktycznie się wreszcie rozgrzał.

A, no i Brian Scalabrine zdobył 2 punkty i rozjaśnił halę w Oklahoma City swoim uśmiechem.

Dobry mecz i zapowiedź tego, co liderzy obydwu ekip będą robili już niebawem.

Maciej Kwiatkowski

(1-1) MIAMI @ (0-1) PHILADELPHIA 97:87

boxscore

Nie było katastrofy, wiem że czekaliście dranie - choć jeśli nazywasz się Jrue Holiday nie powinieneś dziś przeglądać internetu... LeBron James (16 pkt, 7 as, 6 zb) znowu flirtował z quadruple-double (9 strat) i z chyba jedynym plastrem na niego, który dorównuje mu atletycznie, Andre Igoudalą, ale postawa Heat w drugim meczu sezonu była już dużo innym obrazkiem niż wtorkowy pojedynek z Boston Celtics. Oczywiście podziękowania w tym momencie należą się 76ers, których nerwowa ofensywa w trzeciej kwarcie rozstrzygnęła ten mecz, dając Dwyane'owi Wade'owi (30 pkt, 7 zb) i reszcie szanse do bardzo łatwych punktów. Bardzo , bardzo łatwych punktów. I patrzę się w tym momencie na Ciebie Jrue Holiday.
Ja i te puste miejsca w Wachovia Center. Tak, wiem, że zaczęło się World Series, ale nadal...

Zanim o 76ers... Ten drugi zespół, Miami Heat, zagrali lepiej niż w Bostonie, choć znowu mieli tylko 15 asyst. Heat prowadzili już 26 punktami w trzeciej kwarcie, więc wynik nie oddaje tego jak wcześnie skończył się ten mecz (80:54). Heat zaczęli wolno, rzucając tylko 18 punktów w pierwszej kwarcie, James nadziewał się na ofensywne faule, wyrzucał piłki w aut, ale hej - 76ers nie mieli opcji nr 1 i nie mieli nawet opcji nr 2. Mieli same opcje nr 3 we wczorajszym meczu.

Z drugiej strony taki oto gwiazdor NBA jak tubalnie piszą o nim czasem tu i wódzie, Dwyane Wade, który zdobył 30 punktów, w tym jedną trzecią z nich w kontratakach, agresywnie szukając alejek do kosza. Alejek otoczonych niewysokim drzewostanem. Takich alejeczek w zasadzie, bo podkoszowi "Szóstek" albo nie skaczą (Elton Brand) albo nie podnoszą rąk (Spencer Hawes) albo chcą robić inne rzeczy niż skakanie i podnoszenie rąk naraz (Mareese Speights). 76ers w tym czasie próbowali uruchomić ofensywę wedle nieskończonych kombinacji w głowie Douga Collinsa, ale często przesadzali z nadmiernym rozrzucaniem piłki, padając ofiarą matadorskiej defensywy Heat, którzy zdobyli 24 punkty po ich stratach.

Jrue Holiday może być moim ulubionym graczem 76'ers, ale to on oddał tuż po przerwie mecz, w którym przed przerwą Thaddeus Young robił wszystko, żeby nie skończył się przedwcześnie. Young musiał pracować za duet środkowych 76ers, dzięki którym właśnie myślę, że wygram zakład z Kubą Wojczyńskim. Hawes i Speights zagrali 18 minut (kudos dla Douga Collinsa), oto ich łączne statsy: 0/6 z gry, 3 zbiórki, 0 przechwytów, 0 bloków. Mieli tyle samo punktów i bloków co Samuel Dalembert, który nie zagrał jeszcze minionej nocy dla Sacramento Kings.

Heat prowadzili do przerwy różnicą ośmiu punktów, ale Holiday'owi wyśnił się koszmar na starcie trzeciej kwarty. 20-letni, mocno hype'owany latem playmaker 76ers stracił zupełnie głowę. Po kolejnej, drugiej stracie w pierwszych minutach po przerwie Collins wysłał już do zmiany swojego najlepszego gracza pre-season Lou Williamsa, ale ten nie zdążył jeszcze wejść na parkiet, gdy Holiday jeszcze jeden raz stracił piłkę - rzucił ją po prostu gdzieś między trzech graczy Heat. Wyglądał na kompletnie zagubionego, jakby siedział mu w głowie mały Collins i rozrzucał kartki z zagrywkami, albo po prostu jak w tym śnie, który nękał mnie jeszcze do niedawna, gdy okazuje się, że grasz w piasku i nie możesz się ruszyć, albo w tym, gdy nagle ogarnia cię bezwład w nadgarstkach i lay-upami przerzucasz tablicę... Niebezpieczne zabawy, Panowie, stres. Na zdrowie. Ok, do następnego akapitu...

Evan Turner (16 pkt, 7 zb, 4 as) wypadł znakomicie, tak jakby nie było zupełnie Ligi Letniej i meczów przedsezonowych. Grał bardziej miękko niż młody Paul Pierce, ale fizyczniej niż stary Brandon Roy, nie bał się atakować jeden na jednego ani Wade'a, ani Jamesa, korzystał z kozła, widział ludzi tam gdzie nie mógł zobaczyć ich Holiday. Imponująca dyspozycja dnia.

Heat natomiast znaleźli niszczącą broń w Jamesie. Tak, ale w Jamesie Jonesie. Jeszcze we wtorek Celtics zostawiali Jonesa bez krycia, nastawiając radar na drugiego Jamesa i gwiazdora Wade'a, ale 76ers nie mieli takich rotacji  od 2001 roku przez co gracz z nr 22, wyglądający jak syn Adriana Dantley'a i poruszający się trochę tak jakby grał w czasach, gdy aktualny asystent George'a Karla zakładał trampki i spodenki trafił swoje pierwsze 6 z 7 rzutów za trzy punkty. Jones zanotował serię trzech trójek na starciej drugiej kwarty, która pozwoliła Heat uzyskać pierwszą kilkupunktową przewagę (run 16-2).

Heat wykorzystali w ten sposób fakt, że 76ers zacieśniali środek w obawie przed Wade'm i Jamesem, pozwalając Miami na trafienie 11 z 21 rzutów z miejsca (54%). Jones może być jednym z najmniej atletycznych graczy w lidze, ale jednak lepiej nie zostawiać go niepilnowanego. W poprzednim sezonie trafił 49% rzutów z miejsca, bez krycia (25 m w lidze). Jest graczem, którego Heat będą musieli chować w obronie, ale z prawego nadgarstka jest cha!ching!, gdy obrońcy nie zdążą dojść z ręką.

(0-1) UTAH @ (1-0) DENVER 88:110

boxscore

Wybacz mi Utah, ale to było naprawdę paskudne.

Jeszcze w trakcie meczu pisałem do Przemka: "Jeśli najgorszym teamem na niezorganizowany atak są Boston Celtics, to najgorszym rywalem na niepoukładany defense są Denver Nuggets".

Denver Nuggets są takim CKM'em blow-outów. To nie Kobe & The Lake Show sprzed dwóch lat, czyli Playboy wśród nich, ale bardzo męski punkt widzenia: 41 rzutów wolnych, 27% zbiórek na atakowanej desce i 110:88.


Denver zaczęli mecz od 9:0 i do przerwy prowadzili 60:40. Carmelo Anthony rzucił 23 punkty i trafił 9 z 10 wolnych. Chauncey Billups był na linii 11 razy, Al Harrington wszedł z ławki i bez wahania oddał dwie trójki - trafił obydwie, a Ty Lawson jeszcze raz pokazał mi że przy takiej szybkości imponuje spokojem, rozwagą, ale też zupełną swobodą w podejmowaniu decyzji. To (powinien być) startujący point-guard w NBA.

Do licha: Shelden Williams miał 8 punktów i 16 zbiórek. Al Jefferson rzucił 6 i zebrał 7 piłek - your ball game fani Jazz.

Ale znakomicie zagrał Arron Afflalo (22 pkt, 8/11, 3/5 za 3), a komentatorzy Jazz kilka razy powtórzyli, że Afflalo ze swoją bardziej agresywną grą może być jednym z kandydatów do nagrody MIP. Po pre-season i dwóch dniach sezonu jest kandydatem nr 1. To fascynujące oglądać jak role-player poprawia swoją grę. Znany jako bardzo dobry obrońca, cutter i jump-shooter, ale nie ktoś kto potrafi wziąć piłkę i wymanewrować pod kosz. Afflalo brał tą piłkę w ręce i dostawał się pod obręcz jakby od dawna planował pokazać, że i w sezonie regularnym jego gra zrobi krok do przodu. Patrzcie na niego (Courtney Lee patrz też), bo wyrasta zawodnik bardzo przydatny po obydwu stronach boiska i ktoś kto w końcu mi, Tobie, Nam i George'owi Karlowi pozwoli oglądać mniej J.R.'a Smitha.

Iluvafflalo - brzmi nieźle, jeszcze lepiej wygląda. Naprawdę trzymam kciuki i nie chcę pisać o Jazz, bo Jazz byli jeszcze dalecy od flow w swoim flex offense. Bardzo, bardzo dalecy. 25-letni Jefferson wyglądał jak starszy pan z brzuszkiem. Do zobaczenia następnym razem, np jutro, gdy zagrają z Phoenix w drugim meczu double-headera w TNT.

* Monta Ellis zdobył 46 punktów. Cleveland Cavaliers pokonali Celtics.


Podziel się:

komentarze (24) | dodaj komentarz

 123456789  »

Licznik odwiedzin:  17 067 437 (wersja testowa)

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031





[ Copy this | Start New | Full Size ]





















Miasto basketu


O nas


Maciej Kwiatkowski

Zaczynał jeszcze na początku lat 90-tych, przenosząc przy pomocy maszyny do pisania wyniki meczów z Przeglądu Sportowego do specjalnych, katalogowanych skoroszytów. Wynalezienie telegazety odmieniło jego życie. Kilkanaście lat później, w 2006 roku - na kilka miesięcy przed wprowadzeniem Twittera - rozpoczął publikowanie na Probasket.pl rubryki z jednozdaniowymi newsami, zakończonymi krótkim komentarzem. W kolejnym roku, już na portalu E-Basket stworzył kolumnę o NBA razem z Piotrem Kolanowskim. Jest współzałożycielem bloga Zawszepopierwsze, który w lipcu 2008 roku rozpoczął z Piotrem Makulcem. Pisze też dla Wirtualnej Polski i Magazynu MVP. Ma za sobą trzy miesiące pracy przy komentowaniu NCAA w SportKlub i nie ukrywa, że chciałby jeszcze do tego wrócić. Kocha spać. twitter


Sebastian Hetman

Od dziecka interesuje się amerykańską koszykówką, a od roku 2005 jest fanem rozgrywek NCAA. Zadebiutował na ZawszePoPierwsze pod koniec 2008 roku, po wygraniu konkursu na "Dniówkę". Obecnie publikuje także na portalu www.koszykowka.net, gdzie posiada swoją rubrykę na temat ligi NCAA i nie tylko. Sporadycznie pojawia się na CollegeHoops.pl. Od stycznia 2011 jest członkiem "MVP Magazyn". Zagląda także na parkiety NBA i prowadzi ranking debiutantów "Młodzi Gniewni Na ZP-1". Jest nadal jednym z nielicznych fanów Minnesota Timberwolves po odejściu Kevina Garnetta i wierzy, że popularna 'Sota kiedyś stanie na równe nogi. Powoli zaczyna wątpić w „dziennikarską misję” oraz „koszykarski światek” pełen absurdów. Dlatego cieszy się każdym obejrzanym meczem koszykówki, który może zrelacjonować, a przy tym stara się jak może. W przyszłości chciałby odwiedzić kampus ulubionego uniwerku Syracuse. Szuka sponsorek, które mogłyby mu zafundować bilet na Final Four. twitter


Przemek Kujawiński

W dzieciństwie zajmował się udawaniem Penny'ego Hardawaya i toczeniem ciężkich bojów z wyimaginowanymi przeciwnikami. Do dziś twierdzi, że niektóre z jego buzzer-beaterów powinny wejść do historii koszykówki. Dziś jest już na sportowej emeryturze i tylko od czasu do czasu przygrywa sobie na gitarze "Everyday" Carly Comando i rzuca kulkami z papieru w stronę kosza na śmieci, by poczuć się jak w reklamówce z serii Where Amazing Happens. Pewnego marcowego dnia 2007 roku uznał, że czas wyjść z podziemia i zacząć dzielić się swoimi przemyśleniami z ludzkością. Od bloga do bloga w styczniu 2010 trafił na ZawszePoPierwsze a w kwietniu tego samego roku przygarnął go Magazyn MVP. Ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł spełnić swoje największe sportowe marzenie i wypić butelkę wódki z Vlade Divacem. twitter


Bartosz Tomczak

Od 8 roku życia chciał być jak Jason Williams, choć jego ulubionym graczem już od czasów Total NBA 97 jest Kobe Bryant. Na poważnie najlepszą koszykarską ligę świata zaczął śledzić dopiero w 2006 roku. Z racji pasji dziennikarskiej, nadmiaru wolnego czasu i nałogowego oglądania „Inside The NBA on TNT” w październiku 2008 roku postanowił stworzyć pierwszy w Polsce i póki co jedyny magazyn NBA - „Przerwa na Żądanie”. Od tego też momentu współpracuje z ZP1. Jedyny z całej ekipy, którego częściej możecie usłyszeć niż przeczytać (choć pisze też dla nas o najlepszych komentatorach NBA). kanał na youtube


Michał Górny

Prawdopodobnie jedyny biały syn Michaela Jordana i jedyna osoba która miała odwagę by napisać pracę naukową dotyczącą procesów myślowych Derricka Rose'a i J.J. Hicksona. To 5-stronnicowe dzieło podbiło świat koszykówki naukowej. Od 2001 roku lekkie newsowanie dla e-basketu, dopiero od 2007 roku na łamach bloga Świat Koszykówki straszył w koszykarskim internecie, potem nastąpił wielki transfer do ZP1. I tak już zostało, później doszedł MVP Magazyn. W życiu prywatnym nienawidzi Lakersów prawie jak uwielbia Chicago Bulls. Jest jedynym Polakiem z autografem samego Acie'go Earla. twitter


Marek Dziuba

Kiedyś podobno rzucił 101 punktów w meczu. Niejednokrotnie ogrywał MJ'a, przybijał piątki z graczami Minnesoty i trafiał rzuty sprzed nosa LeBrona Jamesa. Zdarzało mu się podawać w stylu Jasona Kidda, miał nawet pierścień więcej od Charlesa Barkley'a. Pewnego dnia stwierdził jednak, że czas wyłączyć NBA Live. W rzeczywistości kończy z góry niczym Darrell Armstrong w 96’, choć jest szybszy od Zydrunasa Ilgauskasa i trafia osobiste nie gorzej od Shaqa. Ciągle wierzy, że jest dla niego miejsce w lidze, skoro gra w niej Brian Cardinal. W lipcu 2009 przez niezrozumiały brak ofert z NBA, związał się z ZawszePoPierwsze, gdzie aktualnie wciąż występuje na pozycji bloggera. Publikuje także na cavs.blox.pl. O koszykówce pisze od 8 roku życia, często nie do końca poważnie, ale taka już jego natura. Nie każdy jest Timem Duncanem. twitter


Sławek Mróz

Dzieli swoje pasje sportowe pomiędzy koszykówkę i tenis. Po równo. Noo… mniej więcej. Publikowanie też stara się dzielić sprawiedliwie, nie krzywdząc żadnej z dyscyplin, pomiędzy własny blog http://tenisowy.bloog.pl i portal http://www.tenis.net.pl (w charakterze internetowego instruktora) oraz wiadomo_który_blog (gdzie ujście znajduje jego zamiłowanie do fantasy basketu) i wieloletnią obecność na forum pl.rec.sport.koszykowka. Wbrew pozorom – nie do końca zatracony w wirtualnym świecie. Całkiem realnie sympatyzuje z Miami Heat od samych ich początków, kiedy to jedynym wartym oglądania na Florydzie show podczas meczów NBA były występy cheerleaderek. Piłka do koszykówki to jedna z jego ulubionych zabawek, co rzekomo potwierdzać mają złośliwe i oparte na tendencyjnych obserwacjach pojedyncze opinie, jakoby bardzo niechętnie się z nią rozstawał na boisku w sposób inny niż rzut.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Buttony ZP-1

Klasyczny:


Alternatywny:



stat4u